Tydzień temu, jeszcze w sobotę, bo parę chwil przed północą, wróciłam z ferii zimowych w Gdyni do domu. Podróż do domu, mimo naprawdę sympatycznych współpasażerów bardzo mi się dłużyła, a Niko był niespokojny i dopiero we Wrocławiu, gdy chwilę pospacerowaliśmy przed kolejnym pociągiem, troszkę się uspokoił i dalej jakoś poszło.
Przyjechałam, prawie całą niedzielę przespałam, bo z powodu zmiany klimatu strasznie zaczęła boleć mnie głowa, a w poniedziałek zaczął się kołowrotek. Czułam się jak jakiś świr, jak Adaś Miauczyński, bohater większości filmów Marka Koterskiego, a w szczególności "Dnia Świra", bo w tej wersji Adaś grany przez Marka Kondrata jest nauczycielem - polonistą, który przeżywa kryzys wielu średniego i wszystko go denerwuje - chodzi nabuzowany i nakręcony jak bomba zegarowa, która za chwilę wybuchnie.
Mnie denerwuje niewiele rzeczy, ale czuję się jak bohater tego filmu, bo wpadłam w wir pracy i znowu mam mało czasu dla siebie, swoich wierszy, książek, filmów, piosenek, malowania, języków obcych i innych pasji.
Podczas mojego pobytu w ukochanej Gdyni, dotarło do mnie świadectwo ukończenia studiów podyplomowych. W grudniu, przed świętami, obroniłam pracę dyplomową i zdałam egzamin dyplomowy. Były to studia ministerialne. I kosmicznie cieszę się, że je skończyłam, ponieważ bez wolnego piątkowego popołudnia, wolnych sobót i niedziel, czułam się naprawdę zmęczona i przytłoczona obowiązkami. Ale chciałam, to mam - kolejny dyplom do kolekcji - to oczywiście żart. Ja naprawdę lubię się uczyć i doskonalić dzięki temu swoją codzienną pracę z uczniem. Bo ja tę swoją pracę naprawdę lubię, ale powrót zaliczyłam trudny, gdyż troszkę się rozbestwiłam na feriach, długo spałam, robiłam co chciałam, a tu trzeba się było zabrać do intensywnej pracy.
Zazdrościłam troszkę moim kochanym zwierzakom, że mogą się bezustannie relaksować i spać tyle, ile chcą... Bo mnie w tym tygodniu najbardziej wykończyło wstawanie o 5:30. Do pracy mam bardzo blisko, ale psiaczek wymaga porannego spaceru, a ja chwili dla siebie i wypicia ciepłej wody z cytryną oraz wyprasowania ubrań i makijażu.
Kupiłam też sobie nową roślinkę, ale dziecko Jowita Sylwia, która ma do roślin świetną rękę, mówi, że jest ona bardzo wymagająca i chyba nie przetrwa ze mną i z moim roztargnieniem... Mam jednak nadzieję, że jak poczytam w necie, jak ją pielęgnować, to uda mi się utrzymać ten cudny kwiat w dobrej kondycji.
Druga roślinka, którą kupiłam, jest wg mojej córeczki dużo mniej wymagająca i być może ze mną przetrwa. Wszystkie kwiaty z mojego pokoju przesadziłam do nowych, białych tym razem, doniczek z Pepco (uwielbiam ten sklep). W mojej klasie, z chłopakami, również przesadziliśmy kwiatki do czerwonych doniczek, które przyniosłam z domu, ponieważ już czują wiosnę i wypuszczają nowe pędy, zwłaszcza skrzydłokwiaty i difenbachia.
Mój czarny zamiokulkas to chyba jedyna roślina, która ze mną wytrzymuje już dość długo, bo on nie lubi dużo wody i jakoś udaje mu się przeżyć, więc zmieniłam mu doniczkę, może go to nie zabije? W takiej samej doniczce wylądowało moje szalone anthurium, może da radę i przetrwa ten stresik? Musiałam je przenieść w inne miejsce, bo na oknie miało za jasno i liście zaczęły brązowieć. Grudniówka zaś intensywnie, mocno kwitła już od października do teraz i też dostała większą doniczkę, może da radę?
Skrzydłokwiat dostał inną doniczkę, bo to chodliwy teraz towar, zwłaszcza w niedrogim Pepco i nie mogłam skompletować, ale pasuje kolorystycznie, więc jest dobrze. Będę przemalowywać połowę ścian z koloru karminowego na pudrowy róż, reszta będzie biała z tęczowym brokatem, więc jasne doniczki pasują.
No i pewnie zostanę zabita, zamordowana, zagadana, zbesztana, zgnieciona - ale moja córka i jej (kiedyś mój, wzięty do adopcji z Bolesławieckich Kotów) kocurek Bazyl, mają o wiele lepszą rękę do kwiatów i dużo większą dżunglę kwiatową, niż ja... Oto moje najukochańsze stworzenie - Jowita Sylwia zwana ... Jotką (bo ma inicjały J.K. = JotKa). Jovi jest bardzo podobna do swojego dadinka i ma z nim ogromne flow, ale mam nadzieję, że swoją zakręconą matkę też troszkę kocha na swój sposób, zwłaszcza, że wie, jak bardzo jest kochana. Tęsknię za nią, gdy nie może przyjechać na weekend do domu, a gdy jest, to sobie gadamy, robimy pyszne jedzonko, śpiewamy i tańczymy, a Bazyl goni kota Balbinie i Nikusiowi i jest ok.
A jeszcze wracając do Gdyni, za którą już tęsknię, to kupiłam tam sobie w małym sklepiku z ceramiką, kolejny cudny kubeczek, bo jak wiecie, mam na ich punkcie hopla. Bardzo długo trzyma ciepło i jest prawie tak ładny, jak nasza bolesławiecka ceramika. Do kubaska zaś, już w domu dokupiłam łyżeczki (mam fazę na złote sztućce) w postaci serduszek za 20 złotych w Pepco. Bardzo mi się podobają!
Wczoraj zaś, po tygodniu intensywnej i kreatywnej pracy (w czwartek byłam w szkole od 7:30 do 18:30, bo mieliśmy radę), zaczęłam oglądać serial na Netfliksie. I siedziałam do północy i jeszcze dzisiaj do południa, ale obejrzałam wszystkie sześć odcinków!
Serial oparty na faktach opowiada o bardzo złej kobiecie. Nazywała się Griselda Blanco (1943-2012) i była jedną z najpotężniejszych postaci biznesu narkotykowego lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Bał się jej nawet Pablo Escobar, król narkotykowej mafii. Nie będę zdradzać fabuły, serial jako film podobał mi się - świetna charakteryzacja, muzyka, kostiumy i aktorka wcielająca się w tytułową bohaterkę - Sofia Vergara. Warto obejrzeć ten serial choćby dla niej i jej wspanialej kreacji, chociaż inni aktorzy też stworzyli ciekawe role. Polecam - dobrze jest wiedzieć, jacy ludzie istnieli na tym świecie, mnie zawsze fascynuje ludzka psychika, choć nie wszystkie złe rzeczy potrafię zrozumieć w moim pacyfistycznym mózgu.
Wróciłam też do biografii Marilyn autorstwa zdolnej, ślicznej i wrażliwej Marii Hesse, którą kupiłam półtora roku temu na targach książki na gdyńskim Bulwarze, bo ilustracje w tej książce są cudne a tekst konkretny: krótki, zwięzły i na temat, a za mną od kilku dni chodzi napisanie kolejnego wiersza o tej cudnej istocie, ikonie kina.
Z głupot i pochłaniaczy cennego czasu: przyjaciółka ze studiów wysłała mi link do strony - aplikacji przerabiającej zdjęcia. I jak już jestem zmęczona totalnie i nie mam siły nawet przesadzać roślin, bawię się swoimi fotkami w tej aplikacji... Oto parę przykładów, tak dla śmiechu. Apka krąży po Facebooku, na który nie zaglądam od jakiegoś czasu, więc zapewne dobrze ją znacie. Te zdjęcia sprawiają, że mam ochotę wrócić do naturalnego koloru włosów...
Te obrazy sprawiają, że mam ochotę zafarbować włosy na ciemny kolor, jednak nie zrobię tego, bo w realu najlepiej czuję się w jasnych kolorach włosów.
Przede mną i przed Wami pewnie także, kolejny pracowity tydzień. U mnie pewnie jeszcze bardziej intensywny od tego, który właśnie mija, bo mamy dzień otwarty, zebrania z rodzicami i kolejną radę, ale... dam radę, na pewno!
Uściski dla Was - dobrego, spokojnego i ciepłego nowego tygodnia! Posyłam serdeczności!
































