Witajcie!
11 stycznia przypada Dzień Wegetarian. Święto obchodzone corocznie, ustanowione 22 listopada roku 1977 przez Międzynarodową Unię Wegetarian. Święto obchodzą osoby na całym świecie, które z własnego jadłospisu odrzuciły mięso.
I już na wstępie tego postu pragnę poinformować o czterech bardzo ważnych sprawach:
* po pierwsze - w internecie i generalnie wśród ludzi krąży opinia, że wegetarianie czują się lepsi od reszty społeczeństwa;
* po drugie - NIE CZUJĘ się od nikogo lepsza ani gorsza, czuję, że jestem sobą i żyję ze sobą w zgodzie;
* po trzecie każdy ma wolną wolę i może robić w życiu co chce i jeśli dokonuje jakiegoś wyboru, to jest to jego sprawa i nic mi do tego;
* po czwarte - ten post uwolni moje traumy, ale OK, może je wreszcie przepracuję, bo wbrew pozorom przez te lata, od kiedy nie jem mięsa, często dawano mi odczuć, że jestem - delikatnie mówiąc - inna?
Zostałam poproszona przez jedną z moich ulubionych Osobowości Blogujących, żebym napisała dlaczego jestem wegetarianką. Usiadłam i pomyślałam. Chciałam napisać wiersz, ale okazał się stertą banałów, więc go wywaliłam. Jednak jeśli już mam pisać o sobie, to muszę zacząć, jak to zwykle bywa, od domu rodzinnego i dzieciństwa. Dzieciństwa, które dla mało kogo jest sielankowe i łatwe z różnych względów.
W moim domu, w diecie serwowanej przez moich rodziców, królowało mięso. Rodzice urodzili się w czasie wojny, ojciec w ogóle rewelacyjną datę sobie wybrał na pojawienie się na tej planecie - urodził się 1 września 1939 roku, mama niemal dokładnie trzy lata później, 29 sierpnia 1942. Oboje więc byli dziećmi wojny, które zaznały niedoborów pożywienia i dla których mięso było czymś w rodzaju luksusu? Nie wiem. Wiem natomiast, że zarówno mnie, jak i mojemu niespełna dwa lata młodszemu bratu, po prostu się ulewało. Bo mimo kryzysu, mimo stanu wojennego i reglamentacji jedzenia (sławne kartki w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku), u nas w domu niczego nie brakowało z różnych względów, chyba przede wszystkim dlatego, że moi rodzice byli lubiani i mieli znajomych na wsi, a mięsa było zdecydowanie za dużo.
No i byłam nie tyle karmiona, co przekarmiana i tuczona. Głównym argumentem mojej rodzicielki był jej autorski, powtarzany jak mantra tekst: Nie zjesz - nie dostaniesz, nie zjesz - nie pójdziesz, nie pojedziesz (do kina, teatru, na zajęcia itp.), nie zjesz - nie spotkasz się z koleżankami... A to jedzenie to głównie było takie: jajecznica na kiełbasie, schabowe, rosół, roladki, pulpety, mielone, kurczak, bigos, kiełbasa na gorąco i temu podobne delicje.
Gdy jako mała dziewczynka wciąż pytałam skąd jest mięso, ojciec odpowiadał: Od zwierząt. Gdy drążyłam temat, czy np. zwierzęta robią dla nas mięso, rodzice pomijali to milczeniem...
Aż pewnego letniego dnia, przyjechał po mnie przyjaciel taty, wujek Jurek i zabrał mnie do siebie na wakacje (nie mieli z ciocią Jasią dzieci i bardzo mnie kochali, traktowali jak córkę, rozpieszczali). Jechaliśmy jego nową Warszawą czy Syrenką (nie pamiętam już dokładnie) i kaczka weszła na ulicę. Jurek zatrzymał się i wrzucił coś na tylne siedzenie samochodu. Jak dojechaliśmy do Wrocławia, do jego domu i zabrał to z tylnego siedzenia, zobaczyłam, że jest to przejechana kaczka. Wujek powiedział, że będzie pyszny obiad... Miałam wtedy pięć lat (mam z ciocią i wujkiem zdjęcia z tych i kolejnych wakacji) i pierwszy raz widziałam nieżywe zwierzę i coś we mnie pękło. Obiadu oczywiście nie zjadłam, ale u cioci i wujka mogłam, dostałam coś innego, w domu niestety nie.
Potem często chorowałam. Infekcje dróg oddechowych, tchawica, dwa razy miałam zapalenie płuc. Wtedy mój ojciec się dowiedział, że najlepszy jest rosół z gołębi i gdzieś je od kogoś kupował i aplikowali mi ten nieszczęsny rosół z tych istot (do dziś mnie mdli na wspomnienie, a tym bardziej na zapach rosołu)...
Przetrwałam ten czas, tę dietę, te rosoły, jakoś udawało mi się, gdy byłam starsza, oszukiwać matkę, oddawać kotlety bratu, wyrzucać kanapki z jajecznicą, z szynką lub zamieniać się z koleżankami na kanapki z serem. Aż wreszcie zdałam maturę i poszłam na studia - 1988 rok - rok mojego wyzwolenia.
Kiedy poszłam na studia od razu, z dnia na dzień, przestałam jeść mięso, przeszłam na dietę, w której były jajka, sery, mnóstwo warzyw i owoców, ale nie było mięsa ani ryb. Schudłam ponad 20 kilogramów, miałam 51 cm w talii, mąż obejmował mnie w pasie dłońmi, bo bardzo szybko wyszłam za mąż ku rozpaczy rodziców, ale zgodnie ze swoją wolą i sercem.
Matka rozpaczała: Nie dość, że mańkut to jeszcze wegetarianka - co za okropny odmieniec!
Ojciec komentował: Taka chuda, że tylko nos jej sterczy, jeszcze trochę i wpadnie w anemię!
Ciotki dopytywały: Wy (bo mąż również) naprawdę jesteście tacy całkiem wege? Rybek też nie jecie? To dlatego nie możecie mieć dzieci?!
Przyjaciółki dopingowały: Super, DżoAna, może ja też przejdę na wege?
Gdy po skończeniu studiów i czterech latach małżeństwa spodziewałam się dziecka, lekarze radzili: Trzeba jeść chociaż trochę mięsa, bo wypadną pani zęby, a dziecko będzie miało słabe włosy i kości.
Córka urodziła się śliczna, zdrowa, ma gęste włosy, długie rzęsy, wysokie IQ i EQ i jest moją dumą. Nie katowałam jej wege dietą, jadła, co chciała, ale teraz też nie je mięsa.
Ja już nie mam talii osy, ale do dziś mam ładne zęby i dobre wyniki w różnych testach i w tych medycznych, sprawdzających zdrowie, też.
Dlaczego jestem wegetarianką? Mogę to porównać do wyboru koloru włosów (też na studiach ścięłam je ku rozpaczy ojca, który się do mnie nie odzywał chyba z rok i zafarbowałam na blond) - bo tak wybrałam.
W życiu dokonujemy wielu wyborów - lepszych, gorszych. Ten był dobry, ponieważ był zgodny z tym, co naprawdę czuję i był mój, a nie narzucony mi przez konwenanse, rodziców, społeczeństwo.
I tyle. Mam nadzieję, że nie będę żałować, że napisałam ten post.
Sławni wegetarianie, których lubię i cenię? Proszę bardzo!
Brigitte Bardot, legenda kina i ikona kobiecości, zagorzała obrończyni praw zwierząt.
Leonardo da Vinci - geniusz. Wegetarianinem był od wczesnej młodości. Umysł i talent miał drapieżny i niekonwencjonalny.
Nicola Tesla - genialny wynalazca, inżynier, myśliciel.
Joaquin Phoenix - dla mnie najlepszy aktor średniego pokolenia w kinie światowym.
Natalie Portman - śliczna aktorka, która dużo czyta, także powieści Olgi Tokarczuk, która również od wielu lat jest wegetarianką, ale o niej napiszę przy okazji znaku Wodnika.
Bryan Adams - od wielu lat mój ukochany wokalista, kompozytor, fotografik, autor tekstów.
Lillian Müller - norweska modelka i aktorka, która od wielu lat jest wegetarianką i propaguje tę dietę. Kobieta ma 72 lata, a figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna nastolatka.









