Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, marca 22, 2026

Niedzielne utyskiwania, rozkminki i polecajka

 Drodzy, wybaczcie nieobecność na Waszych blogach, brak komentarzy oraz odpowiedzi na Wasze komentarze tutaj, na moim blogu. Zmiotła mnie nie tyle wiosenna alergia, co rozwaliły i rozstroiły mnie leki na nią. Chyba zbyt silne, zbyt inwazyjne. Nie wiem, jak określić stan, w którym nawet podczas leżenia czy siedzenia w wygodnym fotelu, kręci mi się w głowie, kiedy czuję się otumaniona i nieco nieobecna. I na dodatek nie widzę jakichkolwiek efektów leczenia.


Dlatego dzisiaj, po tygodniu sumiennego brania tych specyfików (przepisanych na ponad miesiąc leczenia), postanowiłam te leki odstawić i pić jedynie wapno, a nos smarować maścią majerankową, która przynosi niewielką ulgę. Generalnie mam wrażenie, że moje ciało nie lubi tej chemii i że nie są to "trafione" lekarstwa, skoro czuję się tak, jakby ktoś uderzył mnie w głowę co najmniej młotkiem.

Moja nieobecność na Waszych blogach, też wiele mi mówi o tym, jak to wszystko tutaj, na Bloggerze,  wygląda. Jednak taktownie to przemilczę. Ale wiele blogów sama odpuszczę i nie będę się nikomu narzucać ze swoimi wierszami oraz komentarzami, na które nie otrzymuję feedbacku czy choćby grzecznościowego komentarza. Z serca dziękuję tym, którzy po prostu są. Mając 56 lat powinnam już się przyzwyczaić do jednej rzeczy, mianowicie do tego, że są ludzie, którzy - chociaż nie mają o mnie pojęcia - nie lubią mnie za samo istnienie w internecie. To jest fenomen sieci. Niech im będzie, nie mnie to oceniać.

Jak nieco mi się polepszy, na pewno odwiedzę Wasze blogi. A ten post pozostawię bez komentarzy. Jeśli chcecie, komentujcie go w poprzednim poście, ja naprawdę czytam wszystko, co do mnie piszecie, co chcecie mi przekazać i robię to ze zrozumieniem. Niekiedy nie nadążam z odwiedzaniem Was, bo goni mnie czas, bo nawet na zwolnieniu lekarskim nie mam ciszy i spokoju. I z jednej strony bardzo mnie cieszy troska innych, pochylam się również nad ich potrzebami i problemami, a z drugiej, chciałabym pobyć sama w domowym zaciszu, pogrążona w swoich myślach, książkach i wierszach. I móc rozmawiać z bliskimi, którzy na co dzień mają mnie mało, ze względu na moje różne prace, dodatkowe zajęcia.

Pozdrawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają i życzę Wam udanego, ciepłego, wiosennego, cudownego nowego tygodnia. Bądźcie zdrowi!

PS

Szukając inspiracji do przedstawienia na szkolną uroczystość, przypomniałam sobie powieść nieodżałowanej Doroty Terakowskiej. Książkę opowiadającą o dziewczynce z Zespołem Downa, czytałam dwadzieścia lat temu i czytam od wczoraj, mimo bólu głowy (nomen omen wczoraj był Dzień Zespołu Downa, Światowy Dzień Poezji i pierwszy Dzień Wiosny). Swój egzemplarz pożyczyłam kiedyś komuś nieuczciwemu, kto mi go nie oddał, ale brat wypożyczył mi tę książkę w mało uczęszczanej Bibliotece Pedagogicznej (książka jest czysta, w każdym razie) i muszę Wam polecić tę piękną powieść. Jest wspaniała i wzrusza, jak dawniej.


 

środa, marca 18, 2026

"Wiosna w końcu nadejdzie, tak samo i szczęście. Spokojnie. Życie stanie się cieplejsze".***


Witajcie moi Drodzy, na początek mój dzisiejszy wiersz, nad którym pewnie jeszcze popracuję...

Przyloty

Marzec, kilka dni po Dniu Kobiet, przedwiośnie.
Chodzę z psem, żeby się wzmocnić emocjonalnie,
odwiedzam ciche miejsca, gdzie nie ma wielu ludzi.
Chcę poczuć w sobie i na sobie wiosnę, odczuć,
że żyję, oddycham i jestem w swoim ciele.
 
Długa, mroźna, surowa i szara zima sprawiła,
że czuję się zmrożona, ospała, chcę stopnieć,
odświeżyć myśli, poruszyć ciało, odnaleźć duszę.
Wchodzę na pustą łąkę: dwa raniuszki siedzą
na krzewie forsycji, która dopiero pączkuje na żółto.
 
Pies ryje nosem w trawie, w której coraz więcej
zielonych łodyżek kusi nowym zapachem, świeżością.
 
Spontanicznie zdejmuję buty, ziemia jest wilgotna i zimna,
czuję jej delikatny puls. Biegnę, jakbym gnała prosto
w ramiona dawnego kochanka, który odszedł do innej,
bo nie zniósł mojej empatii do świata, bo nie rozumiał,
jak bardzo lubię spontaniczne zachwyty, uniesienia.
 
Nawet brak tchu sprawia mi radość, nawet ból cieszy,
że odczuwam; oślepiające światło nie przeszkadza,
a moja kruchość staje się siłą, dodaje skrzydeł.
 
Lecę do siebie, do wesołej, wiosennej dziewczyny
zakochanej w życiu. Wiosna robi swoje -
przylatuje wtedy, gdy jest konieczna. 
 
 
 
Mam nadzieję, że mój wiersz przypadł Wam do gustu, napiszcie, co o nim myślicie. Jest prosty jak wiosna, która się wreszcie rozgościła na dobre.Na zdjęciu poniżej moja wiosna - dekoracja do klasy. Ja zaś jestem chora, od poniedziałku jestem na L4, bo... dobiła mnie ukochana leszczyna i inne pyłki.
 

 Po tej długiej, szarej zimie, gdy nagle zrobiło się ciepło i pięknie, gdy wszystkie naraz kwiaty i krzewy zaczęły kwitnąć... Poległam. Ledwo mówię i oddycham i mam od groma leków antyalergicznych, ale bardzo, przebardzo cieszę się wiosną!!! Życie to jednak parada paradoksów.


A na zdjęciach powyżej i poniżej, moje nowe, śliczne kubeczki i pióra - mam nadzieję na wenę, na pisanie nie tylko wierszy, ale również pamiętnika, bo chcę wrócić do pisania pamiętnika w zeszycie.
 

Niestety, zaniedbałam pamiętnik przez wielką ilość pracy w szkole, pracy terapeutycznej, pracy redakcyjnej i innych obowiązków, jednak zamierzam nadrobić zaległości, choćby tylko w wyrażaniu wdzięczności za życie, za to, co i kogo mam obok siebie, za zdrowie, rodzinę, przyjaciół, zwierzęta.

 
Cytat w tytule postu jest autorstwa Anity Krizzam, zdjęcia raniuszków z internetu - uwielbiam te ptaszki, coraz częściej je widuję na moich spacerach z psieckiem, są urocze, bardzo przyjazne i śliczne.
 

Jednak ostatnio mam nawyk wychodzenia na spacery bez rozpraszaczy w postaci telefonu i jeszcze nie udało mi się ich sfotografować. Mam jednak nadzieję, że niebawem to zrobię!


Oba pióra piszą świetnie, do złotego dałam niebieski, a do srebrnego czarny nabój. Super się nimi pisze, lekko, pasują mi do obu rąk.


I jeszcze prośba Wielka do moich ogrodniczek, co to za krzew na zdjęciu poniżej? Nie ukradłam gałązek, po prostu ktoś mocno przycinał i leżały na chodniku, więc wzięłam do wazonu. Ale krzew jest ładny, zielony cały rok, z chęcią kupię i posadzę pod domem, więc jeśli ktoś zna nazwę, niech mi ją zdradzi, będę bardzo wdzięczna. 🌿🌿🌱 Czy to jest laurowiśnia? 🌿🌱🌿
 

Życzę Wam dobrego, wspaniałego czasu, pełnego pięknej, ciepłej, kolorowej wiosny! 
 

 

poniedziałek, marca 04, 2024

Krótkie opowiadanie o dzisiejszej DżoAnie z oka przymrużeniem i serducha drżeniem ;-)

        Tak to było, tak się zdarzyło...


        Wstaje sobie DżoAna w poniedziałkowy poranek, jak zawsze o godzinie 5:50, zadowolona, że się wyspała, że nie boli jej szyja od zbyt wysokiej poduszki, której nie potrafi się pozbyć, bo dobrze się na niej czyta przed snem, szczęśliwa, że ma dziś tylko trzy lekcje i będzie mogła sobie poczytać albo popisać na blogu lub zrobić coś co, naprawdę lubi: chodzi jej po głowie wiosenny stroik na wejściowe drzwi. Kot i piesek także przeciągają się w swoich legowiskach, ale nie mają ochoty jeszcze wstawać.

        Idzie sobie DżoAna do łazieneczki, bierze szybki, odświeżający prysznic, bo wieczorem zawsze wyleguje się w wannie, a wczoraj wylegiwała się wyjątkowo długo, ponieważ było jej zimno. Patrzy w lustro i jest bardzo zadowolona, nie ma worków pod oczami, włosy ładnie się układają i błyszczą, cera lśni, gdyż wczoraj zrobiła sobie domowe SPA: chodziła w maseczce na włosach z żółtka i olejków i na twarzy - w gotowej maseczce w płachcie, bardzo dobrze nawilżającej.

        Wraca DżoAna do sypialni, siada przy toaletce i zadowolona wyciąga nowy zestaw pielęgnacyjny z wyższej półki, dość znanej marki kosmetycznej: krem na dzień i serum zawierające magiczną substancję, bardzo modną obecnie i podobno działającą cuda, za które zapłaciła niemało, ale stwierdziła, że skoro skończyło się 54 i pół roku, to trzeba zainwestować w kremy lepsze niż te znane i tanie, ogólnodostępne w znanej drogeryjnej sieci.

        DżoAna ma nawyk, którego nauczyła się z rolki wspaniałej, znanej aktorki - gwiazdy Hollywood: na rękę wyciska trochę serum i dodaje krem, miesza je ze sobą specjalną, pozłacaną szpatułką i nakłada na twarz, szyję i dekolt wmasowując kosmetyk...

        I nagle - robi jej się słabo, twarz zaczyna ją palić, boleć, biegnie do łazienki i zmywa wszystko... I w lustrze nie widzi już DżoAny a kobiecą wersję wodza Winnetou!!

        Bierze kolejny prysznic, zimny, kładzie sobie na buzię zimne okłady - jest coraz gorzej, jest grubo po siódmej... Pisze do Pana Dyrektora, że prosi o wolny dzień spowodowany siłą wyższą z nadzieją, że wszystko będzie dobrze, że za chwilę, po okładach, po wypiciu pięciu szklanek wapna, cera i buzia wrócą do normy...

        Klasowi chłopcy piszą i nagrywają wiadomości: Gdzie pani jest, tęsknimy. 🩷 DżoAna bardzo się wzrusza, jak zawsze, odpisuje, że jest dobrze i niedługo do nich wróci, żeby byli aktywni na zajęciach i nie sprawiali problemów innym nauczycielom.

        Brat wysyła jej zdjęcia portretów ukochanego artysty - Witkacego, fotki prac Abakanowicz i Beksińskiego, a ona myśli tylko o tym, żeby nie zemdleć i nie zwymiotować…

        Mijają minuty, potem godziny, a buzia pali żywym ogniem, robi jej się bardzo słabo, cała siebie boli coraz mocniej i mocniej - dzwoni do lekarza... Pan Doktor na początku trochę ją sprowadza do pionu i poucza, że od razu powinna była zadzwonić po pogotowie, ale zaraz potem mówi miękkim głosem, żeby jak najszybciej przyszła.

    Kroplóweczki odczulające nie są przyjemne, już je kiedyś zaliczyła, raz po ukąszeniu "muszki czarnobylki", innym razem po oparach z domestosu wlanego w niewielkiej ilości do toalety, potem przy atopowym zapaleniu skóry, którego się nabawiła po stresie spowodowanym chorobą ojca, a później jeszcze po znieczuleniu podanym przez stomatologa. Ręka boli po wenflonie, w głowie jej się bardzo kręci, buzia też już boli po prostu, oblewają ją zimne poty, robi jej się koszmarnie zimno, zaczyna dzwonić zębami... Wie, co to znaczy, miała kiedyś trzy wstrząsy anafilaktyczne (po ukąszeniu pszczoły i po półgodzinnym noszeniu srebrnej biżuterii mocno okraszonej niklem oraz po ćwiartce zastrzyku z witaminą B, na rwę kulszową) i zapaść (po próbkach z penicyliny), na szczęście nie traci przytomności.

        Pan Doktor mierzy ciśnienie - bardzo wysokie, jak na nią, na szczęście Doktor dobrze ją zna, jej skłonność do nagłych, zupełnie niespodziewanych uczuleń. Przepisuje antybiotyk, tabletki na alergię, zastrzyki odczulające, kremy dermatologiczne - apteczne, daje również skierowanie do dermatologa, jeśli objawy nie ustąpią po zastrzykach. Nakazuje zostać trzy dni w domu i obserwować swoje reakcje, wypisuje zwolnienie z pracy.

        Pani Magister w aptece w średnim wieku, z bardzo gładką, zadbaną buzią, odradza drogie kremy, wymienia też inne marki, które często uczulają, mówi, że sama używa kremu "kręconego" przez Panią Kosmetyczkę z miasta położonego jakieś 30 kilometrów od Bolesławca.

         DżoAna dostaje pierwszy zastrzyk, po kilkuminutowej obserwacji wraca do domu, bierze leki i smaruje buzię bardzo tłustym kremem przepisanym przez Pana Doktora i około godziny szóstej wieczorem tudzież po dwunastu godzinach, DżoAnie robi się trochę lepiej... Twarz nie jest już tak fioletowo - purpurowa, przestaje piec. Jeszcze jest zaróżowiona, są plamy na szyi i dekolcie, ale DżoAna nie wygląda już jak spalona słońcem.Tylko tyłek po zastrzyku domięśniowym boli teraz wyraźnie.

            "Miły" początek tygodnia, jednak DżoAna jest bardzo wdzięczna za to doświadczenie i ogromnie wdzięczna Panu Doktorowi za pomoc i wsparcie. 

    Była próżna, żeby nie powiedzieć durna, chciała być ładniejsza, nie posłuchała siebie i własnej intuicji, która mówiła: Po co ci to, daj te pieniądze córce? A przecież nie wszystko najlepsze, co bardzo drogie i ładnie, wręcz artystycznie  opakowane (nieekologicznie, "mądra" inaczej pani DżoAnko, zdeklarowana wegetarianko, czytelniczko wszystkiego, co się napatoczy, oprócz składów i zawartości pojemniczków z - bądź co bądź - chemią) i czasem naprawdę warto przed zakupem upomnieć się o próbki, zwłaszcza artykułów powyżej - powiedzmy - stówki, żeby się potem nie zdziwić i nie rozczarować...

        Na koniec spontaniczny limeryk, napisany przez DzoAnę komentarz na zaprzyjaźnionym blogu Frau Be - dla śmiechu i rozładowania napięcia:


Dziś Asieńka z miasteczka małego
Krem wklepała w buziaka swojego.
Nagle boli i piecze ją tam i tu,
Asia wygląda jak wódz Winnetou!

Buuu! Alergia! Ale lekarz: Fiu, fiuuu!!

😊😊


        🩷Dbajcie o siebie i bądźcie dla siebie dobrzy!🩷

*

Ciesz się tym, co masz i o to dbaj. Szczęście jest kruche. Doceniaj każdą chwilę i rób wszystko, co możliwe, żeby je chronić. 
 
Harlan Coben
 

*

Obrazy z Internetu, niestety, nie znam Autorów; zdjęcie Autoportretu Witkacego, Leszek Idzikowski z wystawy we wrocławskim Muzeum - Pawilonie Czterech Kopuł.