Translate

piątek, lipca 29, 2016

Mistrz i JoAnna... czyli post idiotyczny. :)

    Małgorzatą, niestety, nie jestem. Chciałabym, ale to nie to życie, nie to wcielenie - może w kolejnym mi się uda. Jednak mam swoich mistrzów (choć przecież każdy Mistrz ma swoją Małgorzatę, buuu!). Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale zawsze! Lubię mężczyzn, jednak - naprawdę - mało jest takich, którzy mi się podobają z wyglądu (co jest tragiczne w pewnych okolicznościach!). A jak któryś mnie się spodoba, to najczęściej "chemia nie teges", jak mawiał Osioł ze Shreka. Powtórzę zatem starożytną mądrość Safony: "ze wszystkim jednak trzeba się pogodzić"...


    Wczoraj troszkę sobie pobalowałam z moją córeńką i jej koleżankami, które mówią do mnie per "pani DżoAno"  ("O, ku..., ale zaje... wygląda pani z tymi ustami i w tych koronkach!") dlatego, że moje dziecko tak na mnie mówi. A jak ma mówić "mamidło" (tak sobie ostatnio wymyśliła), to już DżoAna lepsza. Pobalowałyśmy, porobiłyśmy sweet - focie i padałam ze śmiechu, gdy mi ludzie komentowali, że mam fajne, rozmarzone oczka (trudno, żebym nie miała!).

    Dziś obudziłam się z potwornym bólem swojej blond główki i - muszę się do tego przyznać - przeczytałam może ze dwa wiersze i rzuciłam książkę w kącik: bolała mnie głowa, oczy, nie mogłam się skupić na czytanym texcie.

    Wydawca, poeta i tłumacz dr Ryszard Mierzejewski  przysłał mi dwa tomiki cudnej poezji, ale nie byłam w stanie czytać...

    Dziecko wstało bardzo późno, pokręciło się chwilę, powiedziało, że jestem cool i super i w ogóle mamidło ze mnie zajefajniutkie i na 102 i że boli ją czacha i... poszło spać dalej...

    Obejrzałam na YT nowy filmik oszołoma, który nazywa siebie jasnowidzem i diagnostą, powyłam jak wilk do xiężyca ze śmiechu, jak pierdzielił o tym, że wszelka ortografia i gramatyka jest bez sensu (on mówi poszłem, wziełem, w cudzysłowiu i wziąść, ale jest cool!) i właściwie nie wiedziałam, co mam jeszcze ze sobą zrobić, bo po prawdzie nic mi się nie chciało. A w wakacje przyzwalam i pozwalam sobie na nicnierobienie...


    Po wywodach samozwańczego jasnowidza, dla którego wszystko jest cudowne i piękne, wyskoczył mi filmik na temat numerologii. Pomyślałam - kretyństwo do n-tej potęgi, ale... No właśnie, potrafię obejrzeć i przeczytać najgorsze kretyństwo, więc się gapiłam dalej...

    Moja numerologiczna wiedza ogranicza się do tego, iż z daty urodzenia jestem najgłupszą cyferką ze wszystkich, opisujących ludzkie charaktery: szaloną, kreatywną, emocjonalną, nieokiełznaną, nieobliczalną i tak dalej, za to tą samą, co mój ukochany od wielu lat aktor, Jeremy Irons i mój najulubieńszy Poeta, Tadeusz Różewicz.

    Zaintrygowana i nieco znudzona, po obejrzeniu filmiku, weszłam na stronkę, na której łatwo oblicza się swoją liczbę życia i... opadła mi szczeneczka!

    Ponoć liczby to wibracje, mające moc, dawkę jakiejś tam energii. Zaczęłam wpisywać daty urodzin (a do nich akurat mam świetną pamięć) swoich bliskich, znajomych i przyjaciół, zaczęło mnie to bawić.

    No i sobie dla zabawy wpisałam datę pana, którego naprawdę bardzo i coraz bardziej lubię... wyskoczyła liczba mistrzowska... Przyjaciela od czasów licealnych, z którym łączyła mnie szczególna nić, nie tylko intelektualna... ta sama, mistrzowska... Pana, w którego erudycji bardzo się kiedyś zakochałam... również ta liczba. I tak dalej, a im dalej... tym dziwniej! Pięciu facetów, z którymi mam jakieś porozumienie dusz, jakieś bardzo podobne fale, z którymi - nawet gdy się rozstaję - to w jakimś sensie wciąż są obok mnie, we mnie, w moich myślach (ponoć z dużą wzajemnością zresztą) ... A jak się spotykamy po latach, to jest tak, jakbyśmy się nie widzieli z godzinkę... Wszyscy oni mają jedną i tę samą liczbę - sumę wszystkich cyfr z daty urodzenia i jest to tzw. liczba mistrzowska, niepodzielna (tatuś mojej córeczki, dodatkowo, jest tak jak ja - ósemką z dnia urodzenia, a ta liczba podobno niesie w sobie nieskończoność)... Jak ja - nie mają łatwych charakterów, ale na pewno są to intelektualiści, indywidualiści i - generalnie - fajni goście... na poziomie. ;-))

    Mój najulubieńszy współczesny, leworęczny wrocławski pisarz, Jarosław Grzędowicz, również jest Mistrzem  i jeden z ukochanych bardów - Jacek Kaczmarski także nim był, pomijając Mistrzynię - Agnieszkę Osiecką!

    I co? I nic - ja, która za jedną z najlepszych stron w necie uważam "Racjonalistę", która namiętnie czytam Agnosiewicza,  Chomsky'ego, Dawkinsa, Hawkinga - siedzę i myślę o "moich" mistrzach... Może tylko takich przyciągam? Może rzeczywiście TA akurat wibracja w jakiś sposób ma na mnie wpływ?

A może jestem jeszcze pod wpływem?