piątek, 30 listopada 2012

Czuję oddech Lodowej Królowej...



*
Przebudzenie

Od rana bolała ją głowa… Właściwie najpierw jej się to przyśniło… Czuła w czarno-białym śnie niesamowicie doskwierający ból… Jakieś dziwne czarne postaci otoczyły ją w lesie wymarłych drzew i patrzyły na nią twarzami bez oczu… Ona, odziana w białą, jedwabną koronkową halkę, zaczęła uciekać, biec boso po chruście, który kaleczył jej stopy… Czuła doskwierający ból, zaczęło brakować jej tchu, a gdy się obudziła i zorientowała, że był to tylko sen, wcale nie poczuła się lepiej. Wręcz przeciwnie, ból narastał, podobnie, jak irracjonalne odczucie obecności czarnych postaci tuż przy niej… Poleżała chwilę w łóżku, ale czegoś jej brakowało… Jej dwa białe, śliczne koty, które zawsze z nią spały, rozpłynęły się gdzieś we mgle… Wstała, spojrzała na zegarek… Szósta dwadzieścia dwie, środek cholernej nocy, spała niecałe trzy godziny…

-Kociaki, gdzie jesteście? – zaczęła chodzić po mieszkaniu i wołać swoje pupilki, które zawsze reagowały na jej głos, nie tym razem jednak. – Albin, Balbina, chodźcie do mnie, słoneczka!
Nie zareagowały. Obeszła dom i znalazła je w gościnnym pokoju za fotelem, przytulone do siebie, zlęknione, trzęsące się dwie białe kulki…

- Co się dzieje, wy moje boże istoty? Czemu się chowacie? – spytała zaniepokojona, czując w sercu lęk i ucisk w gardle. – Chodźcie, misiaczki, dam wam jeść…

Zero reakcji od istot, które zawsze robiły, co mówiła, które z nią były praktycznie non stop, gdy była w domu, które potrafiły za nią chodzić nawet do łazienki…
Schyliła się i wzięła je na ręce. Czuła, jak szybko biją im, ich malutkie serduszka. Zaniosła je do sypialni i wtedy stało się coś bardzo dziwnego: koty wyrwały się jej z rąk, zaczęły miauczeć i fukać gdzieś w stronę łóżka, po czym z hukiem, prawie nie wyrabiając zakrętu na wywoskowanych podłogach, uciekły z powrotem do gościnnego…
Pomyślała, że nie pasuje im zapach nowego, elektrycznego odświeżacza powietrza… Stwierdziła, że pewnie jest to też powód jej bólu głowy i wyjęła wtyczkę z kontaktu za łóżkiem… Poszła leniwym krokiem go kuchni, zrobiła sobie kawę z mlekiem i połknęła dwa ibupromy, ale ból nie dawał za wygraną…
Nałożyła kotom jeść, jednak nie zareagowały… Dziwne, bo zawsze wabił je zapach świeżego kociego jedzonka… Wzięła prysznic, prawie zimny… i nic, głowę jej po prostu rozsadzał ból… Zadzwoniła do Tomka, czuła, że już nie śpi. Porozmawiali chwilkę o tym, jak świetnie wypoczywa mu się razem z córką na Majorce, a gdy spytał, jak się czuje, odpowiedziała, że rewelacyjnie, nie chcąc go martwić.


Pomyślała, że może jeszcze troszkę pośpi, może jak zaśnie, ból minie, położyła się w pachnącą, czerwoną pościel, ale zrobiło jej się bardzo, bardzo zimno… Tak przenikliwego chłodu nie czuła od dawna. Miała dziwne wrażenie, że Królowa Śniegu z baśni Andersena, stoi za jej lewym ramieniem i oddycha na nią kryształkami lodu…


Zdenerwowana, wstała z łóżka, bo stwierdziła, że już na pewno nie zaśnie. Spojrzała na termometr za oknem. Dwadzieścia na plusie, czyli nieźle, jak na tegoroczne plugawo-szare lato. Ubrała się, zrobiła sobie kawy do termosu, wzięła tabletki przeciwbólowe i kurtkę przeciwdeszczową. Poszła wygłaskać koty, które zastygły w jednej pozycji, znów za fotelem, pootwierała wszystkie drzwi, żeby pod jej nieobecność mogły swobodnie poruszać się po domu i wyszła.

Nie miała planów, lubiła improwizować. Wsiadła do samochodu i wyjechała wolno spod domu. Miała tak zimne dłonie, że trudno jej było zmieniać biegi. Dodała gazu, włączyła płytę ukochanego wegetarianina, Bryana Adamsa i stwierdziła, że pojedzie sobie pochodzić po górkach. Głowa ją bolała tak mocno, aż chciało się jej wymiotować, co dodatkowo potęgowały ostre zakręty. Bryan Adams śpiewał właśnie o tym, że na chmurce numer dziewięć, odpowiednikowi naszego siódmego nieba, spełni się jego miłość, a ona śpiewała razem z nim. Uwielbiała jego teksty i lekko zachrypnięty głos, a wszystkie przeboje wyśpiewane przez tego rudawego blondyna znała na pamięć. Była na jego koncertach w Sopocie, Berlinie i w Pradze, co jeszcze bardziej pogłębiło jej platoniczną miłość do tego przystojnego, choć niewysokiego Kanadyjczyka...
Rozmarzyła się,pomyślała,  że fajnie by było kochać się na bialutkiej, chłodnej, puchowej chmurze i, nagle, zobaczyła, że na drodze stoi czarna postać z jej snu… Pomyślała, że to jakiś cholerny paradoks w momencie, gdy ona sobie śpiewa o białych chmurach i myśli o kochaniu… Ale postać stała nieruchomo… Nacisnęła na hamulce i usłyszała niesamowity pisk opon…


Mgła… Jednak jakaś inna… Taka tęczowa, mało mglista, niesamowita… Gdzie ja jestem? Śnię? Nieważne, wreszcie nie jest mi zimno i nie boli mnie głowa… A ci ludzie, co tak biegają? A, wypadek… Tylko po co tak wrzeszczą? Co to da? Ludzie dziwnie reagują w kryzysowych sytuacjach.. Młoda kobieta, ładna kobieta, fajne ma rzęsy, długie… Życia jej chyba nie wrócą, spokojnie… Skąd ja ją znam? Znajoma jakaś… O, cześć tato! Taaato, czemu nie reagujesz? Czemu znowu tak młodo wyglądasz? Chyba nie mówię… Ale numer, myślę tylko… Dziwne… O, a ciebie widziałam dziś we śnie… Zostaw mnie! Nie chcę iść z tobą! Co robisz? Kim jesteś? Spadaj!

-Spokojnie, Adrianno… Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Ukazałem ci się we śnie, żeby cię ostrzec, żebyś zastanowiła się, co ci grozi… Tak dużo czytasz i oglądasz na mój temat, a nie zorientowałaś się, że ja, to ja.

- Ty, to ty ... czyli kto?

- Chodź - powiedziała postać i jakąś dziwną siłą, nie używając rąk, pociągnęła ją za sobą… - Ta kobieta, którą ratują, to ty. To twoje ziemskie ciało. Nie chcę cię jednak zabierać jeszcze, bo nie spełniłaś swojej misji. Musisz wychować swoje dziecko, uratować parę zwierzaków i napisać o mnie. Musisz nadal pracować dla ludzi… ale inaczej…

- Nie chcę wracać, dobrze, że to się stało, nie chcę się starzeć, chcę tu zostać.

- Nie bądź próżna, egoistyczna, tylko dokładnie mnie posłuchaj. Wrócisz, taka jest wola tego, który powołał cię do życia. Ja jedynie ją spełniam. Moje zadanie polega na przeprowadzaniu duszy na drugą stronę, jak wy to nazywacie, rzeczywistości. Ale to nie jest jeszcze twój czas. Nie zabieram ludzi, którzy mają zapisane dłuższe życie i wiele do zrobienia. Przestraszyłem twoje koty, widzisz, one widzą więcej i inaczej, niż ludzie, odbierają fale na innych częstotliwościach… Bały się o ciebie… Musisz wrócić i je ukochać.

- Zabierz mnie, proszę. Jest mi tu dobrze, przynajmniej nic mnie nie boli… Boję się starości, Alzheimera, raka, Parkinsona, wkładek Tena Lady, paskudnych pampersów, chemicznych kroplówek, pigułek, odleżyn, wrzodów, smrodu i innych tego typu historii. Nie chcę mieć sztucznych zębów i nie chcę nie poznawać swojej twarzy w lustrze. Nie chcę być ciężarem dla swego dziecka na stare lata, nie chcę być ciężarem dla kogokolwiek. Skoro twój pan tak bardzo nas kocha, to po jakiego grzyba wymyślił starość? Żeby znieczulić nas na śmierć? Sam wiesz, jeśli jesteś wszędzie, że ja akurat nie wierzę w Boga, a ciebie się nie boję! Więc zostaw mnie tutaj i sobie idź!

- Rozczulasz mnie brakiem pokory, Adrianno… Ale właśnie takich niepokornych dusz potrzebujemy. Możesz nie wierzyć w Boga, skoro jednak wierzysz, jak to nazywasz, w Najwyższą Inteligencję, nie jest ważne, jak go nazwiesz. On jest wszędzie, w tobie i we mnie, tu i gdzie indziej… W tym życiu, w poprzednich, następnym, w tym świecie i w innych, wszędzie… Pamiętaj o tym, pisz, opowiadaj, mów. Mów o świetle, o miłości. I zmień pracę. Studenci cię uwielbiają, twoje ćwiczenia i wykłady wiele ich uczą, ale twój wolontariat jest ważniejszy. Duzo ważniejszy. Te dzieci bardziej potrzebują twego ciepła, niż studenci twojej wiedzy… 

- Nie będę pracować z upośledzonymi, chorymi dziećmi, bo się uwstecznię, a od studentów się uczę. Trzy godziny w tygodniu gratis mi starczy. Zostaw mnie, słyszysz? Nie chcę już tam być! Muszę tu zostać! Fuck you very much!

- Adrianno, musimy wracać, będzie bolało… - powiedziała stanowczo czarna postać i zniknęła.


Czas jest największym paradoksem, jaki istnieje… lub nie istnieje?

Takiego bólu nigdy jeszcze nie czuła. Bolało ją wszystko, wszystko, każda cząsteczka ciała, włosy, paznokcie, zęby… Z ogromnym trudem otworzyła oczy… Zobaczyła nad sobą trzy twarze: Tomka, Magdy i jakiegoś facecika w okularkach z trzydniowym zarostem, który odezwał się pierwszy, bo po twarzach Magdusi i Tomasza, nie wiadomo czemu, płynęły łzy… Pomyślała, że to jakiś pieprzony matrix, że ma zwidy i zaraz wróci tam, gdzie była z czarną postacią...

- Witamy wśród żywych. Jestem lekarzem, Adam Stroński.

- Adrianna Roztecka - Zięcik, chcę pić, strasznie chce mi się pić! I chcę umrzeć!

Lekarz delikatnie zwilżył jej usta wodą.

- Na razie nie może pani pić, kroplówka panią nawodni. Uciekła pani śmierci, więc chyba za wcześnie umierać... Wie pani, co się stało?

- Miałam wypadek, jak jechałam w góry, ale nie wiem, kiedy to było, nie wiem, jaki jest dziś dzień, natomiast tam stoi moja córeczka, Magda ze swoim tatą, tylko nie rozumiem, dlaczego płaczą…

- Dwa dni utrzymywaliśmy panią w farmakologicznej śpiączce, potem jeszcze trzy dni pani spała i miała pani niezwykłe szczęście. Naprawdę, aż trudno uwierzyć... Samochód roztrzaskany, a pani ma wstrząśnienie mózgu, wybity palec wskazujący lewej dłoni i, zapewne bardzo boli panią wszystko, bo jest pani poobijana na całym ciele. Będzie boleć jeszcze kilka dni, ale na pewno będzie dobrze. Jutro dostanie pani picie i lekki posiłek, teraz zostawię państwa samych. 

- Dziękuję, panie... lekarzu – powiedziała bezczelnie i niepokornie, bo przecież to ona robiła  doktorat, będąc po dwóch fakultetach, a lekarze na prowincjach, mieli je z reguły gratis, jedynie z racji wykonywanego zawodu. Co to w ogóle za zwyczaj, żeby lekarzy medycyny honorować tytułem naukowym doktora? Pewnie przejęte z angielskiego, a to, że normalni ludzie studiują dodatkowo cztery lata, żeby zdobyć ten tytuł, to szczegół niezbyt istotny? Lek.med., a nie żaden doktor i już, myślała, a lekarz pogłaskał ją po dłoni, uśmiechnął się, jakby czytał w jej myślach i wyszedł.

Po wyjściu ze szpitala zobaczyła pieczątkę na wypisie: doktor nauk medycznych, specjalista neurolog, Adam Stroński. Uśmiechnęła się do siebie i swojej rogatej, niespokojnej, niepokornej, przekornej, ale jednak ocalonej duszyczki!


***


*


i wróciłam do świata żywych

popieszczona śmierci oddechem
i spojrzałam na świat inaczej
z nieco bardziej cieplejszym
uśmiechem


i nie boję się już tkliwości
ani uczuć okazywania
bo jedynie światełkiem miłości

wrażliwością
śmierć swą przeganiam 


ona stoi przy mnie i czuwa
jednak łączy nas nić zrozumienia 
obie wiemy jak wiele dobra
pozostało mi do zrobienia




 JoAnna Idzikowska-Kęsik, 2011

*

Wszystkie postaci i cała historia są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami i wydarzeniami, każda zbieżność w opowiadaniu jest zupełnie przypadkowa.


 Pic: Angel of Death by LordHannu, deviantART

czwartek, 29 listopada 2012

"Pomachamy skrzydełkami i wio!"



nieboleśnie


i jak to będzie
gdy obejdę dookoła swój własny
przenikliwy ból
zespolę się z epicentrum
opiumowanej pseudo-rozkoszy

wejdę i wyjdę z siebie
przylepiona do plastrów
szaleństwa
zrobię szpagat

 grymasem twarzy
jak w balecie
zakręcę piruety
zgrzytania zębami

odpłynę poza
granice

świetlistego tunelu
wejdę w nic

jak to będzie

orgazm szczoteczką
cierpienia
wyczyści mi zęby


/B-c, 25 III 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/



Zdjęcie: Dziś moją kolekcję aniołów powiększyłam o to cudeńko, zakupione na kiermaszu Środowiskowego Domu Samopomocy. Anioł jest z masy solnej, wykonany przez osoby niepełnosprawne intelektualnie.


środa, 28 listopada 2012

Potrzebuję snu, jak tlenu...



niewyśnione

pieszczotą deszczu odeszłam w przeszłość
wyryłam w sercu twoim napis
odchodzę póki jeszcze kocham
nie mogę zostać


widziałam potem gdzieś w oddali
jak mi się uśmiech twój wyżalił
i zniknął nagle za zasłoną
nienadaremnych myśli



i może nawet kiedyś jeszcze
przypomną mi się nasze dreszcze
i będę mogła te westchnienia


nareszcie
wyśnić
 
/B-c, grudzień 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

Do posłuchania: Urszula - Na sen i  Nickelback - Lullabay

Photos :my city, Cracov, Birmingham, Berlin and Praha by night.


 

wtorek, 27 listopada 2012

"Reszta jest milczeniem."



zaślubiny

motto: Milczenie jest złotem...

wspinam się
po głębinach emocji

topię w pianie
wybujałych marzeń


wchłaniam dno
smutnej treści


dotykam nieuczesanymi
myślami twojego ja


tańczę neurotycznie
na zamyśleniu uniesień


płonę zimnym blaskiem
wygasłych gwiazd


wypełnia mnie
pusta czasoprzestrzeń
wyjałowionych grzechów


nie wahaj się

okręć mnie wokół
palca


milczeniem niewymownym


/B-c., marzec 2012, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/ 


pic:

poniedziałek, 26 listopada 2012

Chciałabym wiedzieć więcej...



wzlot


motto: Wiem, że nic nie wiem.
/Sokrates/


nie wiem czy umiem mądrość odnaleźć
i rzucić wszystko z dala od siebie
nie wiem czy chciałabym radość scalić
z miłości głębią w rozkoszy niebie

nie wiem czy kochać mocno potrafię
tak do utraty zmysłów i kresu
jedności z bogiem którego czuję
choć przecież nie znam jego adresu

wiem jednak czasem że wszechświat cały
mogłabym ująć w łódeczki dłoni
wiem że nie boję się śmierci chwały
co i tak wszystkich nas dogoni

nie wiem za dużo myślę nieśmiało
nie oczekuję jednak litości

rozumiem przecież

że wiedzieć mało

najwyższym wzlotem mojej mądrości




/Bolesławiec,09 VI 2012 r., p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

pic:  :iconzindy:

Angel in pink by *Zindy


sobota, 24 listopada 2012

"Dmuchawce, latawce, wiatr..."



wyśnienie


zdmuchuj mnie powoli
oddech po oddechu
myśl po myśli

pofrunę gnana
iskrą przeznaczenia
pchana siłą twojego tchnienia
ogrzewana jego ciepłem

lekka jak piórko
kołysane szumem gestów
zniknę w przestworzach
twojego uśmiechu

zostanę tam na dłużej

lubię wilgoć otulającą
moje sny realne
kropelkami marzeń

o lataniu


/B-c, marzec 2012, JoAnna Idzikowska-Kęsik/

piątek, 23 listopada 2012

Odmienne stany samotności

*

Uwielbiała taki stan: samotność kontrolowaną, z dużą dozą muzyki i kawy. Introwertyczna natura potrzebuje takich chwil magicznych, wypełnionych myślami, wierszami, słowem w każdej postaci. Koty zawsze wiedziały, kiedy inteligentnie milczeć: leżały w fotelu przytulone i obojętne na jej obecność. Kochała je za to! Za tę instynktowną, niezwykłą, kocią empatię! Pomyślała, że niektóre ludzkie pomysły są beznadziejne. Ktoś, kto wymyślił, że koty są fałszywe, albo w ogóle nie potrafił myśleć, albo nie wiedział, iż fałszywi bywają li tylko ludzie.
Pozapalała zapachowe świeczki: za rodziców, za przyjaciół i znajomych, za byłego towarzysza życia i córkę, którzy odpoczywali gdzieś na obrzeżach Europy i codziennie przysyłali jej wieczorem nową porcję zdjęć. Puściła oczko do bandy porcelanowych aniołów, których figurki zbierała od lat i przywoziła z różnych miejsc na świecie.

 Włączyła płytę ulubionego, holenderskiego zespołu Within Temptation i powiodła swe myśli na pokuszenie…

Stała na zimnym wzgórzu, wiał niesamowicie silny, przenikliwy, przeszywający do kości wiatr, padał zimny, mokry śnieg. W powietrzu smaganym wiatrem słychać było wycie wieczności… Stała i zdała sobie sprawę, że jest na jakiejś lodowej pustyni, w jakiejś Nibylandii, w Krainie Mrozu, zimy, śmierci. Było jej niesamowicie zimno, nie miała bladego pojęcia, skąd się tu wzięła, ale jej wola walki i siła przetrwania, kazały jej iść przed siebie, pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu.
Szła więc pod wiatr, pod śnieg, pod nicość. Długa, czarna gotycka suknia, z ciężkiego aksamitu, plątała jej się między nogami. Czuła, że długo nie wytrzyma w botkach na wysokich obcasach, długich do połowy łydki. Miała wrażenie, że nos zaraz jej odpadnie od twarzy z zimna i mrozu. Dodatkowo, przy każdym podmuchu wiatru, burza jej mokrych od śniegu włosów, przyklejała jej się do twarzy. Potęgowało to jedynie uczucie zimna i zasłaniało i tak ledwie widoczną drogę w nic. Szła więc i szła, a kresu drogi nie było widać…


Zaczęły ją boleć nogi, czuła, że krwawią jej stopy w niewygodnych, staromodnych botkach. Wrażliwość jej ciała, doprowadzała ją momentami do czarnej rozpaczy, ta dychotomia wyglądu zdrowej rusałki i ciała nadwrażliwej mimozy, któremu wystarczyło ukąszenie pszczoły, aby zapadło w śmierć kliniczną, ukąszenie muszki i komara, aby wylądować pod kilkunastoma kroplówkami w ramach reakcji alergicznej. Ludzie mówili, że komary ją kochają za słodką krew. Chwilami nie lubiła siebie za to, za ten brak możliwości spożywania truskawek, na które była uczulona i których zapach przyprawiał ją o zawroty głowy, za uchodzenie za dziwoląga, który nie je mięsa.
Wiatr szalał w jej długich, gęstych włosach, zaczęła tracić siły, poczuła, że dalej nie pójdzie. Zrezygnowana upadła, wbiła się w śnieg, zaczęła płakać, czując, że jej łzy zamarzają na buzi, jak sopelki zrezygnowanego smutku…


Obudziła się w szklanym pomieszczeniu, komnacie jasnej i czystej, jak łza, przystrojonej białymi różami. Leżała w białej, puchowej pościeli, otulona płatkami róż, a jej stopy były pobandażowane i trochę piekły. Te róże, ich upajający zapach, który tak bardzo lubiła, nie pasowały do tej zimnej, bardzo nowocześnie urządzonej izby, kłóciły się z jej wystrojem, ale cieszyła się, że tu są, dość już miała zimy i śniegu i braku jakichkolwiek żywych roślin.
Przeciągnęła się, jak kot, usiadła, wstała i… runęła z hukiem na podłogę, szklaną, ale ciepłą. Poczuła ból wszystkich mięśni, stóp, łydek, ud. Przypomniała sobie, ile kilometrów przeszła i przestała się temu dziwić, ale problem polegał na tym, że nie mogła wstać. Uświadomiła też sobie, że nie ma pojęcia gdzie jest. Może to jakiś psychiatryk? Może mi odbiło, zwariowałam i mnie tu zamknęli – myśli płynęły jak ławice ryb i nawet nie usłyszała, jak drzwi otworzyły się, a do pokoju wszedł (a może wleciał ) on…


Podniosła oczy znad podłogi i zobaczyła wysokiego, niezwykle przystojnego blondyna o pełnych, namiętnych ustach, ogromnych, krystalicznie niebieskich oczach i jasnych, gęstych, sięgających ramion włosach. Pomyślała, jak Siostra Kopciuszka ze Shreka, że „twarz, to mu chyba sam Michał Anioł dłutem haratał” i uśmiechnęła się tajemniczo, żeby nie było, iż od razu złapała się na jego seksowne wdzięki. Przypominał jej bardzo, jej ulubionego szwajcarskiego aktora, mało znanego, ale świetnego, Vincenta Pereza. I jeszcze ten szelmowski uśmieszek! To działało na nią, jak haczyk na rybkę.
Uśmiechnęła się raz jeszcze, wybieloną u specjalisty bielą swych ładnych ząbków i gestem pokazała, że nie może wstać.
- Ach, rzeczywiście – powiedział i wziął ja na ręce. – Ma pani bardzo poranione stopy. Kobiety wiele robią dla urody, ale za małych botków nie polecam.
Jego głos, ten głos! Męski, nie za wysoki i nie za niski, leciuteńko zachrypnięty, muzyka! Ten głos ją hipnotyzował bardziej, niż te jego niebieskie oczy, wprawiał jej serce w drżenie.


Położył ją na łóżku. Ich oczy spotkały się, kontrastowały ze sobą, walczyły, biły się o dominację. Jego niebieskie, anielskie, jej ciemnobrązowe, mroczne. Usta powoli zbliżały się do siebie, aż w końcu zastygły w niepocałunku, milimetr od siebie. Poczuła na policzku jego oddech. Nie był gorący. Był, ale jakby nie istniał. Trwali tak dłuższą chwilę, zatopieni w swych oczach, ale nie połączeni oddechami. Pomyślała, że mogłaby z nim zgrzeszyć i wtedy, jakby czytał w jej myślach, dotknął ustami jej ust i tak zastygli na dłuższą chwilę. Czuła, że odpływa, że roztapia się w tym pocałunku, ale od razu zapaliła jej się w głowie czerwona lampka i słowa mamy, że, jak się chce zdobywać facetów, to nie wolno być zbyt łatwą. Odepchnęła go zatem lekko i znowu ich oczy spotkały się.
- Jest pani głodna? – zapytał.
- Nie, bardzo dziękuję za jedzenie, ale gorącej kawy z chęcią bym się napiła.
Zaklaskał i do pokoju weszła dziwnie odziana w jakieś wiktoriańskie szaty, starsza kobieta. Stanęła obok i skinęła głową w jego stronę.
- Mario, nasz gość prosi o kawę.
Kobieta wyszła bez słowa, po czym wróciła z tacą pełną pyszności: kawą, truskawkami w bitej śmietanie, francuskimi rogalikami, gorącym mlekiem. Zostawiła tacę na stoliku i wyszła.
- Popełniłem wielkie faux-pas, nie przedstawiłem się pani – powiedział i przeszył ją spojrzeniem tak, że aż po jej ciele przebiegły dreszcze. – Nazywam się…
- Nie kończ! To takie ekscytujące, gdy jesteś anonimowy! – powiedziała szybko, bo przestraszyła się tego, co usłyszy. – Czy mogę dostać tę kawkę?
- Możesz, Katarzyno, już ci podaję.
I nawet się nie spostrzegła, a już jej podał filiżankę kawy z mlekiem, tak, jak lubiła.
- Skąd znasz moje imię?
- Ja wiem wszystko, a ty wiesz, że ja wiem, prawda?
- Tak. I przeraża mnie to. Co ze mną zrobisz?
- Nakarmię cię truskawkami i mięsem.
Już chciała się odezwać, zaprotestować, wytłumaczyć, ale zrozumiała, że to nie ma sensu, że jej protesty na nic się zdadzą.
- Tylko?
- I pokażę ci okolicę, ale najpierw wyleczę te twoje drobne stópki. Wypij zatem kawę, wykąp się, bo Maria przygotowała już kąpiel dla ciebie, a potem będziemy umacniać wspólnotę naszych dusz – powiedział z uśmiechem i już go nie było. Ale zaraz wrócił.
- Tu jest dzwonek, jak się napijesz, najesz, zadzwoń, włożę cię do wanny, bo przecież ty nie dojdziesz do tej łazienki – powiedział i położył jej na łóżku mały, złoty dzwoneczek. Od razu przypomniała jej się Wendy z „Piotrusia Pana”, jej ulubiona wróżka z czasów, gdy zmuszała ojca, aby godzinami czytał jej te same fragmenty ulubionej baśni.


Delektowała się kawą, mocną, pachnącą, pyszną. Zapach francuskich rogalików, też zrobił swoje i zjadła jednego. Powyciągała się w ciepłej pościeli i płatkach róż. Pomyślała, że lubi taką kiczowatą scenerię, lubi smaki i zapachy, ba, lubi nawet czuć, że coś ją boli, bo wtedy żyje pełnią życia, czuje, że jest, że istnieje i nie przeszkadza jej ból egzystencji. Ech, jeszcze te truskawki, gdyby nie alergia, zjadłaby wszystkie, ale przecież nie będzie go straszyć purpurową wysypką na całym ciele, lub, nie daj Boże, jakimś atakiem. Popatrzyła na pucharek z tym boskim daniem i najadła się oczami. Wzięła do ręki dzwoneczek, był śliczny, niewielki, grawerowany. Zadzwoniła, a on zjawił się w tym właśnie momencie, wziął ją w ramiona i pofrunęli przez długie korytarze szklanego domu do pomieszczenia znajdującego się na samym końcu rezydencji.


Zaskoczył ją wystrój tego kąpielowego pokoju, pośrodku którego stała wielka wanna w postaci muszli, podobnej do tej, z której wypływała Venus na obrazie Botticellego, a w rogu stał kominek, w którym płonął ogień, stale podgrzewający wodę w wannie. Posadził ją na taboreciku i zaczął jej ściągać bandaże z obolałych stóp, delikatnie, warstwa po warstwie odwijał bandaż, a gdy skończył, ucałował jej stopy. Spojrzeli sobie głęboko w oczy i zaczął ściągać z niej koszulę. Drżała i bardzo ją to zdenerwowało, ale poddała się. Rozebrał ją, westchnął i włożył do wanny w pachnąca pianę. Usiadł obok i zaczął jej się przyglądać.


- Co to za zapach? – zapytała. – Bardzo pięknie pachnie ten płyn do kąpieli.
- To nie płyn, to mieszanka ziół gojących i odczulających, będziesz po tej kąpieli, jak nowo narodzona, Maria jest świetną znachorką, przygotowała je specjalnie dla ciebie.
- Kiedy zobaczę okolicę?
- Cierpliwości. Musimy poczekać do zmroku. A teraz wychodź, bo w tych ziołach zbyt długo siedzieć nie można.
Wstał, podał jej duży, mięsisty ręcznik. Stała i czekała, aż wyjmie ją z wody.
- Nogi masz już wygojone, możesz wyjść o własnych siłach.
- Tak? To co ty tu jeszcze robisz? – spytała może nieco zbyt podniesionym głosem, choć w duchu wolałaby nie mieć wygojonych stóp.
- Patrzę na piękną kobietę – uśmiechnął się zawadiacko. – Czyste ubranie masz na szafce, ja czekam w gościnnym pokoju, Maria wskaże ci drogę.

Stała naga i oglądała się w lustrze: szczupła, wysoka, z bardzo mocno zarysowaną talią, rude, długie, gęste, lekko kręcone włosy i duże brązowe oczy z długimi rzęsami, a do tego blada, prawie biała skóra, aksamitna i miękka w dotyku. Podobała się mężczyznom, ale z reguły nie tym, którzy jej się podobali. A teraz stała w łazience u ideału swej męskiej urody i nie miała pojęcia, co będzie dalej, choć przeczuwała, co może wkrótce nastąpić. Dotknęła swych jędrnych piersi i pomyślała, że mimo czterdziestki na karku, niezła z niej lasencja. Wzięła przygotowane dla niej ubranie: koronkową halkę, białe figi, białą, koszulową bluzkę, czerwone spodnie i wygodne, skórzane botki. Ubrała się, uczesała włosy, skropiła niesamowicie pachnącą miksturą, przygotowaną przez Marię i wyszła z łazienki.


Szła długim, oświetlonym kinkietami korytarzem, aż ujrzała Marię, która skinieniem głowy, powiodła ją za sobą i wprowadziła do dużego pokoju, ze stołem, w centralnej jego części. On już tam był, czekał na nią, jakiś inny, jeszcze piękniejszy, niż wcześniej, ubrany na czarno, co tylko kontrastowało z jego urodą i dodawało mu uroku. Podszedł do niej, wziął za rękę, pocałował w usta długo i namiętnie, zamoczył truskawkę w cukrze i włożył jej do ust. Już miała ochotę ją wypluć, już przeszła jej przez głowę myśl, że zaraz upadnie i umrze…


- Nie wypluwaj. Maria cię odczuliła, już możesz je jeść. Możesz wąchać świeżo skoszoną trawę, bzy i wszystko, co uczulało cię do tej pory. Jedz. Delektuj się smakiem.
- A ty? Nie zjesz ze mną, jak mniemam?
- Dobrze mniemasz. Będę na ciebie patrzył, bo muszę się napatrzyć na resztę wieczności, jeśli pozwolisz – powiedział, a w jego głosie wyczuła wyraźny smutek.


Truskawki, wytrawne, gronowe wino, sałatki, wszystko pyszne, ale na zjedzenie mięsa nie dała mu się namówić, choć ponoć Maria przygotowała specjalnie dla niej, jakąś niezwykłą potrawę.


Po kolacji, po dyskusji na temat podróży poza ciałem, bilokacji i paradoksie czasu, zapewnił ją, że nie będzie jej zimno w tej krainie wiecznego mrozu, kazał się objąć w pasie i wywiódł w podróż niezwykłą po swej bezkresnej galaktyce. Widziała przepiękne krajobrazy, inne światy, wszechświaty, galaktyki, gwiazdy, planety. On mówił o pętli czasu, o tym, że jest jak ósemka, że zatacza koło, pokazał jej starożytny Egipt, Jezusa uczącego się na Bliskim Wschodzie i nauczającego w Galilei o reinkarnacji, Nerona piszącego wiersze, a potem palącego Rzym, Joannę d'Arc płonącą na stosie, Nostradamusa leczącego ludzi z dżumy i mającego wizje niesamowitej przyszłości, Hitlera radzącego się astrologa, jaka runa pomoże mu wyselekcjonować rasę panów, przyszłą wojnę z Chinami, a także planetę Małego Księcia, na której samotna róża uschła z tęsknoty i udowodnił, że wrócą przed kolacją, choć widzieli, zdawać by się mogło inne światy, czasy, bezczasy, nadczasy, przepaście czasu...


Wrócili. Maria przygotowała dla niej przepyszne sałatki i długą, czerwoną, koronkową suknię. 


Tańczyli potem długo w sali pełnej luster, śpiewali, śmiali się, całowali i spoglądali sobie w oczy. Aż nastał w końcu ten moment, na który oboje czekali. Zaprowadził ją do pokoju, położył na łóżku, w czerwonej, atłasowej pościeli i zaczął namiętnie pieścić jej ciało, rozbierać po kolei każdą część garderoby, wbijać się w nią czule, namiętnie i mocno zarazem. Trwało to chwilę, która była wiecznością.
- Jestem gotowa – powiedziała w stanie uniesienia. – Mogę i bardzo chcę być twoją kolacją. Jestem gotowa i pragnę cię, bardzo. Chcę z tobą być już zawsze. I wszędzie: forever and ever!  – odgarnęła włosy i odsłoniła szyję, wtulił głowę w jej włosy.
Objął tak mocno, że zabrakło jej tchu, pocałował w usta i patrząc w oczy rzekł:
- Śpij najdroższa. Porozmawiamy o tym jutro albo w innym wymiarze.

Dudniący piskliwie dzwonek do drzwi, wyrwał ją z zamyślenia w momencie, gdy Sharon den Adel, wokalistka Within Temptation śpiewała o deszczu, który spada na Utopię i zabija ideały naszego bytu. Ocknęła się, wstała i otworzyła, odebrała list polecony od listonosza, który zmierzył ją z góry na dół, śliniąc się przy tym jak głupi, obleśny napaleniec. Wróciła do pokoju i pomyślała, że chciałaby zobaczyć nierealne. Poczuła dojmującą tęsknotę za kimś odległym, kogo obecność czuła przy sobie od wielu lat a właściwie od początku swego istnienia. Łza pociekła zimną, słoną strużką, po jej bladym policzku, zbyt mocno przygryzła sobie czerwone usta otulone szminką, językiem zlizała strużkę własnej, ciepłej krwi, która była słodka, lepka i gęsta. Oczy znowu wezbrały...  Żeby nie rozmazać makijażu, odruchowo popatrzyła w bok. Wzrok przykuł jej maleńki przedmiot leżący na szafce przy łóżku. Wzięła go w dłonie, jak prawdziwy skarb, poruszyła nim, a on wydał dźwięk najsubtelniejszy na świecie. Złoty, grawerowany dzwoneczek.



***


złoty dzwonek zabrzmi w wieczności
przyjmie wszystkie moje tęsknoty
po bezkresie złej samotności
pobiegają marzeń nieloty

złotym dzwonkiem ciebie wyśpiewam
naszą bytność w czas uwikłaną
w ulotności twej powygrzewam
moją miłość 

niedoczekaną


*

JoAnna Idzikowska-Kęsik, lato 2011




* pic from net

wtorek, 20 listopada 2012

Haiku refleksyjne i kilka moich ulubionych cytatów:)






























Obrazki z netu, przerobione w moim fotoszopie, oprócz fotki mojej kocicy, a w haiku: DżoAna dzisiejsza.
Nastrój mam dziś taki, że słucham piosenki z głupim tekstem, za to z głosem płynącym prosto z duszy: Toni Braxton - Unbreak my heart.