Translate

niedziela, listopada 24, 2019

Prywata i exhibicjonizm. ;-)


Nie narzekam, bo zawsze robię to, chcę i to, na co mam ochotę i nic i nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać, jak sobie coś wymyślę.
Tak już mam i chyba powinnam być spod upartego Barana, a nie spod praktycznej, ułożonej Panny? Ten znak, ta Panna, w ogóle do mnie nie pasuje. Szalona numerologiczna Piątka we mnie gra i mną gna i igra z losem... A potem śpiewam, jak Edith Piaf: Padam, padam, padam i... naprawdę padam, bo Edith tylko śpiewała w zupełnie innym kontekście.
Weekendy mam wyjęte z życiorysu na dwa długie lata, z powodu dwóch kierunków studiów podyplomowych, które robię, bo po prostu chcę, bo doszłam do wniosku, że dawno niczego nie kończyłam i się nie nic nowego nie nauczyłam a naprawdę lubię się uczyć... 
Doszłam też do wniosku, że nie chcę dorabiać jako instruktor plastyki na wiosce, w zimnej sali domu ludowego, bo już tej plastyki mam dość w dobie komputerów, gdzie sprawność manualna dzieci bywa zerowa, a historia sztuki obchodzi je tyle, co memy na Demotywatorach z Mona Lisą w przerobionej roli głównej. A poza tym chyba się wypaliłam. Mam dość dokładania do zajęć, kupowania materiałów za własne pieniądze. Mam też dość robienia za dziewczynkę na posyłki, cokolwiek to znaczy, jakkolwiek to odbieracie. Jestem dziwna i w przeciwieństwie do wielu z Was - lubię zmiany, gdyż one pozwalają zachować równowagę i dopingują do działania. Życie to jedna wielka, nieustanna zmiana.
No to się uczę, bo naprawdę lubię swoją pracę w szkole, z dziećmi, w klasie. Przy dzieciach jestem sobą. Siedzę w psychologii, logopedii, pedagogice wczesnoszkolnej, czytam, przygotowuję się do zajęć, robię prezentacje. I jeszcze staram się coś czytać z literatury pięknej, chodzić do kina i, oczywiście, pisać.
I może wydam tomik, jak się w końcu odważę, w każdym razie moje koleżanki poetki znalazły mi wydawcę. A jeden wydawca znalazł mnie. Śmieszne, bo jakoś nie mam ambicji na bycie wydawaną poetką. Antologii było sporo, ale ten tomik, jego przygotowanie, chyba mnie trochę przerasta.
I ostatnio na jednym z moich ulubionych blogów, Jotka pisała o ekranizacji powieści Stephena Kinga, którego lubię poczytać, bo gość ma płynny styl, dobrą znajomość psychologii i generalnie nie jest najgorszy. I byłam na tym filmie z Ewanem McGregorem i jakoś mnie nie zachwycił ten "Doktor Sen", oprócz urody szwedzkiej aktorki i kilku scen (głownie scen medytacji, bilokacji i takich tam astralnych spraw),  był po prostu średni, powieść podobała mi się, ale czytałam ją jakieś sześć lat temu, więc nie wiem, jak byłoby teraz. Zresztą moją ulubioną powieścią Kinga, którą dostałam od poetki Beatki Kieras, jest "Ręka mistrza" i jej ekranizacja na pewno wzbudziłaby we mnie emocje.
Rozczarowała mnie również kontynuacja "Samotności w Sieci" Janusza L. Wiśniewskiego. Ot, poczytać i zapomnieć szybciej, niż się przeczytało. A może nie miałam dnia? Bo przeczytałam w jeden dzień.
I chyba w ogóle jestem rozczarowana życiem i jedno wiem na pewno: nie mogę gnić, muszę być skremowana. Tak będzie. Będę też miała świecki pogrzeb z "Halleluyah" Coena w wykonie k.d.lang - dla mnie najlepszym, bo przecież tę pieśń wyli już wszyscy.
Od dziecka wiem, że umrę w listopadzie, że chwyci mnie za gardło i odbierze ostatnie tchnienie. Listopada nie lubię, bo mam alergię na pleśnie. Straszną. Mdleję, robi mi się niedobrze i takie tam historyjki. Kocham Matkę Ziemię i chcę się z nią złączyć jako proszek, a nie jako materiał gnilny.
Jak ktoś oglądał świetny film z Viggo Mortersenem  pt. Captain Fantastic, to będzie wiedział, o co chodzi: chcę być jak bohaterka, której nie ma - proszek rozsypany w paru miejscach... Najlepiej trochę nad morzem i trochę w moich okolicach, może gdzieś niedaleko Karpacza, blisko ulubionego Poety?
Z poezji bardzo podoba mi się nowy tomik Justyny Koronkiewicz pt. Naturalna kolej rzeczy. Jest to poezja naturalnie piękna po prostu.
No i tak sobie ten listopad płynie w liściach, nie jest mokro, więc nie czuć pleśni i zgnilizny i jakoś funkcjonuję, upiększam się bursztynową biżuterią, ale generalnie czekam na święta jako na czas wolny, zwłaszcza, że do świąt, co tydzień w pracy rada lub zespół, każdy weekend na studiach, konkursy, zabawy i inne takie wysiłkowe sprawy.

Wam życzę spokojnego i dobrego czasu!
Zdjęcia w poście są moje, wszystkie sprzed kilku listopadowych dni. Malwa pod domem kwitnie w najlepsze, nagietki i róże wciąż cieszą oczy i pokrzywy ci u nas dostatek. ;-)
Piję rumianek, miętę, czarną z cynamonem i pomarańczą i jakoś leci, choć mam wrażenie, że goni mnie czas.
Sorry za te wynurzenia, ale padam z nóg i chyba musiałam...zamiast wiersza. :)