czwartek, 29 stycznia 2015

"Drobna uwaga. Na pewno umrzecie." ***


firma czy to już

kiedy przyjedzie mogłaby przynajmniej
zapukać zachować się w miarę
taktownie postarać troszeczkę
i uszanować choćby podstawowe
zasady savoir - vivre'u

nieproszeni goście mają obowiązek
postępować po ludzku
a ona ekspansywna zaborcza
impertynencka i niechciana

wchodzi zawsze z buciorami
brudzi kaleczy i dewastuje
ostatnie chęci przebłyski młodości

bezczelna ciągnie za sobą

jednego ze swoich wspólników
tego zapominalskiego niemiaszka
jak mu doktor coś tam coś tam

spojrzę zamglonymi półślepymi
oczami na takie białe nade mną

i bez podpisywania umowy

zasnę w towarzystwie ich bezdusznej
spółki z o.o. której mimo nieprzychylności
 potencjalnych klientów nigdy nie grozi
plajta


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 29 I 15



PS

Nie myślcie, że nie robię nic poza pisaniem bzdurek, czytaniem i chodzeniem do kina. W przerwach między tymi zajęciami robię wiele innych dziwnych rzeczy. Np. poluję na ceramiczne unikaty i książki(wczoraj kupiłam kilka super unikatów i trzy książeczki), chodzę na spacer z moim shih tzu, miziam koty i piekę sobie bezglutenowe jedzonko (dziś upiekłam dwa gryczane chleby i sernik, przepisu Wam nie podam, bo wszystko robię "na oko").






Pozdrawiam mocno wszystkich, którzy do mnie zaglądają, dziękuję za każdy ślad zostawiony w moich skromnych progach! 

*** tytuł notki: Markus Zusak - Złodziejka książek, polecam zarówno książkę, jak i film
*obrazki: Sergo Z, net; zdjęcia w kolejności (wszystkie sprzed chwili): moje dzisiejsze wypieki, moja wczoraj kupiona ceramika, zaspany, po spacerze pies, zamulony kocur i rozanielona kocurka, wczoraj kupione książki.na wyprzedaży w Carrefourze, a o powieściach Jeanette Winterson jeszcze kiedyś napiszę :)

środa, 28 stycznia 2015

"Pisanie wierszy po Oświęcimiu jest barbarzyństwem." ***

My, którzy żyliśmy w obozach koncentracyjnych, pamiętamy ludzi, którzy chodzili po barakach, pocieszając innych, oddając ostatni kawałek chleba. Być może było ich niewielu, ale są oni wystarczającym dowodem na to, że człowiekowi można zabrać wszystko z wyjątkiem jednej rzeczy: ostatniej z ludzkich wolności - wyboru swojej postawy w każdych okolicznościach, wyboru swojej drogi.


Viktor Frankl - psychoterapeuta i psychiatra, więzień obozów koncentracyjnych m.in. Auschwitz


Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta.

 Theodor Adorno


dłonie Giselli Perl

 niezwykle zgrabne i piękne
szczupłe z długimi palcami

do fortepianu panienko
kobiety nie muszą się uczyć
uparta kończy studia
zostaje ginekologiem

przysięgam czyste
i prawe zachować
życie i sztukę swoją

interpretacja słów
w strasznych okolicznościach
gdy Anioł Śmierci
psychopatycznie kpi z kobiet
bez znieczulenia rozcina
tętniące brzuchy brzemiennych
fiksując na punkcie bliźniąt

a ręce coraz szczuplejsze
z głodu strachu i zimna
przewartościują przysięgę

będziesz rodzić po wojnie
musisz przeżyć ten koszmar

żal w sercu coraz większy
bezsilność nabiera mocy
śmierć wybrana samotnie
namiętnie w oczy spogląda

koniec apokalipsy

 i wycieńczone dłonie
z pietyzmem witają życie
odbierają porody

nowa specjalizacja
ekspert od niepłodności

jednak Auschwitz w pamięci
nie zagaśnie już nigdy
choćby ukryła w garści

embrion władcy wszechświata


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 27/28 I 15



w domu czeka mnie
zadanie:
Stworzyć poezję po Oświęcimiu



Tadeusz Różewicz


* Gisella Perl (1907-1988), węgierska Żydówka i lekarka, jedna z pierwszych kobiet ginekologów. W Auschwitz straciła rodzinę, rodziców, męża i syna. Znany hitlerowski psychopata, dr Josef Mengele, zaproponował jej współpracę przy swoich zdegenerowanych eksperymentach na ciężarnych kobietach. Żeby ratować życie współwięźniarek dokonywała aborcji, czasem, z braku narzędzi i higieny, własnymi rękoma. 
Po wojnie trafiła najpierw do Francji, gdzie dokonała próby samobójczej (nie mogąc sobie poradzić ze śmiercią najbliższych i oświęcimską traumą), potem do USA, gdzie uratowała wiele istnień,została bardzo znanym i cenionym ekspertem od leczenia niepłodności, jednak pamięć obozowego koszmaru została w niej do końca życia.
 Wydała wspomnienia pt. Byłam lekarzem w Auschitz (1948), wg których nakręcono niskobudżetowy, ale wzruszający film pt. Powstali z popiołów (2003), który kilkanaście lat temu bardzo mną wstrząsnął, bo przecież takie filmy ogląda się sercem, nie patrząc na błędy, choćby kostiumologów.Film można znaleźć w internecie, nawet z polskim lektorem. Ja nie jestem w stanie na razie obejrzeć go ponownie.



Jedną z aborcji, jakich dokonała dr Perl w Oświęcimiu, był zabieg, o który poprosiła ją jedna z nadzorczyń, Irma Grese, słynąca z niezwykłego okrucieństwa wobec więźniarek. Tej aborcji nie chciała dokonać (Irma pewnie też nie usuwałaby ciąży, gdyby miała pewność, że ojcem dziecka jest niemiecki oficer, niestety, sypiała ze wszystkimi, nie wyłączając więźniów), musiała to zrobić, aby uratować siebie (odmowę na pewno przypłaciłaby życiem). W swojej książce poświęciła Irmie rozdział, w którym m. in. pisała:

Pewnego dnia przyszła do szpitala. W tym czasie zajęta byłam przygotowaniem do operacji piersi młodej kobiety, które dostały zakażenia po uderzeniu pejczem powodującym powstanie otwartych ran. Operacje piersi są z reguły bardzo bolesne a nie mogłam podać żadnego środka znieczulającego, bo ich po prostu nie było. Co więcej Irma Grese była zafascynowana widokiem tej cierpiącej kobiety. Kołysała się na wszystkie strony i okazywała głębokie poruszenie całą sytuacją. Jej policzki zaczerwieniły się a oczy znieruchomiały i miały oznaki podniecenia seksualnego. Od tego dnia chodziła wokół obozu uzbrojona w pejcz udekorowany perłami i wybierała najpiękniejsze kobiety. Biła je po piersiach drucianym końcem pejcza powodując otwarte rany. Brud i wszy, które były dosłownie wszędzie doprowadzały do infekcji ran. Jedynym sposobem na to, by uratować kobietę, było operacyjne otwarcie tych ran. Irma Grese przychodziła przyglądać się tym operacjom i kopała krzyczące z bólu kobiety. Sprawiało jej to dosłownie rozkosz połączoną z dreszczami przeżywanego orgazmu, jakie przechodziły przez jej ciało aż spływała jej ślina z kącików ust. Często brała udział w selekcjach więźniarek, niezależnie od tego osobiście niejednokrotnie je mordowała.**


*** cytat w tytule notki, autorstwa filozofa Theodora Adorno dzisiaj bardzo przekorny, uważam, że powinno się nie tylko w wierszach KRZYCZEĆ o Auschwitz!
** cytat za "Czar Naszych Przodków" - FB
* obrazy: Mariusz Mikołajek - Noc numerowanych, 1989, okładka książki Giselli Perl, plakat filmu opowiadającego o jej losach, zdjęcie dr Perl z Nowego Jorku; Mariusz Mikołajek -Oświęcim i Brzezinka/Birkenau z 1989 r.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

"Cóż, nie mamy innego środka, by opanować naszą popędliwość, jak tylko inteligencja." ***

kompleks blondynki


w przerwach między miłościami
zawieszam się

zastygam
jak Marilyn w obiektywach
natrętnych paparazzi
również niespełniona
choć pożądana

blond włosy
przesłaniają myślenie
rozsądek odmawia
intensywności doznań

Marilyn cierpiała na rozdwojenie
końcówek
mnie boli dychotomiczne niespełnienie
intelektualne

banalnie chciałabym umieć
kochać mądrze
z burzą blond loczków
wylądować na Marsie

Freud doznałby psychozy
natchniony moją
czynnością pomyłkową

świadomość krwawi
szare komórki zamierają

w wyniku marzeń sennych

do diabła z psychoanalizą
Marilyn
i tą durną
miłością

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 26 I 15




* tytuł notki: Sigmund Freud, obrazy Theo Danella

niedziela, 25 stycznia 2015

"Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja." ***


latanie


dzieci rezydujące w wariatkowie
lubią arteterapię

otwierają swoje wnętrza
słuchając muzyki relaksacyjnej
wesołych piosenek na każdą okazję
albo rysując czarne kruki
 w brunatnych dziuplach

uśmiechają się czasem do mnie
 i mówią że ładnie pachnę
bywa że opowiadają historie
głębokich rysów na przegubach dłoni

lub podpitych mamusiek
fundujących cyklofrenicznie
 za każdym razem gorszych
 sadystycznych wujków

mają smutne a niekiedy puste
oczy podrasowane końską dawką
psychotropowej wycieczki w nic

od lat niezmiennie uczą mnie
pokory której tak bardzo brakowało
niewzruszenie zimnej siostrze Ratched

paradoksalnie wychodzę stamtąd
szczęśliwa że lekcja muzyki
nie została przerwana

własne dziecko lubi ze mną być
a moje intymne odloty na K-PAX
to zupełnie naturalna sprawa

błogosławię chwilę gdy
uśmiechając się do Fisher Kinga
 odnalazłam w sobie Świętego Graala
i biegałam boso po gołych ślimakach
nie bacząc na ciernie i etykietki

Don Juan DeMarco
byłby ze mnie dumny


JoAnna Idzikowska - Kęsik,

25 I 15

*tytuł notki: cytat z powieści "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya, obrazki z netu. Można doczytać:
http://venapoetica.blogspot.com/2013/02/wszystkie-odloty-oryginaow.html 

środa, 21 stycznia 2015

A życie toczy się dalej...


 silne kobiety są jak drzewa

- mojej babci, Adelinie (1906-1998)


zapach pamiętam fiołkowy i oczy mądre zza szkieł
uczoność przypisaną sowie głos miękki kojący emocje
i barszcz pamiętam czerwony tak pyszny że chapeau bas
jednak to tylko androny ta prawda ma drugie dno

lubiłaś mi opowiadać a ja słuchałam uważnie
o tak odległych czasach że tylko w książkach i w kinie
roztłukłaś mi wyobraźnię i rozbudziłaś ciekawość
zrobiłaś to delikatnie bez jakichkolwiek nakazów

do dzisiaj widzę uliczki pełne żydowskich sklepów
gdzie kupowałaś przyprawy i materiały na suknie
i widzę twoją mamusię - prababkę w kolorze sepii
z książką w chudziutkich dłoniach na zdjęciu starym jak świat

wspominam cerkiew do której po mszy szłaś się pomodlić
i gestapowca co tacie ostatnie oddał cukierki
(tatę rodziłaś w wieku chrystusowym lecz bóg chyba strajkował
 w dzień wybuchu tej wojny i mego ojca urodzin!)

 czuję ból rozpamiętując twoje gawędy o dziadku
nie dane mi było poznać człowieka co ponoć znał Witkacego
studiował w Sankt Petersburgu (zawsze mnie kręcił Ermitaż)

 miał ponad dwa metry wzrostu i szczycił się pełnym uśmiechem
po tym go właśnie poznali kiedy po ośmiu miesiącach znaleźli
truchło w jeziorze bo kazał ludziom zakreślać trzy razy NIE
w tej sfałszowanej farsie znając zapędy swołoczy


tobie wszystko zabrali dom majątek i godność
(zostały ci tylko obrączki na znak hojności władzy)
z dziećmi musiałaś uciekać na Ziemie Odzyskane
i słać błagalne listy do szanownego Bieruta
 (którego miałaś za cepa chama i sprzedawczyka)
 ażeby pamięć o dziadku załagodziła amnestia

twardą byłaś kobietą i niebanalnie piękną
zostałaś wierna sobie i swoim ideałom
i wrosłaś we mnie jak drzewo
pod którym mogłam się schronić
bez cienia powściągliwości

brakuje mi ciebie zawsze
zawsze kiedy chcę płakać

Joanna Idzikowska - Kęsik,  21 I 14


PS

W moim gabinecie nad biurkiem, mam m.in. ślubne zdjęcie mojej babci Adeli i dziadka Jana (z października 1924 lub 25 roku, nie pamiętam... muszę zadzwonić do kuzyna).
Dzieckiem byłam myślącym, babcia miała 149 cm, a legendy rodzinne mówiły, że dziadek mierzył 207 cm. Spytałam Adelinę, czemu mnie okłamuje, przecież dziadek nie mógł być taki wysoki, skoro ona, maleńka, sięga mu do ramienia...

Odpowiedziała: "Pomyśl, dlaczego to zdjęcie jest wykadrowane, dlaczego nie widać całych naszych postaci?"
Okazało się, że babcia na tej foci stoi sobie na stołku, bo fotograf się denerwował, że nie dość, że ponad dziesięć lat młodsza od małżonka, to jeszcze taka mała!


Dziadek z opowieści i "wygrzebywania" mojego kuzyna, który postawił sobie za cel, że dowie się prawdy o nim i jego zagadkowej śmierci, jawi mi się, jako prawdziwy ojciec rodziny, dbający o swoją kobietę i szóstkę dzieci.
Gdy realizuję projekty czytelnicze, od razu przypominam sobie opowieści babci o tym, jak u nich w domu, w niedziele (przed wojną i w czasie wojny), dziadek czytał na głos dla połowy miasteczka (Lubelszczyzna, kumulacja wielu kultur), jak ludzie słuchali z zachwytem jego czytania. U mojej cioci w biblioteczce była czytana przez dziadka "Komediantka" Reymonta wydana na początku lat trzydziestych, podpisana jego piękną, leworęczną kaligrafią...


Kiedy się urodziłam, moja babcia miała skończone 63 lata (była spod Lwa). Na zdjęciach z młodości (których po wojennej zawierusze i przebojach z raczkującym nowym ustrojem, zachowało się niewiele)wygląda ślicznie, była zdecydowanie najpiękniejszą z trzech sióstr (podobna do dawnych gwiazd kina, nieco wyniosła), ale ja zapamiętałam ją jako elegancką, wciąż czytającą książki, starszą panią (często również chodziła do kina i teatru), która miała do mnie tyle cierpliwości, jak nikt wcześniej i - chyba - nikt potem. Bo co by o mnie nie powiedzieć, to dzieciakiem byłam krnąbrnym, a młodzieżą szaloną.


Babcia była pierwszą osobą, która zaakceptowała moją leworęczność (bardzo też ubolewała nad tym, że mama mnie przestawiła na pisanie prawą ręką), mój ateizm (choć sama była wierząca), wegetarianizm (ceniła walory mięsa, wspominając zupę z lebiody, którą gotowała dzieciom w czasie okupacji) i kolory włosów oraz fryzury, make - upy i ciuchy (sama słyszałam, jak tłumaczyła ubolewającym nad moim wyglądem rodzicom, że przejdą mi fryzurki na punka i zielone... rzęsy!), wspierała moje zainteresowania (teatr, film, sztuka) i zawsze wkładała do kieszeni cichaczem pieniądze na teatr, kino lub książkę, to dzięki jej "mecenatowi" z dwadzieścia razy obejrzałam "Szewców" Witkacego w Teatrze Polskim we Wrocławiu (tę sztukę swego czasu znałam na pamięć, tak samo, jak ona "Pana Tadeusza").  

U Adeliny nie było słodko i świat nie pachniał szarlotką, bo ona chyba niewiele uwagi skupiała na jedzeniu. Wolała czytać, było dużo książek i sporo z tzw. drugiego obiegu.I mnóstwo biografii gwiazd kina (od niej mam do dziś autobiografię Polańskiego pt. "Roman"), chociaż do swojej ulubionej Rodziewiczówny nigdy mnie nie przekonała ("Straszny dziadunio" wciąż straszy mnie z półki, zainteresowała i zaintrygowała mnie natomiast osobowość pisarki). Co jeszcze pamiętam?

Czułam do niej taki respekt, że nigdy nie ośmieliłam się przy niej przekląć, zapalić papierosa (nie cierpiała tego, a ja na studiach troszkę popalałam)czy powiedzieć źle o kimkolwiek (nie uznawała plotek i krytyki, zawsze mówiła, że naprawianie świata trzeba zacząć od siebie, dlatego w moim wierszu zawarłam domniemanie na temat komunistycznego prezydenta). Umarła, jak chciała: zasnęła nad książką, mając ponad 91 lat, wszystkie zęby (o które zawsze bardzo dbała, opowiadała mi, że w czasie wojny, myła je popiołem z drewna, sodą i mieloną solą), jasny, bystry umysł i pamięć, której można tylko pozazdrościć... 

Co mam po babci? Konsekwencję. Ona nigdy w życiu nie najadła się do syta, do bólu, mawiała, że trzeba sobie zostawić miejsce w żołądku (sic!) na dobre myśli; nie piła, nie paliła, nie klęła i do końca kochała swojego Janka, którego jej tak bestialsko zamordowali (jak znaleźli jego ciało i zidentyfikowali po wzroście i zębach, ponoć kilka tygodni spędziła na cmentarzu, mdlała z głodu, bo nie mogła nic jeść)... Ja mam podobnie, jak się uprę, to na amen (nie w pacierzu). Nie wiem, czy na pewno jest to dobra cecha, ale jest.

Bardzo też lubię unikatowe filiżanki (babcia piła tylko z filiżanek)i pięknie zdobione kubki, kolekcjonuję je od lat, a ponieważ mieszkam w mieście słynącym z ceramiki, troszkę już się tego nazbierało. Dzisiaj kupiłam sobie cukierniczkę (dla gości, bo sama nie słodzę), podgrzewacz pod czajniczek do herbaty i filiżankę (nie mogłam się oprzeć), nie mam silnej woli, żeby nie wchodzić do sklepu firmowego...



 Do odgrywania zacnej roli babci jakoś specjalnie mi się nie śpieszy, liczę na to, że dziecko Jowita weźmie ze mnie przykład i najpierw skończy studia, albo przynajmniej zainwestuje (z moją cichą pomocą)w swoje rozległe zainteresowania (lub najlepiej pogodzi jedno z drugim, choć mnie to nie wyszło na dobre, bo potem musiałam robić jakiś dziwny drugi fuckooltet, z którego walorów raczej nie chciałabym korzystać jeśli chodzi o wykonywany zawód), ale jak już przyjdzie ten moment - zapewne piękny - chciałabym być taka, jak Adelina (szansę mam, bo pewne cechy się dziedziczy, a moje ciocie i tato, to samo mówili o Michalinie - mamie mojej babci), bo ona była Mistrzem: wskazywała, naprowadzała i robiła to tak naturalnie, że nawet nie czułam, jak wiele mnie nauczyła, jak mnóstwo wartości mi przekazała w zwyczajnych, miłych konwersacjach.

Gdy szukam wspomnień, które trwały ślad pozostawiły we mnie, kiedy podsumowuję godziny, które miały dla mnie znaczenie, odnajduję nieomylnie to, czego żadne bogactwo nie zdołałoby mi zapewnić: nie można kupić przyjaźni człowieka związanego z nami na zawsze doświadczeniami życia.

Antoine de Saint - Exupery
Drzewa odbijają się w płynącej wodzie. Twarz odbija się w lustrze. Życie odbija się w baśniach. Ale odbicie jest zawsze odwrócone, dlatego baśnie kończą się na opak, szczęśliwie. Nie tak, jak w życiu. W baśni po smutku przychodzi radość, w życiu nie zawsze. Ja najbardziej lubię baśnie Andersena. Nawet, kiedy człowiek ma w sercu okruch diabelskiego lustra, to serce żyje...

Małgorzata Musierowicz, Kalamburka

*pierwszy obraz: Tree Woman" by Lisete Alcalde, kolejne z netu, zdjęcie zdjęcia moich dziadków i ceramiki - moje

niedziela, 18 stycznia 2015

Słowo na niedzielę. ;-)


Bezsensowny jest pierwszy termin ferii zimowych. Ledwo udało mi się porzucić swoje sowie nawyki i zamienić się w nieco zamulonego skowronka, znowu czeka mnie czytanie do czwartej nad ranem i wymyślanie grafomańskich bzdurek (wróciłam do bazgrolenia kajecika - powiernika, czyli pamiętnika, choć ciężko mi to idzie, ręce bolą, pióro ciężkie, oczy nie te). Salut, monsieur Proust! (Marcelek też był alergiczną sową i prowadził nocny, wampiryczny tryb żywota swego, a potem desperacko szukał straconego czasu!).

Эх,жызнь!
Na ferie zaplanowałam dwie lektury (profilaktycznie, bo może uda się przeczytać więcej!). Po raz drugi chcę przeczytać "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk, gdyż po pierwszym czytaniu czuję totalny niedosyt (nawet nie pospisywałam cytatów, tak mnie wciągnęła ta długo wyczekiwana książka, którą naprawdę szczerze wszystkim polecam!). Teraz będę się delektować każdym słowem, opisem, zapachem tej powieści...



Chcę również przeczytać "Odpływ" Larsa Saabye Christensena, gdyż lubię literaturę (i kinematografię)skandynawską, a recenzje tej powieści bardzo mnie zaintrygowały.



 A, oprócz tego, pochłonę oczywiście mnóstwo wierszy, bo to mój chlebek powszedni.
Na pewno też obejrzę w kinie (i to zapewne już jutro) "Grę tajemnic". Lubię filmy o gejach (sic!)i Benedicta Cumbertbatcha, a jeśli na ekranie pojawia się uroczy Charles Dance, to już radocha do kwadratu.



Udomowiłam się ostatnimi czasy, jakoś nie chce mi się nigdzie jeździć. Dziwne to. Kiedyś każdą przerwę w pracy wykorzystywałam na zwiedzanie Europy, tłukłam się z małym dzieckiem po górach i dolinach, zimą jeździłam nad morze, nie potrafiłam i nie chciałam usiedzieć w jednym miejscu... Teraz uwielbiam spokój. Lubię być sama ze sobą, lubię się w siebie wsłuchiwać i lubię myśleć, że... myślę! I kocham swój dom, swoje zwierzaki (poniżej na fotce autorstwa mojej córki), kwiaty, książki, domowników... Starzeję się, ale przecież taka jest kolej rzeczy. Trzeba to zrobić jak najpiękniej!



Cytacik na najbliższe dzionki:

Mózg jest jak spadochron, nie działa, jeśli nie jest otwarty.

Frank Zappa



Pozdrawiam Was mocno i bardzo serdecznie fociami pretty - Julki - woman, które mnie dziś urzekły i zachwyciły, jak Pacułka Bronka Talara w serialu "Dom", pewnie dlatego, że znowu mam fazę na "łagodne oko błękitu"
Dobrego wszystkim!
PS
Wierszyczków nie mam, nie umiem już pisać... A może nie chcę...
Serdeczności!



czwartek, 1 stycznia 2015

Cudów nie potrzebuję, wystarczy, że żyję, czyli kolejny rok mojego blogowania. :))

prostoduszny noworoczny dziewięciozłoskowiec napisany na kolanie otulonym czarną koronkową lycrą


i wciąż naiwnie proszę wszechświat
o ocalenie moich uczuć
i ciągle modlę się by nie spać
kiedy się życie pławi w puchu

chwil tak prościutkich że ich piękna
w swym zagonieniu dostrzec nie chcę
a przecież szczęście się wymyka
gdy nie jest nazywane szczęściem

często w pogoni za rozumem
serce przestaje podpowiadać
że tylko miłość może scalić
wszystko co w życiu się rozpada

uczucia więdną bez dotyku
bez słów uśmiechu i szczerości
dlatego warto celebrować
wszelkie przejawy serdeczności

i warto patrzeć poza przestrzeń
i sięgać gdzieś gdzie mrok nie sięga
i kochać mocno mądrze pięknie

zanim się zamknie życia księga


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 01 I 15


 Pozdrawiam i życzę dobrego czasu oraz dostrzegania małych cudów codzienności, wszystkim, którzy do mnie zaglądają. Cieszmy się, że w wirze samolubnych genów znaleźliśmy się wśród szczęściarzy, mających okazję poznać smaki życia! Serdeczności, j.

Jest mnóstwo rzeczy, których nie wiem i o których nigdy się nie dowiem, Jest jednak kilka takich, o których wiem. Wiem z całą pewnością, że życie jest warte, aby je przeżyć, świat jest wart tego, by go oglądać. Wiem też także, że związki łączące ludzi, takie jak przyjaźń, miłość, lojalność, przywiązanie, pamięć, są ich największym dobrem. Na ogół mało kto odczuwa zwykły urok codzienności, tę urodę życia zawartą prawie w każdym dniu, a przecież coś takiego jak uroda życia istnieje naprawdę i nie zależy tylko od warunków w jakich się żyje, ale również od tego, co się myśli. Człowiek przeładowany jest od dziecka wieloma wiadomościami, różnego rodzaju informacjami meblowany jest jego mózg. A kto się zajmuje jego edukacją umysłową? Przecież to jest dziedzina, która ostatecznie rozstrzygać będzie o tym, czy człowiek czuje się szczęśliwy czy nieszczęśliwy.
To jest właśnie rola literatury.


Mirosław Żuławski

*obrazki z netu