Translate

niedziela, lutego 23, 2020

"Ludzie bez wad łączą narcystyczny instynkt samozachowawczy z poczuciem wyższości moralnej". ***



przerwana lekcja sztuki
 

ten szpakowaty mężczyzna który ma duże
niebieskie oczy nigdy nie patrzył na ciebie
z podziwem ani tym bardziej z miłością
nie byłaś słodkim przedmiotem pożądania
drogim obrazem chociaż długo chytrze obserwował
z daleka beznamiętnie układał plan działania
kalkulował wypisywał plusy szacował zyski
z przebiegłością i wyrachowaniem rozegrał
wstępną fazę relacji nie wziął cię na pierwszej
ani na drugiej randce na trzeciej wspomniał o ślubie
żeby uśpić twoją czujność i swoją dwulicowość
 
zainwestował w złoty pierścionek 
w małej kapliczce przysięgał miłość po kres
i kiedy już miał cię całą z umysłem i duszą włącznie
stwierdził że czas zakochania adoracji i zalotów minął
przestał się starać zaczął ignorować ranić poniżać
 
teraz ucieka unika spojrzeń w oczy nie odzywa się
traktuje cię jak podróbę kopię beznadziejnej jakości
i nie czuje się winny bo jest koneserem miłości własnej
z premedytacją podkopuje twoje poczucie własnej wartości
dobitnie dając ci do zrozumienia 
że jesteś falsyfikatem inteligentnej pięknej kobiety

a ty naiwna niezbyt pilna uczennica dopiero niedawno
zdałaś sobie sprawę ze swojej nikłej wiedzy
z zakresu sztuk plastycznych w których
niebieski jest barwą bezwzględnie zimną
niebo jest jedynie odległą metaforą
a wielki błękit słonej jak łzy wody
zawłaszcza oddech w bezkresach 
dogłębnej samotności
 

JoAnna Idzikowska – Kęsik, 23 II 20


***Cytat w tytule postu, Dennis Lehane
*Gify z netu

sobota, lutego 22, 2020

Do Frau Be!!!

Kobieto!
Możesz usuwać blog, możesz milczeć, możesz uciec i się schować, a ja i tak będę z Tobą, będę o Tobie myśleć, będę Cię w tych myślach wspierać.
Mam ochotę kląć jak dwóch szewców w jednym momencie, bo płaczę i nie mogę tego powstrzymać.
Mam na Ciebie w tej chwili wkurwa totalnego, ale wiem, że nie mogłaś inaczej.
I tak jesteś mi bliska, jak siostra, której nigdy nie miałam.
I - co byś nie zrobiła - będę tu, będę na mailu, Messengerze,WhatsAppie i telefonie, będę CZEKAĆ.
I proszę - wróć.
Ja też milion razy chciałam skasować ten blog, uciec, schować się, zaszyć, płakać, do nikogo się nie odzywać.
Też mam chwile, kiedy jest mi gorzej, niż źle, kiedy się czuję jak rozdeptany robak, jak intelektualne gówno. I nie jestem tak zdolna ani tak bardzo pracowita, jak Ty, nie piszę tak dużo i tak dobrze... I dlatego, cholera, nie mogę nie płakać, że skasowałaś tak świetny, tak poczytny, uwielbiany przez wielu blog, tyle mrówczej pracy!
Brakuje mi słów.
Brakuje mi siły.
Zaraz też puszczę z dymem to miejsce w sieci, skoro nie ma tu Ciebie! Kurczę, no, mogłaś schować swój blog, zrobić siebie jego jedynym, godnym czytelnikiem, a nie go usuwać!!!
Dlaczego mądre kobiety robią takie głupie rzeczy?
Wróć, kiedy będziesz mogła.
Po prostu i zwyczajnie wróć.
Bo wiem, że już były dwa blogi, więc: do trzech razy sztuka.
I to Ci mówię ja - chaotyczna neurotyczka, kiepska poetka i życiowa łazęga, która Cię kocha...

czwartek, lutego 20, 2020

"Wiosna nie zna różnic wieku - każdy wydaje się młody i radosny".***

 przedsionek

już nic nie mów obserwuj
nie musisz malować
mojego świata ani na żółto
ani tym bardziej na niebiesko
niebawem zabarwi się sam

weź mnie za rękę
chłodną jak uśmiech zimowej pani
pójdźmy poszukać bursztynów
słonecznych kropelek wieczności
wypluwanych przez morze
na szaro - burą plażę

popatrz 
mewy tańczą w powietrzu
hałasują przekrzykują zefiry
Posejdon nie straszy sztormami
 fale z pietyzmem wygładzają piasek
natura przygotowuje się na powrót
 wszechobecnego szmaragdu

nie musisz mnie kochać
wiosna malachitową przestrzenią
ukoi wszystkie niepożądane stany
stłumi wyciszy negatywne emocje
 w seledynowych baletkach wkroczy
w migoczące przedsionki
naszych złamanych serc

odrodzi się nadzieja
na delikatność czułość
i ciepło

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 20 II 20
***cytat w tytule postu, Lucy Maud Montgomery
*fotografie własne, ferie'2020, Gdynia

piątek, stycznia 31, 2020

Makowość...

 Jak makiem zakwitł

Cisza. Makowa Panienka uciekła w siebie.
Nie pomogły prośby i groźby kolorowych rusałek.
Na nic zdały się szepty i krzyki kapryśnej weny.
Rozsypała na grobie rodziców makowe ziarenka
i cierpliwie czeka na Imbolc*. 

Cisza. Makowa Panienka uwielbia spać.
Lubi podróżować po makowych łąkach,
smaganych lekkim, ciepłym wiatrem,
 pachnącym wolnością, zwłaszcza wtedy, 
gdy jest zmęczona, rozczarowana matrixem.

Cisza. Makowa Panienka skropiła się Opium.
Otulona zapachem czuje się zrelaksowana i bezpieczna.
 Wróci, gdy tylko wymyśli najpiękniejszy makowy wiersz.
 On jest w niej, istnieje, przenika ciszę jak makiem spisał 
i wkrótce się objawi piorunującym
efektem motyla. 


*Imbolc to stare celtyckie święto światła, obchodzone 1 lutego, poświęcone bogini Brigid, która patronowała wiośnie, poezji, lecznictwu i rzemiosłu.
jik 
 **autorką zdjęć jest moja przyjaciółka, Basia Wawrzyniak

niedziela, stycznia 26, 2020

Twórcza niemoc i inne zjawiska emocjonalne. ;)


Osiem lat minęło 22 stycznia czyli cztery dni temu. Moich osiem lat w tym skrawku Sieci. Przebiegło nie wiem kiedy, szybko, coraz szybciej, bo ostatnio mam wrażenie, że czas przyspieszył na maksa, że już mnie po prostu goni, bawi się ze mną w ciuciubabkę, pokazuje mi, gdzie moje miejsce. Wiem, wieczność cierpliwa jest, a ja wciąż się uczę cierpliwego patrzenia czasowi w oczy.
Osiem to liczba, która towarzyszy mi w wielu ezoterycznych aspektach życia: jestem ósemką z dnia urodzenia i z miesiąca (26 VIII), mam osiem kolczyków w uszach i lubię nieskończoność, czyli odwróconą ósemkę. Lubię też kreślić w powietrzu tzw. leniwe ósemki, to mi pomaga w koncentracji.
Dzisiejszy dzień to też ósemka: 2+6. :)
Ponad osiem lat bawię się w bloggerkę z różnym skutkiem. Ale wciąż się bawię i nic mnie w tym nie powstrzyma, nawet - a może przede wszystkim - szantażyki w stylu: "nie piszesz długo, już nie będę czytać twojego bloga". Wolna wola. Rób, co chcesz, nie czytaj, nie komentuj i wcale nie musisz mi tego mówić, bo mało mnie to wzrusza i niewiele obchodzi. Nie jesteśmy w przedszkolu.
Osiem lat w miarę regularnego pisania wierszy, choć bywały przestoje, które uważam za zdrowe objawy. Wręcz konieczne w każdej twórczości. Bo naprawdę lepiej jest milczeć, niż pisać coś na siłę, albo - nie daj boginko - pod publiczkę, dla czyjejś satysfakcji.
Osób, które szukają sensacji, które karmią się czyimiś niepowodzeniami, nie brakuje nigdzie. Person, które szpiegują w necie - również: bo może ma jednak ten romans, bo lepiej zaproszę do znajomych jej najlepszą przyjaciółkę, skoro ją wyrzuciłam, a może ten, z którym niby tylko się przyjaźni, przestanie w końcu jej komentować, zerwą, pokłócą się, zablokują? I takie tam typowo ludzkie, przewidywalne zachowania. Nieco żenujące, ale cóż - każdy orze, jak może. Ja to toleruję. Niezbyt rozumiem, ale toleruję i modlę się do rzekomo wrednej, upiornej Lilith, żeby nie stać się kiedyś takim znudzonym szpiegunem, bez własnego życia, bez pasji, bez swojej przestrzeni, refleksji,  medytacji... Udawać przyjaciela, wkradać się w czyjeś łaski, a potem obgadywać, gdzie tylko się da, podglądać, snuć wizje nikomu i niczemu niepotrzebne do szczęścia, karmić się niczym, zabijać nudę bzdurami? Można i tak, wiadomo, ale daleko ode mnie.
Osiem to bardzo dobra liczba. Bardzo lubię francuski film pt. Osiem kobiet i wolę być jedną z nich, niż obcym, ósmym pasażerem Nostromo. ;-)
Wkrótce wrócę do pisania bloga i wierszy i innych wynurzek na pewno i na sto procent. Ale muszę mieć czas na reset. Muszę pobyć w sobie, w swoim świecie: niemałym, bo poszerzanym codziennie nowymi wyobrażeniami, ale na pewno bardzo intymnym.
Nie poganiam weny, nie piszę na siłę, nigdy tego nie robię. Jedyne rzeczy, które piszę pod presją, to papiery do pracy pisane z obowiązku. Jestem sobą zawsze, czy to się komuś podoba, czy nie. A naprawdę - jak się komuś nie podoba, to mnie to nie obchodzi - bo to li tylko jego sprawa.
Bywam bardzo zmęczona i przygnębiona tym, co się dzieje na świecie. Natłokiem niedobrych, czasem sztucznie napędzanych informacji. Bywam zmęczona pracą i studiami, domowymi obowiązkami, codziennością.  Ale radzę sobie z tym wszystkim, ogarniam. A jak już naprawdę czuję, że nie wchłonę, wtedy uciekam w siebie, w swoją - i tylko swoją - prywatność. A ta, jak mawiał jeden z moich ulubionych pisarzy, Milan Kundera, jest rzeczą świętą. Dla mnie najświętszą w kosmicznym wirze...
I mogę sobie pisać publiczne posty tu i tam, ale i tak są to skrawki, strzępki informacji o mnie i nikomu nic do tego, bo to ja kreuję swoje życie. Udane, pełne pasji, pełne emocji, uczuć. Moje. I moich najbliższych. Mój azyl to ciepły, cichy dom pełen książek, czułych słów, wielu płyt, dobrego, wegańskiego jedzenia, pięknych filiżanek, biżuterii z bursztynem i szczęśliwych, przekochanych zwierzaczków. Pełen kwiatów, kolorów, z kominkiem i dobrą, pozytywną energią, gdzie nie traci się czasu na obgadywanie innych, na bezproduktywne gapienie się w necie na profile byłych znajomych i inne tego typu słabe rozrywki. Dom, w którym wszyscy się szanują, rozmawiają ze sobą, ufają sobie, pomagają sobie nawzajem, a jak coś boli - mówią wprost, bez sztucznego miodu.
Ludzie byli w moim życiu - błogosławię to - odeszli, poszli swoją ścieżką - szanuję i nie wracam do tego. Każdy z nas jest tak naprawdę sam. Sam ze sobą i jest jedyną osobą, z którą przeżyje całe swoje życie. Każdy jest we własnym świecie, a goście raz są, a raz ich nie ma. Jedni przychodzą na długo, inni to aktorzy drugiego planu, jednoaktówki, epizody, tła...
Lepiej jest milczeć i w tym czasie rozwijać swoje zainteresowania, pasje, czytać utwory lepszych i mądrzejszych od siebie, niż wkradać się w łaski cudzych przyjaciół i słodzić im do bólu, sorry, do wyrzygania wręcz. Lepiej jest zamknąć się w sobie, niż otwierać na fałszywe, płytkie znajomości. Na ludzi, którzy tak naprawdę mają niewiele do powiedzenia. Zawsze unikałam słodyczy. W szóstej klasie odstawiłam cukier, bo bałam się, że popsują mi się zęby i nie lubię go do dziś - w żadnej postaci, zwłaszcza fałszywego, sztucznego słodziku. Mam grono sprawdzonych, prawdziwych przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć - z wzajemnością, a to jest bezcenne. Intuicyjnie nie lubię i uciekam od tych, którzy wiecznie słodzą, wykrzykują ochy i achy zachwytu po to, aby później, gdy coś zadzieje się nie po ich myśli, jednym kliknięciem się ich wyprzeć lub jednym słowem wszystko przekreślić. Niech więc praktykują sobie ten typ międzyludzkich kontaktów beze mnie. Ja byłam, jestem i będę sobą, wpuszczam do swojego grona ludzi nadających na podobnych falach.
Najlepiej jest robić swoje, w zgodzie z sobą, nikomu nie szkodząc, a zamknięte rozdziały oddawać nicości, z której przyszły i do której wróciły. Życie mamy jedno, szanujmy je i siebie. Bo to nasze uczucia są tutaj najważniejsze: wyczuwam fałsz - uciekam gdzie rośnie nie tylko pieprz, ale też papryczka chili. A intuicję mam wiedźmowatą i - naprawdę - ludzi wyczuwam na odległość. I zawsze mam dystans do tego typu osób nawet, gdy z nimi rozmawiam, choć - szczerze mówiąc - wolę być ścianą, wolę milczeć. I nigdy, przenigdy nie otwieram się przed nimi tak, jak to potrafię przy bliskich, zaufanych, kochanych.
Niektórzy mówią, że jestem niedostępna i dumna, ale to nie jest prawda. Jestem ostrożna zawsze, gdy intuicja mówi mi: spokojnie, DżoAno, przyjrzyj się temu uważniej. Wtedy się przyglądam i wyciągam wnioski i bardzo rzadko się mylę.
Jakieś dwa tygodnie temu pewna dziewczynka z siódmej klasy, powiedziała mi coś, co bardzo mnie wzruszyło, wbiło mnie w fotel. Coś o czym długo myślałam i zastanawiałam się o co jej chodziło: "Jak tylko panią zobaczyłam, od razu panią polubiłam, bo ma pani niesamowitą, purpurowo - fioletową aurę". Poczytałam o aurze. Uniosłam się kilka milimetrów nad ziemię. :)
Pozdrawiam mocno i bardzo serdecznie tych, którzy są ze mną pomimo wszystko. Życzę spełnienia i dużo miłości. Na koniec zacytuję tekst bardzo mądrej kobiety, Katarzyny Nosowskiej z piosenki, którą uwielbiam:

"życzymy sobie i wam by nas było stać na święty spokój
szczęścia ile się da, miłości w bród, mądrych ludzi wokół".
 

Do miłego niebawem!

*Obrazy z internetu, nie znam autorów

sobota, listopada 30, 2019

See you in the new life

 xXx

nareszcie koniec końca świata
listopad umiera odchodzi dzięki
względnej umowności kalendarzowej bzdury
jakie to piękne jakie natchnione
patrzeć na koniec realną śmierć niebytu

teraz już będzie znacznie lepiej
czas pozaiwania szybciej niż po grudzie
a obleśnie kiczowate aniołki i inne stworki
zafałszują cieniutkim falsetem "Halleluyah"

zajebiście urocza perspektywa
depresji  stłumionej wrzawą sympatycznie
rodzinnych tak zwanych świąt
okraszonych kiepskimi bajerami
i śmieciowym bezwartościowym żarciem

witajcie w gównianym Matrixie
w rzeczywistości homokretynicus
gdzie gadżety ważniejsze od uczuć
gdzie widać słychać a nawet czuć
totalną przenikliwie zimną pustkę

w której dzieci i ryby wrzeszcząc błagają
o chwilę uwagi dobro miłość i szacunek
dusza i ciało mówią dosyć a rozum
gna na oślep za kolejną zbędną zabawką

jik
*obrazy z internetu, nie znam Autorów

niedziela, listopada 24, 2019

Prywata i exhibicjonizm. ;-)


Nie narzekam, bo zawsze robię to, chcę i to, na co mam ochotę i nic i nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać, jak sobie coś wymyślę.
Tak już mam i chyba powinnam być spod upartego Barana, a nie spod praktycznej, ułożonej Panny? Ten znak, ta Panna, w ogóle do mnie nie pasuje. Szalona numerologiczna Piątka we mnie gra i mną gna i igra z losem... A potem śpiewam, jak Edith Piaf: Padam, padam, padam i... naprawdę padam, bo Edith tylko śpiewała w zupełnie innym kontekście.
Weekendy mam wyjęte z życiorysu na dwa długie lata, z powodu dwóch kierunków studiów podyplomowych, które robię, bo po prostu chcę, bo doszłam do wniosku, że dawno niczego nie kończyłam i się nie nic nowego nie nauczyłam a naprawdę lubię się uczyć... 
Doszłam też do wniosku, że nie chcę dorabiać jako instruktor plastyki na wiosce, w zimnej sali domu ludowego, bo już tej plastyki mam dość w dobie komputerów, gdzie sprawność manualna dzieci bywa zerowa, a historia sztuki obchodzi je tyle, co memy na Demotywatorach z Mona Lisą w przerobionej roli głównej. A poza tym chyba się wypaliłam. Mam dość dokładania do zajęć, kupowania materiałów za własne pieniądze. Mam też dość robienia za dziewczynkę na posyłki, cokolwiek to znaczy, jakkolwiek to odbieracie. Jestem dziwna i w przeciwieństwie do wielu z Was - lubię zmiany, gdyż one pozwalają zachować równowagę i dopingują do działania. Życie to jedna wielka, nieustanna zmiana.
No to się uczę, bo naprawdę lubię swoją pracę w szkole, z dziećmi, w klasie. Przy dzieciach jestem sobą. Siedzę w psychologii, logopedii, pedagogice wczesnoszkolnej, czytam, przygotowuję się do zajęć, robię prezentacje. I jeszcze staram się coś czytać z literatury pięknej, chodzić do kina i, oczywiście, pisać.
I może wydam tomik, jak się w końcu odważę, w każdym razie moje koleżanki poetki znalazły mi wydawcę. A jeden wydawca znalazł mnie. Śmieszne, bo jakoś nie mam ambicji na bycie wydawaną poetką. Antologii było sporo, ale ten tomik, jego przygotowanie, chyba mnie trochę przerasta.
I ostatnio na jednym z moich ulubionych blogów, Jotka pisała o ekranizacji powieści Stephena Kinga, którego lubię poczytać, bo gość ma płynny styl, dobrą znajomość psychologii i generalnie nie jest najgorszy. I byłam na tym filmie z Ewanem McGregorem i jakoś mnie nie zachwycił ten "Doktor Sen", oprócz urody szwedzkiej aktorki i kilku scen (głownie scen medytacji, bilokacji i takich tam astralnych spraw),  był po prostu średni, powieść podobała mi się, ale czytałam ją jakieś sześć lat temu, więc nie wiem, jak byłoby teraz. Zresztą moją ulubioną powieścią Kinga, którą dostałam od poetki Beatki Kieras, jest "Ręka mistrza" i jej ekranizacja na pewno wzbudziłaby we mnie emocje.
Rozczarowała mnie również kontynuacja "Samotności w Sieci" Janusza L. Wiśniewskiego. Ot, poczytać i zapomnieć szybciej, niż się przeczytało. A może nie miałam dnia? Bo przeczytałam w jeden dzień.
I chyba w ogóle jestem rozczarowana życiem i jedno wiem na pewno: nie mogę gnić, muszę być skremowana. Tak będzie. Będę też miała świecki pogrzeb z "Halleluyah" Coena w wykonie k.d.lang - dla mnie najlepszym, bo przecież tę pieśń wyli już wszyscy.
Od dziecka wiem, że umrę w listopadzie, że chwyci mnie za gardło i odbierze ostatnie tchnienie. Listopada nie lubię, bo mam alergię na pleśnie. Straszną. Mdleję, robi mi się niedobrze i takie tam historyjki. Kocham Matkę Ziemię i chcę się z nią złączyć jako proszek, a nie jako materiał gnilny.
Jak ktoś oglądał świetny film z Viggo Mortersenem  pt. Captain Fantastic, to będzie wiedział, o co chodzi: chcę być jak bohaterka, której nie ma - proszek rozsypany w paru miejscach... Najlepiej trochę nad morzem i trochę w moich okolicach, może gdzieś niedaleko Karpacza, blisko ulubionego Poety?
Z poezji bardzo podoba mi się nowy tomik Justyny Koronkiewicz pt. Naturalna kolej rzeczy. Jest to poezja naturalnie piękna po prostu.
No i tak sobie ten listopad płynie w liściach, nie jest mokro, więc nie czuć pleśni i zgnilizny i jakoś funkcjonuję, upiększam się bursztynową biżuterią, ale generalnie czekam na święta jako na czas wolny, zwłaszcza, że do świąt, co tydzień w pracy rada lub zespół, każdy weekend na studiach, konkursy, zabawy i inne takie wysiłkowe sprawy.

Wam życzę spokojnego i dobrego czasu!
Zdjęcia w poście są moje, wszystkie sprzed kilku listopadowych dni. Malwa pod domem kwitnie w najlepsze, nagietki i róże wciąż cieszą oczy i pokrzywy ci u nas dostatek. ;-)
Piję rumianek, miętę, czarną z cynamonem i pomarańczą i jakoś leci, choć mam wrażenie, że goni mnie czas.
Sorry za te wynurzenia, ale padam z nóg i chyba musiałam...zamiast wiersza. :)

sobota, listopada 16, 2019

"Jeśli po takiej bliskości jesteśmy sobie obcy" ***

 piekło niepamięci

może inaczej nie potrafisz
jesteś dla siebie i wolisz
zamiatać pod meble
niż zmieniać cokolwiek

może nie umiem się zbuntować
lśnię wrażliwiścią i wizualizuję
  udany związek jako eksplozję
czułości i miękkich puchowych słów
 
widocznie musimy przestać
udawać miłość po bliskości
głębszej niż dno oceanu i odpłynąć
 w siódme piekło niepamięci
dużo dalej niż
Robinson Crusoe

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 16 XI 19
***cytat w tytule postu, Tomasz Jastrun, Niepamięć
*obrazy z netu, nie znam Autorów

czwartek, listopada 14, 2019

"Zdarza się". ***

xXx

to się naprawdę zdarza
spotykają się trzy kobiety
i jest im razem niezwykle
potrafią ze sobą rozmawiać
 słuchać drgającej ciszy
szumu morskich fal

patrzą na świat z sympatią
zachwycają się brodzącą
 w wodzie brzemienną dziewczyną
wróblami skaczącymi po kamieniach
dźwiękami wydawanymi przez mewy
dziećmi zbyt głośno wyrażającymi 
podziw nad światem
zachodem słońca i deszczem

to jest naprawdę możliwe
one się śmieją z niczego
nie marzą o rycerzach
 na białych pegazach
wyrosły z metafor
mówią o poezji jak o ruskich
pierogach serwowanych
w najtańszej i najlepszej
knajpie świata którą nazwały
Gospodą Bezinteresownej
Koneksji

to się naprawdę dzieje
w biały słoneczny dzień

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 14 XI 19
***cytat w tytule postu, Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć
*zdjęcia z internetu, nie znam Autorów

niedziela, listopada 10, 2019

B - 465

nieużyteczny

już cię nie potrzebuję!

lecz ciągle o tobie myślę, jakbyś był kimś istotnym
w moim życiu. a przecież jesteś jednym z wielu, jak
róże, które chciały cię kusić w hurtowej ilości, bardzo
 daleko od domu i w niezbyt intymnym miejscu.

znowu o tobie piszę, a jednak wcale nie chcę! odległą,
 głupią, dziwną i starą bajką jesteś, dawno spisaną na straty.
przed laty wymyśliłam, że mogłeś być Jezusem.
tylko gdzie Maria z Magdali? czy ukryła się w różach?

i co tu niby jeszcze... Lis fałszywy jak Judasz,
 kochał cię, potem zdradził, wiadomo: zły i rudy.
 i wąż tajemniczy, cichy, co posłał ciebie na krzyż;
te podróże przez światy, przez życia innych ludzi,
prawie jak zmartwychwstania albo reinkarnacje.

zatem znów we mnie siedzisz i tworzę ten wiersz:
 niepotrzebny i słaby, jak dorosły, co odszedł
 zbyt daleko od siebie i już nie wie kim jest!
 jak piękna jawnogrzesznica, bezwstydna nierządnica,
 która stanie się święta, bo będzie dla ciebie zawsze
 złotym, bezcennym Graalem i Różą jednocześnie.

już za nic cię nie pojmuję!

więc jak mam teraz grzecznie, pokornie, bez refleksji
odlecieć na ascetycznie surową planetę Dojrzałość,
kiedy ciągle tu jesteś, roztaczasz różową aurę
 i swoje drobne rączki naiwnie układasz w serce,
ty mały, boży baranku,
co pragnąłeś być Księciem?

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 10 XI 19
 
*Obrazy z netu, niestety, nie znam Autorów :(
*** Tytuł postu: Mały Książę mieszkał na asteroidzie B-612; to jest 465 post na moim blogu ;-)
**Inne posty nawiązujące do Małego Księcia: klik klik klik
 ڿڰۣ

Bonus: jedne z najpiękniejszych zdjęć, jakie ostatnio widziałam; tak się powinno nosić futra, nie inaczej! Trzy Róże z Lisami. ;-) Więcej cudownych zdjęć zdolnej i pięknej Anastazji, możecie obejrzeć tutaj: klik