Dziś obudziłam się z potwornym bólem swojej blond główki i - muszę się do tego przyznać - przeczytałam może ze dwa wiersze i rzuciłam książkę w kącik: bolała mnie głowa, oczy, nie mogłam się skupić na czytanym texcie.
Wydawca, poeta i tłumacz dr Ryszard Mierzejewski przysłał mi dwa tomiki cudnej poezji, ale nie byłam w stanie czytać...
Dziecko wstało bardzo późno, pokręciło się chwilę, powiedziało, że jestem cool i super i w ogóle mamidło ze mnie zajefajniutkie i na 102 i że boli ją czacha i... poszło spać dalej...
Obejrzałam na YT nowy filmik oszołoma, który nazywa siebie jasnowidzem i diagnostą, powyłam jak wilk do xiężyca ze śmiechu, jak pierdzielił o tym, że wszelka ortografia i gramatyka jest bez sensu (on mówi poszłem, wziełem, w cudzysłowiu i wziąść, ale jest cool!) i właściwie nie wiedziałam, co mam jeszcze ze sobą zrobić, bo po prawdzie nic mi się nie chciało. A w wakacje przyzwalam i pozwalam sobie na nicnierobienie...
Moja numerologiczna wiedza ogranicza się do tego, iż z daty urodzenia jestem najgłupszą cyferką ze wszystkich, opisujących ludzkie charaktery: szaloną, kreatywną, emocjonalną, nieokiełznaną, nieobliczalną i tak dalej, za to tą samą, co mój ukochany od wielu lat aktor, Jeremy Irons i mój najulubieńszy Poeta, Tadeusz Różewicz.
Zaintrygowana i nieco znudzona, po obejrzeniu filmiku, weszłam na stronkę, na której łatwo oblicza się swoją liczbę życia i... opadła mi szczeneczka!
Ponoć liczby to wibracje, mające moc, dawkę jakiejś tam energii. Zaczęłam wpisywać daty urodzin (a do nich akurat mam świetną pamięć) swoich bliskich, znajomych i przyjaciół, zaczęło mnie to bawić.
No i sobie dla zabawy wpisałam datę pana, którego naprawdę bardzo i coraz bardziej lubię... wyskoczyła liczba mistrzowska... Przyjaciela od czasów licealnych, z którym łączyła mnie szczególna nić, nie tylko intelektualna... ta sama, mistrzowska... Pana, w którego erudycji bardzo się kiedyś zakochałam... również ta liczba. I tak dalej, a im dalej... tym dziwniej! Pięciu facetów, z którymi mam jakieś porozumienie dusz, jakieś bardzo podobne fale, z którymi - nawet gdy się rozstaję - to w jakimś sensie wciąż są obok mnie, we mnie, w moich myślach (ponoć z dużą wzajemnością zresztą) ... A jak się spotykamy po latach, to jest tak, jakbyśmy się nie widzieli z godzinkę... Wszyscy oni mają jedną i tę samą liczbę - sumę wszystkich cyfr z daty urodzenia i jest to tzw. liczba mistrzowska, niepodzielna (tatuś mojej córeczki, dodatkowo, jest tak jak ja - ósemką z dnia urodzenia, a ta liczba podobno niesie w sobie nieskończoność)... Jak ja - nie mają łatwych charakterów, ale na pewno są to intelektualiści, indywidualiści i - generalnie - fajni goście... na poziomie. ;-))
Mój najulubieńszy współczesny, leworęczny wrocławski pisarz, Jarosław Grzędowicz, również jest Mistrzem i jeden z ukochanych bardów - Jacek Kaczmarski także nim był, pomijając Mistrzynię - Agnieszkę Osiecką!
I co? I nic - ja, która za jedną z najlepszych stron w necie uważam "Racjonalistę", która namiętnie czytam Agnosiewicza, Chomsky'ego, Dawkinsa, Hawkinga - siedzę i myślę o "moich" mistrzach... Może tylko takich przyciągam? Może rzeczywiście TA akurat wibracja w jakiś sposób ma na mnie wpływ?
A może jestem jeszcze pod wpływem?


