piątek, 30 czerwca 2017

Joasia Drażba, poetka, która nie zdążyła...



Joanna Drażba urodziła się 24 czerwca 1971 roku, umarła w swoje dwudzieste czwarte urodziny w roku 1995. Była studentką polonistyki na UAM w Poznaniu (po pierwszym, świetnie zaliczonym roku studiów, zachorowała), miała artystyczną duszę i przez ostatnie cztery lata życia zmagała się z ciężką chorobą nowotworową (rak kręgosłupa). Opiekował się nią profesor Jacek Łuczak, który również doprowadził do wydania wierszy, myśli i pamiętnika Joanny  „Za parawanem powiek”.

Jej pełne ciepła, emocji i refleksji nad życiem, cierpieniem i śmiercią teksty zdobyły sporą ilość czytelników, zostały również przetłumaczone na język angielski i węgierski, a tomik doczekał się kilku wznowień.

Imieniem Joanny Drażby nazwane zostało hospicjum Palium w Poznaniu oraz ogólnopolski konkurs literacki Polskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej.

Poniżej prezentuję kilka cytatów i wierszy autorstwa tej pięknej, młodej dziewczyny, której nie dane było rozwinąć skrzydeł, która była dzielna i nie bała się śmierci, ponieważ uważała, że jest ona przejściem w kosmiczną wieczność.


 *


CYTATY:

Moje wiersze. Moje kochane ucieczki w samotność, smutek i rozpacz.

 *
Głupie są wszelkie początki, a jeszcze głupsze ich zakończenia. Wisi nade mną motyl, taki dmuchany balon, i kpi sobie ze mnie kolorami. Nie zaprzeczam, ma rację. Znalazłam się w takim punkcie, gdzie wszystko straciło sens i cała układanka życia zaczyna się rozsypywać.

 *
Czekam na śmierć. Jest to dziwne uczucie.

*

Gubię się w samej sobie...

*

I znowu jestem o jeden dzień bliżej śmierci.



*

WIERSZE:

***

ktoś skrobie 
ociera się
tarza w podłodze
pewnie się kocha

7 IV 1990


*
***

księżniczka na ziarnku
swych marzeń
ubrana w refren mijającego
lata
pokochała swe
cielesne pamiątki
po bolesnych nocach


ziarno rosło pęczniało
wzbijało się w monumentalne
wielkości
i... rozlało się
na krawędzie królewskiego łoża
wybrzuszone spokraczniałe
przeciekało
przez setki prześcieradeł
dotknęło ziemi
"ideał sięgnął bruku"


księżniczka na ziarnku
swych marzeń
nie czyta już bajek



  27 V 1990

 *


Łza



Kap... i spadła. Roztrzaskała się o realia.
A toczyła się tak spokojnie po twarzy.
Po twarzy bez wyrazu, przeźroczystej.
Lecz cicho! Bo dusza tej mgły jeszcze marzy.

Kap... i spadła. Rozbiła się o rzeczywistość.
Była zbyt słaba, nieziemsko delikatna.
Przeraziła ją wymarzonych perspektyw mglistość.
Ona jest przecież dziecinnie jedwabna i księżycowa.

Kap... i spadła. Zderzyła się z prawdą.
Łza, która szuka szczęścia i oparcia
A spotyka się z bezlitosną pogardą
I brakiem tolerancji, współczucia. Boi się starcia.

Kap... O nie! Już nic nie spada.
Skończyły się łzy. Brak im sił na rzeczywistość.
Zrozumiały, że nic nie pomogą,
Są cicho. Chcą zachować swoją swoistość.

Nie ma już nic, co by mogło spływać po twarzy.
Nie ma już łez, które załamywały promienie świata.
Nie ma już sił na płacz. Każdy swą wartość waży
i zdejmuje odważniki. A może waga jest zepsuta?


20 II 1987

 *


źródło: Joanna Drażba, Za parawanem powiek, Poznań 1995

sobota, 24 czerwca 2017

"Kiedy kochasz, przestajesz żyć dla siebie, żyjesz dla innej osoby".***



noli me tangere*

postawiłeś im zbyt wysoką poprzeczkę
próbowałam ją nieco obniżyć gdyż po tym jak odeszłam
od ciebie nie chciałam być sama samotna niczyja
pragnęłam dotykać doświadczać odczuwać

żaden nie umiał grać w szachy nie zabierał mnie w podróż
palcem po mapie nie recytował Pieśni nad Pieśniami
a jeśli robił ze mnie Marię Magdalenę to tylko
w scenach intymnych z życia prowincji

nie potrafiłam porzucić dóbr materialnych
zostać natchnioną eremitką wniebowstępować
pełzać po pustyniach uczuć w towarzystwie
inwalidów z niedorozwojem emocjonalnym

szukałam mężczyzny oczytanego wyrozumiałego
kochającego bezgranicznie i masującego obolałe stopy
nawet w obliczu nieuleczalnej historii bez happy endu
w której martwa za życia matka wciąż mogła liczyć
na kojący dotyk twoich zatroskanych oczu

tato


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 24 VI 17

 * nie dotykaj mnie (nie zatrzymuj mnie) - słowa, które ponoć po zmartwychwstaniu wypowiedział Jezus do Marii Magdaleny
(J 20,17) (?)

 ***cytat w tytule notki, Philip K. Dick
*wszystkie obrazy pt. Noli me tangere, autorzy w kolejności: Antonio Allegri da Correggio, Alexander Ivanov, Michelangelo Cerruti, Tycjan, Andrea del Sarto, Alonzo Cano, Rubens

piątek, 23 czerwca 2017

"Jeden ojciec znaczy więcej niż stu nauczycieli".***




powtórka z rozrywki

- tacie w rocznicę przejścia


niby rozumiem ból nie wyparuje
nie zniknie z czasem nie ulotni się cicho jak licho
nie odpuści zbyt szybko

wiem

już kilka październików drzazgę
w pamięci ostrzy coraz śmielej
i wióry sypie w studnie ukojenia

wiesz jak to gryzie

gdy wysysam z mózgu koszmar
chwil rozdartych nieludzkim cierpieniem
odtwarzam zapach widzę twoje oczy
gdzieś poza zasięg świadomości wbite
i czuję dotyk wychudzonej dłoni
i szept bezgłośny

kocham cię córeczko

cud niepamięci pobożne życzenie
a czas chichocze drwi z nas rozbawiony
październik tłumi we mnie chęć płakania

liść spada ciszą
zadra w krtani rośnie kąsa z lubością
i jak raczek szczypie twoją coroczną
niezaoczną

śmierć


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 29 X 14



nie tylko pomarańcze

-ojcu

motto: Uważam, że stan wojenny trwa — dla każdego — przez całe życie… 
- Jacek Kaczmarski


pamiętasz, tato, tamtą zimę, kiedy przez biedny i smutny kraj
przeszła armia gwiazdorów w zielonych, modnych ubrankach?
gdy całą rodziną staliśmy na siarczystym mrozie w długiej
kolejce po brzydkie, łykowate kubańskie pomarańcze?

miałam dwanaście lat i napisałam straszny wiersz
o zwłokach dziecka spoczywających w ciemnym grobowcu,
w drewnianej skrzynce po kubańskich cytrusach.
tych, których dla nas zabrakło, bo rzucili za mało.

pamiętasz tamto ciepłe lato? młodzi chłopcy wciąż pocili się
w grubych uniformach, a moja kobiecość rozkwitła jak maki.
kupiłeś dolary u konika, żebym to lepiej zniosła, otulona
pachnącymi, różowymi produktami do higieny intymnej.

nie mam traumy z dzieciństwa. dbałeś o swoją jedyną córeczkę.
pozwalałeś na wiele. rozpieszczałeś i w tajemnicy przed mamą
kupiłeś mi parkera dla leworęcznych. naprawdę było dobrze, tato.
tylko te cholerne, zielone, kubańskie cytrusy. ich cierpki zapach

wraca w aurze zbliżających się świątecznych zakupów
i nawet tysiąc drzewek pomarańczowych nie jest w stanie

zniwelować stresu.


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 7 XII 15



***cytat w tytule notki, George Herbert
*grafika z netu

WIERSZE W ŚLĄSKIEJ STREFIE GENDER

sobota, 10 czerwca 2017

Wiersze bardzo, bardzo!



Wiem, dawno mnie tutaj nie było i pewnie nadal bym milczała, ale stało się coś, co kazało mi napisać nowy post.
Jest na Facebooku piękna strona poetycka, redagowana przez dwie wspaniałe poetki, których nazwisk na razie nie wymienię, ponieważ nie wiem, czy sobie tego życzą.
Strona nazywa się Babiniec Literacki i przybliża Czytelnikom sylwetki piszących kobiet, głównie poetek (zapraszam do polubienia).
Można się z niej dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, poznać ciekawe autorki, o których istnieniu nie miało się wcześniej pojęcia.

Dzisiaj chciałabym zaprezentować teksty Kati Fado - Katarzyny Kowalewskiej, laureatki wielu prestiżowych konkursów poetyckich. Wiersze, które mnie bardzo poruszyły. 
Nie będę się rozpisywać, po prostu przeczytajcie.
A więcej o tej pięknej i dzielnej Kobiecie dowiedzie się klikając TUTAJ.

Wzruszającej lektury.
Z pozdrowieniem, j.





po tamtej stronie nie wschodzi słońce



salowa ma ładnie upięte włosy, pośpiech na twarzy.
czy to się nigdy nie skończy?  puszcza pod nosem. jest maj,
właśnie zaczął się sezon na nieświadomych dawców życia -
organów z recyclingu. mówili, przejechał pociąg - między żebrami,
trze o druty w kościach, w mojej kończynie tor znalazł odnogę,
ślepy zaułek?  trudno o większą precyzję - cięcia,
gdy gasną światła, wciąż lecą iskry, ale ciemność zwycięża.
łapie nas w garść jak wróble, siadające na liniach wysokiego napięcia.
na śniadanie zaledwie jedno jajko, nie wykluję zbawienia, będzie rosło
w ustach, bo ból przekłuwa się w okrągłe dźwięki, przykrywa
poplamionym prześcieradłem. przewijana jak niemowlę - modlę się,
o następną kroplę – błogosławiony, dobry brat Kain - killer of pain,
choć limitowany, jak nikotyna w windzie, między noszami, kliszami
a zmianą wyciągu, bynajmniej nie narciarskiego, pożegnałam tamtych,
wciąż ślą esemesy, kolejne stacje wracają z brzękiem narzędzi,
wtedy budzę się jak zombi, ściskając w dłoniach kraty udaję,
że to dalej sen – krąg ostrych oczu wokół mojego łóżka,
wieczność wyżej wyją otwarte okna





***



że noc - której ubywa - z sączków. tak

się rozprzestrzenia w cząstkach - gnijących owoców, macicznych

resztkach – ma się do mnie jak owad do nieba. w opadaniu

z sił, w letargu – bronię się od jej ukąszeń, muzyki żałobnej.

szybciej od cienia znikam w korytarzach. w pochodach

inne kobiety bez twarzy rozdmuchują proch. bawię się tą zaćmą:

w ciuciubabce cucę – po tamtej stronie oczy. pełne

tej strony, nie wyrwanej - nocy – jej ostry kaszel,

to migotanie w płucach, tupot w przedsionkach:

wszystko jest echem minionych. przebytych prób

ratowania siebie na pustej scenie. nagrań ciągłości,

bez wsparcia z okienka reżyserki, z dyżurki,

odbija się na prześwietlonych kliszach, dręczy

spadający liść.



w białych rękawiczkach



znów od początku, jak lunatyk
wynoszę rozdarte wnętrza.
zbyt dużo zerwanych linii,
by udźwignąć podręczny bagaż,
z naparem ziół i kondolencjami,
jak odbicie w błocie - życiorys.

miejsce po stracie chowam w szafie
z naftaliną. Nie wiem, gdzie ją postawię,
może koło tej figurki Matki Bolejącej,
osiwiałej przed powrotem.

spójrz: mamo, jak ładnie układam zabawki,
buty i szklane kule w porządku M-kwadrat.
tu w kąciku ust będzie uśmiech dla much,
dla psychoterapeutki - dno oczu
i soda. kończę prace wewnętrzne,
budząc się w stanie deweloperskim,
bez białego osadu.

teraz łykam inne proszki,
w coraz większych ilościach.
ze spacją w pamięci,
tłumaczę nieobecność zmarłych.
ich ślepy pies ciągle za mną biega
i pada pod oknem jak cień
co jest wcieleniem kobiety.

a ty patrzysz na mnie córko i dziwisz się:
dlaczego jestem taka pracowita?
po co przestawiam wiosny na zimy?
dla dezynfekcji kochana, bo lód ścina
całe plugastwo krwi.

a w mojej głowie, mojej głowie?!
jest za tłoczno,
brakuje miejsca na otwór,
którym mogłabym wsypać truciznę.

kto mi odstąpi połowę zatrutego jabłka?
kilka miejscówek w sanatorium,
z miękką odprawą i gumowymi klamkami?
tam czeka na mnie prezent,
opakowany w błękitne światło:
trud czuwania ze spadaniem w tle.

budzę się, to dzieje się naprawdę.
związana pustymi rękami tworzę.
oto ulica o wielu twarzach i imionach:   
wiję się, pełznę, sapię, spieszę się, dopadam,
odgryzam, odpłacam, rosnę, owocuję, gniję.
tu teraz, wreszcie mogę zasnąć
w łóżku, które przeniosłam jak sen w śnie

pod szklaną podłogą
szczurzy pęd.



 egzystencjalny erotyk

księżycowy pył i stygnąca magma niczym kokaina w rozchylonych wargach. smak ciała
jest przenośnią – w orszaku majaków – góra, dół - rwana w półtonach półprawda, szaleje
sztorm, na koncercie wariatów - wiolonczela i smyczek, języczek uwagi. tyle mi ciebie –

ile przeminie. a środku wrze esencja w dekompozycji - unosimy się jak napar z głodu.
głośno i duszno rozprzestrzeniamy się wilgotni, półżywi, ciągniemy szczątki ku morzu
w ciemności naszych ciał. ikra, nagły flesz opalizuje głębokości. na fali wyładowań

przyciągamy się: elektrostatycznie, psychomotorycznie, wplątani. mnożymy niewiadome. nieświadomie spięci pękamy - tektoniczne płyty, laminaty na powierzchni straconego czasu, płowieją krajobrazy pod oknami - z łoskotem prześcieradeł ekstatycznie wije się sen niespełniony.

w układzie odbić, otarć, rozbłysków - w białą noc – czarny brzeg zrzuca skórę. i o tym
w muszlach, w uszach: szum - to już.



kolejna zmiana



w miejscu przeznaczonym. odgłos odchodzącego i nałóg życia.

układają się warstwami. wsiadam do wagonika z pierwszeństwem

drgającej linii. przyczepność do podłoża mnoży się w wartościach

względnych. jaśnieję

w nawrotach. bez rozgłosu. rosną wskaźniki i opad. wypełniona

znikam w tunelach, które mogą stać się przedsionkami świątyń.

wznowienie akcji – to nie wiara, to pamięć. szybkie wyjście z ram.

podziemnym szybem powracam, zakorzeniona głębiej.

musisz to ze mnie wyrwać. czas jak ptak z papieru dogasa,

ledwie widoczny w tłuczonym szkle. w elektrodach

bezwzględne wstrząsy rozsiewają lęk - w skrócie

przez zastrzyk - tkanki płaczą. zasypiam w deszczu zastygłych,

spóźnionych - wyłaniając się z trakcji i ciemniejąc w miejscu

opuszczonym.

   






zapach gorzkich migdałów


palony zapach gorzkich migdałów przywołuje toksyczną bliskość. już w progu
tonącego w ciemnościach domu - przeczuwamy nieuniknione – męczarnie w sieci,
w oparach cyjanku, w fałszywym blasku złota – duszne, zagracone pomieszczenie,
sprofanowane sanktuarium służące za sypialnię, z którego co noc wyzwala nas świt,
ta odrobina światła, wpadająca przez otwarte okno, by od razu rozpoznać śmierć.

każda najmniejsza szpara została w nas - pozatykana szmatami, zabita gwoździami,
a niebo zasłonięte zgniłą tekturą. obtłuczony, cynowy księżyc przewraca się na stole,
przy którym konsumujemy tajemnicę ubóstwa - porażkę czynu i słowa, szeleszcząc
jak stare gazety, stos negatywów na szklanych płytkach - dziwnie zabezpieczonych
przed czasem czyjąś troskliwą ręką, aby nie można było rozpoznać wygasłego żaru.

z uroczystą powagą, z ceremonialną opieszałością, jak łodyżkę kwiatu odsłaniamy
truchło - bo to uczucie ma sine ciało i ślepo otwarte oczy, sztywny kark, stare blizny
- niczym sieroty – w jałowej walce o godność – najgorsze minęło, bardzo starannie
zatrzymane, odzwierciedlając obraz zrujnowanego wnętrza, wyrwanych framug.

teraz gorzej słyszymy, chodzimy podpierając się laską, ukrywając chwiejność kroków
w smutku tej samej barwy, dzieląc los flakoników, zużytych narzędzi gwałtu - w czeluściach,
pękającej w szwach, torby lekarskiej, którą upuściło przed nami życie - szybkie i jasne.




głodne łabędzie



ślepe - wyrastają z jeziora ze świtem, na który czeka
nikt. o pięknym imieniu jak Gilard albo Aleksander,
albo to przejście przez sen - kończący się wielką, czarną plamą,
pulsującą we wnętrzu lilii.
śmierć to tylko więdnące liście.
i one znają ten rytuał - poranny śpiew.
tworzymy lepszy świat – powtarzają z refrenem,
wierząc w halucynacje.
niedokręcony kurek, na przykład, w ślepej kuchni,
przypomina kroki, one kojarzą bieg – niewidomego do morza.

ale naprawdę umierają w ograniczonej przestrzeni,
pod stołem, gdzie brakuje korzeni i źródeł,
ulegają rozkładom
roli, do której zostały poczęte
przez pikujący deszcz.

zapominają o ukąszeniach
z miłości. choć błogo-sławią
rój fanaberii, karoten, esy-floresy much
na jasnych barwach śmierci,
wszystkie te nowoczesne postanowienia
jak wolne rodniki, eliksiry młodości,
czy lakier - nagle zabrudzony w zgliszczach,
nadrealnie wydłużający ich szyje.

to moje ręce, moje - jak krzywa nijakiego Hilberta,
jednoczące wszystkie punkty światła.
także przed mrozem
podejrzane - uciekają w bezpieczne,
jedwabne miejsce, gdzie majaczą
w pewnym gatunku tańca lub mgły.

pytają o ciebie -  na krawędzi każdej strony
z pamiętnika nawiedzonej suszy - w płaczu kociąt,
i z różańcem łaszących się dziewic,
modlą się wlepione w wosk samotnej świecy,
gdy na kolację podają - starodrzew.


płonąca studnia


wymiatam popiół z ust,
nadgryzione ogniem brzegi
są wejściem do studni,
gdzie pogrzebano kobietę.


II
była w ciąży.
wierzyła. malowała ptaki na oknach.
chciała uczyć je błękitu - z mocą dobrych słów.
ktoś powiedział: szalona. pokaż jak otwiera się niebo.
tu, w tobie. trzymaj nóż.
kamienie przywiążemy później.
myślała, że śniła, a to była potworna prawda.
śmierć. korzenie i mokre zagłębienia.
ślepym alfabetem zapisywała kolejne dni w księdze wyrzeczeń.
pewnej nocy studnia wypełniła się krzykiem.


III
dziś nie ma już tych chłopców, tylko jesienne drzewa
szeleszcząc złowieszczo, rzucają w nią płomienie.