Wpadłam w wir. Wielki, szumiący wir pracy. Na półtora etatu (bo tak mi się najlepiej i najefektywniej pracuje) i z nową klasą. W umniejszonej o zaplecze sali lekcyjnej, bo mamy dużo dzieci i brakuje nam sal na zajęcia rewelacyjne.
Minęło zaledwie dwa tygodnie, a ja nie pamiętam już, że były jakieś wakacje. Nie pamiętam, jak całe dwa miesiące - z krótką przerwą pod koniec lipca i na początku sierpnia, żeby się zająć w domu kotami (swoim i córki, która pojechała że swoim tatą do Warszawy na koncert Depeche Mode i zwiedzanie stolicy) - spędziłam w mojej przekochanej Gdyni, nad moim ukochanym morzem, a potem dwa dni byłam jeszcze w pięknej Pradze.
Nie pamiętam tego, ponieważ teraz myślę już znowu tylko o pracy... Praca wciąga mnie i pochłania. A we wrześniu zawsze mam jej bardzo dużo.
Pogoda wciąż nas rozpieszcza, u mnie jest pięknie, zwłaszcza, że poranki i wieczory są bardzo ciepłe, jak na tę porę roku... Wiem też od Jurka, że w Gdyni również jest ładna słoneczna pogoda. Ale powoli kończy się czas zodiakalnej Panny. Mieliśmy parę dni temu, w nocy z 14 na 15 września ostatni letni nów Księżyca w znaku Panny, teraz wypada nam czekać na równonoc jesienną i kolejną porę roku, którą lubię połowicznie, czyli do listopada. Jeszcze spotykam ukochane maczki...
Przy okazji nowiu w lubiącej czystość Pannie, posprzątałam dom i pozbyłam się wielu niepotrzebnych już rzeczy. Myślę też nad zerwaniem kilku znajomości, które nic nie wnoszą do mojego życia, a wręcz ściągają mnie w dół. Czasem trzeba uaktualnić i przemieszać energię, żeby przyszło nowe i lepsze. Ludzie przychodzą i odchodzą, a życie weryfikuje każdą znajomość, przyjaźń, relację. C'est la vie. Nic nie jest nam dane na zawsze. Wszystko się kończy, mija albo po prostu wypala i to jest najlepsze, co zostało nam dane: zmiany, dzięki którym uczymy się i dojrzewamy. Idziemy dalej bogatsi w doświadczenia.
Podam wam dzisiaj przepis, który gdzieś kiedyś znalazłam, ale go - jak zawsze i wszędzie (bo wszystko robię po swojemu) zmodyfikowałam. Przepis jest prosty i łatwy do wykonania. Na pewno danie to będzie smakowała osobom, które lubią placki, sernik, słodycze... Mnie one bardzo smakują i robi się je szybko, więc korzystam z tego przepisu, kiedy mam ochotę na słodki obiad.
SYRNICZKI - PLACUSZKI ROSYJSKIE:
POTRZEBNE PRODUKTY
* dwie kostki białego sera - czyli 0,5 kg (ja kupuję ten z Biedronki, bo jest dobry, może być chudy, półtłusty, jaki chcecie, robię z tego, który aktualnie mam w lodówce)
* trzy budynie w jakimkolwiek smaku, mogą być malinowe, wtedy ładnie zabarwią ciasto na różowo
*łyżka gęstego jogurtu greckiego lub naturalnego
*trzy duże jajka
*duża garść rodzynek
*dwie łyżki migdałów w płatkach
*cztery łyżki cukru, może być biały kryształ lub trzcinowy, mogą być też inne słodzidła (ostatnio posłodziłam stewią)
*dwa cukry wanilinowe
*odrobina olejku waniliowego lub cytrynowego albo pomarańczowego
*dobry olej do smażenia placków
WYKONANIE
Do miseczki wrzuć ser biały i rozgnieć go widelcem, dodaj jajka i jogurt i wrzuć na to garść opłukanych rodzynek, lekko przemieszaj a potem odstaw na 15 minut, żeby rodzynki zmiękły. Po tym czasie wszystko dobrze wymieszaj, dodaj budynie, cukry i płatki migdałowe i znowu wymieszaj, ale grudki mogą zostać.
Rozgrzej na patelni dobry olej i łyżką nakładaj placki (jedna czubata łyżka ciasta = jeden placek), smaż z każdej strony do zarumienia na bardzo małym ogniu, żeby placki się nie przypaliły. Podawaj z czym chcesz: z owocami, konfiturą, powidłami, bitą śmietaną lub po prostu posyp cukrem pudrem.
Placuszki są smaczne i wysoko białkowe, pożywne. Jak się komuś nie chce, lub nie ma czasu piec sernika, są dobrą alternatywą, żeby zaspokoić apetyt na to ciasto. Są też bardzo syte i nie da się ich dużo zjeść.
SMACZNEGO!
Dwa najładniejsze zdjęcia placuszków (pierwsze i ostatnie) zapożyczyłam z internetu, bo mam problem z wrzuceniem własnych, gdyż zawiesiłam konto na Facebooku, na którym złapałam kolejny raz takiego wirusa, że szkoda gadać. Zawsze było tak, że z telefonu wrzucałam foty na FB tylko dla siebie, a potem je zapisywałam na pulpicie i wrzucałam tutaj na blog, teraz nie chce mi się podłączać kabli, bo nie mam na to czasu... Ale mimo wszystko, dobrze mi bez tego FB. Nie tracę czasu na przeglądanie niepotrzebnych stron i głupich niekiedy treści. Czytam i piszę. Chociaż wciąż brakuje mi weny do tworzenia wierszy, ale nie ponaglam natchnienia - przyjdzie, kiedy zechce.
Dodam na koniec o moich ukochanych istotkach: staruszeczkach Balbinie i Nikosiu, o których bardzo już dawno nie pisałam na tym blogu, że wciąż ze mną są i mają się dobrze. Mają oba skończone dwanaście lat i kocham je bardziej niż mocno.
Towarzyszą mi praktycznie wszędzie w domu i bardzo sobie cenię ich ciche, kochane bycie ze mną. A że muszę odkurzać białe kłaczki Balbiny z dywanów i podłóg co najmniej dwa razy dziennie to szczegół, ważne że są u mnie dwie cudowne istoty, piękne i bardzo inteligentne oraz empatyczne.Życzę Wam dobrego, kreatywnego nowego tygodnia, pełnego miłości, dobroci i ciepła. Pozdrawiam serdecznie, j.
Chcę być kotem!!!




















