Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka. Pokaż wszystkie posty

sobota, kwietnia 25, 2026

Powrót z zaświatów

🌺Witajcie!🌺
 

Wybaczcie, że mnie nie było, że ukryłam to miejsce dla czytelników i mój blog był niewidoczny dla wszystkich wyszukiwarek, że się nie odzywałam, ale - wierzcie mi - naprawdę uchroniłam tym sposobem mój blog przed skasowaniem po ponad czternastu latach pisania. 

Dobiła mnie alergia, a rozjechały mnie jak walec drogowy, leki na nią. To jest totalny paradoks - leki na alergię, które uczulają, pogarszają feeling, powodują wysypkę, plamy na skórze, bolesne wypryski na twarzy i dekolcie, bóle i zawroty  głowy oraz mdłości. Od połowy marca czułam się po prostu koszmarnie, naprawdę myślałam, że zejdę z tego świata. Nie ma nic sympatycznego w tym, że człowiek, dla którego oddech znaczy życie - ma z nim ogromne trudności. Przez to odczuwałam dyskomfort w całym ciele, czułam się bardzo źle, jakbym się zapadała, byłam bardzo słaba, kręciło mi się w głowie. Dawno nie miałam takiego odpływu, spadku energii i tak złego samopoczucia. Były dni, że nawet nie miałam siły się napić, że wszystko stawało się szare, obce i obojętne. W połowie marca L-4 i mnóstwo leków za niemałe pieniądze, potem praca ponad siły, po prostu harówka. W święta wielkanocne, gdy wszyscy delektują się jedzeniem, ja zrobiłam sobie bardzo świadomie, cztery dni totalnej głodówki, z nadzieją, że pomoże, wypłucze toksyny z organizmu, ale stało się inaczej - nie odzyskałam wigoru. Później pojawiła się ogromna, swędząca i bardzo bolesna opryszczka na ustach, którą najpierw wzięłam za odwodnienie, za spierzchnięte usta i na którą już po prostu musiałam wziąć tabletki, bo same maści okazały się, niestety, za słabe. Wszystko to spowodowało stany depresyjne, apatię, dolegliwości psychosomatyczne, bóle w całym ciele, zwłaszcza w dolnej części kręgosłupa.

Teraz znowu mam zwolnienie lekarskie, dostałam też skierowanie na zrobienie wszystkich potrzebnych badań, także USG brzucha. W poniedziałek ponownie lekarz - a tak naprawdę przedobra i empatyczna Pani Doktor, ale ja już wiem, że wyniki mam dobre, bo je sprawdziłam w internecie, dolna granica, ale jest ok, nawet poziom witamin B i D jest w normie. Mam też dobre TSH mimo wieloletnich problemów z tarczycą, trwających od czasów liceum do około czterdziestki, gdy świadomie odstawiłam 11 piguł dziennie przepisywanych latami. 

Strasznie się bałam tych wyników, bo gdyby się okazały takie same, jak moje samopoczucie, byłyby fatalne... Dlatego już wiem, czuję i rozumiem, że moje ciało powiedziało dość pędowi i nadmiarowi bodźców, a przede wszystkim - stop farmakologii. Nie znoszę łykania piguł. Stają mi w gardle, okropnie na mnie oddziałują. Koniec, kropka.

Dziękuję wszystkim, którzy w czasie tej absencji, nieobecności wysłali do mnie e-maile. Bardzo się cieszę, że jesteście, że mogę z Wami rozmawiać w jakiejkolwiek postaci.

Powyżej obraz nieznanego Autora. Poniżej jedna z moich ukochanych piosenek i najnowszy wiersz; ostatnia grafika z internetu, pt. Cердце души autorstwa tajemniczego J.D.  😘 Uściski! 🌹

🌺

 xXx

zimno, prawie maj, nie mam na nic siły,
brakuje mi motywacji do robienia rzeczy istotnych,
nie chce mi się chodzić, wolę się nudzić, zostać w domu.
 
nie mogę się skupić, nie mogę czytać. poirytowana
loguję się na portal, na którym sztuczna inteligencja
sprawdza moją tożsamość, a avatary udają dobrych
znajomych, udzielają rad i wysyłają wirtualne serduszka.
 
cała siebie dotkliwie bolę, a ty się śmiejesz,
gdy mówię o duszy i o tym, jak bardzo potrafi 
tęsknić za ciałem, dlatego często odwiedza mnie 
w snach i opowiada o odważnej, pięknej Lilith,
która ulepiła z ziemi Węża po to, by pomógł jej
znaleźć siebie i uciec od narcystycznego bożka.
 
ja też chcę odejść od ciebie, AI, avatarów,
od sfingowanych, bezwartościowych relacji.
 
uciekam w chorobę, dobitnie czuję, jak wypływa ze mnie
moje małe, bezwartościowe życie, jak zmienia się w rzekę, 
która szuka wielkiej wody, by mogła poczuć się wolna.
 
zimno, magnolie kwitną, bzy się budzą, wróciły jaskółki,
a ja wciąż nie wiem, jak wrócić do siebie. czuję się
słaba i chora wbrew całkiem dobrym wynikom badań,
czuję się stara, brzydka, niewidoczna, wypalona.
 
moja dusza krwawi, zakwita makami, oplata serce
i zagubiona w słowach, śpiewa die with a smile
tylko nie wie, naprawdę nie ma pojęcia,
czy chce umrzeć razem z tobą,
 
czy wylogować się solo.
 
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 25 IV 26
 

 🌺

sobota, marca 07, 2026

"Nie przeszkadza mi życie w świecie mężczyzn, jeśli tylko mogę w nim być kobietą".

Witajcie! Dzisiaj pragnę celebrować Dzień Kobiet - święto, które bardzo lubię, bo czuję się stuprocentową kobietą. Oczywiście i jak zwykle, przy wsparciu poezji i sztuki!

naprzeciw obrazu

niech krzyczą o twojej urodzie
wargi mężczyzn przygryzione do krwi
niech brunatnieją ich pięści zaciśnięte

niech odkrywają wyspy na oceanie spokojnym
aby twoje uszy ubrać w perły

niech strzygą owce
i niech orzą palcami dna rzek
abyś mogła się ubrać
w suknię wyszytą złotem

niech wypłukują piasek
potąd
aż pozostanie im w dłoni
twarde i lśniące
pragnienie


Halina Poświatowska 

 

Przy okazji przypominam i polecam film w reżyserii Petera Webera z 2003 roku, zrealizowany na podstawie powieści Tracy Chevalier pod tym samym tytułem, z doskonałą rolą Scarlett Johansson, świetnym Cillianem Murphy i niezłym Colinem Firthem w roli Vermeera.

Powyżej AI zrobiła Dziewczynę z perłą z mojego zdjęcia. :)

Moje Drogie Kobietki, Kochane Dziewczyny!

Z miłej okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, życzę Wam spokoju ducha, pewności siebie, radości z każdego dnia, dobra i życzliwości na co dzień. 

Zostawiam Wam do medytacji niezwykły obraz holenderskiego mistrza pędzla, który malował głównie kobiety, Johannesa Vermeera - Dziewczyna z perłą i wiersz polskiej poetki, zapewne zainspirowany tym dziełem.  

Bądźcie zdrowe, zadowolone, usatysfakcjonowane życiem! Bądźcie jak najpiękniejsze obrazy, jak największe, nieskazitelne dzieła sztuki!

Autorką cytatu w tytule postu jest ikona kobiecego piękna, Marilyn Monroe.  Inny jej cytat, który lubię:

Ostatecznie jestem kobietą. I bardzo mnie to cieszy. 

Chcę w tym miejscu również przypomnieć cytat, pod którym mogłabym się podpisać obiema rękoma, zwłaszcza, że umiem to zrobić. Przypominam, bo, niestety, wciąż dostrzegam zamiast wspierania się i siostrzeństwa, dziwną rywalizację między kobietami, zupełnie niepotrzebną:

Chyba nie ma nic bardziej wypalającego i niekonstruktywnego, niż podszyta jadem rywalizacja między kobietami.
Jeśli jej ulegamy, to znak, że trzeba nad sobą mocno popracować.
 
Agnieszka Dygant - polska aktorka
 

Posyłam Wam moc serdeczności i pozdrowień płynących prosto z serca! 

Niechaj każda Kobieta na tej pięknej planecie, na tej kuli o żeńskim imieniu, ma na co dzień wszystko, co najlepsze, co dobre, prawdziwe, piękne i szczere!

PS

Mój Ukochany zrozumiał, że różowy to obecnie mój kolor i w tym oto kolorku kupił mi iPhone oraz głośnik 🔊 żebym darła buzię, jak sobie śpiewam przy sprzątaniu lub gotowaniu BEAUTIFUL THINGS Bensonika Boone'a i inne tego typu pieśni, podobno żałobne (tak twierdzi moja córka), ale mnie się podobają i już. 🤣😂😭🤔  Zwłaszcza, gdy piekę serniczek makowy słony karmel z wiśniami, pyszota i... totalna improwizacja.

Sernik karmelowy

Składniki:

3 kostki sera białego, półtłustego z Biedronki Mleczna Dolina

2 serki wiejskie też z Biedronki

pół serka homogenizowanego Delikate z brzoskwiniami z Biedronki

3 budynie słony karmel Winiary

5 wiejskich jajek od gospodarza

3/4 szklanki cukru lub erytrytolu

1 cukier wanilinowy

2 dojrzałe, zmiksowane banany 

garść rodzynek

dwie czubate łyżki maku

dwie łyżki płatków migdałowych

olejek do ciasta śmietankowy lub waniliowy - ok. pół łyżeczki

wiśnie świeże albo mrożone lub inne owoce

Wykonanie:

Wszystkie składniki należy zmiksować na w miarę gładką masę, ale bez napinki; potem jeszcze dolać dwa zmiksowane banany, wsypać rodzynki i płatki, lekko wymieszać łyżką, wylać połowę do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ale chyba można też posmarować masłem i posypać bułką tartą lub kaszą manną; do pozostałej masy wsypać mak, wymieszać, wlać do środka ciasta; na wierzch ułożyć dowolne owoce; piec ile trzeba - u mnie ok. godziny w 150'C góra - dół. Sernik ma być złoty, można go zostawić w piekarniku po jego wyłączeniu jeszcze na parę minut, żeby nie opadł.

Jak chcecie zrobić sernik śmietankowy, dajcie śmietankowy budyń, jak malinowy, dajcie budyń o tym smaku. Ja po prostu nie miałam dzisiaj w domu innego budyniu tudzież trzech takich samych smaków. Spokojnie można też zrezygnować z maku, ja chciałam spróbować jak maczek będzie smakować w serniku.

Sernik wyszedł mi delikatny i przepyszny, nawet kocica podeszła lizać, a zrobiłam go spontanicznie, bez przepisu, z głowy, żeby mi się serki w lodówce nie popsuły, bo czasem kupię czegoś za dużo, zwłaszcza, gdy robię zakupy, kiedy jestem głodna, wtedy "jem" oczami (lubię się czasem przegłodzić dla zdrowia, ale dzisiaj mi nie wyszło).

Smacznego! 

Zdjęcia mojego autorstwa, grafika z internetu i nie znam Autorów. Życzę Wam pięknego nowego tygodnia!

sobota, listopada 15, 2025

UWAGA SPOILER, czyli toksyczny związek w złym śnie o dobrym domu

 Witajcie moi Drodzy!

Dzisiaj opowiem Wam o filmie, którego obejrzenie kosztowało mnie dużo wewnętrznej siły i mnóstwo skrajnych emocji, który mną wstrząsnął, potelepał jak na elektrowstrząsach, który wbił mnie w fotel, z którego po seansie dosłownie nie mogłam wstać, a potem musiałam się przejść głęboko oddychając (zostawiłam auto na parkingu pod kinem, poszłam do domu po psa, pochodziłam jeszcze z godzinę z psiakiem i dopiero wsiadłam do samochodu, podjechałam pod dom). I chociaż w kinie byłam w środę, ten obraz wciąż we mnie i ze mną jest. Opowiem ze swojej, kobiecej perspektywy o filmie oplutym przez większość krytyków i tak zwanych znawców i moim zdaniem, niezrozumianym przez połowę widzów, w tym także kobiet (komentarze w trakcie wychodzenia z kina: bił, ale jaka chata, w takim domu to może bić; ona to jakieś schizy miała czy co; ważne, że nie pił, siedział w domu, a babie i tak nie dogodził itp., itd.). Filmie już wrzuconym, zaszufladkowanym jako torture porn. A ponieważ nie chcę Was krępować  - ten post pozostanie bez komentarzy, bo dzisiaj akurat bardziej piszę dla siebie niż dla Was. Po prostu muszę wyrzucić z siebie kilka zdań o tym niełatwym w odbiorze, ale absolutnie potrzebnym obrazie.

Oczywiście będzie mi bardzo miło, jeśli nieliczni z Was przeczytają i pochylą się nad tym wpisem, tą recenzją, jednak spokojnie możecie ten post ominąć. Osobiście nie chcę też czytać komentarzy oceniających ad hoc, że jestem negatywna i piszę o negatywnych sprawach, ponieważ - żyję już długo, interesuję się kinem i psychologią od wielu lat i jestem realistką, mam również swoje granice, które od jakiegoś czasu dość wyraźnie zaznaczam dla własnej higieny psychicznej - a życie to nie jest baśń o Kopciuszku czy innej Królewnie Śnieżce i jeśli tylko piszemy o rzeczach dobrych, rozmawiamy o pogodzie i innych oczywistościach,  jeśli tylko sobie nawzajem słodzimy - to jesteśmy jedynie zakłamanymi hipokrytami. 

Na początek kilka informacji o filmie, o którym dzisiaj piszę, kilka konkretów z Internetu:

 "Dom Dobry" (Polska 2025, oficjalna premiera 7 listopada) Wojciecha Smarzowskiego w weekend otwarcia obejrzało ponad 310 tys. widzów! To drugi najlepszy wynik polskiego filmu w tym roku. 
Za scenariusz i reżyserię odpowiada Wojciech Smarzowski, zdjęcia – Paweł Tybora, montaż – Krzysztof Komander, kostiumy Magdalena Rutkiewicz – Luterek. Autorem muzyki jest Mikołaj Trzaska. Producentami są Wojciech Gostomczyk i Janusz Hetman z Lucky Bob, w który to studiu Wojciech Smarzowski pełni funkcję dyrektora kreatywnego. 
Za dystrybucję odpowiada Warner Bros. Entertainment Polska.


A teraz to, co czuję a propos filmu Wojciecha Smarzowskiego, to, czym chcę się podzielić z tymi, którzy zechcą ten post przeczytać i zauważyć. Piszę z poziomu serca, nie intelektu, piszę od siebie, bo uważam, że akurat ten film jest tego wart, ponieważ jego temat jest uniwersalny, ogólnoludzki i może stać się realem dla każdego z nas.

Wojciech Smarzowski (1963) jako reżyser i scenarzysta filmu kinowego debiutował dwadzieścia jeden lat temu popularnym do dzisiaj obrazem "Wesele" (2004) i od tamtej pory konsekwentnie realizuje swoją  wizję kina, wizję polskiego filmu traktującego o ludziach, o Polakach. Koncepcję wg niektórych krytyków określaną jako łopatologiczną, przyziemną, toporną, nieartystyczną, zbyt dosłowną, realną lub nawet przesadzoną. Reżyser (facet spod bardzo ziemskiego Koziorożca) praktycznie we wszystkich dziewięciu zrealizowanych przez siebie kinowych filmach, obnaża nas, Polaków i pokazuje nasze narodowe słabości i przywary, takie jak alkoholizm, kompleksy, chciwość, pseudoreligijność, zakłamanie, przemoc, patologia, wrogość, kolesiostwo, bigoteria, hipokryzja i wiele innych. I co ciekawe, te jego filmy, tak nisko oceniane przez wielu krytyków, trafiają pod tak zwane strzechy i przemawiają do ludzi nawet wtedy, gdy ci ludzie uważają je za kiepskie, wkurzające, przerysowane. Po prostu mało kto pozostaje obojętny na propozycje reżysera, o jego dziełach się mówi, najczęściej średnio lub źle, ale się mówi. I chociaż Smarzowski opowiada głównie o Polakach i - jak często wypomina się reżyserowi - Polakach z prowincji, myślę, że pomimo wszystko, wielu Europejczyków i ludzi z innych kontynentów odnalazłoby w nich siebie. 

Znam wszystkie dzieła Smarzowskiego, nie przebrnęłam jedynie przez cały "Wołyń" (2016), gdyż po prostu moja wrażliwość nie była w stanie dotrwać do końca, potrafię wyć na takich filmach, nie płakać ani szlochać tylko wyć. Lubię i najbardziej cenię "Różę" (2011, choć ten film też bardzo mocno mną wstrząsnął), "Pod Mocnym Aniołem" wg prozy Jerzego Pilcha (2014) i "Kler" (2018). Natomiast najnowszy film reżysera jest mi bardzo bliski, bo - jak już niejednokrotnie pisałam i wspominałam - wspieram kobiety, znam doskonale poruszany w nim temat. Temat ważny, a - jakimś dziwnym trafem - niezwykle rzadko w polskim kinie poruszany.

Główną, wiodącą postacią filmu jest Gosia, młoda, ładna dziewczyna, taka dziewczyna z sąsiedztwa, która stara się ułożyć sobie życie. Udzielając korepetycji z angielskiego oszczędza na studia, które przerwała i na podróże, które ją fascynują i jak wiele innych dziewczyn w okolicach trzydziestki, marzy o miłości i własnym domu zwłaszcza, że mieszka z przemocową, niespełnioną życiowo, toksyczną matką alkoholiczką, która na niej wyładowuje swoje życiowe frustracje, wciąż wypomina jej nieukończenie studiów, choć sama też ich nie skończyła, znęca się nad nią psychicznie, głęboko rani słowami jakby strzelała z kałasza. Gosia jest więc wrażliwym DDA (ojciec wojskowy wiecznie nieobecny) z syndromem sztokholmskim (dialog z matką przy świątecznym stole, cytat z pamięci: Gosia: Są święta, powiedz mi coś miłego. Matka: Boli mnie dzisiaj serce) i to potem skutkuje w relacjach z innymi osobami (nie umie odmówić siostrze pożyczki, choć ciuła na swoje marzenia), zwłaszcza w sferze romantycznej, damsko - męskiej.

Gosia, która jakiś czas temu straciła chłopaka, w Internecie poznaje starszego od siebie Grześka, z którym wymienia SMSy, bawi się w odgadywanie autorów lub źródła cytatów, rozmawia na Skype'ie, a kiedy proponuje spotkanie w kościele, na pasterce, Grzesiek się tam nie pojawia (a może tylko tak jej mówi, że nie był?). Jednak chwilę później, po kolejnej awanturze z matką, która ją poniża również przy siostrze, Gosia nie wytrzymuje i przyjmuje od Grześka zaproszenie na sylwestrową domówkę, po której  u niego zostaje... i szybko, bardzo szybko się to wszystko toczy wg znanego ofiarom przemocy schematu: słodzenie ofierze (Grzesiek śpiewa "Będziesz moją panią" i wmawia jej, że jest kobietą jego życia), love bombing, wypytywanie niby w luźnej rozmowie i mapowanie najczulszych miejsc, słabości i kompleksów ofiary, szybki, bardzo szybki gaslighting tuż po upojnej nocy oraz kontrola pod przykrywką troski, udawana empatia i manipulacja. I mamy typową sytuację życiową: dziewczyna z toksycznego domu ląduje w ładnym domu wzorcowego, książkowego narcyza (który uchodzi za fajnego, zdolnego, dobrego i pomocnego) i tu zaczyna się całe narcystyczne zawłaszczenie ukazane idealnie, po prostu świetnie. Gosia, jak większość z nas, nie dostrzega czerwonych flag, które pojawiają się bardzo szybko, jest wycieczka w piękne miejsca, jest przygarnięcie psa zostawionego na ulicy, dużo seksu, ciąża i jest milutki, słodziutki złego początek; inauguracja długotrwałego życiowego, patologicznie dewastującego ciało, psychikę, relacje, emocje -  koszmaru... Na dodatek często przekazywanego z pokolenia na pokolenie, bo tak to już jest, że jesteśmy ofiarami ofiar. Żyjemy w świecie pełnym schematów i działamy schematycznie tylko po to, aby się nie wyróżniać i dla tak zwanego świętego spokoju na wiele - zwłaszcza trudnych i niewygodnych spraw - przymykamy oczy, poszerzamy ramy własnych granic. 

Muszę tu jednak zaznaczyć z całą stanowczością, że nie jest tak, iż ofiarami przemocy są tylko osoby z toksycznych domów, słabe psychicznie albo te, które miały trudne dzieciństwo lub ze specjalnymi cechami osobowości. Narcyz i inni psychofadzy potrafią zauroczyć, zmanipulować i zniszczyć (3xz) nawet ludzi silnych, solidnie wykształconych, znających psychologię. Nie ma reguły. I każdego może to spotkać.

I tyle zdradzę z fabuły filmu, bo przecież musicie sami ten film obejrzeć, przemyśleć i przetrawić w sobie. Mnie naprawdę powaliło wiele scen, ale też kilka bym wycięła, zwłaszcza tę, w której para bohaterów ogląda wcześniejszy film reżysera "Dom Zły" - nie wiem, czemu ta scena miała służyć, może przypomnieć nam, że tam też było o przemocy, że ten dobry tytułowy dom de facto też jest zły, że zło wokół nas jest faktem, a nie tylko złym snem?

Reżyser opowiadał w którymś z wywiadów, że cały film oparty jest na faktach, opowieściach kobiet, z którymi się spotykał i ja mu wierzę, bo słyszałam gorsze historie, czytałam straszniejsze rzeczy w prasie, Internecie, książkach, bo znam z historii i widziałam w filmach dużo większą przemoc (że wspomnę francuski film sprzed chyba dziesięciu lat pod polskim tytułem "Zabiłam, aby żyć"). Co mnie jednak urzekło? Ano to, że - nie wiem, czy było to zamierzone, czy też wyniknęło z doskonałego montażu tego filmu, ale stany psychiczne Gośki zostały w nim ukazane doskonale, bezbłędnie i zarzucanie mu braku artyzmu jest zwykłym nadużyciem. W całym tym przemocowym bagnie było go naprawdę sporo. Była czułość, zrozumienie i empatia zza kamery.

Pierwszy raz gaslighting pokazany został w amerykańskim filmie pt. Gaslight z 1944 roku (polski tytuł to Gasnący płomień, a sztuka pod tym samym tytułem ukazała się w roku 1938) i opowiadał historię kobiety, której mąż manipuluje jej postrzeganiem rzeczywistości tak długo, aż wydaje się jej, że - zdezorientowana - traci zmysły, że zwariowała, nie wierząc własnej percepcji. Do psychologii termin ten zaczął przenikać w latach 60. i 70. XX wieku, kiedy to psychologowie i terapeuci zaczęli używać go do opisu specyficznej formy manipulacji psychicznej i przemocy emocjonalnej. W filmie Smarzowskiego jednym z cytatów, które wymieniają między sobą na początku znajomości Gosia i Grzesiek są wersy z wiersza E.A. Poego o złym śnie we śnie . I ten film też taki jest. Jest jak feeria manipulacji narcyza w stosunku do ofiary, jak zły sen, jak przenikanie się światów równoległych, snów na jawie i snów zbyt głębokich, aby się obudzić w odpowiednim czasie. I nie raziła mnie przemoc, bo np. w kinie akcji jest jej mnóstwo i czasem jest nieuzasadniona, bo w realu bywa jej dużo więcej, bo historia ludzkości, choćby ta ze Starego Testamentu, to głównie historia przemocy, gdyż krwiożerczy bożek domagający się ofiar lub złośliwie i mściwie zsyłający kataklizmy, był jak narcystyczny manipulator polujący na swoją zdobycz (każdy narcyz to drapieżnik albo myśliwy, co dla mnie na jedno wychodzi). Bo każdy, kto miał do czynienia z przemocą: słowną, ekonomiczną, seksualną, emocjonalną, psychologiczną, fizyczną, narcystyczną czy choćby z zaniedbaniem, dobrze ten film zrozumie, zobaczy w nim siebie lub kogoś znajomego.

Bo moja "przyjaciółka" narcyzka wciąż manipulowała mną jak chciała, udawała dobroć, zainteresowanie, szczerość, wydzwaniała w środku nocy doskonale wiedząc, że wstaję po piątej, rano idę na spacer z psiakiem a potem do pracy i przez dwie godziny nadawała o sobie, a na koniec, gdy z nią zerwałam, aby chronić siebie i swoją intymność, do której właziła w brudnych kaloszach, zrobiła z siebie ofiarę pisząc do mnie po wielu miesiącach elaborat w postaci e-maila, w którym projektowała na mnie wszystkie swoje wady; a mój zacny "przyjaciel" narcyz często ze mnie kpił i lekceważył tekstami filmowego Grześka: "wydaje ci się", "przesadzasz", "oj tam, jest jak jest" , "jesteś przewrażliwiona". Na każdym kroku umniejszał mnie, moje zainteresowania, moją wiedzę i zawodowe osiągnięcia, a na koniec nazwał borderem i schizofreniczką, gdy mu powiedziałam, że dłużej nie zniosę tej tak zwanej relacji i zrobił z siebie poszkodowanego chłopczyka, biedną, poranioną, zdeptaną i zlekceważoną ofiarę złej kobiety. I jeszcze oboje mieli jakiś totalny obłęd, jakąś obsesję na punkcie swojego młodego wyglądu, oboje, choć sporo starsi ode mnie - ona 8, a on 12,5 - starali mi się wmówić, że wyglądają lepiej, młodziej, gasili we mnie słońce, moją wewnętrzną moc i światło, mój naprawdę jasny, zadbany uśmiech i w tym filmie jest to wspaniale pokazane, jak główna bohaterka, skołowana, zrozpaczona, zaszczuta, zdezorientowana, zaniedbana, traci urodę, swój wewnętrzny blask, jak gaśnie przy zadowolonym z siebie mężu, który nią steruje jak marionetką, który jest przemocowy w każdej możliwej dziedzinie, w praktycznie każdej życiowej sytuacji; który momentalnie zasypia i chrapie po seksie nie dając jej nawet odrobimy czułości, a znajomym (tzw. latającym małpom) pokazuje filmik z lekko chrapiącą, zmęczoną po kolejnym jego wybryku Gośką, poniża i upokarza ją na każdym niemal kroku, w każdej sytuacji narzuca swoją wolę, kontroluje wszystko, wybiera jej ubrania, jakby ją ubezwłasnowolnił. I ona, ze ślicznej, wesołej dziewczyny w podartych jeansach I kolorowych swetrach, zamienia się w szarą, zahukaną mysz, a jej psychofag z kpiną mówi o niej per mysza. Generalnie wielu narcyzów z premedytacją i z dużą konsekwencją niszczy w swojej ofierze to, co inni uznawali za jej największy atut.

Dlaczego piszę o również o sobie? Piszę dlatego, że wiem, iż z osobą narcystyczną, która ma też cechy socjopaty, psychopaty, makiawelisty, sadysty, bo to jest szerokie spektrum zaburzenia osobowości, nie trzeba być od razu w relacji romantycznej ani intymnej, wystarczy rzekoma przyjaźń czy koleżeństwo, żeby mieć PTSD czyli zespół stresu pourazowego długo po jej zakończeniu odczuwany w ciele i psychice. Odczuwany boleśnie, wręcz namacalnie. Weźcie to pod uwagę i chrońcie się gdy tylko Wasze ciało, które jako pierwsze wie wszystko najlepiej, zacznie Wam wysyłać sygnały, że to nie dla Was - mówię to z pełną odpowiedzialnością, ponieważ tego doświadczyłam. W obu przypadkach moje ciało i intuicja krzyczały "uciekaj", a ja, durna ratowniczka - empatka zostałam i mam za swoje.

Dziwią mnie wpisy i recenzje skupiające się jedynie na przemocy w filmie "Dom Dobry". Od lat ją przecież oglądamy nie tylko w kinie, ale nawet jeśli patrząc na film, to wielu znawców zafascynowanych jest serią seriali o psychopatach - przestępcach, seryjnych mordercach aktualnie dostępnych na platformie Netflix (żadnego serialu nie obejrzałam, bo wystarczyły mi trailery i wiedza o portretowanych w nich  ludziach), podkreślając potrzebę zrozumienia zła, a kiedy polski reżyser broni kobiety, staje murem za ofiarami domowej i społecznej przemocy, obrzuca się go błotem. Fascynujące!

Ten film wstrząsa i wali nas po głowach swoją realnością, prawdą, także tą psychologiczną. Zawstydza połowę widowni. Bo dawno już nie byłam na seansie, po którym NIKT, absolutnie nikt od razu gdy pojawiły się napisy, nie wstał z fotela. Czułam w powietrzu (lub jego braku przy pełnej sali) napięcie... i dobrze. I bardzo, bardzo dobrze! Bo to świadczy o tym, że ten film, chociaż krytykowany, jednak trafia w serca i umysły i inne zmysły widzów. W moje trafił bardzo wyraziście, mocno i na długo, bo jeszcze go przeżywam. 

Chapeau bas, wielkie brawa i niskie ukłony dla aktorów: wspaniałej, pięknej, świeżej aktorsko, niesamowitej Agaty Turkot w roli Gosi, Tomasza Schuchardta w do bólu realnej, obleśnie prawdziwej i przekonującej roli nastycznego psychopaty, Agaty Kuleszy jako matki głównej bohaterki, Marii Sobocińskiej - przepięknej i podobnej do mamy, Hanny Mikuć (ach, te cudne oczy!) w roli zagubionej siostry Gosi, jak zwykle dobrych, nawet w małych rolach: Julii Kijowskiej w roli żony przemocowego policjanta i Natalii Sikory w roli ofiary przemocy w ośrodku dla kobiet. Przeurocza i niezwykle naturalna była też dziewczynka, która zagrała córeczkę Małgosi. Wszyscy aktorzy, nawet w epizodach byli świetni.

Nie każdy, niestety, tak zwany dobry dom jest nim w rzeczywistości, często w czterech ścianach rozgrywają się niepojęte sceny przemocy wobec kobiet, dzieci, seniorów, zwierzaków ale też wobec mężczyzn (był w tym filmie i taki mężczyzna - ofiara przemocowej kobiety). 

Cieszę się, że ten film zrobił mężczyzna, naprawdę bardzo się cieszę. Byłoby dobrze, gdy inni mężczyźni nie negowali jego postrzegania świata i sztuki tylko zastanowili się nad swoim. Byłoby naprawdę wspaniale, gdyby akurat ten film reżysera sprawił, że mężczyźni, zamiast dawać upust swojej agresji, zaczną wspierać i naprawdę kochać swoje partnerki czy kobiety, jak wielu je nazywa (niejednokrotnie słyszałam: moja kobieta - więc jeśli tak uważasz, to właśnie tak ją traktuj). Byłoby cudownie, gdyby kobiety szybciej odchodziły od narcyzów i byłoby rewelacyjnie, gdyby ludzie, którzy uważają się za dobrych i życzliwych, zaczęli reagować na zło i przemoc, zamiast pomijać je milczeniem lub zamiatać pod dywan. Byłoby rewelacyjnie, gdyby to właśnie dzieło Smarzowskiego trafiło na światowe ekrany, nawet kosztem polakierowanej biografii naszego wielkiego kompozytora, który przez cały seans bardziej przypominał mi Andersena.

Na koniec przytoczę cytat z mojego bardzo, ale to bardzo ulubionego pisarza, który co prawda traktuje o książkach, ale równie dobrze mógłby dotyczyć filmów. Naprawdę tak mogłoby być. Zostawiam Was z tym cytatem i szczerze zachęcam do obejrzenia w kinie filmu Wojciecha Smarzowskiego pt. Dom Dobry (polecam też filmy: "Chopin, Chopin!", "Franz Kafka" i "Ostatni Wiking"; a tak jeszcze a propos cytatu, to wielu krytyków mówi o Smarzowskim, że jego filmy są jak spod siekiery, ciekawe prawda?): 

"Uważam, że powinno się w ogóle czytać tylko takie książki, które człowieka gryzą i dźgają. Gdy książka, którą czytamy, nie budzi nas uderzeniem pięści w łeb, to po cóż ją czytamy? Żeby nas uszczęśliwiła? Mój Boże, szczęśliwi bylibyśmy właśnie, w ogóle nie czytając książek, a takie książki, które nas uszczęśliwiają, moglibyśmy od biedy pisać sami. Potrzebujemy jednak książek działających na nas jak bardzo bolesne nieszczęście, jak śmierć kogoś, kto był nam droższy niż my sami, jak gdybyśmy zostali porzuceni głęboko w lesie, z dala od ludzi, jak samobójstwo. Książka musi być siekierą na zamarznięte morze w naszym wnętrzu".
 
Franz Kafka

Jeśli ktoś z Was przeczyta ten post, tę recenzję i zechce mi o tym napisać, niech to zrobi w dowolnym miejscu na tym blogu - będę wdzięczna także za słowa krytyki, za każdy odzew. Film szczerze polecam i oceniam: 7/10. 

 Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście pochodzą z Internetu, z omawianego dzisiaj filmu. Poniżej reżyser Wojciech Smarzowski na planie filmowym.

Dziękuję za uwagę, za to, że jesteście.

sobota, września 27, 2025

UWAGA POEZJA, czyli trzy wiersze o jesieni


 Kolejna jesień
 
Znów biegnę z głową pochylonąI kiedy tyle barw się mieniGdy brzozy tańczą klony płonąZnowu mnie nie ma w tej jesieni
 
Z walizki wielkiej wyciągnąłemSzaliczek tkany z szarej troskiNie patrząc jak co świt minąłemSejm ptasi w parku Ujazdowskim
 
I ten kretyński lęk co gna mnieMinąć mi kazał żółtą różęKtóra szeptała „stań spójrz na mnieBo jutro już się nie powtórzę"
 
Jutro się zacznie pora mglistaCzas fatalnego kapuśniaczkaLecz dzisiaj Kubuś FatalistaTak mnie poucza znad bukłaczka
 
Odpuść przyhamuj przystań łotrzeNim smutne róże w szronie zginąPopróbuj jabłka gdy najsłodszeSpójrz jak się płoniDzikie wino
 
A ja na drobne rozmieniony
wierszykiem witam dzień w kuchence
i mijam róże brzozy klony
które się nie powtórzą więcej
 
Tak kończy się króciutki wrzesieńSzalony jak spóźniona miłośćI kończy się kolejna jesieńTa w której znowu mnie nie było nie było
 
*
Wojciech Młynarski (1941-2017) – polski poeta, reżyser i wykonawca piosenki autorskiej, satyryk, artysta kabaretowy, autor tekstów piosenek i librett, tłumacz, znany przede wszystkim z autorskich recitali. Jeden z najwybitniejszych polskich poetów piosenki. Piosenka pt. Kolejna jesień TUTAJ.
 
Obraz:  Théodore Rousseau, Pejzaż jesienny, 1850
 
 
Przyszła jesień ojej
 
Jesień przyszła
choć wcale jej nie chciałam
jeszcze nie zapraszałam
z czerwonym winem przyszła
i została
 
Herbacianą
mi przyniosła różę
i granatową burzę
zrobiły się kałuże
duże
 
Ojej
 
Dżdżu szemranie
przyciężkich mgieł pełzanie
światła przegrupowanie
atmosferyczny front
 
Zagubiona się czuję
i znużona
troszeczkę zagrożona
oj, przydałby się Bond
 
Ojej 
 
Lidia Jazgar (1965) − współzałożycielka, menedżerka i wokalistka zespołu Galicja, wokalistka i autorka tekstów piosenek. Piosenkę prezentowaną powyżej z własnym tekstem i muzyką, zaśpiewała wraz ze Zbigniewem Wodeckim i możecie jej posłuchać TUTAJ.
 
Obraz:  Vincent van Gogh, Aleja topoli jesienią, 1884
 

 wyciszenie 

wrzesień. drzemią jeszcze złe jesienne demony.
poranny chłód wypełnia przestrzenie naszych zdeptanych serc.
bociany opuszczają łąki. maki przekwitły, zstąpiły do piekieł.
granice lata bledną, zacierają się.
granice miłości wydłużają się jak cień późnym popołudniem.

tej drogi nie przejdziemy na skróty. możemy zabłądzić
w jej pokrętnych, zawiłych labiryntach, zanim dojdziemy
do celu, jakim jest bezpieczeństwo
tak trudne do osiągnięcia w jesieniach coraz krótszych relacji.

niebezpieczne związki wciąż kuszą podwyższonym poziomem endorfin.
ale czy warto wpadać w nie w chwili, gdy drzewa zrzucają
przyschnięte liście?

może lepiej pomilczeć dopóty dopóki nie zleci ostatni?
może milczeniem powiemy najwięcej zanim słowa dojrzeją;
nabiorą barw, wypełnią się słodyczą mocy, żeby od nowa
opowiedzieć historię prawdziwego uczucia.

miłość wrześniowa, jesienna, dojrzała spadnie na nas jak kropla
ożywczego deszczu. przytuli, doda siły, energii, otuchy,
nim zły komornik - listopad z trzaskiem zamknie powieki
nazbyt szczęśliwych dni.

będę do ciebie milczeć znacznie dłużej,
niż sobie życzy mały, zlękniony, jesienny
 bóg.
 
Bolesławiec,  4 IX 16
 
*
 JoAnna Idzikowska - Kęsik (1969) − zakochana w życiu i poezji wegetarianka, notoryczna agnostyczka głęboko wierząca w Boginię Matkę, autorka kilku wierszy, animatorka teatru i kultury. Na co dzień, w wirze prozy życia: pedagog do zadań specjalnych, nauczyciel przedmiotów artystycznych, redaktorka Babińca Literackiego.
 
Obraz: Claude Monet, Efekt jesieni w Argenteuil, 1873
 
     
        Mam nadzieję, że teksty przypadły Wam do gustu, a prezentowane w tym poście obrazy wzbudziły zachwyt. Poezja i sztuka zawsze działają kojąco na ciało i zmysły, niech trwają, niech nam towarzyszą tej jesieni, aby była udana i niezapomniana.
 
Obraz powyżej: Józef Chełmoński, Babie lato, 1875; obraz poniżej: Ellen Robbins, Liście jesienne, 1870.
 
 Uściski i moc jesiennych serdeczności dla Was. Trzymajcie się zdrowo, ciepło, miejcie wiosnę w sercu i najjaśniejsze słońce w sobie! Dobrej jesieni!
 

poniedziałek, maja 05, 2025

"Dlaczego utrata jest miarą miłości?" ***


 odchodne

"Nasze życia rozchodzą się".
Lew Tołstoj

odejdź, nie zatrzymuj na siłę
kobiety, do której nic nie czujesz.
ona doskonale rozumie,
że ten związek jest jak stara
nagrobna fotografia -
wyblakły i popękany,
martwy i nikomu niepotrzebny.

ona nie widzi perspektyw.

jeszcze niedawno była demonem,
femme fatale, obiektem gorących wrażeń.
teraz przypomina durnostojkę,
kurzojada, którego nie chcesz dotknąć,
porcelanową lalkę z rozbitym sercem.

kiedyś może byłeś dla niej
przez chwilę dobry,
może lubiłeś i chciałeś więcej.
dzisiaj wydaje ci się obca,
odległa jak matka, która
odchodzi zawsze
w nieodpowiedniej chwili.

zostaw ją. odpuść. przemilcz.
nigdy nie patrzyłeś jej w oczy.
to zazwyczaj oznacza nieszczerość.
idź. obdaruj kogoś innego
bukietem swoich frustracji,

a jej pozwól przetrwać w świecie,
w którym wszystkie udawane miłości
mają krótkoterminową gwarancję
przydatności do zabawy w dom.
są atrapą wyższych uczuć,
erzatzem bliskości.

to nie boli.
to tylko wiersz o czymś,
co nie powinno się zdarzyć.

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 2017

           Witajcie moi Drodzy po przerwie, która była mi bardzo potrzebna do tego aby odpocząć i zresetować myśli oraz zrobić sobie wolne przed bardzo intensywnymi dwoma miesiącami w pracy - zawsze tak jest pod koniec roku szkolnego, ale potem są wakacje i to jest piękne. Teraz jednak mam mnóstwo pracy, wyjazdów, szkoleń, pisania dokumentów, imprez i innych rzeczy.

         Nie udało mi się napisać wiersza o kwietniu, więc oddaję Wam dzisiaj stary wiersz z archiwum, możecie krytykować ile chcecie. Mam teraz mnóstwo pracy i nie wiem, czy dam radę dużo pisać na blogu, jednak pozdrawiam Was serdecznie, życzę udanego, ciepłego i pachnącego maja! Niech Wam szczęście sprzyja.


        Na koniec moje nowe kubeczki z nowej w Bolesławcu Ceramiki Arkadia - śliczne, ale jak wszystko w tym "prawym" świecie, stricte dla praworęcznych, bo gdy piję trzymając kubek w lewej, wiodącej ręce... nie widzę tych pięknych wzorków w środku kubeczka... Cóż, takie spostrzeżenie dla mniejszości lewomyślnej. :D


A w bonusie fotki sprzed momentu: poszłam na strych po wyprane ubrania, położyłam na wersalce, składam, a moja psinka sobie w nich "ryje" czyli zakopuje się... Uwielbiam te moje istoty, a one kochają moje wyprane ciuszki. To czerwone to moje ulubione poszarpane jeansy:D
 

Balbina kokosi się, bo zdążyłam odkurzyć dywan, to trzeba go "wybielić".  


Pozdrawiam Was i do miłego!
 

Wszystkie zdjęcia w poście są mojego autorstwa.
 Cytat w tytule postu Jeanette Winterson - jedna z moich ukochanych pisarek.