niedziela, 4 września 2016

"Milczenie to przyjaciel, który nigdy nie zdradza." ***




XxX


wrzesień. drzemią jeszcze złe jesienne demony.
poranny chłód wypełnia przestrzenie naszych zdeptanych serc.
bociany opuszczają łąki. maki przekwitły, zstąpiły do piekieł.
granice lata bledną, zacierają się.

granice miłości wydłużają się jak cień późnym popołudniem.
tej drogi nie przejdziemy na skróty. możemy zabłądzić
w jej pokrętnych, zawiłych labiryntach, zanim dojdziemy 
do celu, jakim jest bezpieczeństwo

tak trudne do osiągnięcia w jesieniach  coraz krótszych relacji.
 niebezpieczne związki wciąż kuszą podwyższonym poziomem endorfin. 
ale czy warto wpadać w nie w chwili, gdy drzewa zrzucają
przyschnięte liście?

może lepiej pomilczeć dopóty dopóki nie zleci ostatni?
może milczeniem powiemy najwięcej zanim słowa dojrzeją;
nabiorą barw, wypełnią się słodyczą mocy by od nowa
opowiedzieć historię prawdziwego uczucia.

miłość wrześniowa, jesienna, dojrzała spadnie na nas jak kropla
 ożywczego deszczu. przytuli, doda  siły, energii, otuchy,
 nim zły komornik - listopad z trzaskiem zamknie powieki 
nazbyt szczęśliwych dni.


będę do ciebie milczeć znacznie dłużej, niż sobie życzy bóg.



JoAnna Idzikowska - Kęsik, 4 IX 16



*** cytat w tytule notki, Konfucjusz
*gify z netu
** piosenka
*druga pioseneczka


środa, 31 sierpnia 2016

"Nawet jakby podzielić sekundę na milionową część, to właściwie nigdy nie przeżywamy jej w czasie teraźniejszym, zawsze coś już minęło lub coś dopiero będzie." ***



(nie)Była


Ona była zmienna i  intrygująca,
 lśniła jak meteor zbyt jaskrawym smutkiem;
 bursztynami oczu, trwożnymi stop - klatką
zamkniętą w kamieniu zamarłym w materii, 
zimnym, obojętnym, odległym jak księżyc.

Ona była inna lecz taka jak wszystkie.
 Uwielbiała głaskać korę starych drzew. 
Zaklęty szept wiatru, który ją dotykał,
 słyszała w piosenkach o smutnej miłości.

Bosymi stopami wygładzała piasek, 
a on kpił z jej pieszczot jak słodki Adonis,
który nie chciał spędzać czasu z Persefoną, 
choć to czas nas spycha do królestwa zmarłych...

Ona nie umiała żyć w świecie iluzji,
a i śmierć i życie to fantazje nikłe.
W jej kontaktach z Ziemią snuła się nostalgia
za tym, czego nigdy nie widać zmysłami.

Ona była dziwna. Istniała, zniknęła.
Przebiegła przez życie jak kot przez mieszkanie.
Przemija się łatwo i odchodzi szybko,

w świecie, w którym rysa po nas nie zostanie.


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 31 VIII 16


***cytat w tytule notki, Zdzisław Beksiński


niedziela, 28 sierpnia 2016

"Rozstanie jest naszym losem." ***



bez końca



więc postanowiłeś odejść. nic to.
rozstania, które nie obchodzą nikogo
prócz nas, bywają zbawienne.

nie płaczę, nie obgryzam paznokci.
siedzę i myślę, jak zareaguję, gdy napiszesz
mi kiedyś, że to nie było prawdziwe,
nie miało szans na przetrwanie.

na pewno nie będzie mi smutno w nieuniknionym
momencie - gdy inna kobieta wypełni
twoją przestrzeń, wejdzie głęboko w  myśli.
potrafię jaśnieć szczęściem innych.

teraz po prostu siedzę. palę papierosa, chociaż
wiem, że mentolowym dymem nie przesłonię
emocji.

 nie oddałeś mi samotności,
ona ciągle stała pomiędzy nami.
zawsze była we mnie i moim postrzeganiu
uczuć.

wiesz kiedy bolała najbardziej?
wówczas gdy starałeś się zbliżyć do mnie,
pokonać zbyt długi dystans.

siedzę i jest mi dziwnie, bo wiem,
że to chwila,
a one mijają jak wszystko

i tylko blizny w sercu
goją się całymi

emisjami niespełnionych snów.


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 28 VIII 16



***cytat w tytule notki, autor anonimowy
**obrazy: Marcin Szczepaniak, Dama z papierosem; kolejny z netu
* piosenka
*druga piosenka

czwartek, 25 sierpnia 2016

"Mierząc się z przeszkodą, człowiek poznaje siebie." ***


***


Panie, nie modlę się o cuda ani o wizje, proszę tylko o siłę na moje dni. Naucz mnie sztuki małych kroków.
Uczyń mnie bystrym i zaradnym, abym potrafił dokonywać ważnych odkryć i nabywać doświadczeń wśród różnorodności każdego dnia.
Pomóż mi lepiej wykorzystywać mój czas. Obdarz mnie zmysłem odróżniania tego co ważne od tego, co nieistotne.
Modlę się o siłę dyscypliny i umiaru, nie tylko aby przejść przez życie, ale i po to by przeżywać swoje dni pożytecznie, i dostrzegać niespodziewane przyjemności i wzloty.
Uchroń mnie przed naiwną wiarą, że wszystko w życiu musi iść gładko. Daj mi trzeźwe rozpoznanie, że trudności, porażki, wpadki, niepowodzenia są nam dane przez samo życie, byśmy mogli wzrastać i dojrzewać.
Ześlij mi właściwą osobę we właściwym czasie, która będzie miała dość odwagi i miłości, aby mówić prawdę!
Wiem że wiele problemów rozwiązuje się bez mojej pomocy, więc proszę, naucz mnie cierpliwości.
Wiesz jak bardzo potrzebujemy przyjaźni. Uczyń mnie godnym tego najpiękniejszego, najtrudniejszego, najbardziej ryzykownego i kruchego daru życia.
Daj mi tyle wyobraźni, abym mógł dzielić się z innymi odrobiną ciepła, we właściwym miejscu, o właściwym czasie, poprzez słowa czy w milczeniu.
Oszczędź mi strachu przed przegapieniem czegoś w życiu.
Nie dawaj mi tego co wydaje mi się że pragnę, lecz to czego naprawdę potrzebuję.
Naucz mnie sztuki małych kroków!

Modlitwa napisana przez Antoine'a de Saint - Exupéry



*** cytat w tytule notki, Antoine de Saint - Exupéry
*obrazki z netu
**piosenka na dziś

środa, 24 sierpnia 2016

"poezja współczesna / to walka o oddech" ***



transpozycja


mogłabym napisać o gwałtach
pedofilii bzykaniu aborcji
brutalnym wyuzdanym perwersyjnym seksie
 zboczeniach odchyleniach od normy
schizie amoku dwubiegunowości
dupie maryni upośledzeniach patologii
biciu maltretowaniu kobiet i dzieci
morderstwach samobójstwach eutanazji
i innych turpistycznych paskudztwach

mogłabym być sprośna zbreźna obsceniczna
i obleśnie bluzgać do woli
ba
 nawet tworzyć ohydne neologizmy
do słownika wulgaryzmów

i wszyscy w zachwycie pieprzylibyście

o kurwa ale zajebisty wiersz popełniła

problem w tym że wierzę w anioły
lubię pięknie pachnieć
pieścić usta karminową pomadką
 i wpatrywać się w tęczę

a wy myślcie  bo macie prawo

chuj z nią i jej wierszykami



~jik©, 25 XI 13



***Tadeusz Różewicz, Zdjęcie ciężaru
*obrazki z netu
**piosenka

środa, 17 sierpnia 2016

Skifa na parafii i inne narzekanki




 Moja kocina numer jeden, czyli Albin, który dawno, ponad dziesięć lat temu miał wypadek i uratowaliśmy mu życie, amputując łapkę, którą miał zmiażdżoną po upadku z dachu (na który uciekł, kiedy ja byłam na podyplomowych studiach, a tato Jowity w pracy) na bruk, choruje i ja - chora - muszę mu robić zastrzyki...


Przypomina mi się wtedy, jak zmieniałam kroplówki mojemu tacie i łzy same płyną po policzkach...


Jutro, muszę podjąć koszmarną dla mnie decyzję... Mianowicie na kikutku po amputowanej łapce, zrobiła się Albinowi rana, jakieś zwyrodnienie czy zwapnienie. Byłam już u kilku weterynarzy, leczę to od początku wakacji: antybiotyki, przemywanie, zastrzyki...
I nic... Kociak mi schudł, jest markotny, zawsze czyściutki, teraz nie może się nawet dobrze umyć...

I wet, do którego chodzę teraz  (bo ma bardzo dobre opinie na forum mojego miasta) powiedział, że jak nic się nie zmieni do jutra, to trzeba będzie kocinie mojej kochanej, którą mam ponad dwanaście lat, obciąć jeszcze kawałek kikuta. :(( 
Trzeba, bo leki dostaje zbyt silne i jego serduszko może tego nie wytrzymać...

A przecież zwierzak cierpi po amputacji, choć to pewnie lepsze niż eutanazja. Już raz uniknął śmierci (znam oczy przed odejściem - on je miał po amputacji, wiem, bo kilka kotów wybierało mnie, miało życzenie przy mnie umrzeć...), dlaczego znów musi cierpieć???
 A ja razem z nim? :(






Nic, qrczę, tylko siąść i płakać, choć to najgłupsze z możliwych rozwiązań...

Na dwóch pierwszych  fotkach autorstwa Jowity, Albin w pełnej krasie, kolejne zdjęcia moje, sprzed chwili: on mi mówi, że nie jest dobrze.
Widać, jak bardzo cierpi...
Kocham go i zrobię wszystko, żeby go uratować, tylko jednocześnie nie chciałabym, żeby znowu tak bardzo cierpiał... Zwierzaki cierpią w ciszy...
Moja fotka przerobiona przez Maćka, merci!

***

PS (18 VIII)

Czy to znak? Pan wet zadzwonił 20 minut temu, że przekłada mi wizytę z 12:00 na 16:30... Kot zjadł śniadanie... Czy to znak? Może jeszcze będzie tak:



PS 2 (18 VIII, 19:30)

Jest lepiej!!! Albin na foci sprzed chwili.
Jest dobrze. Czuję się lepiej, angina ustępuje, Jowi w domu z koleżanką, więc jest fajnie!


PS3

Nie mogę się doczekać "Boskiej Florance" z Meryl, idę dopiero za tydzień. Widziałam spektakl z Krystyną Jandą, a Meryl ponoć brała lekcje dawania po dźwiękach tudzież fałszowania. :)


PS 4

Cytaty:

Dlaczego ludzie szukają obecności drugich? Szukają czasem dobrowolnie i jest to zjawisko powszechne, najpowszechniejsze, jak i to, że znajdując, nie są jednocześnie z tego zadowoleni, a przeciwnie, wola nieustająca pozostawania z drugim jest stowarzyszona z cierpieniem i udręką z tego pozostawania wynikającymi, czego dowodem są chociażby stosunki między ludźmi, nieustające ressentimenti wobec drugich. Ideałem by było, żeby drugi określał mnie, ale zgodnie z moimi życzeniami, zgodnie z moim przepisem na mnie samego. Tym się pewnie tłumaczy, że robimy wszystko, co możemy, żeby drugiemu narzucić własne pojęcie o sobie samym.


Sławomir Mrożek


******
Pamiętaj, że czasami nasze wyobrażenie drugiej osoby niewiele ma wspólnego z tym, kim ona naprawdę jest.

John Green, Papierowe miasta

******

Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie zmęczony tym, jacy ludzie są dla siebie. Zmęczony jestem bólem na świecie, który czuję i słyszę… Codziennie… Za dużo tego. To tak, jakbym miał w głowie kawałki szkła. Przez cały czas.

cytat z filmu "Zielona mila" na podstawie prozy Stephena Kinga

******
Pamiętaj, co ci zawsze powtarzałam: nie angażuj się w zatrzymanie kogoś, kto nie przejąłby się, gdyby cię stracił.




~ K. Bromberg ~

******


Nauczyłem się, że niektórzy ludzie są na zawsze, a niektórzy tylko sporadycznie, i że nie mam żadnego wpływu na to, kto będzie na zawsze, a kto od czasu do czasu.

Ignacy Karpowicz, Gesty


******

Bywa, że ważni dla nas ludzie zbytnio nas kontrolowali lub nadmiernie się nami opiekowali. Takie zachowania często nie mają nic wspólnego z miłością. To subtelne formy pozbawiania wolności. Ludzie, którzy tego traktowania doświadczyli, mogą bać się, że miłość, bliskość to w gruncie rzeczy podporządkowanie. Dlatego często tęsknią za akceptacją i intymnością, ale jej się boją. Na marginesie warto powiedzieć, że wszyscy tyrani, dyktatorzy, i mali, i duzi, którzy tak uparcie dążą do całkowitej władzy, głęboko w duszy przeżywają silny lęk. Strach przed odrzuceniem, detronizacją skazującą na nic nieznaczące życie. Ktoś, kto nie wierzy, że można go kochać takiego, jaki jest, dąży do kontroli. Ale władza nie karmi. Może dać poczucie, że kogoś mam, kontroluję go, narzucam mu swoją wolę, ale on jest martwy, nic od niego nie dostanę w odruchu miłości czy choćby dobrej woli. Muszę wszystko wymusić strachem, a taki podarunek nie rozwija. Nie zawiera w sobie bezcennego przekazu, że został zrobiony w efekcie wolnego wyboru. Władza jest substytutem miłości, ale nie pozwala tak jak ona ludziom rosnąć.


Andrzej Wiśniewski

******

PS5

Dla Ciebie, Frau Be (zbiłaś mnie z tropu tymi "babami"):

Witold Pruszkowski, Rusałki, 1877

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"Czy nie ma innego sposobu? Czy szczęście jest zawsze kompromisem?" ***



when a woman loves a woman


pokochałaś ją do bólu trzydzieści lat temu na koncercie Lombardu
odtąd wciąż byłaś gdzieś obok dziecko dziewczyna kobieta
skomlałaś w listach skrapianych męską wersją perfum  "Eternity"
 i tkliwych wierszach opisujących jej usta i oczy

towarzyszyłaś na spacerach po Pradze w poszukiwaniu
 porośniętego bluszczem grobu Franza Kafki
biegałaś po prowincjonalnych francuskich kościołach
gdy miała zawirowanie w temacie Templariuszy
dla niej nauczyłaś się grać "Miss Chatelaine" boskiej k.d.lang
i udawałaś że lubisz głupie filmy o gejach 

lśniłaś w uśmiechu wysłanym do niej na koncercie Bryana Adamsa
"please forgive me I can't stop loving you..." wyszeptałaś
egipski krzyż ankh na jej szyi prześladował cię w myślach
o niespełnieniu 

w depresjach po kolejnych niewyjaśnionych
pięknościach mieścił się nadmiar twojego istnienia
ale to do niej w środku namiętnej nocy wysłałaś smutny SMS 
  "wiesz piękna mimo tylu związków to ty 
jesteś miłością mojego zakichanego życia"

pojawiałaś się zawsze kiedy miała kaprys
pogadać z tobą o pogodzie filmie książkach

nie zaistniałaś jedynie w jej snach
to dziwne bo sny emitują najskrytsze marzenia
a ona naprawdę bardzo chciałaby umieć

nie umieć myśleć o prymitywnym podgatunku
troglodytów z niebieskimi przenikliwymi oczami
i nie chce wypowiadać twardych słów
wtulona w twoje zbyt szczupłe ramiona

please forgive me & believe me I can't
I 'm so sorry
I'm very sorry

bo podobno

"kto kocha nie potrzebuje nigdy
mówić przepraszam" *


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 15 VIII 16


* Erich Segal, Love Story


***cytat w tytule notki,  Jeanette Winterson, Zapisane na ciele
* Piosenka Laury
*Piosenka k.d. lang
*Piosenka Mecano
*Piosenka Kasi i Renatki

czwartek, 11 sierpnia 2016

"Ktoś ubiera się w kolczyki z naszych łez..." ***


W tym momencie naprawdę zaliczyłam swój zdrowy rozsądek do rzeczy zaginionych.


~ Jennifer Murgia ~



Bajka o Panu Migaczu


Był sobie raz pewien młody Pan, który bardzo lubił rzucać słowa na wiatr i migał się od praktycznie wszystkich swoich zobowiązań. 

Ten Pan kochał siebie samego, jak mityczny Narcyz albo Adonis, uwielbiał mówić, mówić i mówić... Słuchać też uwielbiał, ale tylko i wyłącznie samego siebie... To, co mieli do powiedzenia inni ludzie, czasem nawet dużo bardziej oczytani i inteligentniejsi od niego, w ogóle go nie interesowało. 

Pan Migacz nie był ani specjalnie błyskotliwy, ani-tym bardziej - przystojny. Miał rozwichrzone włosy o dziwnym, nieokreślonym kolorze, małe, głęboko osadzone, niebieskie oczy i okrągłą twarz z zawadiackim, nieco dziwnym, trochę kpiącym uśmieszkiem. Przypominał wzrostem braci Kaczyńskich, a posturą Misia Kuleczkę... Ale Pan Migacz za bardzo kochał siebie, żeby zauważyć swoje mankamenty. A przecież wiara w siebie potrafi uczynić cuda. Nawet, jeśli przez kilka lat nie jest się w stanie ukończyć tego, co się zaczęło, i co jest wymagane, gdy wykonuje się pewien zawód, to i tak najważniejsza jest wiara w swój nieodparty urok osobisty. Tytuły i dyplomy schodzą wówczas na drugi plan. 

Życie Pana Migacza było spokojne i monotonne, płynęło sobie swoim rytmem, gdzieś między pracą, łóżkiem, komputerem i pobliskim laskiem... Sielanka... Nudna, ale jednak sielanka! Pan Migacz był pomimo wszystko bardzo zadowolony: miał ostatecznie pracę, miał gdzie mieszkać (cóż z tego, że z rodzicami) i co jeść, czegóż chcieć więcej, skoro miał jeszcze okno na świat: internet, ten cudowny wynalazek, dający najwięcej możliwości wspaniałej autokreacji! Dający pole do popisu, możliwość zabłyśnięcia, pokazania swego drugiego oblicza: młodego, zdolnego, przystojnego, wykształconego, wrażliwego, inteligentnego człowieka... Po co Panu Migaczowi real, skoro tutaj, w internecie mógł być tym, kim nie był? 

Pan Migacz całymi godzinami przesiadywał przed komputerem. Przytył, ale co tam, zawsze przecież można schudnąć, albo powiedzieć, że waży się mniej niż w rzeczywistości. 

Nie miał doświadczenia, ale postanowił polować w necie na kobiety. Tych w realu się bał, z tymi mu nie wychodziło, miał trzydzieści lat i żadnego konkretnego związku za sobą...Tutaj dopiero miał możliwość oczarowania jakiejś naiwnej...Czekał na nią długo, ale cierpliwie… Wchodził na wszystkie możliwe strony internetowe, założył blog, gadu-gadu i skype... czekał... Aż w końcu ją znalazł... 

Zaczęło się banalnie, coś głupiego napisała mu na blogu... Zaczęło się od kłamstwa, było kłamstwem i kłamstwem się skończyło... Ale trwało dość długo, bo Pan Migacz, oprócz tego, ze mógł się do woli, wręcz do bólu, popisywać swą erudycją, to na dodatek despotycznie rozdawał karty, to on był górą tego dziwacznego układu... No i zupełnie przy okazji odkrył jeszcze uroki posiadania kolejnego wynalazku, dzięki któremu mógł sobie dużo mówić, delektować się swoimi zdolnościami oratorskimi: uroki telefonu komórkowego... Ale zacznijmy od początku... 

Najpierw pojawiła się Panna Jabłuszko, ale go denerwowała. Rozmawiał z nią jednak, wampirycznie podkreślając uroki swego zawodu, czym zresztą bardzo pannie Jabłuszko zaimponował, choć zawód ten nie należy do prestiżowych. 

Pani Jesień pojawiła się w trakcie jego internetowego romansu z Panną Jabłuszko. Była inna niż wszystkie dziewuszki w sieci. Była niezwykle tajemnicza. No i pisała dosyć sensownie, co go dodatkowo zaintrygowało. I, żeby było śmiesznie, mieszkała bardzo, bardzo blisko... Dopiero później się okazało, jak bardzo, bardzo daleko...

Czas i odległości to największe paradoksy naszej materii. Podobnie nasze myśli, którymi możemy zdziałać tak dużo, że nie możemy praktycznie nic. 

O odległości Pan Migacz skłamał na dzień dobry. Wymieniali posty na blogach, ale to mu nie wystarczało, poprosił o numer gadu-gadu, którego Pani Jesień nie posiadała, gdyż nie miała nigdy potrzeby takiego komunikatora. Ona kochała przede wszystkim książki - to był jej świat, świat ciszy, ale świat barwny i ważny, w którym czuła się bardzo dobrze. Internet traktowała jako źródło informacji, blog prowadziła także dla uzyskania pewnych informacji, z dziedzin wiedzy, które ją szczególnie interesowały. 

Tak więc gadu-gadu Pani Jesień założyła dla Pana Migacza, a on od razu skłamał, że mieszka gdzieś, gdzie wcale nie mieszkał. Znał to miasto z czasów, gdy w nim zaocznie studiował.

No i zaczęli ze sobą rozmawiać. Spędzać godziny, jak to kiedyś określił... Wymieniać myśli...


On od początku miał zabawę, kłamał, a ona od początku czuła, że coś jest nie tak. Nie potrafiła uwierzyć do końca w jego słowa i w szczerość jego intencji. Nie potrafiła go zdefiniować i zrozumieć. Nie umiała, mimo wiedzy mediatorskiej, dojść z nim do porozumienia. Bardzo się starała, ale nie wychodziło... Próbowała skończyć tę znajomość w zarodku, ale on jej na to nie pozwalał, był despotyczny, władczy. Wysyłał rzewne piosenki, umieszczał na blogu i w opisie gg romantyczne wpisy, opisy i linki, zmieniał blogowe avatary. Bywało to i krępujące i żenujące zarazem, ale i mile łechtało jej kobiece ego, gdyż Pan Migacz był od niej sporo młodszy, choć czasem była wściekła na siebie, ponieważ  jej poczucie własnej wartości było stałe, wysokie i niezachwiane od wielu lat. Irytował ją bardzo, ale i rozczulał...W końcu, po kolejnej nieudanej próbie zerwania... podjęła grę. Po prostu grę.



Ona... Taka sobie, bardzo zwyczajna, przeciętna kobieta, nic szczególnego. Jak jedna z wielu. Ani ładna ani brzydka. Ani mądra ani głupia. Od dziecka wmawiano jej, że najważniejsze w życiu jest nikomu nie zaszkodzić i jak najwięcej się nauczyć. Uczyła się więc i uczyła. Ciągle coś studiowała, wciąż czytała, poznawała nowe rzeczy... I starała się nikomu nie szkodzić, ba wybrała taki zawód, żeby nieść pomoc ludziom. Ale też jej rogata dusza, która czasem brała górę nad rozumem, pchała ją do tego, żeby się nie dawać: konwenansom, zasadom, normom, moralności, religiom i innym pomysłom ludzkości, według niej chybionym... Za największy wzlot myśli ludzkiej w tym temacie, uważała słowa Kanta: "Prawo moralne we mnie."



Jeszcze w czasie studiów, jako dwudziestolatka, po tym, jak dostała obuchem w serce, zakochując się w bardzo kreatywnym, zdolnym, inteligentnym i niezwykle przystojnym, dużo starszym od siebie Panu Homosiu, wyszła za mąż za Radosnego Chłopaka, bo wiedziała, czuła w sercu, że on akceptuje ją taką, jaka jest, że nie zrobi jej krzywdy. Właściwie tylko przy nim i tylko dla niego była sobą, nie zakładała maski Poważnej Kobiety. Lubiła go i darzyła prawdziwą, szczerą przyjaźnią, czuła się przy nim bezpiecznie.  Uważała, że podstawą dobrego związku jest przyjaźń. Wolała to, niż uniesienia, kończące się na roli posługaczki. Radosny Chłopak był wysoki, szczupły, miał niebieskie oczy, bardzo ładne zęby i nosił okulary. Dbał o siebie, o higienę, co dla niej było priorytetem. Zawsze ładnie pachniał - można go było brać bez obaw w każdej chwili. Kochał ją bezgranicznie, słuchał jej, choć chyba nie zawsze rozumiał, wspierał i czasem stopował jej nonszalanckie, dziwaczne pomysły i fanaberie (nurkowanie w oceanie, bieganie po niewyznaczonych szlakach, szybką jazdę bez zapinania pasów i temu podobne sporty ekstremalne) miał ścisły umysł, nie zawsze rozumiał jej długie wywody o książkach, literaturze, teatrze. Zupełne przeciwieństwo niskiego malkontenta-humanisty, jakim był Pan Migacz... lub raczej: jakim chciał się zaprezentować. 

Małżeństwo Pani Jesieni i Radosnego Chłopaka było, jak oni, zupełnie nietypowe, inne, niekonwencjonalne. Pozbawione zazdrości, bzdur, niepotrzebnych układów i głupich słów. Jeszcze przed ślubem ustalili zasady wspólnej samotności, "wspólnego bycia serc" i zawsze ich przestrzegali.  Byli jak para zgranych przyjaciół i bezgranicznie sobie ufali. A że przy okazji, wyglądali razem jak filmowa, zakochana, romantyczna para? Tym lepiej, przynajmniej skłonni do plotek ludzie, nie mogli sobie na nich poużywać. Rozmawiali zawsze o wszystkim, co ich nurtowało. Byli wobec siebie szczerzy. Ona czuła, wiedziała, ba - była pewna, że nawet jeśli ich związek się rozpadnie, pozostaną dobrymi przyjaciółmi, bo czasem "lubić" znaczy dużo więcej, niż "kochać"...
To właśnie Radosny Chłopak nauczył Panią Jesień obsługi gg, a potem skype'a. Od początku wiedział o istnieniu Pana Migacza. Szkoda, ze Pan Migacz nie był tego wart. 

Radosny Chłopak nie zdejmował z palca obrączki od dnia ślubu. Pani Jesień, założyła ją na palec... tylko w dzień ślubu. On był wielkim optymistą, ona wszystko widziała w czarnych, ewentualnie szarych kolorach.


Flirtowała z kobietami, które się w niej jakimś dziwnym trafem zakochiwały, przyjaźniła z  wieloma facetami, ale tylko superinteligentnymi, a on był z nią, dla niej, przy niej. Wiedział, że jeśli spróbuje ją powstrzymać, zatrzymać, przetrzymać, upomnieć... ona odejdzie. A była to ostatnia rzecz, jakiej sobie życzył. Poza tym wiedział, że ich przyjacielski związek jest dla niej opoką, Itaką, ostoją. I chciał, żeby tak zostało, bo ona miała w sobie to coś... coś, co sprawiało, że chciało się z nią być. 



Pan Migacz też chciał z nią być, ale tylko wirtualnie i telefonicznie, nawet raz zaproponował ... wirtualny seks czym ją jedynie rozśmieszył do łez. Po okresie rozmów na gg, odkryli telefon i skype, przyzwyczajali się do swoich głosów. Opowiadali sobie o wszystkim i o niczym. A właściwie to Pan Migacz opowiadał, mówił, inicjował rozmowy nawet w środku nocy... Jednak Pani Jesień była wzrokowcem, chciała, wyczuwając jego nieszczere intencje, zobaczyć Pana Migacza, chciała mu spojrzeć prosto w oczy... Fotografie wysyłane MMS - ami to przecież nie to samo, co kontakt z żywym człowiekiem. 

Po ponad pół roku rozmów zaproponowała niezobowiązujące spotkanie, łamiąc swoje zasady, bo nigdy wcześniej tego nie robiła, czekając na inicjatywę mężczyzny. Najpierw udał, że nie usłyszał, potem się wykręcił, że nie lubi miasta, w którym chciała się spotkać, a potem się debilnie tłumaczył, że nie zrozumiał jej do końca... Mimo wszystko, nieustannie twierdził, że mu zależy na niej, na spotkaniu, na wspólnym wypiciu kawy, co przez jakiś czas robili podczas rozmów na gg... 

Migał się i migał, a ona miała dość. Dość słów, których w żaden sposób nie potwierdzały czyny. Zaczęła ją ta dziwna znajomość najpierw męczyć, a potem irytować, drażnić... Ciągnęła to wszystko latami tylko po to, aby przekornie przekonać się, co będzie dalej, co się stanie, jak ta gra będzie się dziać...


Zrywała z Panem Migaczem sto pięćdziesiąt razy, a on uparcie wciąż dzwonił i pisał SMS - y, jakby nigdy nic się nie stało. Wymyślił nawet, że ją bardzo kocha i że chciałby się z nią spotykać, choćby nawet potajemnie (przedszkole górą!)... Ale oczywiście, tylko to sobie palnął, bo on tak potrafił... Może po prostu nie miał z kim gadać? Umówili się z lata na wiosnę, a gdy przyszła wiosna o spotkaniu nawet się nie zająknął. Pani Jesień odczekała miesiąc i spytała wprost... Stwierdził, że może (sic!) latem będzie miał czas... 



Poczekała, aż nadarzy się okazja, żeby z nim zerwać raz na zawsze. Wiedziała, że jest to, jak u Witkacego, jedyne wyjście z tej chorej sytuacji, w którą uwikłała się, niestety, na własne życzenie. Pewnego dnia po prostu i zwyczajnie wyrzuciła telefon z mostu do rzeki... Drogi, nowy, błyszczący czerwony aparat. Był to akt symboliczny, ale oczyszczający... Padał  zimny deszcz, woda płynęła swoim nurtem, jak wszystko na tym świecie, a Pani Jesień pomyślała o tym, o czym mówił Shakespeare, o czym przypominała Desiderata... pomyślała, że nie igra się z miłością... Słone łzy przypomniały jej, że chciała najpierw pokochać Pana Migacza, a potem się z nim zaprzyjaźnić, że naiwnie wierzyła w szczerość jego wyznań, bo po prostu i zwyczajnie chciała w nie wierzyć... Słone łzy przypomniały jej, że był ktoś, kto lubił ją naprawdę, realnie.

Wirtualna "miłość" odpłynęła wraz z telefonem, którego numer został zmieniony i zastrzeżony, skasowanym gg i skypem.

Pani Jesień odetchnęła z ulgą. Czasem miewała alergiczne problemy z oddychaniem, ale tym razem poszło jej łatwo. Uśmiechnęła się, jak zwykle smutno i popatrzyła swymi bursztynowymi, jesiennymi oczami z zielonkawą nutką, optymistycznie w przyszłość, chociaż ta akurat bajka nie doczekała happy endu, a Pani Jesień nie podaje numeru swojego telefonu nawet kolegom z pracy... 


jik, 2009

* wszystkie zdarzenia i postaci są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością


Dostrzegaj różnicę między ludźmi, którzy rozmawiają z tobą w wolnym czasie, a tymi, którzy poświęcają swój wolny czas, aby rozmawiać z tobą.

~ Autor nieznany ~ 





- Można kochać i nie być z tym kimś. Wystarczy, że uczucie nie jest odwzajemnione albo, że ta druga strona nie jest wolna.

- I można być wiernym takiej osobie przez dłuższy czas?


- Jeżeli to ta jedyna, to chyba warto czekać, prawda?


- Czyli nie jest pan sam?


- Nie w sercu.



Marc Levy  ~


*** cytat w tytule notki, Agnieszka Osiecka

Pioseneczka dla wytrwałych. ;-)