Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty

19 września 2026

Nie wiem, czy wróciłam, bo nie mam pojęcia, czy pisanie wystarczy, abym się poczuła lepiej...

 ... gdyż brakuje mi siły i motywacji do czegokolwiek, jestem zdruzgotana emocjonalnie. 


Napiszę jednak kilka słów, bo nie chcę, żebyście źle o mnie myśleli, bo ja naprawdę nie jestem ignorantką, bardzo cenię Waszą obecność na moim blogu. Ale stało się coś, co zablokowało, zamroziło  mnie po prostu...

Życie pisze swoje scenariusze i nie jest ważne, jak bardzo się staramy, jak pozytywnie myślimy, jaką wdzięczność okazujemy, ile dobra dajemy, ponieważ ono biegnie swoim rytmem i ma nas głęboko gdzieś. I niech mu będzie. Ostatecznie jesteśmy tu tylko na chwilę. Wszyscy. Bez wyjątku: ludzie, zwierzęta, rośliny - mamy bardzo ograniczony czas. I nigdy nie wiemy, kiedy, w jakich okolicznościach, tego czasu nam zabraknie. Niekiedy cięcia są po prostu drastyczne i nieodwracalne.

1 lipca, w polski Dzień Psa, ok. 18:45, po ponad dwóch latach intensywnych starań o zdrowie, o dobrostan, o komfort życia, jak już wierzyłam, że będzie dobrze, "długo i szczęśliwie" - odszedł ode mnie mój ukochany, adoptowany w 2014 roku, piesek, Nikuś. Miał 15 lat i trzy miesiące, urodził się 1 kwietnia 2011 roku. Odszedł u weta, u którego spędziłam kilka długich godzin, odwlekając tę najstraszniejszą decyzję o skróceniu mu cierpienia. Przestał oddychać z powodu raka płuc. Teraz mam go w urnie, a to jest bardzo mało. I nie mam na nic siły, ochoty, nie mam motywacji i radości. Jestem w ciężkiej depresji, a kiedy piszę te słowa - łzy same płyną po moich policzkach, jak wiosenne strumyki z gór. I wiecie co? Przygotowywałam się na ten moment od dwóch lat, ale kiedy nadszedł, poległam, poddałam się. Bo ciężko jest odpuścić tak wielką, bezinteresowną i bezwarunkową miłość. Bo jeszcze ciężej jest wytłumaczyć sobie, że zrobiło się wszystko, co mogło się zrobić, ponieważ ma się wrażenie, że można było zrobić więcej, bardziej się postarać, pojechać do kolejnego weterynarza, choćby za granicę.

W całej tej strasznej dla mnie sytuacji, urzekła mnie nasza kitku, Balbina, która pod koniec grudnia skończy 16 lat i jest z nami od maciupeństwa. Otóż ta piękna istota, cały czas była przy Nikusiu, obok niego, z nim - a potem jakby go szukała, tęskniła za nim, kładła się w miejscach, gdzie Nikuś często przebywał, chodziła po całym domu i wąchała wszystko z powietrzem włącznie, jakby brakowało jej zapachu kogoś bliskiego. Dlatego nikt nigdy mi nie wmówi, że zwierzęta nie mają empatii. One naprawdę dużo widzą, wiedzą i czują.

Nikuś był moim pierwszym w życiu pieskiem. Pieskiem, który mnie wołał, zanim go wzięłam, przez kilka miesięcy, którego czułam, zanim zobaczyłam, jakby nasze dusze znały się dużo wcześniej i starały się odnaleźć w tym kosmicznym chaosie. Pokochałam go od razu, od pierwszego wejrzenia i był ze mną prawie 12 lat. Był ukochanym towarzyszem, przyjacielem, cichym, empatycznym, mądrym. Był motywacją do codziennych spacerów, do wychodzenia z domu w każdą, nawet najbardziej paskudną  pogodę. Był przekochaną istotą, której oczy mówiły mi o wiele więcej, niż słowa i deklaracje niektórych pseudoprzyjaciół, od których bez żalu odeszłam ostatnimi czasy, dla własnej higieny psychicznej.

Wakacje zatem miałam bardzo smutne. Zdecydowanie były to najgorsze kanikuły, jakie miałam odkąd pracuję w edukacji, czyli od 27 lat. Mimo, iż byłam na pięknej, gorącej Fuerteventurze, we włoskiej Pizie pod jasnym słońcem Toskanii i - oczywiście - w ukochanym od dawna Trójmieście, prawie w ogóle z tych wyjazdów nie skorzystałam, bo nie miałam siły na chodzenie i weny na zwiedzanie, nie miałam też ochoty na opalanie, leżenie na plażach, robienie zdjęć... Głównie leżałam w hotelowych wyrkach na wznak,  jadłam miejscowe przysmaki i patrzyłam w sufit. No i oczywiście płakałam, bo czułam się bezsilna, zrozpaczona, smutna. Najgorzej było w Trójmieście, gdzie Niko często ze mną bywał i wszystko mi jego przypominało... Wówczas mój żal przybierał postać potwora, a ja nie mogłam powstrzymać łez.

Wciąż czuję się źle i źle wyglądam. Często boli mnie głowa, często płaczę, "zawieszam się", zamyślam, odpływam gdzieś we wspomnienia i nie mam motywacji. Ciągle towarzyszy mi wielki, wszechogarniający, głęboki smutek, ogromny żal i tęsknota za członkiem rodziny - bo Niko nim był... Zawsze mogłam liczyć na jego przyjazną obecność, na trykanie noskiem, przytulaski, wspólne chwile w ciszy, bieganie, a pod koniec - wolne chodzenie po lesie.

Poza zasięgiem publikacji pozostają pozaczynane recenzje dobrych, bardzo ciekawych książek (w tym biografia mojej ulubionej aktorki), niedokończone wiersze i ich zarysy, opowiadania, posty, których nie mam siły skończyć, bo w głowie mam wciąż jeden smutny obraz. Wszystko to czeka na lepszy moment, który może nie nadejść. Kilkanaście nowo zakupionych książek również czeka na moje zmiłowanie.

A mnie czeka niebawem intensywna, holistyczna terapia, zaczynam również naukę na kolejnych studiach podyplomowych, żeby nie zwariować i poszerzyć swoją wiedzę psychologiczną.

Owszem, mam wielkie, ogromne wsparcie w rodzinie, w moim niezawodnym, kochanym stadzie. 

I mam też pieska, szczeniaczka shih tzu, który chodzi za mną krok w krok, nawet do łazienki... Z trzech piesków z hodowli, on właśnie podbiegł do mnie, jak tylko tam weszłam i od razu wzięłam go na ręce: malutką, puszystą kulkę, a kulka wtuliła się we mnie bardzo mocno, przyjechała do domu na moich kolanach i już tak zostało...  I teraz, w chwili, gdy piszę ten post, też jest koło mnie, gryzie mysz, skacze mi na laptop, rozrabia I po prostu cieszy się życiem. Dostałam go na urodziny, ale dość długo, bo prawie miesiąc przed nimi, ponieważ bliscy zauważyli, że inaczej się nie da, że gdyby nie ten nowy psiak, chyba nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować i wrócić do pracy - prędzej wylądowałabym w psychiatryku. Piesek jest mały, choć rośnie jak na drożdżach, śmieszny, wesoły, ufny, przekochany, pojutrze skończy 4 miesiące i dostanie ostatnią z serii szczepionek, będzie można częściej wychodzić z nim na spacery... 


Jednak to Nikuś wciąż jest w moim sercu i nie "przerobiłam", a raczej nie zaakceptowałam jeszcze jego śmierci, chociaż była zbyt realna, uporczywa i dotkliwa, żeby ją zignorować, nie przyjąć do wiadomości, zapomnieć. Nikuś odszedł w moich ramionach, tulony, głaskany, w atmosferze miłości i szacunku. Dlatego na razie nie będę więcej pisać o nowym psiaku, bo chyba nie umiem i jeszcze nie chcę. Nie chcę też zapeszać. Nigdy nie miałam szczeniaczka, Nikuś przyszedł do mnie jako trzyletni, spokojny psiaczek. I odszedł jako najukochańsze stworzenie na tym świecie.
I taki paradoks - ciekawostka: Niko urodził się w Prima Aprilis, w dzień, w którym straciłam wczesną ciążę - poszłam rano pod prysznic, bolał mnie dół brzucha i stało się i przypłaciłam ten fakt ciężką, długotrwałą depresją. Niko umarł w polski Dzień Psa, a moje urodziny przypadają w Międzynarodowy Dzień Psa. Niko był moim przeznaczeniem. 
Czy Maniuś też będzie moim ukochanym psieckiem, nie wiem, na razie jeszcze zbyt często nazywam go imieniem, psiaka, którego tak bardzo kochałam, a które wybrała poprzednia właścicielka i którego ja nie zmieniłam ze względu na szacunek do Pani Jasi i pieska, którego powierzyła mi pod opiekę, będąc w kryzysie życiowym i zdrowotnym, zaufała mi i dała tak wspaniałą istotę. I będę jej za to wdzięczna do końca życia, bo ten ciepły, październikowy dzień, w którym przygarnęłam Nikusia, był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Muszę przeżyć i przerobić tę żałobę, bo na razie to ledwo ją oswajam. I nie mam ochoty znowu udawać silnej kobiety.
 
*
 "Nie wynaleziono jeszcze takiego muru, który powstrzymałby żałobę".
 
 Jennifer Moorhead
 
*
 "Ze śmiercią mojego psa
umiera we mnie kawałek świata".
 
Jarosław Borszewicz 

Kocurek mojej córki, Bazyl, który jest ze mną, kiedy ona wyjeżdża służbowo lub prywatnie (obecnie jest w ciepłej i pięknej Chorwacji), też sprawia wrażenie, jakby wciąż szukał po całym domu Nikusia... Chodzi w miejsca, gdzie byli razem, gdzie razem się bawili lub odpoczywali... Jest to naprawdę smutny widok. Odejście Nikusia poruszyło wszystkich członków mojej rodziny.


Jotko - czy tak może być?  Czy już wiesz, dlaczego mnie nie ma w blogosferze? Ten post = kolejne, już ente morze łez.

Posyłam serdeczności i pozdrawiam wszystkich, którzy jeszcze tutaj zaglądają. 

08 lutego 2026

"Człowiek zna to, z czym się rozstaje, ale nie ma pojęcia, co takiego zastanie zamiast tego".


Zaprzestanie

"A kiedy ona cię kochać przestanie, zobaczysz noc w środku dnia".

Edward Stachura - Sted


Kiedy kobieta nie pragnie już
dotyku mężczyzny, z którym była,
gdy nie potrzebuje pocałunków, bliskości,
głaskania - choćby tylko wzrokiem,
kiedy zamyka się w sobie i swoim smutku,
bo jej ciało mówi stanowczo, że to koniec...

Odejdź.

Jeżeli nawet przejdziesz setki dróg
i spalisz za sobą dziesiątki mostów,
jej złamane serce nie przyjmie z powrotem
kogoś, kto przekroczył granice i sprawił,
że poczuła się niekobieca, zwątpiła w siebie,
przestała ufać i wierzyć w czułość.

Możesz się bawić, igrać z miłością, zabijać ją powoli,
przynosić tysiące róż, które de facto, są martwe,
ale ciało, które skrzywdziłeś - jak wrażliwy poeta - pamięta
i krzyczy bezgłośnie:

jeśli mimo wszystko zostaniesz, będę jedynie echem,
ulotnym wspomnieniem uporczywej absencji.

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 8 lutego 26

Cytat w tytule postu Federico Moccia. 

Obrazy: Alexandre Canabel, Echo (1874), Paul Chabas, Jasnowłosa Nimfa, obraz anonimowy: Echo odlatująca od Narcyza, François Boucher, Daphnis Tells Chloe the Legend of Echo (1743)

16 listopada 2025

"Listopad jest dla mnie ponury i deprymujący". ***

DE(pres)JA VU


"Świat naprawdę traci kolory, gaśnie światło" - Maciej Rajek


końca świata i światła jeszcze nie będzie ale on

kreator wewnętrznej rozpierduchy
wtargnie od zewnątrz i przyklei mnie
do ohydnie kiczowatego plakatu
jako jeden z wielu niepasujących
do siebie elementów

drzewa powyginają szpony
 jakby nagle siadła im spastyka
znudzony wiatr zaszaleje adehadowo
deszcz jak autysta będzie walić łbem
w nieczułe na dotyk plastikowe okna
dni zaczną konać szybko i nazbyt skutecznie

skulę się w sobie pożegnam własny uśmiech
nieadekwatnie jasny do zaistniałej sytuacji
dogadam się koleżką w czarnym kapturku
zmęczonym koszeniem plonów kiepskiej jakości

żeby postawił mi orzeźwiającą caffè latte
po to bym nie musiała brać udziału

w najgorszym widowisku świata
nad którym on nigdy nie potrafi zapanować
bo rozpada się i gnije jak truchło u Hitchcocka

mistrz grozy i destrukcji klasy B

zawsze kopie głębokie groby
w mojej miękkiej gliniastej psychice


więc dekadenckie myśli niespokojnie
spadają na zsiniały ziemisty 

zbity pysk

listopada

 

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 15 X 17

Witajcie, przywitałam Was swoim starym wierszem o listopadowej depresji i listopadowym deja vu, która i który dopadają mnie zawsze, nawet wówczas, kiedy ten listopad jest w miarę ładny na swój osobliwy sposób.

Przed nami nowy tydzień, mój na pewno będzie bardzo intensywny, jak i poprzednie, w których miałam bardzo dużo dodatkowych zastępstw. 

A teraz, w tym tygodniu, będę mieć zebrania i konsultacje z rodzicami, wycieczkę szkolną do Karpacza i Jeleniej Góry, którą organizuję i wizytę naszych niemieckich przyjaciół z Bautzen, z którymi będziemy się bawić w teatr i gotowanie. 

Pozdrawiam wszystkich ciepło i serdecznie, zapraszam również do przeczytania postu poniżej - recenzji najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego.

Życzę Wam i sobie udanego, słonecznego, jasnego i dobrego nowego listopadowego tygodnia, posyłam uśmiech i uściski!

Obrazy przedstawione w dzisiejszym poście to piękne jesienne pejzaże autorstwa Thomasa Kinkade (1958-2012), wspaniałego amerykańskiego artysty i biznesmena, nazywanego królem kiczu i mistrzem światła. Kicz kiczem, ważne jest piękne i jasne światło, a jesień na tych obrazach to sielanka!

Autorem cytatu w tytule postu jest znany polski naukowiec i pisarz, Janusz L. Wiśniewski (wywiad - rozmowa z Małgorzatą Domagalik), lubię go - i cytat i p. Wiśniewskiego - bo jak jeszcze nie pracowałam w szkole, wyjeżdżałam w listopadzie tam, gdzie było jasno i ciepło, tutaj macie całość: 

 "Czy Pani też czuje się w listopadzie "wypalona"? Listopad jest dla mnie ponury i deprymujący. Gdybym mógł zmienić kalendarz, wykreśliłbym z niego listopad. Każdego roku obiecuję sobie, że zrezygnuję z urlopu latem i wyjadę w listopadzie tam, gdzie akurat kończy się wiosna, przechodząc powoli w lato".

 A powyżej macie zrobiony przeze mnie stroik na drzwi wejściowe (zmieniam stroiki adekwatnie do pór roku, ale w grudniu zimę zaczynam w mikołajki)...


I jakąś panią wychodzącą rano do pracy, która chyba już nigdy nie nauczy się robić przyzwoitego selfie.
Udało mi się również dzisiaj uwiecznić taki ciekawy ciąg cyferek, wyświetleń mojej strony:

 Do następnego, dobrego dla Was!  

05 października 2025

UWAGA KSIĄŻKA, czyli uśmiech podszyty głębokim smutkiem

 Witajcie!

Dzisiaj opowiem Wam o książce, która już stała się bestsellerem w Polsce i na świecie i która w pełni na ten status zasługuje. 

Ta na wskroś współczesna powieść napisana lekkim językiem, dość ascetycznym stylem z nutkami sarkazmu, niezwykle wręcz współgra - moim zdaniem oczywiście - ze starym wierszem naszej wspaniałej, wnikliwie obserwującej życie Noblistki, Wisławy Szymborskiej, któremu autorka nadała tytuł "Do zakochanej nieszczęśliwie" (wiersz ukazał się po praz pierwszy w 1952 roku), a który ja odczytuję w ten sposób, że niekoniecznie jest on o zakochaniu stricte w jakiejś osobie, chociaż tak też można go zinterpretować, jednak - być może - bardziej chodzi o zakochanie się w życiu...

Tego zakochania, w zarówno w życiu, jak i w ludziach, brakuje Marisie, bohaterce "Ogrodu rozpaczy ziemskich", wielbicielce sztuki przez duże "S", dla której wizyty w Muzeum Prado, w którym podziwia m.in. znany tryptyk Hieronima Boscha, stanowią medytacyjną, trochę uduchowioną odskocznię od szarej rzeczywistości.

Paradoksalnie ta rzeczywistość dla wielu byłaby szczytem marzeń: dobra praca na kierowniczym szczeblu w renomowanej agencji reklamowej w przepięknej stolicy Hiszpanii, wygodne mieszkanko w dobrej, bezpiecznej dzielnicy, drogie wakacje na egzotycznych wyspach, codzienne, drobne zakupy za ponad 100 euro, pyszne, świeże jedzenie w drogich restauracjach, przystojny sąsiad co jakiś czas wpadający na niezobowiązujący seks, wyjazdy integracyjne z pracy, markowe ciuchy, uroda, przebojowość, wiedza, kreatywność.
A jednak pojawiają się coraz częściej, coraz głębsze rysy na tym - zdawałoby się - idealnie ułożonym jak kolorowe puzzle życiu i coraz mocniej Marisie - dziewczynie z prowincji - doskwierają, są jak wrzód, który wciąż ropieje i nie chce pęknąć, żeby się zagoić. I właśnie ona, dziewczyna sukcesu, mająca w sobie coraz więcej wątpliwości, właśnie mogłaby zacytować stary wiersz Szymborskiej w odniesieniu nie tylko do ludzi, którzy ją otaczają, ale też do siebie samej:

"Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją.
Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył".

Bo Marisa coraz bardziej, coraz wyraźniej dostrzega teatralną sztuczność świata, w którym funkcjonuje na oparach, widzi smutek w sobie i aktorach grających zadowolenie, dotkliwie zauważa swój własny żal, kamuflowany sztucznym uśmiechem, balsamowany oglądaniem filmików na YT i podrasowany tabletkami na uspokojenie lub czasem narkotykami. Coraz częściej płacze bez wyraźnego powodu i ostrzej widzi swoją tęsknotę za pięknem, prawdą, przyjaźnią, miłością i bliskością.


I chociaż autorce bliżej do mojej córki urodzonej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, to ja, dwadzieścia lat starsza od autorki czytelniczka, bardzo się w tej powieści odnalazłam, mocno i głęboko w nią w weszłam, wsiąknęłam w jej świat, czułam, że jest o mnie. Zrozumiałam już dawno temu i wciąż tak mam, że wolałabym poświęcić więcej czasu na obcowanie ze sztuką, czytanie, pisanie wierszy, niż uczestniczenie w amatorskim życiowym teatrzyku, zwłaszcza tym odgrywanym w pracy, wśród ludzi, na których w jakiś sposób jesteśmy skazani, a gdyby to od nas zależało, nie chcielibyśmy ich nawet znać. Owszem, nie pracuję w korpo, ale pracuję z ludźmi (od wielu lat na półtora etatu, czasem więcej), wciąż się dokształcam i w zasadzie nic z tego nie wynika, bo niekiedy czuję się wypalona, wyeksploatowana, wyzuta z energii, pozbawiona sił życiowych; coraz częściej też dociera do mnie, że tak naprawdę nic po mnie nie zostanie, że wszystkie moje wysiłki pójdą na marne, a moje liczne świadectwa i dyplomy wyższych uczelni, wylądują w śmieciach do recyklingu.

Dwie ostatnie części książki dla mnie były i śmieszne i straszne zarazem, ostatni rozdział to tragifarsa, życiowa, słodko - gorzka, bardzo realna wbrew pozorom. Zdziwiło mnie, że tak wielu ludzi na całym świecie, w tym ja, marzą niekiedy o strasznych rzeczach tylko po to, aby zwolnić, przystopować, odpocząć, odciąć się od świata i być we własnej bańce informacyjnej, we własnym wszechświecie czy - jak wolicie - świecie równoległym, w każdym razie w czymś, w czym czujemy się bezpieczni, nie musimy grać, udawać, uśmiechać się jak pogrążony w depresji, nieodżałowany aktor - komik Robin Williams.

 Tytuł oryginalny to "El desconento" (2023), co znaczy "niezadowolenie", jednak uważam, że polski tytuł jest naprawdę świetny, ale też dzięki oryginalnemu tytułowi zrozumiałam, czemu w powieści nie ma aż tak wielu odniesień do dzieła Boscha, na które bardzo liczyłam; tekst przełożyła na język polski z hiszpańskiego Ewa Ratajczak, Wydawnictwo Znak 2025. Książka jest debiutem literackim znanej w Hiszpanii dziennikarki, urodzonej w 1989 roku Beatriz Serrano, która karierę zaczynała w Vanity Fair, Vouge, GQ, El Paris i jest także współautorką znanego podcastu. Debiutancka powieść została przetłumaczona na kilkanaście języków, sprzedano także prawa do jej ekranizacji, której jestem bardzo ciekawa.

 Moja ocena książki: 7/10. Ta ocena jest spowodowana błędem, naprawdę dużym faux pas. Nie wiem, czy jest to błąd autorki, w co szczerze bardzo wątpię, czy tłumaczki, ale jest w książce, na stronie 46 taki akapit: "Płótno przedstawia to, do czego ludzie się nie przyznają, choć o tym myślą, robią lub oglądają: wszędzie nadzy mężczyźni i kobiety różnych ras, złączeni narządami płciowymi".  Chodzi oczywiście o Ogród rozkoszy ziemskich i byłoby lepiej, gdyby przetłumaczono: obraz, dzieło - ponieważ ten obraz z płótnem nie ma nic wspólnego, jest typowym dla późnego średniowiecza, obrazem olejnym na dębowej desce i dobrze, gdyż m.in. dzięki temu, że namalowany został na drewnie, możemy go podziwiać i zachwycać się jego oryginalnością i wielowymiarowością ponad 500 lat później.

Wybrane cytaty z powieści: 

* 

 To perfumowana dżungla, pawiany w garniturach, orangutany na szpilkach. Gdyby wszyscy sobie uświadomili, jak niewiele się liczą i z jaką łatwością można ich wymienić na kogoś innego z podobnym doświadczeniem, być może byliby dla siebie milsi.

*

 Myślę o wszystkich momentach, w których czujemy się samotni, dopóki nie pojawi się - kiedy najmniej się tego spodziewamy - ktoś, kto sprawi, że poczujemy się częścią czegoś większego. Jakbyśmy w końcu dotarli do Itaki.

*

 W sumie w życiu potrzebujemy niewielu rzeczy: kogoś, kto nas kocha, łóżka z wygodnymi poduszkami, kilku puszek dobrze schłodzonego piwa i pomidorów, które mają jakiś smak. 

*

 Substytutem terapii był teraz Bosch. Przestrzeń, w której wystawione są jego dzieła, stanowi kwintesencję dramatyzmu: przechodząc w głąb muzeum, wkracza się w świat półmroku i przechadza po oszczędnie oświetlonych salach, aż dociera się do najwspanialszego dzieła. Klejnot w koronie, tryptyk zatytułowany Ogród rozkoszy ziemskich, to trzy panele na ponad dwa metry, które zapraszają, by się zatracić w podziwianiu szczegółów, aż odkryje się coś, czego nigdy wcześniej się nie dostrzegło.

*

 Moja teoria jest taka, że to dzieło Boscha, człowieka pobożnego i żyjącego zgodnie z naukami swojego Kościoła, było jak masturbacja na oczach całej ludzkości. Ogród rozkoszy ziemskich to taki Pornhub z tysiąc pięćsetnego roku. 

* 

 
Mimo wszystko, książkę Serrano polecam bardzo i z czystym sumieniem czytelnikom w każdym wieku. Jest to świetna, krótka (316 stron), kompletna powieść dla każdego, do której uśmiechnęłam się bez smutku, ale z lekką nutką nostalgii, były też chwile, że pozwoliłam popłynąć emocjom, chociaż rzadko jestem skora do płaczu. Bardzo podobał mi się angielski, czarny humor tej opowieści. 
 
Książka niebawem, za kilka dni, pojedzie do mojej córki, jej przyjaciółek, kolegów - niech idzie w świat, bo jest tego warta. Do mnie trafiła w odpowiednim momencie, jak jakiś znak od nieba: pół tegorocznych wakacji spędziłam w Hiszpanii (dwa tygodnie na cudownej, rajskiej wręcz wyspie, Teneryfie i dwa tygodnie w Madrycie i okolicach). W Muzeum Prado byłam dwa razy, bo po pierwszym pobycie w tym osobliwym przybytku sztuki, czułam ogromny niedosyt (muzeum jest wielkie, ma cudowne, bezcenne zbiory, na które można się patrzeć godzinami), ponieważ trypyk  "Ogród rozkoszy ziemskich" Hieronima Boscha, to jedno z moich ukochanych dzieł ever, które kocham miłością prawdziwą od dzieciństwa i zawsze chciałam zobaczyć - spektakularny, wręcz metafizyczny widok, niestety, nie można było robić zdjęć.
 

 Dodam jako ciekawostkę, że do tego potrójnego olejnego obrazu na desce z bardzo wymownym i oryginalnym frontem (strona zewnętrzna obrazu, zamykane prawe i lewe skrzydła), odnosił się często, ale w innym sposób i w innym kontekście, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy s/f, Jarosław Grzędowicz, głównie w swoim najbardziej znanym dziele "Pan Lodowego Ogrodu", które już kiedyś polecałam na tym blogu, ale ta polecajka jest wciąż aktualna.
 

Grafika zamieszczona w poście jest z Internetu, nie znam autorów, zdjęcie 46 strony powieści i notatka w książce oraz ostatnie zdjęcie są mojego autorstwa.

27 listopada 2024

"Przemoc jest ostatnią ostoją niekompetentnych”.***


XXX

"gdy byłem Małym Księciem / hodowałem kaktusy"

Piotr Macierzyński


gdy byłam z Małym Księciem
namiętnie podlewałam kaktusy
które pieczołowicie hodował
żeby wreszcie zgniły

matka radziła odpuść sobie tego fagasa
a ja pyszczyłam fakju stara

później na planecie Pijaka zamieniłam się
w Różę polującą na tygrysy które mi Księciunia
wnosiły na piąte piętro jak przystało
na Bractwo z Meliny Pod Ciemną Latarnią

kolcami sprowadzałam jełopa na ziemię
a jak mnie wkurwił na maxa zmieniałam się w kobrę
która bywa niedobra i wzywa izbę wytrzeźwień

dzieciaki płakały wrzeszczały mamo
mamusiu nie oddawaj taty
zobaczymy czy umie jarać fajki nosem
albo włożymy mu do buzi kapsle po żywcu
i sprawdzimy czy się udławi

nie uległam gówniarzom byłam twarda
za to że mnie zdradzał fiutek z bandą
pospolitych banalnych wulgarnych dzikich róż
w ramach chęci zapomnienia o zobowiązaniach

na asteroidzie Bankiera zdychałam
z dzieciakami z głodu jak przepieprzył
całą wypłatę na spirytusowe mózgojeby
a ja musiałam się puszczać
żeby spłacić jego długi i kredyt

Lis mnie namawiał abym oswoiła frajera
ale nie miałam już weny na podróże z nim
po psychiatrach i innych terapeutach
na spotkania AA grupy wsparcia dla rodzin
zaistniałych w wyniku pijackiego amoku
i odloty w kosmiczne orgazmy również

z dzieciństwa pozostało mi zamiłowanie do bajek
jednak po imprezce pt. toksyczny konkubinat
szukam już tylko oazy spokoju na pustyni

gdzie prawdziwe damy noszą kapelusze

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 2016


   The Global 16 Days Campaign – międzynarodowa kampania przeciwko przemocy wobec kobiet i dziewcząt.
             Zaczyna się co roku 25 listopada (Dzień przeciw przemocy wobec Kobiet) a kończy 10 grudnia (Dzień Praw Człowieka).
            Dbajmy o siebie, wspierajmy się, bądźmy dla siebie i dla innych DOBRZY, bo jak mawiała pisarka Margit Sandemo: 
 
                                                 "Przemoc to upadek rozumu". 
 
*
Swoją drogą, to interesujące, że tabloidy na całym świecie są identycznie ksenofobiczne. Wiedzą, że ich zapijaczony i tłukący żonę czytelnik niczego tak nie potrzebuje jak wskazania wroga, którego może obarczać winą za swoje niepowodzenia. 
 
Zygmunt Miłoszewski
 
*
"To irracjonalne pragnienie kontroli, dominacji i władzy nad drugą osobą jest główną siłą, która napędza przemoc domową między partnerami”.

Luis Rojas Marcos

*
W polskiej przestrzeni publicznej przyzwolenie na przemoc wobec kobiet i przemoc w rodzinie przybiera często formę rozrywki, żarcików, a czasami otwarcie głoszonych poglądów. W tle przemocowego festynu toczy się polityczno-ideologiczna wojna o kobiety. Polki mają być milczące i posłuszne. Matkom Polkom w typie ofiar nie przysługują żadne prawa. Taka jest polska uświęcona tradycja. 
 
Violetta Rymszewicz
 
* 
 "Przemoc fizyczna i psychiczna w rodzinie jest jakąś formą kapitulacji przed własną niedojrzałością".
 
Jacek Dziedzina
 
*

 "Przemoc to strach przed cudzymi pomysłami i mała wiara we własne idee”. 
 
 Antonio „Forges” Fraguas
 
* 
"Przemoc jest duchowym fast foodem, a nuda jest duchową anoreksją”.
 
 Peter Kreeft
 

                                            #Kampania16DniPrzeciwkoPrzemocyZeWzględuNaPłeć
***Cytat w tytule postu Izaak Asimov 

09 grudnia 2023

"Całe moje ciało było zrobione z bólu". ***


Domy z brudnych, splamionych kart
 
Nie opowiem ci sympatycznej bajki o chłopcu, który szukał domu,
tylko gorzką historię dziewczynki, która z niego uciekła.

Pierwszy - rodzinny z psychopatycznym ojcem tyranem
i matką przymykającą oczy na wszystko.
Matką niewidką. Matką - meblem, której domeną
była totalna obojętność i milczenie.

Drugi dom ciotki - dewotki wiecznej dziewicy,
zgryźliwej, zgorzkniałej zołzy potrzebującej służki,
poduszki do wypłakania i tyłka do bicia.

Potem rodzina zastępcza, para zdesperowanych frustratów,
fundujących zimny chów w starej poniemieckiej kamienicy,
którzy naiwnie wierzyli, że dziecko scali ich związek.

Czwarty - obskurny dom dziecka z łysawym wychowawcą,
co wprowadzał dziewczynki w świat oralnego seksu
i niemytym penisem brutalnie kneblował im usta.

Następnie śmierdząca melina narcyza, z którym piła i ćpała,
a on ją bił, poniżał, aż poroniła trzykrotnie i ledwo uszła z życiem.

Później pałac faceta w wieku jej ojca, co ją nakarmił,
ubrał i chociaż wolał chłopców, był dla niej naprawdę dobry,
jednak umarł zbyt szybko aby mogła odpocząć.

I wtedy coś w niej pękło, spaliło się, umarło.
Postanowiła sama zadać rany ciału,
co dla całego świata było jedynie balastem.

Na chwilę znalazła dom, w którym doznała wolności
spreparowanej dawkami przedziwnych specyfików,
hojnie wlewanych w jej żyły i w gardło.
 
I kiedy przeczytała w pisemku dla nawiedzonych,
że prawdziwym domem i świątynią jest ciało -
bez żalu powiesiła je na pasku szpitalnego szlafroka,
bo nie mogła już dłużej udawać, że mieszka tam,
gdzie otrzymuje wsparcie, schronienie, bezpieczeństwo.

Zwyciężył przenikliwy ból - ponieważ żadne cierpienie -
nigdy nie uszlachetnia, jedynie pozbawia energii, zniewala,
prowadzi do punktu, z którego nie ma już wyjścia.

Większość bajek o domach mami nas ciepłem i happy endem,
jednak trudno jest znaleźć azyl w domach złych - chatach -
ruinach i zgliszczach z piachu i zimnej mgły.

I wiesz - bywają historie dużo gorsze niż śmierć -
jest w nich tyle przemocy,
że aż trudno to znieść.
 
JoAnna Idzikowska - Kęsik, XI 2023
 
#bodypain 
 
            The Global 16 Days Campaign – międzynarodowa kampania przeciwko przemocy wobec kobiet i dziewcząt.
             Zaczyna się co roku 25 listopada (Dzień przeciw przemocy wobec Kobiet) a kończy 10 grudnia (Dzień Praw Człowieka).
            Dbajmy o siebie, wspierajmy się, bądźmy dla siebie i dla innych DOBRZY, bo jak mawiała pisarka Margit Sandemo: 
 
                                                         "Przemoc to upadek rozumu".
 
                                            #Kampania16DniPrzeciwkoPrzemocyZeWzględuNaPłeć
#16Dni
#MakeLovenotViolence 
 
***cytat w tytule postu, Katja Millay
*grafika z internetu, nie znam autorów