Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalie Portman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalie Portman. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, lutego 19, 2024

UWAGA SPOILER, czyli obsesyjna manipulacja

 Witajcie! 

        Dawno, naprawdę dawno, żaden film nie rozwałkował na tak cieniutkie niteczki moich uczuć, odczuć i emocji, jak opisywany dzisiaj. Dlatego będzie to krótki i zwięzły i pewnie bardzo chaotyczny post, jednak nie mogłam przejść obok tego filmu obojętnie i nic o nim nie napisać... Ponieważ są filmy, które w nas wchodzą i nie zamierzają wyjść przez bardzo długi czas i to jest niewątpliwie jeden z takich właśnie filmów...

    Potrzebowałam jednak trochę więcej niż całego tygodnia (film obejrzałam w zeszłą sobotę) na przetrawienie, przerobienie w sobie, swoich myślach i emocjach tego filmu oraz tematu, jaki porusza. Bo, jak wiecie, gdy idę do kina, nic nie czytam o filmie, nie oglądam też żadnych videorecenzji, żeby wyrobić sobie własne zdanie, żeby mieć własną ocenę. Na ten poszłam dla odtwórczyń głównych ról kobiecych, bo obie naprawdę lubię i cenię zarówno za urodę, jak i talent aktorski.

    Zacznę jednak od początku, od starego filmu i starej sprawy nagłaśnianej w mediach chyba na całym świecie pod koniec XX i na początku XXI w. 

    Kiedyś, jakieś dwadzieścia lat temu, widziałam fabularny film o kobiecie, która zakochała się w swoim uczniu, będąc mężatką z czwórką dzieci, inspirowany prawdziwą, osobliwą historią. Film ten był emitowany bardzo późną nocą, pewnie ze względu na tematykę. Nosił tytuł  "Amerykańska Dziewczyna (All-American Girl: The Mary Kay Letourneau Story)", premierę miał w 2000 roku, a rolę tytułową zagrała mało znana teraz aktorka, choć wówczas dość popularna, Penelope Ann Miller. Film zrobił na mnie dziwne wrażenie, był przesłodzony i zrealizowany w stylu soap opery, bronił bohaterki, na którą wtedy trwała zbiórka pieniędzy, aby wyszła z więzienia, w którym siedziała za gwałt na nieletnim. Napisałam jednak spontaniczną opinię na stronie tego filmu na Filmwebie (wówczas miałam na Filmwebie blog i dodawałam wiele ciekawostek, głównie o aktorach i pisarzach):

I pewnie byłam bardzo wzburzona, bo zrobiłam literówki, pisząc 17 lat temu: Ten film był gorszy od najgorszego horroru. Możecie mówić, co chcecie, ale nie potrafię zrozumieć dojrzałej kobiety, która wdaje się w romans z dzieckiem i jeszcze rodzi mu dziecko! To jakaś paranoja.

 Teraz patrzę na to inaczej, nie oceniam, jednak wtedy sama byłam młodą nauczycielką i nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym się znaleźć w podobnej sytuacji. Teraz chyba też nie bardzo mogę to sobie wyobrazić, ale cóż, życie nas zmienia, z wiekiem nabieramy dystansu i stajemy się bardziej tolerancyjni na złożoność tego świata...

    Film, który dzisiaj omawiam jest luźno oparty na biografii zmarłej na raka jelita w 2020 roku, w wieku 58 lat, Mary Kay, nosi oryginalny, bardzo trafny i nieco metaforyczny tytuł "May December" (polski tytuł, jak to niestety, często u nas bywa,  jest fatalny i ma się nijak do tego, co widzimy na ekranie). Dzieło to ma świetną, bezbłędną a nawet mistrzowską obsadę, która jest jego ogromnym atutem, ale mamy tu również niezłą, nieco wnerwiającą momentami, zagęszczającą klimat muzykę, bardzo dobre zdjęcia i przede wszystkim świetny scenariusz oraz reżyserię na najwyższym poziomie. Rzekłabym - reżyserię wyważoną i bardzo taktowną.

    Obsesja (May December), reż. Todd Haynes, scenariusz Samy Burch na podstawie opowiadania Burch i Alexa Mechanika USA 2023 - do tej pory obraz zdobył 12 nagród filmowych i 47 nominacji i wcale się nie dziwię, bo jest tego wart i myślę, że tych nagród jeszcze trochę zdobędzie. Został też kupiony (nie wyprodukowany, ale zakupiony właśnie) przez platformę Netflix, jednak ja się cieszę, że mogłam obejrzeć go w kinie i na pewno obejrzę drugi raz na Netflixie, to wiem już teraz.

    Film opowiada historię kilku miesięcy z życia pięknej i ambitnej aktorki kina niezależnego, która ma zagrać kobietę będącą w szczęśliwym związku małżeńskim z dużo młodszym od siebie mężczyzną. Związku owianym pewną dozą tajemnicy i tabloidowego skandalu. Aktorka chce być w swojej roli wiarygodna, pracuje starą Metodą Stanisławskiego i udaje się do małego miasteczka w celu poznania kobiety, w którą ma się wcielić. Poznaje Gracie, jej byłego i obecnego męża, dzieci z pierwszego i drugiego małżeństwa i zostaje wciągnięta w swoistą grę pozorów, w której wszyscy udają, coś ukrywają.

    Ten film mógłby być świetną sztuką teatralną, w której aktorzy grają emocjami, a napięcie między nimi jest tak wielkie, że czujemy to przez cały seans. Ogromna w tym zasługa wspaniałych aktorek: Natalie Portman w roli aktorki o imieniu Elizabeth i Julianne Moore w roli Gracie. Dużo młodszego męża Gracie wspaniale zagrał młody aktor Charles Melton (mam nadzieję, że po tym filmie kariera tego bardzo zdolnego chłopaka rozkręci się) i to jego kreacja najbardziej mnie uwiodła, zachwyciła, chociaż kobiecy duet Portman - Moore również był niesamowity, elektryzujący.

    Nie chcę dużo pisać, zdradzać fabuły, ale powiem tyle, że jeśli coś w tym filmie było naprawdę obsesyjne, to przede wszystkim dwie rzeczy: wchodzenie w rolę, jaką miała zagrać aktorka Elizabeth, jej czasem nietaktowne czy też wręcz nachalne drążenie tematu oraz "wielka, szczera miłość", jaką darzyła swojego młodszego męża Gracie.

 Sceny, w których naprawdę dojrzała, dobiegająca sześćdziesiątki kobieta, udaje przy tak dużo młodszym mężu zrozpaczoną, rozpieszczoną księżniczkę, malutką, zagubioną, sepleniącą dziewczynkę wymagającą wsparcia i notorycznej opieki, wbijały mnie w fotel. Zresztą Gracie jest niesamowicie dychotomiczna, bo będąc bardzo pozytywną i lolitkowatą, drobną osóbką z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem, jednocześnie chodzi po lesie ze strzelbą i poluje i naprawdę nie wiemy do końca czy tylko i wyłącznie na przepiórki, które serwuje na kolację (jej mąż w tym czasie ratuje motyle i to też jest piękna metafora) czy może też na inne... istoty. 

    Film jest po prostu gęsty od emocji, które wciąż narastają, są jak bagno, które wciąga, trzyma, nie chce puścić, zasysa i dusi. Czujemy też jakby oplatał nas trujący bluszcz.

    Dużym atutem filmu jest też scenariusz, który nie ocenia bohaterów, jednak my, po ich zachowaniu, wiemy, albo przynajmniej domyślamy się, co naprawdę czują. 

    Moja ocena filmu 8+/ 10 - za emocje, jakich mi dostarczył, za mnóstwo refleksji, za to, że był nieoczywisty, że wciąż o nim myślę, szukam odpowiedzi na wiele pytań, jakie we mnie zostały po seansie (m.in. takie, czy tylko bohaterowie filmu manipulowali sobą nawzajem czy też może my, jako widzowie, w pewnym sensie też jesteśmy poddani manipulacji). 

    O Mary Kay, która była inspiracją dla twórców i powodem zrealizowania filmu, możecie znaleźć w Internecie naprawdę dużo informacji. Nie mnie ją oceniać. Ja mogę tylko napisać kilka zdań o filmach, które inspirowały się historią tej kobiety. 

    Jeśli ktoś widział film lub jakieś wywiady z bohaterką filmu, niech podzieli się ze mną swoimi wrażeniami. Bardzo bym chciała poznać Wasze zdanie, naprawdę ciekawi mnie co o tym myślicie. Jedno z moich spostrzeżeń jest takie, że Natalie Portman debiutowała w "Leonie Zawodowcu" jako trzynastolatka (zdjęcia kręcono rok wcześniej) a w filmie czuć erotyzm między jej bohaterką i dużo starszym Leonem granym przez Jeana Reno... Przypadek? Może tak, a może aktorka też leczy jakieś swoje traumy? Ostatecznie kto z nas ich nie ma - that is the question!

czwartek, sierpnia 03, 2023

Kobiety jak kwiaty!

                                 Kobiety i kwiaty, kobiety w kwiatach... Ostatnio zachwyciło mnie takie zdjęcie ślicznych aktorek:

        Zdjęcie to skojarzyło mi się z sierpniem, o którym pisałam kilka dni temu, ale już nie chciałam go umieszczać w poście o sierpniu, ponieważ - mimo, że nie znam Autora - wydaje mi się wyjątkowo udane. Na zdjęciu piękne dziewczyny - Scarlett Johansson (1984), Gal Gadot (1985), Jennifer Lawrence (1990) i Natalie Portman (1981) - w ślicznych sukienkach, bo dziewczyny generalnie w sukienkach wyglądają cudnie.

                A ponieważ sama uwielbiam włazić w kwiaty i robić sobie zdjęcia w ich uroczym towarzystwie, a zdjęcie aktorek bardzo mi się spodobało, postanowiłam poszukać innych i chcę Wam dzisiaj przedstawić kilka "kwiatowych fotek" pięknych i znanych pań.

                    Najpierw jednak dziewczyny ze wspólnego zdjęcia, ale osobno (cudna Gal Gadot w makach!):

                        A teraz inne, równie piękne gwiazdy - śliczne, zdolne kobiety...

   

                        Keira Knightley (1985) - piękna brytyjska aktorka znana m.in. z roli Anny Kareniny

                         Piękna i bardzo zdolna Emily Blunt (1983).

                        Kate Winslet (1975) - zawsze wspaniała i urocza, szczególnie w różach, angielska aktorka znana m.in. z Titanica.

                        Florinda Bolkan (1941) - brazylijska aktorka, reżyserka i modelka o kwiatowym imieniu.

 


Boska Julia Roberts (1967) w słonecznikach i kwiatowej sukience... Chyba nie muszę jej nikomu przedstawiać?

                    Naomi Watts (1968) - brytyjska, znana aktorka też uroczo prezentuje się w kwiatach.

                     Claudia Schiffer (1970) - śliczna, niemiecka supermodelka. Bardzo mi się podoba jej zdjęcia z uroczym kwiatem hibiskusa.

                        Uwielbiam też stokrotkowe zdjęcie cudnej Brigitte Bardot (1934), a te z innymi kwiatami i z różą też są bardzo kobiece i piękne.

                       Przecudna Isabella Rossellini (1950) na pięknej fotografii Matthewa Rolstona oraz w obiektywie Diany Walker.  

 
 Urocza Brooke Shields (1965) - prześliczna!
 

            Emma Stone (1988) - amerykańska bardzo zdolna aktorka znana m.in z La La Land.

                 Nicole Kidman (1967) - australijska gwiazda światowego formatu.

                Marilyn Monroe (1926 - 1962) - moja ukochana piękność na moim ukochanym zdjęciu.

                     Grająca MM w Blondynce Ana de Armas (1988) - kubańska aktorka.

                Julianne Moore (1960) - amerykańska, bardzo zdolna aktorka, jedna z moich ukochanych.

                 Margot Robbie (1990) - to po roli w Barbie chyba najbardziej ukwiecona dziewczyna obecnie. Cudnie jej w tym maczku czerwonym.


Wiosenna Joanna Pacuła (1957) z białą różą i w narcyzach.


         
Jessica Chastain (1977) - bardzo zdolna i piękna amerykańska aktorka.

                Cindy Crawford (1966) - znana i ceniona supermodelka chyba jako jesienna dziewczyna.

                 Nastassja Kinski (1961) - piękna niemiecka aktorka lubi kwiatowe fotki.

                              Eva Green (1980) - zawsze piękna, a szczególnie w makach!

  Tych zdjęć na pewno jest więcej, bo przecież kobiety są jak kwiaty, a róża jest najstarszym symbolem kobiecości...

                Lubicie takie zdjęcia? Ja uwielbiam... Które najbardziej wam się podoba? 

                            Pozdrawiam i do miłego, następnego postu.