piątek, 29 lipca 2016

Mistrz i JoAnna... czyli post idiotyczny. :)

Małgorzatą, niestety, nie jestem. Chciałabym, ale to nie to życie, nie to wcielenie - może w kolejnym mi się uda. Jednak mam swoich mistrzów (choć przecież każdy Mistrz ma swoją Małgorzatę, buuu!). Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale zawsze! Lubię mężczyzn, jednak - naprawdę - mało jest takich, którzy mi się podobają z wyglądu (co jest tragiczne w pewnych okolicznościach!). A jak któryś mnie się spodoba, to najczęściej "chemia nie teges", jak mawiał Osioł ze Shreka. Powtórzę zatem starożytną mądrość Safony: "ze wszystkim jednak trzeba się pogodzić"...




Wczoraj troszkę sobie pobalowałam z moją córeńką i jej koleżankami, które mówią do mnie per "pani DżoAno"  ("O, ku..., ale zaje... wygląda pani z tymi ustami i w tych koronkach!") dlatego, że moje dziecko tak na mnie mówi. A jak ma mówić "mamidło" (tak sobie ostatnio wymyśliła), to już DżoAna lepsza. Pobalowałyśmy, porobiłyśmy sweet - focie i padałam ze śmiechu, gdy mi ludzie komentowali, że mam fajne, rozmarzone oczka (trudno, żebym nie miała!).

Dziś obudziłam się z potwornym bólem swojej blond główki i - muszę się do tego przyznać - przeczytałam może ze dwa wiersze i rzuciłam książkę w kącik: bolała mnie głowa, oczy, nie mogłam się skupić na czytanym texcie.

Wydawca, poeta i tłumacz dr Ryszard Mierzejewski  przysłał mi dwa tomiki cudnej poezji, ale nie byłam w stanie czytać...

Dziecko wstało bardzo późno, pokręciło się chwilę, powiedziało, że jestem cool i super i w ogóle mamidło ze mnie zajefajniutkie i na 102 i że boli ją czacha i... poszło spać dalej...

Obejrzałam na YT nowy filmik oszołoma, który nazywa siebie jasnowidzem i diagnostą, powyłam jak wilk do xiężyca ze śmiechu, jak pierdzielił o tym, że wszelka ortografia i gramatyka jest bez sensu (on mówi poszłem, wziełem, w cudzysłowiu i wziąść, ale jest cool!) i właściwie nie wiedziałam, co mam jeszcze ze sobą zrobić, bo po prawdzie nic mi się nie chciało. A w wakacje przyzwalam i pozwalam sobie na nicnierobienie...



Po wywodach samozwańczego jasnowidza, dla którego wszystko jest cudowne i piękne, wyskoczył mi filmik na temat numerologii. Pomyślałam - kretyństwo do n-tej potęgi, ale... No właśnie, potrafię obejrzeć i przeczytać najgorsze kretyństwo, więc się gapiłam dalej...

Moja numerologiczna wiedza ogranicza się do tego, iż z daty urodzenia jestem najgłupszą cyferką ze wszystkich, opisujących ludzkie charaktery: szaloną, kreatywną, emocjonalną, nieokiełznaną, nieobliczalną i tak dalej, za to tą samą, co mój ukochany od wielu lat aktor, Jeremy Irons i mój najulubieńszy Poeta, Tadeusz Różewicz.

Zaintrygowana i nieco znudzona, po obejrzeniu filmiku, weszłam na stronkę, na której łatwo oblicza się swoją liczbę życia i... opadła mi szczeneczka!

Ponoć liczby to wibracje, mające moc, dawkę jakiejś tam energii. Zaczęłam wpisywać daty urodzin (a do nich akurat mam świetną pamięć) swoich bliskich, znajomych i przyjaciół, zaczęło mnie to bawić.

No i sobie dla zabawy wpisałam datę pana, którego naprawdę bardzo i coraz bardziej lubię... wyskoczyła liczba mistrzowska... Przyjaciela od czasów licealnych, z którym łączyła mnie szczególna nić, nie tylko intelektualna... ta sama, mistrzowska... Pana, w którego erudycji bardzo się kiedyś zakochałam... również ta liczba. I tak dalej, a im dalej... tym dziwniej! Pięciu facetów, z którymi mam jakieś porozumienie dusz, jakieś bardzo podobne fale, z którymi - nawet gdy się rozstaję - to w jakimś sensie wciąż są obok mnie, we mnie, w moich myślach (ponoć z dużą wzajemnością zresztą) ... A jak się spotykamy po latach, to jest tak, jakbyśmy się nie widzieli z godzinkę... Wszyscy oni mają jedną i tę samą liczbę - sumę wszystkich cyfr z daty urodzenia i jest to tzw. liczba mistrzowska, niepodzielna (tatuś mojej córeczki, dodatkowo, jest tak jak ja - ósemką z dnia urodzenia, a ta liczba podobno niesie w sobie nieskończoność)... Jak ja - nie mają łatwych charakterów, ale na pewno są to intelektualiści, indywidualiści i - generalnie - fajni goście... na poziomie. ;-))

Mój najulubieńszy współczesny, leworęczny wrocławski pisarz, Jarosław Grzędowicz, również jest Mistrzem  i jeden z ukochanych bardów - Jacek Kaczmarski także nim był, pomijając Mistrzynię - Agnieszkę Osiecką!

I co? I nic - ja, która za jedną z najlepszych stron w necie uważam "Racjonalistę", która namiętnie czytam Agnosiewicza,  Chomsky'ego, Dawkinsa, Hawkinga - siedzę i myślę o "moich" mistrzach... Może tylko takich przyciągam? Może rzeczywiście TA akurat wibracja w jakiś sposób ma na mnie wpływ?

A może jestem jeszcze pod wpływem?



wtorek, 26 lipca 2016

Szczerze polecam...

Witajcie!
Szczerze polecam, ale pewnie rychło w czas, bo nie miałam czasu pisać na bieżąco o tym, co czytam i co oglądam.
Post ten zatem będzie wybiórczy, znajdą się tu filmy i książki, które zrobiły na mnie wrażenie. Pozytywne, czy negatywne - nieważne, ważne, że zostały zapamiętane.



Listę otwiera psychologiczny dramat z zeszłego roku, na dodatek tytuł filmu - "Ojcowie i córki" - co się rzadko zdarza, został przetłumaczony na 5. 
Ciekawy film o traumie z dzieciństwa i jej ogromnym wpływie na nasze dorosłe życie.
Film, w którym nieco podstarzaly i grubawy Russell Crow po prostu wbił mnie w fotel. Chapeau bas za tę rolę! Rolę pisarza, który zostaje sam z małą córeczką i momentami nie radzi sobie z rzeczywistością, ale mówi w jednej ze scen prawie to samo, co ja mówię o poezji: "Pisarz powinien ze wszystkiego wyłuskać prawdę".  Film to rozrywka, a jeśli ciut (lub nawet więcej) prawdy niesie, to jest to dobry film, również z bardzo dobrymi rolami innych aktorów, partnerujących Russellowi...

7/10


"Pokój" (2015) to film, który kupiłam z "Wysokimi Obcasami" (bo to jedno z nielicznych "babskich" pisemek, które nie uwłacza mojej inteligencji) i którym zachwyciłam się do łez czystych, rzęsistych. Film o prawdziwej, emocjonalnej więzi, o szczerej, najprawdziwszej miłości, cudownie zagrany, po prostu piękny!
Kiedyś, chyba w 2013 roku, napisałam tu na tym blogu: Zapuszczam włosy, aby wiatr miał czym kołysać (zapuściłam, ale bez żalu zetnę je, jeśli jakieś chore dziecko /lub kobietka/ będzie potrzebowało peruki) - a włosy w tym filmie - rules, mają MOC!!!

8/10 (ulubiony)


Zawsze miałam słabość do Vincenta Cassela. To bardzo dobry aktor i facio jak najbardziej w moim typku (woli brunetki, jego żoną jest sexbomba Monica Bellucci, buuu!), aktor, który moim zdaniem, potrafi zagrać wszystko. 
W tym filmie (tytuł oryginalny: "Mon roi" - czyli mój król - czyli bardziej adekwatny do tego durnego polskiego!) gra króla życia, wiecznego chłopca z komplexem Piotrusia Pana i robi to świetnie!
Całość to dla mnie (podobnie jak np. kultowe "Ostatnie tango w Paryżu") film o dojmującej, zżerającej od środka... totalnej samotności, wielkiej namiętności - ale miłości w tym, niestety, niewiele. Psychodelka na miarę naszych czasów. Kto obejrzy, być może się ze mną zgodzi.
W każdym razie europejskie kino godne polecenia.

6/10


Do Ridleya Scotta i jego dzieł mam słabość od zawsze, a ponieważ jestem wierna swoim pomysłom, tak już pewnie zostanie.
Mamy zatem "Marsjanina" z kolejną bardzo dobrą rolą Matta Damona i mamy człowieka skazanego na samotność w odległym miejscu. Jednak czy na pewno samotność?
Naprawdę mam wrażenie, takie nieodparte, że od kilku filmów Mistrz Scott, próbuje nam wskazać, że nauka nie wyklucza istnienia Najwyższej Inteligencji, czy jak kto woli - Boga, bo jak mawiał pewien rozczochraniec: "Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy".
Mnie się ten film, mimo kilku niedoskonałości podobał (do s/f mam ogromną słabość, a przecież jakieś słabości też trzeba mieć, bo to czyni nas bardziej ludzkimi).

7/10


Angelina i Brad w trakcie własnego miesiąca miodowego, nakręcili filmik pt. "Nad morzem" rozprawiający o kryzysie w związku. Można i tak. Ja dla Angeliny jestem w stanie obejrzeć nawet największego gniota, nawet takiego, w którym wygląda jak totalna anorektyczka, a tak właśnie wygląda w tym filmie... A mimo to jest piękna i już. Jednak tutaj czegoś zabrakło, choć stylizacja na lata siedemdziesiąte i francuszczyzna amerykańskiej pary aktorów nie budzą zastrzeżeń... Nie poczułam jednak tak do końca tego obrazu. Nie weszłam do tego pokoiku figur drewnianych. A szkoda, bo temat dla mnie osobiście bardzo ciekawy, intrygujący...

5/10



Plejada gwiazd w filmie na faktach no i Johnny bez make - upu rodem z "Edka Nożycorękiego" to duży atut tego dzieła, dobre kostiumy, scenografia, ale ja wciąż i wciąż mam wrażenie, że za dużo tu było Deppa w Deppie. Nie wiem, czy ten dobry, bądź co bądź aktor, już inaczej nie potrafi, czy robi to, czego wymaga od niego reżyser, ale zaszufladkowanie przynosi kiepskie efekty. Do gangsterskich obrazów np. Martina Scorsese temu filmowi daleko.

5/10


Przerysowana, straszliwie efekciarska, przereklamowana druga część "Alicji" według prozy Lewisa Carrolla i ten polski dubbing, bo oglądałam  w kinie.
Pierwsza część podobała mi się znacznie bardziej, bawiła, wzruszała... Z tej części mało wzięłam dla siebie...

5/10


No i mamy problem! A problem polega na tym, że ten film albo obejrzałam rychło w czas, albo tak bardzo mi go wszyscy znajomi polecali, że oglądałam go zbyt krytycznych wzrokiem swoich czasem piwnych, a czasem zielonkawych oczu.
W każdym razie fakt jest taki, że film jest oparty na faktach, ale cholernie schematyczny, a ja naprawdę nie lubię wiedzieć, co będzie za chwilę, w kolejnej scenie.
Fakt drugi jest taki, że uwielbiam Eddie'go Redmayne'a i trzymam kciuki za jego karierę, powalił mnie na obie łopatki w "Uwikłanych" i "Teorii wszystkiego", uważam, że ma wielki talent.
Fakt trzeci - w tym filmie nie on mnie zachwycił, ani mój ulubiony gej Ben Wishaw, który zresztą tu zagrał geja. W tym filmie zachwyciła mnie - po raz drugi, bo pierwszy raz bardzo spodobała mi się w "Pamiętnikach młodości" - Alicia Vikander - i jej rolę uważam za najlepszą, najbardziej subtelną... Przerysowany i narysowany Eddie z głosikiem kastrata nie trafia do mnie, do mojej estetyki.

6/10


"Początek" (2014) to film, który dobrze się ogląda, choć z góry wiadomo, o co chodzi. A bardziej przewidywalnego końca nie można już było wymyślić. Jest jednak w tym filmie coś, co sprawia, że zostaje on w pamięci, zmusza do myślenia, do zastanowienia się nad sobą i światem... A ponieważ wierzę (ba, ja to wiem!), że oczy są zwierciadłem naszej duszy, że można nimi wyrazić wiele i jeszcze więcej, że warto patrzeć na życie i ludzi oczyma miłości...
Dlatego tak wysoko go oceniłam...

7/10


Mam ogromną słabość do Gabrysi Muskaly. Nigdy nie zapomnę jej monodramu "Lalki, ciche moje siostry", który robiła jeszcze przed zdaniem do PWST i F w Łodzi, w rodzinnym Kłodzku, z nieodżałowanym animatorem, Marianem Półtoranosem. To bardzo zdolna i śliczna dziewczyna. No i dla niej poszłam na ten film, a niedawno obejrzałam na DVD.
Lubię również Agatę Kuleszę i Mariana Dziędziela, a Marcin Dorociński przeszedł samego siebie robiąc za bezrobotnego męża bohaterki kreowanej przez Gabrielę.
To, co ja przeszłam ze swoimi rodzicami, to pikuś w tym filmie, który wciąż i wciąż kojarzył mi się z lepszym w podobnym temacie - z "33 scenami z życia" Małgorzaty Szumowskiej i nie temat zrobił na mnie wielkiego wrażenia.
Niemniej, warto go obejrzeć dla świetnych aktorów, bo aktorstwo jest głównym atutem tego ciepłego obrazu.

6/10



"Sekret w ich oczach" to thriller w doborowej obsadzie z 2015 roku. Mamy tu dwie gwiazdy średniego pokolenia, rówieśniczki: botoxową i sztywną (znowu) Nicole Kidman i wychudzoną i brzydką (ciemne włosy, make - up free) Julię Roberts (nota bene nie bardzo rozumiem: czy niektórym kobietom się wydaje, że jak wyschną ok. pięćdziesiątki na wiór, to będą młodziej wyglądać?). Liczyłam na znacznie więcej, liczyłam na iskrzenie, na pojedynek aktorski na poziomie Toma Cruisa i Dustina Hoffmana w "Rain Manie", a dostałam mniej niż średni, schematyczny kryminał, tak cholernie przewidywalny, że ledwie dobrnęłam do końca, ponieważ już po pięciu minutach filmu, wiedziałam, jaki będzie finał, a - jak już wielokrotnie podkreślałam - bardzo tego w kinie nie lubię (wyjątek zostawiam dla bajeczek, bo one zawsze są urocze)...
Julia, jak dla mnie, mimo wszystko i tak wypadła lepiej niż Kidman - obie lubię od lat, choć nie lubię, gdy Nicole skupia się tylko na swoim wyglądzie, jest przecież dobrą, rasową aktorką, co udowodniła niejednokrotnie. 
Nijak ma się ten film do znakomitego argentyńskiego "Sekretu jej oczu" z 2009 roku.

4/10



Do obejrzenia tego filmu zmusiła mnie Jowita: 

- Siadaj, DżoAna i się pogap na swojego ulubionego mańkuta.

A że Jowi bywa nieco despotyczna, to usiadłam dla świętego spokoju i się pogapiłam. I nie żałuję, bo "Praktykant" to
ciepła, pełna humoru opowieść o młodej, zdolnej i bardzo zapracowanej dziewczynie, której firma przyjmuje starszego gościa - emerytowanego wdowca - na praktykę.
Gość okazuje się łebskim i doświadczonym, a do tego bardzo ciepłym i inteligentnym przyjacielem.
Jeśli jeszcze wspomnę, że główną rolę zagrał Robert DeNiro w towarzystwie jak zwykle ślicznej Anne Hathaway, to czego więcej trzeba?  Jakiejś przekąski ewentualnie...

7/10


Cóż rzec o tej powieści?
"Lolita" Nabokova to to nie jest i pewnie nawet nie pretenduje do zacnego miana sztandarowej powieści nimfetkowej. Książkę czyta się nieźle, choć bywają nudne momenty. Fakt jest taki, iż na pewno - mimo, że Rice poruszała już w swoich powieściach kontrowersyjne tematy - jest to jedna z najodważniejszych jej książek, opowiadająca o uczuciu bardzo dojrzałego malarza do młodziutkiej modelki.
Poza tym ja wciąż i wciąż wolę wampiryczne zapędy tej miłośniczki białych, puszystych kotów. Choć erotyczne wydają mi się ciekawsze od Jezusowych.
Generalnie lubię wytwory Madame Rice.


6/10


Wybrany cytat z powieści (s. 440):

"Chyba żadna kobieta nie zrozumie, dlaczego mężczyźni myślą w gniewie o seksie."


Nie ocenię obiektywnie kolejnej powieści Jeanette Winterson, bo kocham kobietę bezwarunkowo, uwielbiam jej styl i erudycję i przeczytałam wszystko, co do tej pory zostało przetłumaczone na język polski.
Ta powieść to nowa interpretacja, nowe spojrzenie na dzieło Shakespeare'a, na uniwersalność podejmowanych przez niego tematów. To jedna z cyklu powieści z międzynarodowego Projektu Szekspir, do którego zaproszono znanych i cenionych twórców bestsellerów. 
To powieść nieco mroczna, bardzo metaforyczna (jak zwykle u Jeanette), którą wchłania się jak gąbka wodę i zapamiętuje na długo... 

9/10

Wybrany cytat z powieści (s. 141):


"Tęsknota za tym, czego brakuje. Wiemy, jak to jest. Każde przedsięwzięcie, każdy pocałunek, cios w serce, każdy list..."


I jeszcze jeden:

"Czasami nie ma znaczenia, że przed tym czasem był jakiś inny czas. Czasami nie ma znaczenia, że jest noc czy dzień albo teraz czy wtedy. Czasami wystarczy to, gdzie jesteś teraz. Nie znaczy to, że czas się zatrzymuje albo nie zaczął biec. Czas jest tutaj. Ty tu jesteś. W tej uchwyconej chwili otwierającej się na całe życie."





"Martwa natura z wędzidłem" to zbiór esejów Zbigniewa Herberta na temat sztuki holenderskiej. Nie jest to rzecz nowa, eseje wydano w 1993 roku, ale godna polecenia, bo Herbert to absolutnie zjawiskowa postać w polskiej literaturze współczesnej. Tytułowa "Martwa natura z wędzidłem" to obraz bardzo kontrowersyjnego malarza, Johannesa Torrentiusa, jedyny, jaki zachował się do naszych czasów, zresztą odkryty bardzo przypadkowo.
Całość: kopalnia wiedzy o sztuce i nie tylko, ukazująca erudycję Autora, którego większość czytelników kojarzy jedynie z poezją.

10/10

Wybrany cytat z książki (s. 120):


„Od razu pojąłem (…), iż stało się coś ważnego, istotnego, coś znacznie więcej, niż przypadkowe spotkanie w tłumie arcydzieł. Jak określić ten stan wewnętrzny? Obudzona nagle ostra ciekawość, napięta uwaga, zmysły postawione w stan alarmu, nadzieja przygody, zgoda na olśnienie. Doznałem niemal fizycznego uczucia - jakby ktoś mnie zawołał, wezwał do siebie. Obraz zapisał się w pamięci na długie lata – wyraźny, natarczywy (…)”


Na koniec pioseneczka z serialu, który mnie zachwycił i który obejrzałam z największą radością, a rzadko oglądam seriale  - mimo wad ten serial, bardzo na tak (ukłony dla Pana Mariusza Bonaszewskiego i Roberta Gonery!).




Bonus dla Przyjaciół, którzy tu są:



:)

sobota, 23 lipca 2016

"Ze wszystkich fizjologicznych substancji nieprawdziwa w teatrze jest tylko krew." ***


płynność


chciałabym umieć kochać naprawdę
bezwarunkowo nieoczekująco
po prostu

 nie kusić przypadku obejść 
wszystkie kiepskie scenariusze

być z tobą bez względu na inne możliwości
ominąć rachunki (nie)prawdopodobieństwa

 rozdrapać strupy myśli trzymanych na uwięzi
robić głupstwa pisać bzdury grzeszyć jak Pretty Woman

w hołdzie pięknej Eunice wpompować z siebie w ciebie
do ostatniej najmniejszej kropli

krew to przecież tylko woda z dodatkową
 porcją zaczerwienionych emocji

a one płyną swoim nurtem nad przepaścią czasu
którego tak mało
tak bardzo mało

dla nas


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 23 VII 16


***cytat w tytule notki, Sławomir Mrożek
* grafika z netu
* pioseneczka na dziś: klik i jeszcze druga: klik

piątek, 22 lipca 2016

"Trzy sukienki, kilka zdjęć, to wszystko, co dziś ma z miłości tej..." ***



zaczyn

obudźcie się smutne śpiące królewny
odkryjcie czary jakimi emanujecie
i ciepło które od was wychodzi
w kosmiczną wymianę energii

spójrzcie w lustra wciąż młode
zjawiskowe atrakcyjne dojrzałe
popatrzcie sobie w oczy
mądre odważne nieprzeciętne

prześlijcie uśmiech do ptaków
kwiatów drzew dacie radę

uwierzcie w siebie śniące piękności
nie musicie tkwić w martwych związkach
cyrografy podpisane w innej epoce
nie powinny dzisiaj rujnować wam życia

przebudźcie się zbyt długo przewracałyście się
z boku na bok tkwiąc wiernie obok
chrapiących rycerzyków którym się zdaje
że jesteście na zawsze

wieczność nastąpi po tym co nieuniknione
po wyroku z którym wszystkie tu przyszłyście
teraz wypada żyć jeść kochać
i modlić się o rozum

dla narcystycznych skurwysynów







JoAnna Idzikowska - Kęsik, 22 VII 16


***cytat w tytule notki: Anita Lipnicka, Ballada dla Śpiącej Królewny
*gify z baśni  Disneya pt. Sleeping Beauty
** dodatkowa, fajna piosenka z mądrym textem i jeszcze jedna ciekawa z textem Młynarskiego

niedziela, 17 lipca 2016

"Każdego dnia się za mną snuje la valse du mal..." ***




Chyba jednak nie powinnam pisać wierszy (choć ponoć poeci nie zjawiają się przypadkiem). Bo nie tylko zakomplexione hejterki nie śpią. Wiele osób bardzo mi współczuje mojego przerąbanego żywota...

 Kilka dni temu jakiś - jak mniemam, bardzo sympatyczny Pan na Facebooku - wyraził głębokie ubolewanie i współczucie i życzył mi wejścia w nowy, dobry związek i szczęścia i miłości, o ile to w ogóle jeszcze jest możliwe po takich przejściach, bo przeczytał wiersz o podpitym Małym Księciu (inspirowany świetnym wierszem Piotra Macierzyńskiego, poety, którego bardzo lubię) ... Był zdziwiony i - chyba bardzo rozczarowany - gdy grzecznie odpisałam, że moje wiersze nie są o mnie... 

Moja Znajoma bardzo szczerze napisała mi (i za to ukłony i szacunek), że wiersz o chorobie Alzheimera jest zbyt realistyczny i przyprawia ją o mdłości.

Jakaś zatroskana Pani na bloggerze wysłała mi sympatycznego maila, w którym podała mi adres do grupy wsparcia i namiary na "zakład, gdzie naprawdę dobrze płacą", kiedy przeczytała mój text o szwaczce, której nie stać na nowe ciuchy...

Jak opublikowałam wiersz inspirowany postacią Bydlądynki mojego kochanego nadwrażliwca (sic!) Witkacego, jakiś koleś napisał mi na priv na NK: "Ty sprośna dziwko!"

Kilka osób przesłało mi głębokie wyrazy współczucia, kiedy mój wiersz na temat przemocy wobec kobiet ukazał się w Śląskiej Strefie Gender...

To tylko kilka przykładów z wielu... Wygląda na to, że chyba trzeba odstawiać  okwieconą, tęczopodobną "angelologię i dal", a nie realistyczno - obrazowe wytwory wyobraźni, że trzeba rymować i nadawać o miłości, choćby wtórnie, nie pisząc nic nowego, ale za to miłego dla oczu potencjalnego Czytelnika (tak jeszcze a propos angelologii, to uwielbiam i anioły i Gałczyńskiego, jednak za jeden z najlepszych jego wierszy uważam taki zakrawający na prozę, bez zbędnych upiększeń, o pewnej pięknej  przedwojennej niemieckiej aktorce).

Są też anonimowe prezenty na NK, w podziękowaniu za wiersze, maile bardzo pochlebne, ale ja zawsze mam do tego dystans...

Póki co dostałam kilka dni temu antologię poezji i dziękuję, że mogłam w niej być, że zostałam zaproszona przez Wydawcę...  To już trzecia (do pierwszej, wydanej w Kanadzie też mnie siłą zaproszono, a druga jest skutkiem wygranego konkursu), a że do trzech razy sztuka, to raczej na tym poprzestanę.



Dostałam również propozycję pisania recenzji, może do tego się nadaję? Ostatecznie drzemie we mnie ukryty krytyk. ;-)

Zawsze wydawało mi się, że wiersze powinny być prawdą o tym świecie. Umiem latać, bujać w obłoczkach, potrafię rymować, niejednokrotnie pisałam o aniołkach i tęczach, ale po prostu nie chcę już tak pisać, teraz mogę się podpisać pod słowami tego wiersza (każdy z nas ma przecież różne etapy w życiu):

Szorstki wiersz

Moje wiersze 
nie idą. 
Są szorstkie i cierpkie, 
podobne 
przedwczesnym hybrydom. 

Choć na przemian się plecie 
płomień i półmrok zamglony - 
jest w nich burzliwy kwiecień 
i styczeń 
z piekącym szronem. 

Szorstki, cierpki wiersz. 
Lepsze jędrne ziarno 
niż liryczny perz.

Jan Wyka




Słucham dziś sobie doskonałej płyty syna Wojciecha Młynarskiego pt. Młynarski Plays Młynarski, z której to płyty zachwyciła mnie szczególnie jedna piosenka (Kalina Jędrusik ją śpiewała i ponoć było to jej ostatnie nagranie) pt. La Valse du Mal, pod której tekstem mogłabym się podpisać obiema rękoma, a wiecie, że jestem oburęczna i równie ładnie piszę lewą, jak i prawą ręką...
Piszę ładnie... Ale nie chcę być słodka jak cukierek, bo to naprawdę jest nudne na dłuższą metę.

Znajoma poetka, Ewa, podrzuciła mi wiersz, który podoba mi się dlatego, że odnosi się do wyrazów współczucia składanych mi na privy (nie napisałam Wam o wszystkich, bo jest tego wiele, niektóre żenująco śmieszne, inne żenująco poważne, jeszcze inne to niemoralne propozycje):

Zrozumienie

Czemu niektórym tak trudno zrozumieć,
że autor nie jest podmiotem lirycznym,
i chcą go, błądząc w krytycznej zadumie,
z fikcji rozliczyć.

Dlaczego wszystko tłumaczą dosłownie,
kreując fakty według własnych reguł,
i podstawiają, urojoną w głowie,
myśl pierwszą z brzegu.

A przecież opcji może być aż tyle,
ile fantazji zdołasz zamknąć w słowie -
więc, czy nie lepiej pomyśleć przez chwilę,
nim się coś powie?

 Jan Lech Kurek



Życzę wszystkim udanych letnich chwil...

Do miłego!

... No i co? I znowu pada...





PS


MOJEMU WIRTUALNEMU WIELOLETNIEMU PRZYJACIELOWI  Z FILMWEBU, KTÓRY TU DO MNIE ZAGLĄDA, SZCZERZE DZIĘKUJĘ ZA CUDOWNE SŁOWA WSPARCIA!
Serce mi wzleciało, gdy przeczytałam Twoją wiadomość, mój Drogi Ż . i od razu zaczęłam pisać nowy wiersz!




 ✲


***cytat w tytule notki, Wojciech Młynarski, La Valse du Mal
* na zdjęciu antologie, w których ukazały się moje wiersze
** te zielone texty to linki, w które możecie kliknąć. :)

poniedziałek, 11 lipca 2016

Niemłodzi, zdolni, wciąż przystojni - ulubieni aktorzy 60+

Witajcie!

Kolejny filmowy post, bo przecież doskonale już wiecie, że kino to jedna z moich pasji.
Dzisiaj chciałam przedstawić Wam moich bardzo ulubionych aktorów starszego pokolenia, bo o paniach 60+ już napisałam.
Pisałam też o swoich ulubionych polskich aktorach i ulubionych przystojniaczkach. Czas więc na panów, których pojawienie się w filmie sprawia, że po prostu ten film oglądam, choć np. nie zawsze interesuje mnie poruszany przez twórców temat.
Kolejność w tym poście jest przypadkowa, oprócz pierwszego aktora, którego uwielbiam, odkąd sięgam pamięcią, a jest nim...

Jeremy Irons (67 l.)!
Ten urodzony pod - podobno - niemęskim znakiem Panny angielski aktor jest w moim życiu od zawsze (i zawsze mi przypomina z wyglądu  mojego ojca). I od zawsze go lubię i - co bardzo ważne - nie widziałam go w złej roli czy nawet w kiepskim filmie. Starannie swoje dobiera role i filmy, w których się pojawia stają się wydarzeniami. Nawet występ w teledysku do angielskiej wersji piosenki Jacquesa Brela to aktorska perełka.
Filmy z aktorem zawsze oglądam bez lektora, bo uwielbiam jego baryton - niestety - nałogowego palacza.
I tak, jak już wspomniałam, nie umiem wskazać gorszej roli Ironsa, natomiast do moich najulubieńszych jego kreacji należą występy w filmach: "Kochanica Francuza" u boku Meryl Streep, "Miłość Swanna" wg Prousta w duecie z Ornellą Muti, "Nierozłączni" - film w który aktor wcielił się w podwójną rolę psychopatycznych braci bliźniaków i zrobił to doskonale; "M.Butterfy" - chyba życiowa rola aktora, "Dom dusz" - znowu z Meryl i znowu z Glenn Close; "Ukryte pragnienia", gdzie również wypadł doskonale oraz adaptacja nimfetkowej powieści Nabokowa - "Lolita".
Zagrał też doskonale tytułową rolę w filmie pt. "Kafka", świetnie wypadł w "Drugiej prawdzie". "Dzikiej kaczce", "Skazie", "Krainie Wód", "Chciwości" i "Między słowami", pomijając fakt, że w "Szklanej pułapce" skasował Bruce'a Willisa.
Myślę, że Irons nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bo nawet w serialach wypada świetnie - mam tu na myśli jego rolę w "Rodzinie Borgiów", pomijając fakt, że w "Królu Lwie" stworzył niesamowitą kreację głosową...


Geoffrey Rush (65 l.) - australijska gwiazda światowego kina. Brzydki jak Quasimodo, ale kosmicznie zdolny. W 1997 zdobył zasłużonego Oscara za rolę w biograficznym filmie "Blask" i od tej pory regularnie pojawia się na ekranie. To dla niego, a nie dla Johnny'ego Deppa oglądam "Piratów z Karaibów". Uwielbiam go za "Zatrute pióro", "Fridę", "Jak zostać królem", "Złodziejkę książek" i - oczywiście za "Konesera".



Willem Dafoe (za kilka dni skończy 61 l.)- aktor z teatralnym doświadczeniem, co widać. Do dziś siedzi we mnie i pewnie nigdy nie wyjdzie - jego Jezus z filmu dość kontrowersyjnego wg powieści Nikosa Kazantsakisa. Jednak zwróciłam na niego uwagę już w "Zagadce nieśmiertelności", a przed "Ostatnim kuszeniem Chrystusa" był jeszcze doskonały "Pluton".
Ostatnio zachwycił mnie w "Grand Budapest Hotel", jak chyba zresztą wszyscy, którzy się w tym świetnym filmie pojawili.
Dafoe ma w twarzy coś demonicznego, co wykorzystywało wielu reżyserów, m.in. David Lynch w "Dzikości serca", ale równie dobrze potrafi zagrać dobrodusznego księdza ("Boże skrawki"). 
To naprawdę świetny aktor!


Stellan Skarsgård (65 l.). Szwedzi mają dobre kino, dobrych aktorów i mieli Ingmara Bergmana. Dla mnie Skarsgård należy do ścisłego grona najwybitniejszych aktorów światowego kina.
Miał zagrać tytułową rolę w "Liście Schindlera", nie otrzymał jej, ale i tak zrobił światową karierę, dużo większą i bardziej interesującą, niż Liam Neesson.

Zachwycił mnie w "Przełamując fale" i od dwudziestu lat śledzę jego karierę. Do ulubionych występów Stellana zaliczam role w takich filmach, jak: "Tańcząc w ciemnościach", "Dogville"(doskonała rola w doskonałym obrazie), "Duchy Goi", "Wyspa skazańców", "Dziewczyna z tatuażem" i... "Kopciuszek". ;-)


David Morse (62 l.) - aktor o pospolitej twarzy, twarzy z tłumu - taki młodszy mój ukochany Gene Hackman (o którym w tym poście nie napiszę, bo od wielu lat już nie pojawia się na ekranie ze względu na chorobę)- nie tak wybitny, ale dobry aktor, który często gra epizodyczne role, ale jest w nich zauważalny, wprowadza na ekran coś, co się zapamiętuje. Zapamiętałam i doceniłam jego kreacje w "Zielonej mili", "Tańcząc w ciemnościach", "Niepokoju" - gdzie doskonale zagrał psychopatycznego mordercę, ale najbardziej mnie wzruszył epizodem u boku Jodie Foster w filmie "Kontakt".


Christopher Plummer (86 lat). Jak go nie kochać, nie uwielbiać, nie szanować? Nie dość, że przystojny, to jeszcze bardzo dobry? Ba, im starszy, tym lepszy. Plummer to kanadyjski wybitny aktor, który od lat pięćdziesiątych jest czynnym zawodowo twórcą. Lubię go, odkąd sięgam pamięcią, zagrał nawet w serialu z Joanną Pacułą ("Przeprawy" wg Daniele Steel, 1986); świetny w "Pięknym umyśle", "Parnassusie" i "Dziewczynie z tauażem", rewelacyjny w "Debiutantach".


Sam Shepard (72 l.) to na świecie przede wszystkim znany i ceniony dramaturg i scenarzysta (m.in. rewelacyjny "Paris, Texas" z Nastassją Kinski),laureat Nagrody Pulitzera. U nas mało znany aktor - dla mnie zupełnie wyjątkowy, bezbłędny, świetny. Wieloletni towarzysz życia wybitnej aktorki, Jessici Lange, z którą zagrał w bardzo dobrym filmie "Frances".
Zakochałam się w jego talencie, gdy zagrał w "Homo Faber" (uwielbiam tę powieść!),wcześniej były cudne "Stalowe magnolie", potem "Raport Pelikana" z Julią Roberts.
Bardzo cenię jego występy w filmach:"Pamiętnik" i "Sierpień w hrabstwie Osage" - w ogóle ma coś w sobie, co sprawia, że przykuwa uwagę widza...


William Hurt (66 l.) - już wspominałam o nim na tym blogu przy innych okazjach, bo jest to aktor, którego bardzo lubię i cenię i któremu zazdroszczę obcowania z Joanną Pacułą, bo to u jego boku nasza polska aktorka debiutowała za Oceanem w filmie pt. "Gorky Park" - Hurt grał w nim radzieckiego oficera i nie była to wybitna kreacja, ale nie była też zła, choć Willy wydawał się sztywny...
Byłam naprawdę mała, gdy zachwycił mnie w kinowym psychodelicznym obrazie pt. "Odmienne stany świadomości" (1980), a potem - jak wielu innych kinomanów w "Pocałunku kobiety pająka" (1985) i "Dzieciach gorszego Boga" (1986), następnie w "Telepasji" (1987) i "Przypadkowym turyście" (1988).Bardzo dobre role wykreował również w "Aż na koniec świata" (1991), "Zwierzeniach nieznajomemu" (1995), "Błękitnym motylu" (2004), "Historii przemocy" (2005)... Cóż - chyba mogę o nim powiedzieć to samo, co o Ironsie: ten aktor nie ma na swoim koncie złej roli.


Ed Harris (65 l.)... kocham bezwarunkowo i bezkrytycznie, bo jest to nie tylko aktor, ale również utalentowany artysta plastyk z honorowym dyplomem School of the Art Institute of Chicago! Swój talent malarski ujawnił w filmach "Pollock" (2000; który to film również wyreżyserował, do którego długo się przygotowywał, aby dobrze oddać styl malarski Jacksona Pollocka) i "Oblicze miłości" (2013).
Rewelacyjnie zagrał w "Godzinach" - filmie, który oglądałam i będę oglądać nieskończoną ilość razy.
Doceniła go Agnieszka Holland i stworzył w jej filmie "Zabić księdza" bardzo dobrą rolę, potem spotkali się jeszcze na planie "Trzeciego cudu" i "Kopii mistrza", gdzie aktor zagrał Ludviga van Beethovena.
Inne świetne role? Jest ich wiele, wymienię te, które najbardziej utkwiły mi w pamięci: "Piękny umysł", "Truman Show", "Mamuśka", "Apollo 13" "Wróg u bram", "Historia przemocy","Niepokonani".


Morgan Freeman (79 lat) - kocham tego mańkuta, odkąd woził Panią Daisy (1989), czyli od dawna. Dobry aktor, erudyta. I cóż powiedzieć, żeby się wciąż nie powtarzać? Lubię go, gdy nosi białe ubranko ("Bruce Wszechmogący")i kiedy bawi się w więźnia ("Skazani na Shawshank"), a najbardziej lubię, jak się przekomarza z Jackiem Nicholsonem ("Choć goni nas czas").
Szczerze podziwiam za rozwiązywanie zagadek Wszechświata i poszukiwanie Boga (miniseriale, których jest również producentem).


Tommy Lee Jones (69 l.).
Jeśli ktoś uważnie obejrzy słynny wyciskacz łez wg Ericha Seagala, to wypatrzy w obsadzie młodego Jonesa. Niewiele się zmienił od tamtego czasu - iskra w oczach została ta sama. I ta iskra sprawia, że aktor wypada świetnie w wielu rolach. Oczywiście, jak prawie wszyscy, uwielbiam go za "Ściganego", "Pomiędzy niebem a ziemią", "Urodzonych morderców" i "Klienta", ale najbardziej utkwiła mi jego kreacja u boku Jessici Lange w "Błękicie nieba".
Ostatnio bardzo na tak wypadł jako reżyser, producent i aktor w nietypowym westernie "Escorta".


Jeff Bridges (66 l.) - najlepszy, najciekawszy w aktorskim klanie Bridgesów. Lubię jego nieżyjącego już ojca i brata, ale Jeff jest the best!
Jako dzidzia poznałam go w "King Kongu" - przypominał mi wtedy mojego kuzyna Mariusza (broda, niebieskie oczka) i od razu go polubiłam.Potem wcielił się w "Gwiezdnego przybysza" i już nie mogło być inaczej - na stałe wszedł do moich ulubionych.
Wymieniając z pamięci bardzo podobały mi się jego role w "Nazajutrz" u boku Jane Fondy i "Zobaczymy się jutro", gdzie towarzyszył nieodżałowanej Farrah Fawcett. Świetnie wypadł u boku Robina Williamsa w "The Fisher King" i Kevina Spacey'ego w "K - PAX" (w ogóle uwielbiam te dwa filmy).
Talent muzyczny (na Facebooku często publikuje zdjęcia z koncertów) ujawnił u boku brata we "Wspaniałych braciach Baker", kochał się w Barbrze Streisand w "Miłość ma dwie twarze". W pamięci wielu widzów zapisał się na pewno jako Lebowski ("Big Lebowski"), podobał mi się także w "Człowieku, który gapił się na kozy" i w westernie "Prawdziwe męstwo".
Jednak najbardziej, najmocniej lubię jego kreację w filmie jednego z moich ukochanych reżyserów, w "Bez lęku" Petera Weira.


Richard Jenkins (69 l.).
Tego aktora, o bardzo przeciętnej twarzy, uważam za mistrza drugiego planu i jestem w stanie obejrzeć dla niego nawet kiepski melodramacik na kanwie prozy Nicholasa Sparksa.
Mam tu na myśli jego rolę w filmie " Wciąż ją kocham", którą doprowadził mnie do łez, a u mnie łzy to rzadkość.
Cudny był również, jak rzucał inwektywami w pastiszu horrorów pt. "Dom w głębi lasu" i w "Jedz, módl się i kochaj".
Jenkins gra od lat osiemdziesiątych i życzę mu wielkiej, kinowej roli, bo w pełni na to zasługuje.
Uwielbiam i koniec!



Clint Eastwood (86 l.) - człowiek - legenda. Aktor, scenarzysta, reżyser, producent i kompozytor. Mało kto wie, że komponuje muzykę filmową, całkiem niezłą zresztą. Laureat kilku honorowych doktoratów i zdobywca wielu nagród filmowych. Bardzo go cenię zarówno jako aktora, ale chyba nawet bardziej jako reżysera. Dlaczego? Ano dlatego, że z kiepściutkiej, słabej powieści zrobił wybitny film. Mam tu na myśli "Mosty Madison County" i jego duet z Meryl Streep. Że zaintrygował mnie filmem, którego temat z pozoru jest mi zupełnie obcy ("Za wszelką cenę"), że dał Angelinie szansę zagrania naprawdę ciekawej roli ("Oszukana"), że nie boi się podejmować w filmach tematów kontrowersyjnych, parapsychologicznych ("Medium")i za to, że zachwycił mnie kiedyś filmem "Północ w ogrodzie dobra i zła".



Chris Cooper (65 l.)- kolejny mistrz drugiego planu, na którym jednak w bardzo sugestywny sposób zaznacza swoją obecność i osobowość.Zachwycił mnie w "Zaklinaczu koni" i "Sierpniu w hrabstwie Osage", jednak najlepszą, najwybitniejszą rolę wykreował w "American Beauty".


Jack Nicholson (79 l.).
Któż nie zna tego szelmowskiego uśmieszku? Kto nie oglądał "Lśnienia" wg Kinga? Chyba nie ma takiej osoby, która nie słyszałaby o Nicholsonie. 
Na czym polega fenomen tego niewysokiego aktora, który zaczynał w filmach klasy C, w tanich horrorkach? Może na tym, że ma osobowość a może dlatego, że ma talent, który docenił Roman Polański ("Chinatown").
Dla mnie Nicholson to przede wszystkim Randie Murphy z "Lotu nad kukułczym gniazdem", zaraz potem Frank Chambers z "Listonosz dzwoni zawsze dwa razy".
Szkoda, że od dawna nie gra...
No i oczywiście ten uśmiech... :)


Harvey Keitel (77 l.). Kolejny aktor, który towarzyszy mi od dzieciństwa. Nigdy nie zapomnę jego występu u boku boskiej Farrah Fawcett w "Saturn 3" (nota bene czy ktokolwiek pamięta jeszcze ten film?). A uwielbiam go za bardzo krytykowaną i rzekomo złą rolę - za Judasza w "Ostatnim kuszeniu Chrystusa".
Świetne kreacje stworzył też w "Thelmie i Louisie", "Fortepianie", nieźle wypadł w "Zakonnicy w przebraniu" i w "Dymie",a ostatnio w "Młodości".



Robert De Niro ten młody, leworęczny  siedemdziesiąciodwulatek to jedna z legend kina, dzięki roli w filmie "Taksówkarz" oraz wybitnej kreacji we "Wściekłym byku".
Dla mnie najciekawsze role stworzył w "Przylądku strachu", "Nietykalnych", "Chłopięcym świecie", "Chłopcach z ferajny", "Pokoju Marvina" a najwybitniejszą w... "Przebudzeniach" u boku nieodżałowanego, wspomnianego już wyżej, Robina Williamsa.
De Niro nie stroni od komedii, choć ja popadam w depresję, gdy oglądam go w kretyństwach typu "Poznaj moich rodziców"... Cóż, z czegoś trzeba żyć, a te występy nie umniejszają jego zasług. Już wolę, kiedy pojawia się w spokojnych opowieściach o miłości, takich, jak np."Zakochać się" z Meryl Streep czy "Stanley i Iris" w duecie z Jane Fondą. 
Cenię też bardzo wyreżyserowany w 1993 roku przez niego film pt. "Prawo Bronxu".


Dustin Hoffman (78 l.), cóż napisać o Dustinie,dla którego będę mieć odwieczny szacunek za "Rain Mana"?
Na pewno jest to aktor bardzo utalentowany, wybitny, który, podobnie jak De Niro, odreagowuje swoją wybitność w gniotach.
Za jakie role go cenię? Pomijając kultowego "Absolwenta" i nieco przereklamowaną "Tootsie", uwielbiam go za role w filmach "Nocny kowboj", "Lenny", "Papillon", "Wszyscy ludzie prezydenta", szanuję za "Maratończyka" i "Pachnidło", ale przede wszystkim i jak najbardziej za "Sprawę Kramerów", po której się w nim dozgonnie zakochałam.
Lubię też film pt. "Kwartet", który wyreżyserował w 2012 roku i jego role głosowe.Jakie? Sami sobie sprawdźcie. :)


Jeroen Krabbé (71 l.)- holenderski aktor o światowej renomie. Bardzo zdolny, kreatywny. Przegrał walkę o rolę Beethovena z Gary Oldmanem w filmie "Wieczna miłość" (zagrał tam inną rolę - biografa muzyka, Antona Shindlera)), ale wykreował kilka naprawdę znaczących ról w światowym kinie.
Bezbłędnie zagrał Haendla w bardzo dobrym filmie pt. "Farinelli, ostatni kastrat".
Mnie bardzo, bardzo podobał się w "Bagażu życia", "Ściganym", "Księciu przypływów" i w biblijnej opowieści (tak, uwielbiam filmy powstałe na kanwie Biblii)pt. "Jezus", w której pojawił się jako Szatan ("...i pokazał mu wszystkie królestwa świata i sławę ich..."). Zagrał też z Joanną Pacułą w idiotycznym filmie pt. "Rozkoszne interesy".
Zaintrygował mnie filmem, którego nigdy nie wiedziałam, niestety, bo był to obraz niszowy, poruszający bardzo kontrowersyjny temat. W Polsce pt. "Zagubionemu żołnierzowi" (wiem, że kiedyś go znajdę i obejrzę).


Denzel Washington (61 l.). Ostatnio gra w gniotach. Ale nie sposób zapomnieć jego kreacji w "Raporcie Pelikana" u boku Julii Roberts i przede wszystkim w "Filadelfii" w bezbłędnym duecie z Tomem Hanksem, którego też lubię, ale jakoś nie do końca...



Robert Duvall (85 l.) - lubiłam go zawsze, zawsze przykuwał na ekranie moją uwagę, więc pamiętałam jego nazwisko od czasów... "Czasu apokalipsy", ale w "Sędzi" zagrał swoją życiową rolę, choć w "Szybkim jak błyskawica" też zagrał świetnie.Często na drugim planie, ale ważne, że jest!


Billy Bob Thornton (60 l.)- zwróciłam na niego uwagę w moim ulubionym westernie z plejadą gwiazd pt. "Tombstone" i myślę, że mimo wieku, czeka jeszcze na swoją wielką rolę. Ma coś w oczach, bardzo dobrze wypada w epizodach jako aktor charakterystyczny. Podobał mi się w "Drodze przez piekło", "Włamaniu na śniadanie", "Samochodzie Jane Mansfield", "Miasteczku Cut Bank" i we wspomnianym wyżej filmie "Sędzia".


William H. Macy (66 l.)- nie dalej niż wczoraj obejrzałam wspaniały film pt. "Pokój", o którym jeszcze napiszę, bo się popłakałam, a to wiele znaczy. Macy w tym filmie pojawił się na może 5 minut i stworzył wspaniałą rolę! I na tym chyba polega wielkość niektórych aktorów, że tak dobrze wypadają w epizodach.Zauważyłam go jako nastolatka w "Domu gry" Davida Mameta i od tej pory wypatruję go na ekranie.Jego rola w szalonym serialu "Shameless - Niepokorni" to po prostu odlot w kosmos.


Derek Jacobi (77 l.). Cóż powiedzieć o Dereku? Wiadomo - oglądało się pod stołem niezapomniany serial "Ja, Klaudiusz", a potem w tajemnicy przed rodzicami czytało się powieści na kanwie których serial powstał.Jacobi to wybitny aktor z dużym teatralnym doświadczeniem. On się czasem bawi rolami, to widać, ale ma prawo - bo takie prawo moją wybitni...Przeraził i poraził mnie rolą w filmie pt. "Love is the Devil. Szkic do portretu Francisa Bacona".


John Malkovich (62 l.) - brzydki, że hej, a mogę się na niego gapić całymi godzinami! Uwielbiam! Od zawsze, od "Pól śmierci" i "Miejsca w sercu". Kocham za "Imperium Słońca", "Niebezpieczne związki", "Pod osłoną nieba", "Być jak John Malkovich" i "Tajne przez poufne". Może sobie chałturzyć w "Red" - niech sobie chałturzy.
Bezgranicznie skradł mi serce w "Myszach i ludziach", "Mery Reilly" i "Hańbie" wg powieści J.M. Coetzee'go, którą bardzo lubię.


Michael Caine (83 l.) to artysta, który może grać "na drągu i w przeciągu". On jest - to wystarczy. Po "Edukacji Rity" nie umiem go nie uwielbiać. Kasuje partnerów nawet w epizodach (seria o Batmanie) i durnowatych komedyjkach ("Miss Agent"). Jego rola w obrazie "Wbrew regułom" to majstersztyk, wirtuozeria. Świetną kreację stworzył też w filmie Allena pt. "Hannah i jej siostry".


Michael Keaton ma obecnie 64 lata i jego kariera znów nabrała rozpędu. Niezapomniany dzięki "Sokowi z żuka" (ponoć powstaje właśnie druga część tego filmu) i serii o Batmanie ten dobry aktor - nie tylko filmowy, również estradowy, teatralny i głosowy - wrócił niedawno dwiema świetnymi rola w dwóch bardzo dobrych filmach w "Birdmanie" i "Spotlight". Mnie podobał się kiedyś w "Grze o życie" u boku Nicole Kidman.



Woody Allen - wielbiciel poezji Wisławy Szymborskiej, reżyser, scenarzysta, aktor, muzyk, intelektualista z ogromnym dystansem do siebie, głos Mrówki Zet. I już. Bo nie umiem wybrać żadnej jego aktorskiej roli ani - tym bardziej, żadnego filmu, który wyreżyserował. Uwielbiam!



Gary Sinise - trudno mi uwierzyć, że ten pan ma już 61 lat. Jest też muzykiem (gra na gitarze basowej) i aktorem teatralnym i głosowym. I dwa filmy sprawiły, że zawsze gdy pojawia się w obsadzie - oglądam. Te filmy to "Myszy i ludzie" (kocham też powieść), którego jest także reżyserem i w którym obsadził swojego przyjaciela z teatru, Johna Malkovicha oraz "Forrest Gump", w którym skasował Toma Hanksa. Nieźle też wypadł w "Apollo 13", "Okupie" i "Zielonej mili".



Bill Murray (65 l.) - chyba w "Tootsie" spodobał mi się pierwszy raz. A potem w "Dniu świstaka". I zakochałam się w nim po "Między słowami" i po prostu lubię gościa, choć do wyględnych to on raczej nie należy. Świetny też w "Broken Flowers" i "Aż po grób". ;-)



Albert Finney ma obecnie 80 lat. Ostatnio pojawił się w najlepszym Bondzie czyli w "Skyfall" (2012). Od pięciu lat artysta cierpi na raka nerki. :(
 Niemniej warto o nim wspomnieć, gdyż jest to bardzo dobry aktor teatralny (szekspirowski!), który w kinie funkcjonuje od lat pięćdziesiątych! Kocham go za dwa filmy: "Plac Waszyngtona" Agnieszki Holland oraz "Erin Brockovich", gdzie z dużym taktem w wielu scenach przyćmił uśmiech Julii Roberts. :)


Max von Sydow gwiazda filmów mojego ulubionego reżysera, Ingmara Bergmana, od lat w rankingach najlepszych aktorów światowego kina. W kwietniu skończył 87 lat i na pewno nie powiedział jeszcze pas! Kiedy wzruszył mnie najbardziej? W filmie Krzysztofa Zanussiego pt. "Dotknięcie ręki" - tak to zapamiętałam. Podobał mi się także w serialu Quo vadis" z 1985 roku, w którym zagrał świętego Piotra.
Większość jego występów to perełki.


Ben Kingsley - "Dom z piasku i mgły" - i mogłabym na tym skończyć, bo dla mnie w tym filmie był rewelacyjny... Ale dodam jeszcze role w "Śmierci i dziewczynie", "Liście Schindlera", "Elegii" i "Wyspie tajemnic".
Kingsley ma 72 lata.


J.K.Simmons (61 l.) - mistrz, absolutny mistrz drugiego planu, który wreszcie doczekał się Oscara za najlepszą rolę drugoplanową w filmie pt. "Whiplash", który szczerze polecam.



Franco Nero - ten włoski gwiazdor o światowej sławie ma obecnie 74 lata i nadal spojrzenie nastolatka. Jego oczy zafascynowały mnie bardzo dawno temu, gdy w kinie z ojcem oglądałam "Komandosów z Navarony". Zawsze, gdy pojawia się na ekranie, wypada dobrze. 
Prywatnie mąż jednej z moich ulubionych aktorek, Vanessy Redgrave i to dla nich obejrzałam romantyczną komedyjkę pt. "Listy do Julii".



Al Pacino (76 l.) - nigdy nie zapomnę "Gorączki sobotniej nocy" i Johna Travotly naśladującego w jednej ze scen Ala Pacino. Pamiętam też, że w jego pokoju wisiał plakat Ala z brodą (i plakat Farrah Fawcett).
Cóż powiedzieć o tym weteranie kina? Wszyscy znają jego role w serii o Ojcu Chrzestnym, których trudno nie docenić. Mnie się podobał w wielu rolach, zwłaszcza tych zmiażdżonych przez krytyków czyli w "Zapachu kobiety" i "Adwokacie diabła" - krytycy muszą z czegoś żyć i nie pozostawili na aktorze suchej nitki, a w pamięci widzów są to role dobre, pamiętne, docenione.

Ostatnio bardzo mnie wzruszył w pięknym, mądrym filmie o dojmującej samotności ("Manglehorn").
Pamiętam jego występy w "Bezsenności", "Gorączce", "Życiu Carlita" i cudownym "Frankie i Johnny", w którym uroczo partnerował Michelle Pfeipffer.
Rewelacyjnie wypadł w duecie z moim ukochanym Genem Hackmanem (ten aktor byłby w tym poście na drugim miejscu, gdyby nie fakt, że 12 lat temu wycofał się z filmu, wprawiając fanów w wielki smutek!) w pięknym filmie pt. "Strach na wróble".

Z niecierpliwością czekam na premierę "Króla Leara", w którym gra tytułową rolę.



Tchéky Karyo (62 l.). Aktor tureckiego pochodzenia o międzynarodowej sławie. Potrafi zagrać psychopatę i wizjonera, mówi biegle kilkoma językami i ma na swoim koncie kilka znaczących ról.
Zachwycił mnie w "Nikicie" Luca Bessona i jako Nostradamus. Nieźle wypadł też jako psychopatyczny muzyk (prywatnie też komponuje, śpiewa i pisze teksty piosenek)i kochanek Joanny Pacuły w "La villa del venerdi" wg prozy Alberto Moravii.
Często gra w filmach francuskich (świetny w "Gang Story", "Terytorium wroga"), ale nie stroni też od Hollywood ("Patriota", "Miłość jak narkotyk", "Joanna d'Arc", "Droga życia").



Jonathan Pryce ten brytyjski gwiazdor z teatralnym doświadczeniem (m.in. słynne Royal Shakespeare Company) ma dziś 69 lat. Uwielbiam go odkąd stworzył niesamowity duet z Emmą Thompson w biograficznym filmie "Carrington" i teraz może nawet bawić się w pirata lub straszyć w bajkach o braciach Grimm.
Jest wielki!



Harry Dean Stanton ma 89 lat. W 1984 roku pojawił się u boku Nastassji Kinski w rewelacyjnym filmie pt. "Paris, Texas". Gra do dziś. Wystąpił też w teledysku do piosenki "Say, say, say".
Bardzo podobał mi się jako Paweł w "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" i ostatnio we "Wszystkich odlotach Cheyenne'a" oraz w filmie pt."7 psychopatów".



Gérard Depardieu - nie mieszam się do polityki (?), więc nie skomentuję jego prywaty. Dla mnie jest aktorem światowej klasy.
Nie wymienię wielu filmów, bo wszędzie wypada nieźle. Wymienię te, za które chapeu bas:"Inna kobieta" w duecie z boską Ornellą Muti, "Księga Diny", "Danton", "Zbyt piękna dla ciebie" z francuską gwiazdą Josiane Balasko, "Camille Claudel" w duecie z rewelacyjną Isabelle Adjani i - przede wszystkim i nade wszystko - "Czysta formalność", gdzie leciały iskry między nim, a Romanem Polańskim.
Aktor ma 67 lat, wszystko co dobre jeszcze przed nim.



John Lithgow ten bardzo wysoki, obecnie siedemdziesięcioletni pan, skradł mi serce, gdy jako nastolatka obejrzałam go w roli Roberty w "Świecie według Garpa". Rola ta przyniosła mu nominację do Oscara w 1983 roku.
I tyle - od tamtej pory z zainteresowaniem śledzę jego karierę, kibicuję mu. Jest laureatem wielu nagród za role drugoplanowe.



Peter Stormare kolejny wysoki (191) Szwed w moich ulubionych. Ale jak go nie lubić, nie wypatrywać w obsadzie? Nawet jak gra psychpatę, robi to uroczo! Bardzo mi się podobał w... "Hansel i Gretel: łowcy czarownic". ;-)))



Klaus Maria Brandauer (72 l.) - austriacki, bardzo zdolny aktor, głównie teatralny, który miał romans z kinem światowego formatu. Bardzo żałuję, że tak mało znane jest tu, w Europie, europejskie kino!
Brandauer zachwycił mnie w kilku filmach, były to: "Mefisto", "Pożegnanie z Afryką", "Hanussen", "Wydział Rosja", "Pośród obcych" i serial "Quo vadis", w którym rewelacyjnie zagrał Nerona.



Charles Dance (69 l.), angielski aktor z teatralnym doświadczeniem o charakterystycznej twarzy, dużych, wyrazistych oczach, wysoki. Trudno mi powiedzieć, za co go lubię, ale lubię od dawna, od filmu pt. "Obfitość", w którym zagrał z Meryl Streep, który wysoko oceniłam na Filmwebie i którego nie pamiętam... W każdym razie cenię go za wyreżyserowany w 2004 roku film pt. "Lawendowe Wzgórze" i za to, że gdy się pojawia ("Gosford Park","Gra tajemnic", "System"), to po prostu jest!



F.Murray Abraham (76 l.) - po rewelacyjnej roli Salieriego w "Amadeuszu" Formana, jednym z najlepszych filmów lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, jeden z moich ulubionych aktorów. Zazwyczaj na drugim planie, ale zawsze go wypatrzę w obsadzie. Bardzo dobra rola w serialu "Homeland".



Hector Elizondo (79 l.) - ulubiony aktor reżysera, który od wielu lat serwuje nam bajeczki o kopciuszkach zakochanych w księciu - mam tu na myśli Garry'ego Marshalla, reżysera m.in. "Pretty Woman", gdzie Hector zagrał sympatycznego kierownika hotelu.
Mnie się podobał w "Niebiańskiej przepowiedni".



Ron Perlman (66 l.) - od "Imienia róży" z zainteresowaniem śledzę karierę tego charakterystycznego aktora, choć wcześniej, jako mała dziewczynka widziałam go w "Walce o ogień" (mój tato miał zwyczaj zabierania mnie do kina na filmy, których chyba jeszcze nie powinnam oglądać). Najczęściej, a właściwie zawsze na drugim planie, ale zawsze ciekawie kreuje postaci - niedawno bardzo ładnie zaznaczył swoją obecność w świetnym "Drive".


Muszę tu wspomnieć o jeszcze jednym panu, rówieśniku Joanny Pacuły, który sześćdziesiąt lat skończy w styczniu i którego widziałam zaledwie w trzech filmach, niestety. 
Niestety, bo serwuje się nam kino głównie hollywoodzkie, czasem bollywoodzkie, dużo rzadziej europejskie, a kino z innych rejonów świata to już w ogóle jakiś rarytas. Ja, jak pisałam już niejednokrotnie, na seriale w ogóle nie mam czasu (chociaż ostatnio z okazji "dobrych zmian" zanudza się nas tureckimi wytworami dla analfabetów podobnymi do "Niewolnicy Isaury") i jeśli jakiś mnie naprawdę interesuje ze względu na obsadę, oglądam go hurtowo na DVD w wakacje.
Ale wracając do aktora - argentyński artysta, reżyser i scenarzysta Ricardo Darín, który bardzo, ale to bardzo spodobał mi się w "Sekrecie jej oczu", "Tańcu Wiktorii" oraz w "Dzikich historiach" - polecam zarówno filmy, jak i zwrócenie uwagi na naprawdę ciekawych, a wręcz egzotycznych u nas aktorów.



A jacy są Wasi ulubieni aktorzy starszego pokolenia?