Translate

sobota, września 19, 2026

Nie wiem, czy wróciłam, bo nie mam pojęcia, czy pisanie wystarczy, abym się poczuła lepiej...

 ... gdyż brakuje mi siły i motywacji do czegokolwiek, jestem zdruzgotana emocjonalnie. 


Napiszę jednak kilka słów, bo nie chcę, żebyście źle o mnie myśleli, bo ja naprawdę nie jestem ignorantką, bardzo cenię Waszą obecność na moim blogu. Ale stało się coś, co zablokowało, zamroziło  mnie po prostu...

Życie pisze swoje scenariusze i nie jest ważne, jak bardzo się staramy, jak pozytywnie myślimy, jaką wdzięczność okazujemy, ile dobra dajemy, ponieważ ono biegnie swoim rytmem i ma nas głęboko gdzieś. I niech mu będzie. Ostatecznie jesteśmy tu tylko na chwilę. Wszyscy. Bez wyjątku: ludzie, zwierzęta, rośliny - mamy bardzo ograniczony czas. I nigdy nie wiemy, kiedy, w jakich okolicznościach, tego czasu nam zabraknie. Niekiedy cięcia są po prostu drastyczne i nieodwracalne.

1 lipca, w polski Dzień Psa, ok. 18:45, po ponad dwóch latach intensywnych starań o zdrowie, o dobrostan, o komfort życia, jak już wierzyłam, że będzie dobrze, "długo i szczęśliwie" - odszedł ode mnie mój ukochany, adoptowany w 2014 roku, piesek, Nikuś. Miał 15 lat i trzy miesiące, urodził się 1 kwietnia 2011 roku. Odszedł u weta, u którego spędziłam kilka długich godzin, odwlekając tę najstraszniejszą decyzję o skróceniu mu cierpienia. Przestał oddychać z powodu raka płuc. Teraz mam go w urnie, a to jest bardzo mało. I nie mam na nic siły, ochoty, nie mam motywacji i radości. Jestem w ciężkiej depresji, a kiedy piszę te słowa - łzy same płyną po moich policzkach, jak wiosenne strumyki z gór. I wiecie co? Przygotowywałam się na ten moment od dwóch lat, ale kiedy nadszedł, poległam, poddałam się. Bo ciężko jest odpuścić tak wielką, bezinteresowną i bezwarunkową miłość. Bo jeszcze ciężej jest wytłumaczyć sobie, że zrobiło się wszystko, co mogło się zrobić, ponieważ ma się wrażenie, że można było zrobić więcej, bardziej się postarać, pojechać do kolejnego weterynarza, choćby za granicę.

W całej tej strasznej dla mnie sytuacji, urzekła mnie nasza kitku, Balbina, która pod koniec grudnia skończy 16 lat i jest z nami od maciupeństwa. Otóż ta piękna istota, cały czas była przy Nikusiu, obok niego, z nim - a potem jakby go szukała, tęskniła za nim, kładła się w miejscach, gdzie Nikuś często przebywał, chodziła po całym domu i wąchała wszystko z powietrzem włącznie, jakby brakowało jej zapachu kogoś bliskiego. Dlatego nikt nigdy mi nie wmówi, że zwierzęta nie mają empatii. One naprawdę dużo widzą, wiedzą i czują.

Nikuś był moim pierwszym w życiu pieskiem. Pieskiem, który mnie wołał, zanim go wzięłam, przez kilka miesięcy, którego czułam, zanim zobaczyłam, jakby nasze dusze znały się dużo wcześniej i starały się odnaleźć w tym kosmicznym chaosie. Pokochałam go od razu, od pierwszego wejrzenia i był ze mną prawie 12 lat. Był ukochanym towarzyszem, przyjacielem, cichym, empatycznym, mądrym. Był motywacją do codziennych spacerów, do wychodzenia z domu w każdą, nawet najbardziej paskudną  pogodę. Był przekochaną istotą, której oczy mówiły mi o wiele więcej, niż słowa i deklaracje niektórych pseudoprzyjaciół, od których bez żalu odeszłam ostatnimi czasy, dla własnej higieny psychicznej.

Wakacje zatem miałam bardzo smutne. Zdecydowanie były to najgorsze kanikuły, jakie miałam odkąd pracuję w edukacji, czyli od 27 lat. Mimo, iż byłam na pięknej, gorącej Fuerteventurze, we włoskiej Pizie pod jasnym słońcem Toskanii i - oczywiście - w ukochanym od dawna Trójmieście, prawie w ogóle z tych wyjazdów nie skorzystałam, bo nie miałam siły na chodzenie i weny na zwiedzanie, nie miałam też ochoty na opalanie, leżenie na plażach, robienie zdjęć... Głównie leżałam w hotelowych wyrkach na wznak,  jadłam miejscowe przysmaki i patrzyłam w sufit. No i oczywiście płakałam, bo czułam się bezsilna, zrozpaczona, smutna. Najgorzej było w Trójmieście, gdzie Niko często ze mną bywał i wszystko mi jego przypominało... Wówczas mój żal przybierał postać potwora, a ja nie mogłam powstrzymać łez.

Wciąż czuję się źle i źle wyglądam. Często boli mnie głowa, często płaczę, "zawieszam się", zamyślam, odpływam gdzieś we wspomnienia i nie mam motywacji. Ciągle towarzyszy mi wielki, wszechogarniający, głęboki smutek, ogromny żal i tęsknota za członkiem rodziny - bo Niko nim był... Zawsze mogłam liczyć na jego przyjazną obecność, na trykanie noskiem, przytulaski, wspólne chwile w ciszy, bieganie, a pod koniec - wolne chodzenie po lesie.

Poza zasięgiem publikacji pozostają pozaczynane recenzje dobrych, bardzo ciekawych książek (w tym biografia mojej ulubionej aktorki), niedokończone wiersze i ich zarysy, opowiadania, posty, których nie mam siły skończyć, bo w głowie mam wciąż jeden smutny obraz. Wszystko to czeka na lepszy moment, który może nie nadejść. Kilkanaście nowo zakupionych książek również czeka na moje zmiłowanie.

A mnie czeka niebawem intensywna, holistyczna terapia, zaczynam również naukę na kolejnych studiach podyplomowych, żeby nie zwariować i poszerzyć swoją wiedzę psychologiczną.

Owszem, mam wielkie, ogromne wsparcie w rodzinie, w moim niezawodnym, kochanym stadzie. 

I mam też pieska, szczeniaczka shih tzu, który chodzi za mną krok w krok, nawet do łazienki... Z trzech piesków z hodowli, on właśnie podbiegł do mnie, jak tylko tam weszłam i od razu wzięłam go na ręce: malutką, puszystą kulkę, a kulka wtuliła się we mnie bardzo mocno, przyjechała do domu na moich kolanach i już tak zostało...  I teraz, w chwili, gdy piszę ten post, też jest koło mnie, gryzie mysz, skacze mi na laptop, rozrabia I po prostu cieszy się życiem. Dostałam go na urodziny, ale dość długo, bo prawie miesiąc przed nimi, ponieważ bliscy zauważyli, że inaczej się nie da, że gdyby nie ten nowy psiak, chyba nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować i wrócić do pracy - prędzej wylądowałabym w psychiatryku. Piesek jest mały, choć rośnie jak na drożdżach, śmieszny, wesoły, ufny, przekochany, pojutrze skończy 4 miesiące i dostanie ostatnią z serii szczepionek, będzie można częściej wychodzić z nim na spacery... 


Jednak to Nikuś wciąż jest w moim sercu i nie "przerobiłam", a raczej nie zaakceptowałam jeszcze jego śmierci, chociaż była zbyt realna, uporczywa i dotkliwa, żeby ją zignorować, nie przyjąć do wiadomości, zapomnieć. Nikuś odszedł w moich ramionach, tulony, głaskany, w atmosferze miłości i szacunku. Dlatego na razie nie będę więcej pisać o nowym psiaku, bo chyba nie umiem i jeszcze nie chcę. Nie chcę też zapeszać. Nigdy nie miałam szczeniaczka, Nikuś przyszedł do mnie jako trzyletni, spokojny psiaczek. I odszedł jako najukochańsze stworzenie na tym świecie.
I taki paradoks - ciekawostka: Niko urodził się w Prima Aprilis, w dzień, w którym straciłam wczesną ciążę - poszłam rano pod prysznic, bolał mnie dół brzucha i stało się i przypłaciłam ten fakt ciężką, długotrwałą depresją. Niko umarł w polski Dzień Psa, a moje urodziny przypadają w Międzynarodowy Dzień Psa. Niko był moim przeznaczeniem. 
Czy Maniuś też będzie moim ukochanym psieckiem, nie wiem, na razie jeszcze zbyt często nazywam go imieniem, psiaka, którego tak bardzo kochałam, a które wybrała poprzednia właścicielka i którego ja nie zmieniłam ze względu na szacunek do Pani Jasi i pieska, którego powierzyła mi pod opiekę, będąc w kryzysie życiowym i zdrowotnym, zaufała mi i dała tak wspaniałą istotę. I będę jej za to wdzięczna do końca życia, bo ten ciepły, październikowy dzień, w którym przygarnęłam Nikusia, był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Muszę przeżyć i przerobić tę żałobę, bo na razie to ledwo ją oswajam. I nie mam ochoty znowu udawać silnej kobiety.
 
*
 "Nie wynaleziono jeszcze takiego muru, który powstrzymałby żałobę".
 
 Jennifer Moorhead

Jotko - czy tak może być?  Czy już wiesz, dlaczego mnie nie ma w blogosferze? Ten post = kolejne, już ente morze łez.

Posyłam serdeczności i pozdrawiam wszystkich, którzy jeszcze tutaj zaglądają. 

wtorek, maja 26, 2026

Famale Power

Dobra energia
 
- Erice i Jowicie, kobietom mojego życia
 
To już tyle lat, a ja wciąż doskonale pamiętam
blask twoich lśniących, hebanowych włosów,
które po umyciu nakręcałaś na grube wałki
i oplatałaś siateczką, żeby rano były piękne.
 
W twoją gęstą i jedwabistą czuprynę, ojciec
kochał wkładać dłonie i twarz, ja lubiłam
dotykać, czesać i wąchać. Wzrokiem zaś
głaskałam twój uśmiech, w myślach
tuliłam się do ciebie mocno, najmocniej.
 
Nie wiem, czy moja córka lubi moje włosy,
ale jestem pewna, że lubi mnie, chociaż mocno
odbiegam od standardów, daleko mi do ideału.
Ciebie nie pamięta zbyt dobrze, bo zdecydowanie
za szybko odeszłaś, zostawiając niedosyt.
 
Lubię wierzyć, że kobieca siła scala, nadaje życiu
ważność i sens. I lubię patrzeć na nasze zdjęcia -
impresje ciepłych gestów, łagodnych uśmiechów,
skrywających prostą, ale niezwykle silną więź. 
 
To już tyle lat, mamo, a moja dusza wciąż tęskni,
nadal czuję twoją delikatną, nienachalną obecność.
Jeszcze przez długi czas, córeczko, moje serce będzie
wysyłać ci światło tak jasne, że słowa staną się zbędne. 
 
Energia miłości niech w nas wrośnie, zakorzeni się,
pobiegnie z wilkami, poleci nad makowe łąki
i radośnie, lekko tańczy, niech czule zaklina,
afirmuje świętą żeńskość, odważną kobiecość. 
 
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 26 V 26
 
 
W Polsce Dzień Matki obchodzony jest 26 maja. Dla mnie jest to Dzień Kobiet z Rodu. Wspominam wtedy nie tylko moją mamę, ale też moje wspaniałe babcie, przekochane ciocie, które bardzo lubiłam i które były dla mnie bardzo ważne. Myślę z czułością o wszystkich pięknych, zdolnych i mądrych kobietach, jakie udało mi się spotkać na krętej drodze życia.
Jako wielka szczęściara, miałam w życiu trzy mamy: pierwszą była rodzona mama Erika, czarnowłosa i czarnooka, chodząca mądrość, elegancja i tytan pracowitości. Drugą, bardzo ważną, siostra mojego taty, ciocia Danusia, która miała być moją matką chrzestną, a zastąpiła Erikę, w czasie moich wieloletnich studiów: stacjonarnych, kiedy uciekłam z akademika i zamieszkałam z nią i jej książkami, potem zaocznych (drugi fakultet) i kilku podyplomowych, kiedy nocowałam w jej mieszkaniu i spędzałyśmy wiele godzin dyskutując o książkach, czytając wiersze i czasopisma. Kiedy mama zachorowała, Danusia wspierała mnie, była ciocią - babcią dla Jowity; choć sama bezdzietna, ponieważ owdowiała trzy lata po ślubie, była cudowną drugą mamcią dla mnie i mojego kuzynostwa: zawsze otwarta, gotowa wesprzeć, doradzić, ukoić, nakarmić.  Była też nauczycielką, zaczęła od pracy w liceum, potem w szkole podstawowej, następnie wiele lat w przedszkolu, gdyż kochała dzieci, których sama nie miała.
W sercu skrywam również moją teściową, Alinkę - moją trzecią mateńkę - mądrą i dobrą, która bardzo pragnęła mieć córkę, a doczekała trzech synów. Mówiła do mnie "córuniu", a tacie mojej córeczki zagroziła, że jeśli mnie skrzywdzi, to go wykastruje. Była niesamowita. Kiedy Jowita była mała, a ja znowu coś studiowałam, zajmowała się nią, uczyła czytać.
 Zastanawiam się często i myślę intensywnie, jaką jestem mamą dla mojej córeńki najukochańszej i jedynej... Ona twierdzi, że wysoce osobliwą i nadmiernie artystyczną, ze zbyt wielkim poczuciem i pragnieniem wolności. Wie jednak, że zawsze może na mnie liczyć, zadzwonić w środku nocy po to, abym ją przytuliła, choćby na odległość.
 * 
Wszystkim Kobietom życzę zatem spełnienia. Nie każda z nas musi być mamą stricte, może być mamą duchową, może wspierać inne kobiety. Ważne, że po prostu jest. Ja np. ogromnie się cieszę, gdy np. wesprę dobrym słowem koleżankę z pracy, zmotywuję jakąś laskę do działania, albo pomogę psychologicznie jakiejś dziewczynie lub kobiecie. Lubię tę energię. 
 
* 
 Na zdjęciach od góry: moja córeczka Jowita Sylwia i ja; moja mama Erika po trzydziestce, jak już brat i ja byliśmy na świecie; Jowita;  ja.  ❤ Mało mam mamy i z mamą zdjęć, ale moje serce zrobiło ich tysiące i wciąż do nich wraca. 😘 

sobota, kwietnia 25, 2026

Powrót z zaświatów

🌺Witajcie!🌺
 

Wybaczcie, że mnie nie było, że ukryłam to miejsce dla czytelników i mój blog był niewidoczny dla wszystkich wyszukiwarek, że się nie odzywałam, ale - wierzcie mi - naprawdę uchroniłam tym sposobem mój blog przed skasowaniem po ponad czternastu latach pisania. 

Dobiła mnie alergia, a rozjechały mnie jak walec drogowy, leki na nią. To jest totalny paradoks - leki na alergię, które uczulają, pogarszają feeling, powodują wysypkę, plamy na skórze, bolesne wypryski na twarzy i dekolcie, bóle i zawroty  głowy oraz mdłości. Od połowy marca czułam się po prostu koszmarnie, naprawdę myślałam, że zejdę z tego świata. Nie ma nic sympatycznego w tym, że człowiek, dla którego oddech znaczy życie - ma z nim ogromne trudności. Przez to odczuwałam dyskomfort w całym ciele, czułam się bardzo źle, jakbym się zapadała, byłam bardzo słaba, kręciło mi się w głowie. Dawno nie miałam takiego odpływu, spadku energii i tak złego samopoczucia. Były dni, że nawet nie miałam siły się napić, że wszystko stawało się szare, obce i obojętne. W połowie marca L-4 i mnóstwo leków za niemałe pieniądze, potem praca ponad siły, po prostu harówka. W święta wielkanocne, gdy wszyscy delektują się jedzeniem, ja zrobiłam sobie bardzo świadomie, cztery dni totalnej głodówki, z nadzieją, że pomoże, wypłucze toksyny z organizmu, ale stało się inaczej - nie odzyskałam wigoru. Później pojawiła się ogromna, swędząca i bardzo bolesna opryszczka na ustach, którą najpierw wzięłam za odwodnienie, za spierzchnięte usta i na którą już po prostu musiałam wziąć tabletki, bo same maści okazały się, niestety, za słabe. Wszystko to spowodowało stany depresyjne, apatię, dolegliwości psychosomatyczne, bóle w całym ciele, zwłaszcza w dolnej części kręgosłupa.

Teraz znowu mam zwolnienie lekarskie, dostałam też skierowanie na zrobienie wszystkich potrzebnych badań, także USG brzucha. W poniedziałek ponownie lekarz - a tak naprawdę przedobra i empatyczna Pani Doktor, ale ja już wiem, że wyniki mam dobre, bo je sprawdziłam w internecie, dolna granica, ale jest ok, nawet poziom witamin B i D jest w normie. Mam też dobre TSH mimo wieloletnich problemów z tarczycą, trwających od czasów liceum do około czterdziestki, gdy świadomie odstawiłam 11 piguł dziennie przepisywanych latami. 

Strasznie się bałam tych wyników, bo gdyby się okazały takie same, jak moje samopoczucie, byłyby fatalne... Dlatego już wiem, czuję i rozumiem, że moje ciało powiedziało dość pędowi i nadmiarowi bodźców, a przede wszystkim - stop farmakologii. Nie znoszę łykania piguł. Stają mi w gardle, okropnie na mnie oddziałują. Koniec, kropka.

Dziękuję wszystkim, którzy w czasie tej absencji, nieobecności wysłali do mnie e-maile. Bardzo się cieszę, że jesteście, że mogę z Wami rozmawiać w jakiejkolwiek postaci.

Powyżej obraz nieznanego Autora. Poniżej jedna z moich ukochanych piosenek i najnowszy wiersz; ostatnia grafika z internetu, pt. Cердце души autorstwa tajemniczego J.D.  😘 Uściski! 🌹

🌺

 xXx

zimno, prawie maj, nie mam na nic siły,
brakuje mi motywacji do robienia rzeczy istotnych,
nie chce mi się chodzić, wolę się nudzić, zostać w domu.
 
nie mogę się skupić, nie mogę czytać. poirytowana
loguję się na portal, na którym sztuczna inteligencja
sprawdza moją tożsamość, a avatary udają dobrych
znajomych, udzielają rad i wysyłają wirtualne serduszka.
 
cała siebie dotkliwie bolę, a ty się śmiejesz,
gdy mówię o duszy i o tym, jak bardzo potrafi 
tęsknić za ciałem, dlatego często odwiedza mnie 
w snach i opowiada o odważnej, pięknej Lilith,
która ulepiła z ziemi Węża po to, by pomógł jej
znaleźć siebie i uciec od narcystycznego bożka.
 
ja też chcę odejść od ciebie, AI, avatarów,
od sfingowanych, bezwartościowych relacji.
 
uciekam w chorobę, dobitnie czuję, jak wypływa ze mnie
moje małe, bezwartościowe życie, jak zmienia się w rzekę, 
która szuka wielkiej wody, by mogła poczuć się wolna.
 
zimno, magnolie kwitną, bzy się budzą, wróciły jaskółki,
a ja wciąż nie wiem, jak wrócić do siebie. czuję się
słaba i chora wbrew całkiem dobrym wynikom badań,
czuję się stara, brzydka, niewidoczna, wypalona.
 
moja dusza krwawi, zakwita makami, oplata serce
i zagubiona w słowach, śpiewa die with a smile
tylko nie wie, naprawdę nie ma pojęcia,
czy chce umrzeć razem z tobą,
 
czy wylogować się solo.
 
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 25 IV 26
 

 🌺

czwartek, kwietnia 02, 2026

Zaprośmy wiosnę do naszych domów i serc, niech będzie nam zielono!

 Witajcie w przeddzień Świąt Wielkanocnych! 


Przedstawiam Wam w tym poście piękne, stare kartki wielkanocne, które znalazłam w internecie. Mam nadzieję, że będą cieszyć Wasze oczy.

Życzę Wam pięknych, ciepłych, zdrowych, pełnych nadziei, rodzinnych świąt, dużo dobra i spokoju ducha! Trwajcie w nadziei pomimo wszystko! Niech świat wypełni pozytywna energia.

 Wpuśćmy wiosnę.
Niech słońcem
zabłyśnie nad stołem
w wielkanocne świętowanie

jak wiosna wesołe!

Ewa Skarżyńska 

 

niedziela, marca 22, 2026

Niedzielne utyskiwania, rozkminki i polecajka

 Drodzy, wybaczcie nieobecność na Waszych blogach, brak komentarzy oraz odpowiedzi na Wasze komentarze tutaj, na moim blogu. Zmiotła mnie nie tyle wiosenna alergia, co rozwaliły i rozstroiły mnie leki na nią. Chyba zbyt silne, zbyt inwazyjne. Nie wiem, jak określić stan, w którym nawet podczas leżenia czy siedzenia w wygodnym fotelu, kręci mi się w głowie, kiedy czuję się otumaniona i nieco nieobecna. I na dodatek nie widzę jakichkolwiek efektów leczenia.


Dlatego dzisiaj, po tygodniu sumiennego brania tych specyfików (przepisanych na ponad miesiąc leczenia), postanowiłam te leki odstawić i pić jedynie wapno, a nos smarować maścią majerankową, która przynosi niewielką ulgę. Generalnie mam wrażenie, że moje ciało nie lubi tej chemii i że nie są to "trafione" lekarstwa, skoro czuję się tak, jakby ktoś uderzył mnie w głowę co najmniej młotkiem.

Moja nieobecność na Waszych blogach, też wiele mi mówi o tym, jak to wszystko tutaj, na Bloggerze,  wygląda. Jednak taktownie to przemilczę. Ale wiele blogów sama odpuszczę i nie będę się nikomu narzucać ze swoimi wierszami oraz komentarzami, na które nie otrzymuję feedbacku czy choćby grzecznościowego komentarza. Z serca dziękuję tym, którzy po prostu są. Mając 56 lat powinnam już się przyzwyczaić do jednej rzeczy, mianowicie do tego, że są ludzie, którzy - chociaż nie mają o mnie pojęcia - nie lubią mnie za samo istnienie w internecie. To jest fenomen sieci. Niech im będzie, nie mnie to oceniać.

Jak nieco mi się polepszy, na pewno odwiedzę Wasze blogi. A ten post pozostawię bez komentarzy. Jeśli chcecie, komentujcie go w poprzednim poście, ja naprawdę czytam wszystko, co do mnie piszecie, co chcecie mi przekazać i robię to ze zrozumieniem. Niekiedy nie nadążam z odwiedzaniem Was, bo goni mnie czas, bo nawet na zwolnieniu lekarskim nie mam ciszy i spokoju. I z jednej strony bardzo mnie cieszy troska innych, pochylam się również nad ich potrzebami i problemami, a z drugiej, chciałabym pobyć sama w domowym zaciszu, pogrążona w swoich myślach, książkach i wierszach. I móc rozmawiać z bliskimi, którzy na co dzień mają mnie mało, ze względu na moje różne prace, dodatkowe zajęcia.

Pozdrawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają i życzę Wam udanego, ciepłego, wiosennego, cudownego nowego tygodnia. Bądźcie zdrowi!

PS

Szukając inspiracji do przedstawienia na szkolną uroczystość, przypomniałam sobie powieść nieodżałowanej Doroty Terakowskiej. Książkę opowiadającą o dziewczynce z Zespołem Downa, czytałam dwadzieścia lat temu i czytam od wczoraj, mimo bólu głowy (nomen omen wczoraj był Dzień Zespołu Downa, Światowy Dzień Poezji i pierwszy Dzień Wiosny). Swój egzemplarz pożyczyłam kiedyś komuś nieuczciwemu, kto mi go nie oddał, ale brat wypożyczył mi tę książkę w mało uczęszczanej Bibliotece Pedagogicznej (książka jest czysta, w każdym razie) i muszę Wam polecić tę piękną powieść. Jest wspaniała i wzrusza, jak dawniej.


 

środa, marca 18, 2026

"Wiosna w końcu nadejdzie, tak samo i szczęście. Spokojnie. Życie stanie się cieplejsze".***


Witajcie moi Drodzy, na początek mój dzisiejszy wiersz, nad którym pewnie jeszcze popracuję...

Przyloty

Marzec, kilka dni po Dniu Kobiet, przedwiośnie.
Chodzę z psem, żeby się wzmocnić emocjonalnie,
odwiedzam ciche miejsca, gdzie nie ma wielu ludzi.
Chcę poczuć w sobie i na sobie wiosnę, odczuć,
że żyję, oddycham i jestem w swoim ciele.
 
Długa, mroźna, surowa i szara zima sprawiła,
że czuję się zmrożona, ospała, chcę stopnieć,
odświeżyć myśli, poruszyć ciało, odnaleźć duszę.
Wchodzę na pustą łąkę: dwa raniuszki siedzą
na krzewie forsycji, która dopiero pączkuje na żółto.
 
Pies ryje nosem w trawie, w której coraz więcej
zielonych łodyżek kusi nowym zapachem, świeżością.
 
Spontanicznie zdejmuję buty, ziemia jest wilgotna i zimna,
czuję jej delikatny puls. Biegnę, jakbym gnała prosto
w ramiona dawnego kochanka, który odszedł do innej,
bo nie zniósł mojej empatii do świata, bo nie rozumiał,
jak bardzo lubię spontaniczne zachwyty, uniesienia.
 
Nawet brak tchu sprawia mi radość, nawet ból cieszy,
że odczuwam; oślepiające światło nie przeszkadza,
a moja kruchość staje się siłą, dodaje skrzydeł.
 
Lecę do siebie, do wesołej, wiosennej dziewczyny
zakochanej w życiu. Wiosna robi swoje -
przylatuje wtedy, gdy jest konieczna. 
 
 
 
Mam nadzieję, że mój wiersz przypadł Wam do gustu, napiszcie, co o nim myślicie. Jest prosty jak wiosna, która się wreszcie rozgościła na dobre.Na zdjęciu poniżej moja wiosna - dekoracja do klasy. Ja zaś jestem chora, od poniedziałku jestem na L4, bo... dobiła mnie ukochana leszczyna i inne pyłki.
 

 Po tej długiej, szarej zimie, gdy nagle zrobiło się ciepło i pięknie, gdy wszystkie naraz kwiaty i krzewy zaczęły kwitnąć... Poległam. Ledwo mówię i oddycham i mam od groma leków antyalergicznych, ale bardzo, przebardzo cieszę się wiosną!!! Życie to jednak parada paradoksów.


A na zdjęciach powyżej i poniżej, moje nowe, śliczne kubeczki i pióra - mam nadzieję na wenę, na pisanie nie tylko wierszy, ale również pamiętnika, bo chcę wrócić do pisania pamiętnika w zeszycie.
 

Niestety, zaniedbałam pamiętnik przez wielką ilość pracy w szkole, pracy terapeutycznej, pracy redakcyjnej i innych obowiązków, jednak zamierzam nadrobić zaległości, choćby tylko w wyrażaniu wdzięczności za życie, za to, co i kogo mam obok siebie, za zdrowie, rodzinę, przyjaciół, zwierzęta.

 
Cytat w tytule postu jest autorstwa Anity Krizzam, zdjęcia raniuszków z internetu - uwielbiam te ptaszki, coraz częściej je widuję na moich spacerach z psieckiem, są urocze, bardzo przyjazne i śliczne.
 

Jednak ostatnio mam nawyk wychodzenia na spacery bez rozpraszaczy w postaci telefonu i jeszcze nie udało mi się ich sfotografować. Mam jednak nadzieję, że niebawem to zrobię!


Oba pióra piszą świetnie, do złotego dałam niebieski, a do srebrnego czarny nabój. Super się nimi pisze, lekko, pasują mi do obu rąk.


I jeszcze prośba Wielka do moich ogrodniczek, co to za krzew na zdjęciu poniżej? Nie ukradłam gałązek, po prostu ktoś mocno przycinał i leżały na chodniku, więc wzięłam do wazonu. Ale krzew jest ładny, zielony cały rok, z chęcią kupię i posadzę pod domem, więc jeśli ktoś zna nazwę, niech mi ją zdradzi, będę bardzo wdzięczna. 🌿🌿🌱 Czy to jest laurowiśnia? 🌿🌱🌿
 

Życzę Wam dobrego, wspaniałego czasu, pełnego pięknej, ciepłej, kolorowej wiosny!