...do rzeczywistości, do pracowitej codzienności... z wielu względów jest dla mnie BARDZO TRUDNY, ale i tak jest to o niebo lepsze, niż sanatorium, do którego nigdy więcej nie pojadę, choćbym nie wiem ile dostała skierowań i ilu lekarzy mnie tam wyganiało. Czasem o wiele lepiej i zdrowiej się funkcjonuje, gdy się nie wie, że jest się chorym. I wiem, że nie powinno się nigdy mówić nigdy, ale mówię nie, bo nie i już.
Już się powoli podnosiłam psychicznie i fizycznie po strasznym dla mnie dniu - 1 lipca - dniu śmierci mojego ukochanego pieska Nikusia i po najgorszych wakacjach, jakie w życiu miałam; już ogarnęłam i oswoiłam nową klasę: moich czterech wspaniałych chłopców, dla których stworzyłam trzy innowacje i dwa nowe projekty edukacyjne. Już naprawdę dochodziłam do siebie, już chciałam wrócić do pisania wierszy i nagle... Uniejów.
Jechałam tam z ogromną, prawdziwą, nieudawaną nadzieją, że przez 24 dni pobytu odreaguję smutek, że się zregeneruję, podźwignę się z intensywnej, głębokiej, szczerej żałoby, że zacznę studia podyplomowe z psychologii pozytywnej, odpocznę, pobędę ze sobą i własnymi myślami, poczytam i wrócę jak nowa. A tu - chichot losu - wróciłam totalnie niewyspana, wyczerpana psychicznie, zmęczona jak nigdy dotąd, przebodźcowana, poirytowana, zdołowana, obolała i załamana. Nie chcę pisać dlaczego, było, minęło i chwała boginiom, że się skończyło.
I nareszcie - od soboty - jestem w moim domu, z ukochanymi bliskimi i zwierzaczkami; jestem w pracy, wśród moich wspaniałych kolegów i koleżanek, których jeszcze bardziej doceniłam w czasie pobytu w sanatorium i za którymi tęskniłam będąc tam, a i od nich dostawałam wiele słów życzliwości za pomocą SMSów. Moi klasowi chłopcy, tak się ucieszyli w poniedziałek na mój powrót, że moje skołatane serce 💓 pofrunęło w kosmos. A moja psinka dosłownie szalała ze szczęścia i teraz nie opuszcza mnie na krok.
Dlaczego w sanatorium było mi tak bardzo źle? Ano dlatego, że od dzieciństwa nie znoszę zbiorowisk przypadkowych ludzi, nie rezonuję z tym i bardzo mnie to męczy, pozbawia energii. Nie toleruję bredzenia o niczym, tylko po to, aby gadać. Nie cierpię sytuacji, gdy ludzie udają niezwykle mądrych i dojrzałych, będąc na intelektualnym i emocjonalnym dnie, prezentując przy tym totalną labilność, reakcje na poziomie dwulatków i nawet nie zdając sobie sprawy, jacy są śmieszni; gdy się kreują na kogoś, kim nie są i nigdy nie byli ani nie będą, gdyż nie potrafią zapanować ani nad własnymi reakcjami, ani nad swoim apetytem czy mimiką, lub choćby mową ciała. I cholernie drażni mnie nietakt, brak znajomości podstawowych zasad savoir vivre'u wśród ludzi, którzy choćby z racji wykonywanego zawodu, powinni je znać tak samo, jak choćby podstawy psychologii. A już najśmieszniejsze jest to, że ludziom się wydaje, iż będąc w większości, mogą jeździć po jednostce, ile tylko chcą, zapominając o słowach poety, że "z prądem płyną śmieci" i bardzo ważnym postulacie, aby mieć odwagę być nielubianym. Ja lubię, jak mnie nie lubią, ważne, że jestem w zgodzie ze sobą.
Tak więc był to pierwszy i jednocześnie ostatni mój pobyt w tego typu uzdrowisku. Więcej się na takie leczenie nie piszę, bo nie wpisuję się w tłum i szablony. Jak również dużo więcej dla mnie znaczy wsparcie, życzliwość i dobre słowo, niż jedzenie na wyznaczony czas, bieganie po podpisy i pieczątki, nic nie wnoszące piętnastominutowe masażyki oraz zbiorowe pseudorelaksacje z odtwarzacza, które nimi nie są, bo mnie denerwują.
Natomiast mam nadzieję, że uda mi się wreszcie napisać zaległe recenzje i wiersze, gdyż wykłady i sprawdziany na studiach już ogarniam. I tego sobie życzę! I mam też nadzieję, że wreszcie, wśród MOICH ludzi wrócę do siebie: wesołej, energicznej, spontanicznej JoAnny sprzed śmierci Niczka i pobytu tej pipidówie, w uzdrowisku, które mnie poharatało i przytłoczyło, zamiast uzdrowić.
Koniec tematu, nigdy więcej do niego (tego tematu) nie wrócę, bo po prostu i zwyczajnie - NIE WARTO. Trzeba się skupić na tu i teraz, robić swoje, cieszyć się życiem, którego nie wiadomo ile jeszcze zostało. Trzeba żyć z pasją, kochać szczerze i być kochaną. Robić swoje, być dobrym i życzliwym dla tych, którzy są dobrzy dla nas, a innych traktować samo, jak oni traktują nas, jak na to zasługują, czyli jak nieistotne, szare tło. Amen.
I - wybaczcie mi proszę, mój dzisiejszy ton - ja po prostu MUSIAŁAM napisać ten post i wyrzucić z siebie to wszystko, co mnie dotknęło, leżało mi na sercu. Nie musicie go komentować, jeśli brakuje Wam słów na moje dzisiejsze krytykanctwo.
A Wam, moim blogowym Znajomym, którzy wciąż jeszcze do mnie zaglądacie - DZIĘKUJĘ!
PS
Nie wiem, jakie jest Wasze zdanie, ale dla mnie przestawianie czasu jest zamachem na mój organizm i moje funkcjonowanie. Wciąż budzę się o 4:45 - czyli o godzinie sprzed niedawno wprowadzonego czasu zimowego, który dla mnie jest koszmarem. Powinnam wstawać o 5:45, ale nie mogę się przestawić na te listopadowe ciemności. I to też jest jeden z powodów mojego kiepskiego feelingu.






















































