Translate

piątek, kwietnia 01, 2016

O tęczy, fiołkach, torebeczce i innych bzdetkach - post dla Cali. :))


Pierwsza wiosenna tęcza pojawiła się nad moim miastem we wtorek, 29 marca. Dzionek był typowo marcowy, raz słońce, raz deszcz. Pojawiła się późnym popołudniem, gdy czytałam sobie wiersze Julii Hartwig, a mój towarzysz życia, chrapał obok z psem w duecie. Humor miałam średni, bo bolało mnie całe moje nadwiędłe ciało, a ta tęcza trochę mnie rozjaśniła od środka (kocham to zjawisko!).
Rano polazłam do pana lekarza. No właśnie - polazłam ledwo powłócząc nogami, niestety nie w szpilkach, bo bolało mnie wszystko. Całe świąteczne ferie przechorowałam, spałam cały czwartek, piątek z wysoką gorączką, która w sobotę dopadła też mojego Radusia (tak mówiła o moim mężu jego mama, ja go tak nazywam, gdy mnie wkurza) i tak sobie razem chorowaliśmy, a dziecię nad nami skakało.
No i we wtorek już musiałam pójść do pana lekarza. Okazało się, że grypa grypą, na mięśnie idzie, ale i rwa kulszowa mi się przypałętała dość ostra. Opierdzielił mnie też za moją dietkę zgodną z grupą krwi i wytłumaczył, że ta cała rwa (potocznie korzonki) to często wynik awitaminozy i stresu. Postanowiłam żreć pomidory i inne zakazane dla mojej grupy warzywka (jednak do dziś ich nie zjadłam) i nie stresować się byle gównem.
No i se potem poszłam na pocieszenie do pani fryzjerki Małgoni, która zawsze długo bawi się moimi kudłami (bo są długie i jest ich dużo). I tak sobie u niej siedziałam i siedziałam i się zasiedziałam i... nie mogłam wstać. Była to bardzo ciekawa sytuacja: Asia przypięta do krzesełka. Ale włosy odświeżone, podcięte, mogą sobie nadal buszować na moim łebku i pieścić łopatki swoim puszystym powiewem.
Raduś pojechał do apteki i przywiózł mi sześć pudełeczek z różnymi lekami, zawiózł też do pracy zwolnienie i zrobił dla mnie i za mnie focie fiołeczków i barwinku, które podziwiałam w drodze do pana lekarza, a nie miałam przy sobie nawet komórki, o aparacie już nie wspomnę... 
No cóż. Do przyszłego piątku jestem uziemiona. Dupa zimna. Po lekach mam w buzi, jak w laboratorium alchemika, ale daję radę. Przestały mnie boleć nogi, a bolały do tego stopnia, że nie mogłam się w nocy ułożyć w żadnej pozycji, bez ketonalu nie byłam w stanie zasnąć, a w ramach gimnastyki łaziłam po domu w tę i z powrotem, a pies i koty myślały, że się z nimi bawię i łaziły za mną.






Wczoraj pogoniłam Radusia (który regeneruje się dużo szybciej ode mnie i w ogóle ma w nosie wszelkie dietki tego padołu, a jest dużo zdrowszy, wszystkożerca, mlekopijca cholerny, krwiodawca jeden!) do paczkomatu, bo przypełza zamówiona na necie torebeczka (kocham buty i torebki i nic na to nie poradzę, kicz goni kicz, a ja na to nic!). Torebeczka jest bardzo kobieca, ma fajny kolorek (pod szminkę) i w ogóle jestem cała happy, szkoda, że nie mogę se z nią  teraz połazić po mieście (hallo, próżna próżności!).


Przeczytałam też sobie ostatnio, kupioną za jakieś grosze we Wrocławiu, bardzo ciekawą powieść Johna Irvinga, rówieśnika mojej rodzicielki. Irvinga bardzo cenię i lubię i mogę o nim powiedzieć, że należy do grona moich ulubionych współczesnych pisarzy.
 W czasach, gdy nie przecenia się w księgarniach literatury autorstwa Sparksa, Browna czy pani E L James, takie powieści to perełki, nawet, gdy mają wady.


Czytam teraz takie tam bzdetki Reginy Brett pt. Bóg nigdy nie mruga... Cóż, już parę razy przyznawałam się tutaj, że czytuję różne dziwne rzeczy (już nie wspomnę nawet, co oglądam na YT, bo będzie siara "Siarzewski - gangster!"). W każdym razie:
Life is good!


Moja fascynacja poezją trwa i trwa, a Czesław należy do tych, których lubię od zawsze i już tak zostanie. Tak więc, mimo, iż posiadam dwa tomy jego wierszy, tłumaczenie "Pieśni nad pieśniami" i parę innych dzieł, kupiłam wydanie uzupełnione wszystkich wierszy Noblisty (za parę dni dotrą do mnie "Przeklady poetyckie wszystkie"). Kupiłam i ten opasły wolunim już się zdążył rozlecieć pod wpływem mojego macanka ("na miłym macanku spłynęła godzinka i była szczęśliwa miejscowa kretynka"***). Ten tom w mojej biblioteczce stoi na honorowym miejscu, bo Czesław wielkim poetą, filozosiem (tak, tak, Panie Różewicz!) i intelektualistą był...


No i dla Ciebie, CALU! Moja cicha Czytelniczko i przyjaciółko ze studiów (nota bene dzięki, że jesteś, że czytasz te wynurzenia). :))
Filmy, które polecam i krytykuję. No i zacznę od krytyki, bo jestem wredna, a co!
Z polskim kinem miewam różne romanse. Raz  ekscytujące i burzliwe, raz kiepskie jak barszcz ukraiński. Nie pamiętam, Calu, czy chodziłaś z nami do DKF-u do kina Lwów, ale w tym DKF-ie we Wrocku, poznałam większość filmów Krzysztofa Zanussiego. Było to wówczas dla mnie bardzo dobre kino. Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie film pt. "Struktura kryształu", nie wspominając już o kultowych "Barwach ochronnych". Podobał mi się film z Julianem Sandsem pt. wziętym z Kochanowskiego "Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest " i jeszcze kilka innych (piękne "Dotknięcie ręki" z Maxem von Sydow). Jednak potem było już coraz gorzej. Nie wiem, czy dlatego, że nie współgram ze światopoglądem reżysera, czy dlatego, że on stracił swojego reżyserskiego pazurka. No ale oglądam, choćby po to, aby móc skrytykować.
I mamy kompletne nieporozumienie pt. "Obce ciało". Nie chce mi się pisać, do czego się przyczepiam, to TRZEBA obejrzeć, żeby sobie wyrobić zdanie. Aktorzy, których lubię i cenię (Grochowska, Buzek, Celińska, Orzechowski) starają się, jak mogą, ale całość wychodzi poniżej poziomu. Ja wymiękłam z bezsilności. Szkoda, bo temat intrygujący.
Jedynym chyba atutem tego jest muzyka Wojciecha Kilara.
1/10


"Sąsiady" to fajny film. I już. Lubię Dyjaka i jego vocal bezwarunkowo. I koniec.
6/10


Salma Hayek to ładna kobieta i zdolna aktorka, tak więc z przyjemnością sięgnęłam po zrealizowany z dużym rozmachem film, w którym niedawno zagrała. Atutem tego obrazu jest także Vincent Cassel. Ciekawa historia i na czasie. "Ta nasza młodość, z kości i krwi"...
6/10



"The Big Short" - cóż. Moja słabość do pewnych aktorów sprawiła, że obejrzałam ten film z zachwytem i szczerze go polecam, bo jest to obraz z dużym przesłaniem, a Gosling zafarbowany na czarno i w czarnych kontaktówkach... Ryan, wyjdź za mnie!!!
7/10



Książkę czytałam jakiś czas temu, a film pod tym samym tytułem, obejrzałam niedawno. Zawsze lubiłam Matta Damona, jednak jest to film, po którym wreszcie, po wielu latach, polubiłam wiekową latorośl wiekowego Kirka Douglasa.
Polecam!
8/10



A i jeszcze w temacie gejowskim stary, ale świetny film z dobrymi kreacjami aktorskimi, nagrodzony Oskarami i wart obejrzenia! Świetny Jared Leto!
8/10



Batman forever and ever i tak dalej. Ja lubiłam trylogię Nolana, jednak Benek Affleck zaskoczył mnie w tej rólce.
6/10



I to by było na tyle, bo mnie boli już wszystko, muszę sobie jak Dulski pospacerować wokół stołu, myśląc o fiołeczkach, które właśnie kwitną.



Calu, buziaki! Zadzwonię! Obiecuję też, że "Dziewczynę z portretu" wchłonę wreszcie, jak gąbeczka wodę i napiszę, co myślę.

Pozdrawiam wszystkich, którzy tu zaglądają. 

Na koniec grafika z fejsa na uśmiech, bo co innego nam zostało?




***Julian Tuwim