Wiosny przychodzą do mnie coraz wolniej, mozolniej.
Spóźniają się jak menstruacja, którą niebawem stracę
na rzecz braku talii i jeszcze wyraźniejszej serpentyny
zmarszczek - mapy gestów, uśmiechów, grymasów, min.
A przecież pragnę żyć, rozkwitać jak sakura
przy ulicy Japońskiej Wiśni, o której śniła poetka.
Chcę tańczyć i medytować o wschodzie słońca, uziemiać się
wśród morskich fal, wsłuchiwać się we wrzaski mew,
puszyć jak pawie, wkładać na siebie wdzianka rodem
z teledysków Boney M., śmiać się, wygłupiać i bawić.
Muszę jednak darować sobie białe koronkowe kiecki,
schować je w czeluście szaf, gdyż nie przystają
do poszarzałej, wyblakłej urody i barokowych kształtów.
W krainie botoksu, doczepianych włosów, tatuowanych brwi,
jedwabnych rzęs - mogę osiągnąć erzatz odmłodzenia,
jednak zdecydowanie wolę zapisać na ciele maki,
bawiąc się w sztukę i słodkie kłamstwa.
Niechaj Dziewanna doceni moje starania i wyśle do mnie
spóźnione słowiki z wokalem na miarę Pavarottiego,
żebym mogła śpiewać hity z ptasiego radia,
zamiast odgrywać rzewne nokturny
o nadchodzącej nieuchronnie nocy
pozbawionej pełni

