czwartek, 14 listopada 2019

"Zdarza się". ***

xXx

to się naprawdę zdarza
spotykają się trzy kobiety
i jest im razem niezwykle
potrafią ze sobą rozmawiać
 słuchać drgającej ciszy
szumu morskich fal

patrzą na świat z sympatią
zachwycają się brodzącą
 w wodzie brzemienną dziewczyną
wróblami skaczącymi po kamieniach
dźwiękami wydawanymi przez mewy
dziećmi zbyt głośno wyrażającymi 
podziw nad światem
zachodem słońca i deszczem

to jest naprawdę możliwe
one się śmieją z niczego
nie marzą o rycerzach
 na białych pegazach
wyrosły z metafor
mówią o poezji jak o ruskich
pierogach serwowanych
w najtańszej i najlepszej
knajpie świata którą nazwały
Gospodą Bezinteresownej
Koneksji

to się naprawdę dzieje
w biały słoneczny dzień

jik
***cytat w tytule postu, Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć
*zdjęcia z internetu, nie znam Autorów

niedziela, 10 listopada 2019

B - 465

nieużyteczny

już cię nie potrzebuję!

lecz ciągle o tobie myślę, jakbyś był kimś istotnym
w moim życiu. a przecież jesteś jednym z wielu, jak
róże, które chciały cię kusić w hurtowej ilości, bardzo
 daleko od domu i w niezbyt intymnym miejscu.

znowu o tobie piszę, a jednak wcale nie chcę! odległą,
 głupią, dziwną i starą bajką jesteś, dawno spisaną na straty.
przed laty wymyśliłam, że mogłeś być Jezusem.
tylko gdzie Maria z Magdali? czy ukryła się w różach?

i co tu niby jeszcze... Lis fałszywy jak Judasz,
 kochał cię, potem zdradził, wiadomo: zły i rudy.
 i wąż tajemniczy, cichy, co posłał ciebie na krzyż;
te podróże przez światy, przez życia innych ludzi,
prawie jak zmartwychwstania albo reinkarnacje.

zatem znów we mnie siedzisz i tworzę ten wiersz:
 niepotrzebny i słaby, jak dorosły, co odszedł
 zbyt daleko od siebie i już nie wie kim jest!
 jak piękna jawnogrzesznica, bezwstydna nierządnica,
 która stanie się święta, bo będzie dla ciebie zawsze
 złotym, bezcennym Graalem i Różą jednocześnie.

już za nic cię nie pojmuję!

więc jak mam teraz grzecznie, pokornie, bez refleksji
odlecieć na ascetycznie surową planetę Dojrzałość,
kiedy ciągle tu jesteś, roztaczasz różową aurę
 i swoje drobne rączki naiwnie układasz w serce,
ty mały, boży baranku,
co pragnąłeś być Księciem?

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 10 XI 19
*obrazy z netu, niestety, nie znam Autorów :(
*** tytuł postu: Mały Książę mieszkał na asteroidzie B-612; to jest 465 post na moim blogu ;-)
**inne posty nawiązujące do Małego Księcia: klik klik klik
 ڿڰۣ

Bonus: jedne z najpiękniejszych zdjęć, jakie ostatnio widziałam; tak się powinno nosić futra, nie inaczej! Trzy Róże z Lisami. ;-) Więcej cudownych zdjęć zdolnej i pięknej Anastazji, możecie obejrzeć tutaj: klik

sobota, 9 listopada 2019

"Dane nam do inności prawo, Rimbaud - Aniele Stróżu mój, strach głupców zdeptał bredni wrzawą". ***

Jeśli kiedykolwiek znajdziesz się w niewłaściwej historii, odejdź.
Masz prawo odejść z każdej historii, w której się nie odnajdujesz.
Masz prawo odejść z każdej historii, w której siebie nie kochasz.
Masz prawo wyjechać z miasta, które gasi twoje wewnętrzne światło, zamiast sprawiać, że będziesz świecić jeszcze jaśniej, masz prawo spakować wszystkie swoje manatki i zacząć od nowa gdzieś indziej i masz prawo zredefiniować znaczenie swojego życia.
Masz prawo rzucić pracę, której nienawidzisz, nawet jeśli wszyscy mówią ci, żeby tego nie robić i masz prawo szukać tego czegoś, co sprawia, że nie możesz doczekać się jutrzejszego dnia i reszty swojego życia.
Masz prawo opuścić tych, których kochasz, jeśli źle cię traktują, masz prawo stawiać siebie na pierwszym miejscu, gdy z czymś się mierzysz i masz prawo odejść, kiedy próbowałeś wielokrotnie, ale nic się nie zmieniło.
Masz prawo dać odejść toksycznym znajomościom, masz prawo otaczać się miłością i ludźmi, którzy cię budują i sycą.
Masz prawo wybierać tę energię, której potrzebujesz w życiu.
Masz prawo wybaczyć sobie swoje największe i najmniejsze błędy i masz prawo być dla siebie miłym, masz prawo patrzeć w lustro i faktycznie lubić osobę, którą w nim widzisz.

Masz prawo uwolnić się od swoich własnych oczekiwań.
Niekiedy postrzegamy odejście jako niewłaściwą rzecz lub kojarzymy je z poddaniem się lub ucieczką, ale bywa, że odejście jest najlepszą rzeczą jaką możesz dla siebie zrobić.

Odejście pozwala ci zmienić kierunek, zacząć od nowa, odnaleźć siebie i świat. Odejście czasami ratuje cię od utkwienia w niewłaściwym miejscu z niewłaściwymi ludźmi.
Odejście otwiera nowe drzwi zmian, wzrostu, szans i odkupienia.

Zawsze masz wybór, by móc odejść, dopóki nie znajdziesz miejsca, do którego przynależysz i tego, co czyni cię szczęśliwym.
Masz nawet prawo porzucić swoje stare ja i odkryć siebie ponownie.

Autor nieznany
-------------------------------------
A ja dopowiem, że...

Masz prawo być najlepszą wersją siebie, pracując nad sobą i swoim charakterem i wybierając dobro.
Masz prawo być jak najbliżej siebie, swoich emocji i uczuć. Masz obowiązek opiekować się sobą i być swoim najlepszym przyjacielem. Zastanów się ile toksycznych, destrukcyjnych związków musisz przeżyć, żeby wreszcie pokochać siebie.

:)

Rzadko umieszczam na blogu takie teksty, ale ten jest ważny, bo najgorszą rzeczą na tym świecie jest nielojalność w stosunku do samego siebie, a przecież, nawet jeśli istnieje reinkarnacja - to życie, w którym jesteśmy tu i teraz, mamy jedno i warto je przeżyć najpiękniej, jak się da.
Pozdrawiam serdecznie, odpoczywajcie! 
Pamiętajcie też o niezwykle trafnych słowach pisarza, Terry'ego Pratchetta:
 
IDEALNY ŚWIAT JEST PODRÓŻĄ
A NIE MIEJSCEM...


***cytat w tytule, Jonasz Kofta, Rimbaud
*fotografie własne, z czwartku: teren Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych. Mam zajęcia na oddziale dla dzieci i młodzieży. A listopad też bywa piękny. ;-)) 
Zdjęcie w środku postu: moja ukochana filiżaneczka z ceramiki Rose z Gromadki koło Bolesławca, ze srebrną łyżeczką z bursztynem bałtyckim, którą dostałam na szczęście od koleżanek z pierwszej pracy, z wrocławskiego Przedszkola Montessori. 

środa, 6 listopada 2019

Je demeure, je reste!


No cóż, długo już spaceruję po tym padoliku pięterko niżej od piekła i od dawna wiem, że internet to świetny wynalazek. Bardzo życiowy. Bardzo ciekawy i niezwykle kolorowy, różnorodny.

Do ludzi spotykanych w internecie z reguły mam wielkie szczęście, gdyż, jak już niejednokrotnie pisałam tu i tam, przyciągam najczęściej tych ciekawych, interesujących, nadających na podobnych falach, a jeśli nawet na innych, to przynajmniej szanujących moje: fale, zdanie, światopogląd, przestrzeń, nieważne, jak zwał, wiadomo, o co chodzi. W internecie, nawet tu na blogu, spotkałam prawdziwych przyjaciół, teraz już realnych.

No, ale jak wszystkim wiadomo, nie zawsze spotykamy osoby przyjazne.

Poczucie (podkreślam: bardzo pozorne) anonimowości i bezkarności sprawia, że niektórzy pozwalają sobie na więcej, niż wypada, a inni chyba mają w swoich netowych zachowaniach jakiś dziwnie sadystyczny cel (nie będę się rozwodzić o typach zaburzonych osobowości, bo mi się po prostu nie chce).

Tak więc żyje sobie taka zwykła, prosta kobitka, spokojna JoAnna jak ja, pisze sobie różne rzeczy  i nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, dostaje obuchem w główkę, bo komuś coś nie pasuje, bo ktoś chce się lepiej poczuć kosztem kogoś i kretyńsko (sic!) myśli, że ma patent na rację, że jego światopogląd jest jedyny i prawdziwy czy prawdziwie jedyny, nieważne.

Sorry, ale trzeba mieć nierówniutko pod kopułką, aby na coś takiego wpaść, bo ilu ludzi, tyle racji i każdy ma prawo do swojej.

Kiedyś na polskim portalu społecznościowym, zaliczyłam chrzest spowodowany hejtem, jakiego zaznałam od pewnej psychicznie zaburzonej, emerytowanej polonistki. Paniusia chwaląca się orderami zdobytymi w czasach bardzo zaprzeszłych, wylewała na mnie (i wiele innych kobiet), pomyje i swój jad. Uważając się za wielką polonistkę z sukcesami i znawczynię poezji wszelkiej, zapodawała i lansowała taką grafomanię, że po prostu głowa mała. Grafomanię w najgorszym częstochowskim, pseudo lirycznym wydaniu, zapodawaną na NK przez samozwańczych poetów. Łaziła za mną krok w krok, obrażała mnie w sposób poniżej jakiegokolwiek poziomu i nawet tutaj zostawiła swój "uroczo osobliwy" ślad. Dopiero niedawno, przypadkowo zauważyłam i zrozumiałam, że ta ponad siedemdziesięcioletnia dziunia, drże koty nawet z kolegami z licealnej klasy i ze studiów i po prostu taka jest, że inaczej, biedna, nie potrafi.
A ze mną zaczęła, gdyż pan, którego bardzo adorowała i zapewne adoruje do dziś, zaprosił mnie do znajomych, bo byliśmy na forum sztuki, gdzie zgadywało się tytuły obrazów. Napisałam panu, że dziękuję za zaproszenie i się zaczęło! Nagle stałam się k***, grafomanką, złodziejką, idiotką i wszystkim, co tylko możliwe (choć babinka wcześniej podawała panu w komentarzach moje wiersze). Pańcia "wiedziała" o mnie wszystko, że mam borderline i menopauzę, że moje dziecko mnie nie kocha i jest glupie, że mąż jest pracownikiem korporacji, w której się nudzi i pisze za mnie komentarze, że jestem żydówką, mam garba i nie potrafię uczyć... Wszystko, co nawet nie przystoi osobie, która uczyła młodych ludzi i była wychowawcą klasy z mojego rocznika. Ręce opadały, ale tak się działo. Trwało to kilka lat, jednak pańci nie udało się mnie stłamsić (ponoć inne kobiety miażdżyła). Awansowałam w tym czasie na schizofreniczkę, upośledzoną i debilkę po studiach kupionych za świnię, chamkę, grafomankę ze wścieklizną niezaspokojonej macicy, nieuka, debila itp... ale przetrwałam.

Było też wielu innych, mniej lub bardziej zajadłych trollów, hejterów na portalach poetyckich, forach dla ateistów, grupach dla miłośników sztuki i portalach społecznościowych. Jednak żaden z nich, z pańcią – polonistką z NK włącznie, nie wpadł na to, że istnieją ludzie, do których i ja należę, tacy, którzy są naprawdę odporni, silni psychicznie. I że po paneczkach piszących wielkie dzieła literackie oraz ich wierszach i profilach, nie ma już w necie (ani w choćby poetyckich antologiach) nawet śladu, a ja wciąż jestem.

Że paniusia polonistka - emerytka z gołym, piegowatym biustem pod futerkiem, teraz wylewa jad na inne osoby, a ja tu jestem.

Dlaczego? Dlatego, że mam czyste sumienie, że robię swoje i nikomu nie szkodzę. Że zależy mi i wciąż pracuję nad sobą, swoim charakterem, nad relacjami z tymi, których szanuję i kocham.

Nie przepadam za poezją Stachury, ale gość napisał kilka ciekawych kawałków, z których jeden bardzo mi się podoba:

"Dla wszystkich starczy miejsca pod Wielkim dachem nieba".

W kwietniu pojawił się tutaj, w moim skrawku w sieci,  dziwny profil z komentarzem w poście, w którym pisałam o strajku. Teraz wrócił. Nie wiem, po co. Ale nie dam się sprowokować. Przypomnę swój komentarz, który umieściłam pod postami: Przechodniu drogi, cieszę się, że tutaj zajrzałeś, ale jeśli masz ochotę pisać o niczym tudzież nie na temat, to lepiej udawaj inteligentnego i milcz. :)

Hejterom, trollom i spamerom mówię stanowcze: good bye and good luck!

Tu jest miejsce na dyskusję. Można się ze mną nie zgadzać, mieć diametralnie inne zdanie, ale obrażać się nie pozwolę.

Jeszcze jedno, co zauważyłam od wielu lat w hejterskich, netowych "dyskusjach": jak już się nie wie, jak dołożyć, dopiec i dogadać, to się wjeżdża na wykształcenie - żenujące! Dno poniżej mułu.

Zbyt wiele przeszłam w swoim życiu, żeby się użerać z jakimiś avatarami w internecie lub zniżać się do ich poziomu.

Wszelkie niekulturalne i spamerskie komentarze będę kasować.

Przy okazji bardzo dziękuję tym Znajomym, którzy tutaj są i powtarzam, że naprawdę jestem otwarta na krytykę, na wymianę zdań i poglądów, na ludzi.

Amen.

wtorek, 5 listopada 2019

No dobrze, to teraz o facetach...

Wciąż piszę o kobietach, bo je po prostu bardziej lubię od mężczyzn. Pewnie dlatego, że milej i dużo przyjemniej się na nie patrzy. No, a jak się patrzy, to często na aktorów, w kinie lub w wygodnym fotelu. 
Dzisiaj przedstawię Wam moich dwunastu ulubionych aktorów filmowych od zawsze i na zawsze, niekoniecznie pięknych i przystojnych, chociaż na pewno utalentowanych. Podobnie jak z paniami, jest to wybór na dziś. Wczoraj czy jutro byłby nieco inny. w każdym razie są to aktorzy, których nazwiska sprawiają, że film oglądam do końca, choć niekoniecznie interesuje mnie tematyka utworu (jak już pisałam, alergicznie nie cierpię komedii romantycznych i innych tkliwych bzdur). A jeśli aktor jest już w innym astralu, to bardzo chętnie wracam do filmów z jego udziałem.
Zaczynamy zatem: ulubieni aktorzy ever!
Jeremy Irons (ur.1948). Poznałam go w latach osiemdziesiątych, byłam wtedy nastolatką. Zachwycił mnie wyrazistością swoich kreacji w takich filmach jak "Kochanica Francuza" u boku Meryl Streep czy "Miłość Swanna" i od tamtej pory śledzę jego karierę i jest to aktor wybitny, który nie ma na swoim koncie złej roli. A urzekł mnie w "Ukrytych pragnieniach", "Domu dusz" i wielu innych filmach, ale przede wszystkim i nade wszystko cenię jego kreację w "M.Butterfly". Pomijając fakt, że łudząco przypomina mojego ojca - kocham go bezwarunkowo, nawet, jak gra w niezbyt udanych bajeczkach.
Joaquin Phoenix (ur. 1974). Wegetarianin palący papierochy - dla mnie to nie współgra, ale on może to robić, gdyż uważam go za najwybitniejszego żyjącego aktora średniego pokolenia, a jego najnowszy film, "Joker", tylko mnie w tym utwierdził.Cudownie gra bez nadmiaru środków wyrazu. Pokazał to w kilku rolach. Za co go lubię, oprócz Jokera, za którego po prostu musi dostać Oscara? Chyba za wszystko, nawet za niezbyt udane "Znaki" i "Osadę", a także za Jezusa w "Marii Magdalenie", Kommodusa w "Gladiatorze" i wiele innych świetnych ról. Za co bardzo cenię? Że nie robi piętnastu filmów rocznie, tylko starannie dobiera role.
Heath Leadger (1979 - 2008). Cudowny, bardzo zdolny aktor o niesamowicie męskim głosie, który odszedł zdecydowanie za szybko i bardzo go brakuje. Rewelacyjny, wybitny w "Tajemnicy Brokeback Mountain", nieodżałowany. Cudowna,  wzruszająca scena, gdy przytula koszulę zmarłego kochanka. Świetny jako Joker w "Mrocznym Rycerzu".
Bradley Cooper (ur.1975). Nie powiem, że blondyn z niebieskimi oczami zawsze mnie przekona, ale jeśli ten blondyn śpiewa i gra, to ma wielkie szanse.Podobał mi się w "Jestem bogiem", polubiłam go po "Między wierszami", kupił mnie "Narodzinami gwiazdy".
 Arkadiusz Jakubik (ur.1969). Długo trzymałam za tego artystę kciuki z różnych względów, ale było warto, bo to na dziś, jeden z najlepszych polskich aktorów."Wesele", "Dom zły", "Jestem mordercą", "Chce się żyć", "Kler"... Czy trzeba coś jeszcze dodać? Tak! Bardzo utalentowany muzycznie.
Michael Fassbender (ur.1977). Ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się na niego patrzyć. Ma talent i charyzmę. I jestem w stanie obejrzeć "Światło między oceanami" dla jego oczu. A z lepszych ról? "Wstyd", "Prometeusz", "Niebezpieczna metoda", "Song to song".
Ryan Gosling (ur.1980). A ja po "Drive" powiedziałam: Ryan, wyjdź za mnie! I nieszkodzi, że krytycy bredzą, że gra jedną miną. To dobry aktor. Przekonał mnie nawet, a może zwłaszcza w "Pamiętniku", "Idach marcowych", "Tylko Bóg wybacza", a po "La La Land" wtopiłam. Dozgonna aktorska love.
Colin Firth (ur.1960). On jest genialny i to dla niego, a nie dla niej, oglądam "Bridget Jones". Jedna wybrana rola: "Samotny mężczyzna".
Matt Damon (ur.1970). Matta lubię. Myślę, że nie zagrał jeszcze  życiowej roli, że jeszcze wszystko przed nim, a na razie dla mnie, jego najlepsza rola: "Utalentowany Pan Ripley".
Leonardo DiCaprio (ur.1974). Można go nie lubić, ale nie można mu odmówić talentu. Bo świetnie zagrał w kilku filmach, zwłaszcza w "Totalnym zauroczeniu" i "Wyspie tajemnic", a jego najlepszą rolą dla mnie na dziś jest autystyczny Arnie w "Co gryzie Gilberta Grape'a".
Eddie Redmayne (ur.1982). Młody i niezwykły. Pomijając świetną "Dziewczynę z portretu" i rewelacyjnych "Uwikłanych", skradł mi serce rolą Hawkinga w "Teorii wszystkiego" i już.
Sam Claflin (ur.1986). Bardzo przystojny, nadaje się zarówno do ról współczesnych jak i kostiumowych. Dorównał Rachel Weisz w "Mojej kuzynce Racheli", wcześniej podbił serca piękniejszej części światowej publiki, dzięki występom w "Igrzyskach śmierci". Mnie podobał się w "Zanim się pojawiłeś".

sobota, 2 listopada 2019

"Ach! jakież marne to całe filozofowanie o śmierci"! ***



 odwrócenie

kiedy umarłaś poczuła ogromną ulgę
ku niekłamanemu przerażeniu i wstydowi
wobec ciebie świata i siebie przede wszystkim

rozpacz i niemoc w objęciach poczucia
że granica cierpienia pokonała dystans
od życia ku światłu w bezsilności i beznadziei

koniec i początek jak śmierć i życie
czasem bawią się ze sobą w ciuciubabkę
przekraczają ramy wszelkiego nieładu

kiedy odeszłaś naprawdę spadł jej z serca
głaz wielkości największej egipskiej piramidy
bo nie ma nic gorszego na tej planecie

jak pozbawione nadziei towarzyszenie
najbliższej osobie w z góry przegranej
walce o kilka głębokich oddechów 

trwającej tak długo że matka zmienia się
w dziecko a młoda kobieta czuje się jak
zwarzona jesienna chryzantema

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 2019
***cytat w tytule postu, Jerzy Żuławski
*obrazy z internetu, nie znam Autorów

środa, 30 października 2019

"Gdybym mógł zmienić kalendarz, wykreśliłbym z niego listopad".***

calando



czy słyszysz
drżenie drzew i liści rankiem
w późnopaździernikowym
zasnutym gęstą mgłą lesie
to jedna z tych magicznych chwil
kiedy czas styka się z bezczasem
kiedy zaciera się granica
między ciszą a wiecznością

 drzewa i las
 nie boją się rychłego końca
 reinkarnują każdej wiosny
czemu więc truchleją tak dobitnie
dlaczego ich drżenie miażdży
 spokój i majestat lasu

wyczuwają moment
gdy jak złodziej w świat żywych 
wkrada się listopad
i starają się przekazać że śmierć
 jest tylko wielkim chłodem 
i że skradzionym iskrom doda energii
nadejście wiosennej odnowy biologicznej

a miłość zawsze utuli życie do snu


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 30 X 19
*** Cytat w tytule postu, J. L. Wiśniewski
* fotografie własne