Translate

poniedziałek, lutego 26, 2024

Trzy dni nauki i radości

 🪻Witajcie!🪻

        Na początku mojego postu pozdrawiam wszystkie blondynki, bo dziś jest Dzień Pozdrawiania Blondynek (także Dzień Dinozaura i - tego dowiedziałam się z postu na blogu Urocznicy - Światowy Dzień Pistacji).

         Już jestem z Wami 🌸🌺 Nie było mnie dość długo na Waszych blogach i na własnym również, ponieważ miałam bardzo dużo pracy i zajęć, a w piątek o czwartej nad ranem wyruszyłam z koleżanką na świetne szkolenie do Gdańska, które bardzo mi się przyda w pracy. 🌹🌼

        Szkolenie odbywało się na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego i prowadziła je specjalistka i twórczyni polskich znaków komunikacji alternatywnej i wspomagającej (AAC) - Makaton, Pani dr Bogusława Beata Kaczmarek, kobieta z ogromną, imponującą wiedzą i wielką pasją.

        Na szkolenie pojechałyśmy za zgodą naszej Pani Dyrektor i mimo bardzo intensywnego kursu pierwszego stopnia oraz tego, że sporo się nauczyłyśmy, mamy nadzieję zrobić kolejne stopnie Makatonu, żeby jak najefektywniej pracować z naszymi dzieciakami - uczniami naszej szkoły.

            Zajęcia na szkoleniu trwały do późna, więc w sobotni wieczór udało mi się uchwycić piękną tzw. Czystą Pełnię Księżyca w znaku Panny nad Gdańskiem, który należy do moich ukochanych miast w Polsce, obok Gdyni, Wrocławia i Krakowa oraz mojego rodzinnego Bolesławca.

    Ponieważ zajęcia skończyły się bardzo późno, postanowiłyśmy z koleżanką Martą zwaną Marcelinką, nie wyruszać w długą podróż do domu po nocy i zostałyśmy w hotelu, zwłaszcza, że coraz więcej osób w Polsce korzysta z usług kolei - PKP - i jeździ pociągami i miałyśmy problem z zakupem biletów na sobotni pociąg. Chyba był to również koniec ostatniego terminu ferii zimowych, bo jechało dużo młodzieży.


            Niedzielny Gdańsk przywitał nas piękną, słoneczną pogodą, udało nam się przez Internet kupić bilety na pociąg do Wrocławia po czwartej popołudniu, więc pochodziłyśmy chwilę po Gdańsku, schowałyśmy bagaże do dworcowej skrytki i zawiozłam koleżankę Szybką Koleją Miejską... oczywiście do Gdyni Orłowa - mojego Miejsca Mocy! I byłam zachwycona, że po miesiącu znowu tam jestem i patrzę w tę przestrzeń jak w najpiękniejszy obraz.

    Morze tego dnia było jasne, czyste i spokojne, zrelaksowałyśmy się - pospacerowałyśmy przed długą podróżą, byłyśmy na molo i pod Klifem - naprawdę była moc! Miałam ochotę zdjąć buty i pochodzić boso, zamoczyć stopy, jednak nie miałyśmy ręcznika i odłożyłam tę przyjemność na bardziej sprzyjające warunki i wyższą temperaturę powietrza.

        Pooddychałyśmy świeżą morską bryzą i trzeba było wrócić do Gdańska, żeby coś zjeść i wyruszyć w prawie siedmiogodzinną podróż do naszego Bolesławca...

        Ogromne wrażenie zrobił na nas wyremontowany (jeszcze nie do końca, ale już dostępny dla podróżnych), zabytkowy gdański dworzec - coś pięknego! Remont trwał dość długo, chyba ze cztery lata, ale efekt jest imponujący!

            Czas spędzony w Gdańsku był niezwykle intensywny i kreatywny, ciekawy, a ja bardzo się cieszyłam, że mogłam znowu tutaj być, bo uwielbiam Trójmiasto i zawsze chętnie tu wracam. 😘

        Na trasie do i z Gdańska widziałam bociany, żurawie, mnóstwo saren i dziki, które wyszły na pola i jak zawsze: mijając Oborniki Śląskie pomyślałam ciepło o naszej blogowej Pani Ogrodowej, a w Inowrocławiu o naszej Jotce - Pani od Biblioteki - zajrzyjcie do nich na blogi, naprawdę warto.

    Do domu wróciłam po północy, zmęczona ale naprawdę szczęśliwa. Mało spałam dzisiejszej nocy, ponieważ zanim się wykąpałam była druga, jednak dałam radę w pracy, bo mam w poniedziałki tylko trzy lekcje. 

        A tymczasem w Bolesławcu kwitną już fiołki, forsycja, prymulki, a przekwitają prześliczne krokusy. I powiem Wam, że tak jak żyję od dziś 54 i pół roku, tak fiołków lutym jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam 👀! Rok Słońca robi więc swoje. 
 

            Jeszcze dostałam piękną zawieszkę w postaci kotka z ametystami - słabe zdjęcie, ale zawieszka pasuje mi do innej mojej biżuterii z tym pięknym fioletowym kamieniem.


        Wreszcie, nareszcie nadchodzi wytęskniona wiosna i życie nabiera nowych, wspaniałych kolorów. Posyłam Wam moc pozdrowień i serdeczności, życząc uśmiechniętego nowego tygodnia! 🌞🌼🌷

środa, lutego 21, 2024

UWAGA KSIĄŻKA, czyli jak pokonać mrok?

    Witajcie! Dzisiaj bardzo krótko o książce, która jakieś cztery lata temu na świecie i dwa lata temu w Polsce, wstrząsnęła czytelnikami, a może w większości czytelniczkami, a która na mnie nie zrobiła większego wrażenia...


        Moja mroczna Vanesso (My Dark Vanessa), Kate Elizabeth Russell, z angielskiego przełożył Robert Sudół, Wydawnictwo OTWARTE, Kraków 2022 - powieść opowiada o dziewczynie, która będąc uczennicą szkoły średniej, wdała się w romans z dużo starszym od siebie nauczycielem angielskiego (czy też literatury) i która w pewien sposób uzależniła swoją samoocenę od tej relacji. 
    Nie oceniam tej powieści, bo nie potrafię, a nie chcę być niesprawiedliwa, jednak genialna ona nie jest na pewno, a jeśli jest - to przepraszam - ale dla nastolatków lub mało wymagających czytelników. Powiem tylko tyle, że mnie ona nie zachwyciła, wręcz ją "wymęczyłam", a nie wyczytałam.         Rozumiem, naprawdę rozumiem, że młoda dziewczyna zakochuje się w inteligentnym, przystojnym nauczycielu, który imponuje jej wiedzą, że wychodzi z relacji opartej głównie na seksie, straumatyzowana, że może być współuzależniona, ale... tych "ale" jest wiele, a niektóre są dla mnie niezrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, że dziewczyna chodzi do elitarnej szkoły i jest inteligentna.
    Czy przeczytacie książkę - wybór należy do Was. Ja bardzo chciałam tę powieść przeczytać, bo została mi polecana przez znajomą polonistkę, kupiłam, czekałam z wielką niecierpliwością aż do mnie dotrze, przeczytałam i tyle. I stoi na półce i raczej nie będę do niej wracać.
    Z książkami i filmami często jest tak, że ich odbiór bardzo mocno zależy od naszego samopoczucia (Frau Be - powiedziałabym: feelingu, gdyby nie Twoje polonistyczne posty!), stanu psychicznego, nastroju i doświadczeń. Być może, czytając tę powieść, nie byłam w najlepszej formie fizycznej i psychicznej, dlatego bardzo chciałabym poznać Wasze zdanie na temat tej książki i będę naprawdę wdzięczna, jeśli się ze mną podzielicie swoimi wrażeniami. Dla mnie, w moim odczuciu ta książka jest zwyczajna i przeciętna, napisana słabo, chociaż podejmuje ważny temat. Nie rozumiem tych wszystkich ohów i ahów przy jej opisach i opiniach o niej.
 

    Podaję też podaję kilka cytatów z powieści i zachęcam do jej przeczytania lub zignorowania, jak chcecie, ponieważ wybór zawsze należy do Was.  
 
*
 
Kiedy się poznaliśmy, ja miałam piętnaście lat, Strane - czterdzieści dwa, prawie idealnie trzydzieści lat różnicy. Tak właśnie wtedy myślałam. Że różnica jest idealna. Lubiłam tę matematykę, trzy razy mój wiek, łatwo wyobrażałam sobie trzy Vanessy wpasowujące się w niego: jedna owinięta wokół jego mózgu, druga wokół serca, trzecia zmieniona w stan ciekły i krążąca w jego żyłach.
Powiedział, że od czasu do czasu, słyszało się w Browick o romansach między nauczycielami i uczennicami, ale on nigdy nie uwikłał się w nic takiego, bo przed poznaniem mnie nie miał podobnych ciągot. Byłam pierwszą uczennicą, która go do tego pchnęła.
 
*
To ja deprawuję, wabię go w pułapkę. Pragę mu powiedzieć, żeby zmądrzał, żeby nie był taki naiwny. 
 
*
Wyobrażam sobie, że otwiera ramiona, przytula mnie. Moje usta centymetry od jego szyi, drży na całym ciele, gdy dotykam go wargami. Pozwoliłby mi. Na wszystko. 
 
*
Czasem wydaje mi się, że tylko o to mi chodzi, gdy kontaktuję się ze Strane'em - żeby go nawiedzać, wciągnąć w przeszłość, poprosić, aby przywołał to, co kiedyś się wydarzyło. Sprawić, bym wreszcie ostatecznie zrozumiała to wszystko. Bo ciągle tkwię w miejscu. Nie mogę ruszyć dalej. 
 
*
Wyrywa dłoń spod mojej spódnicy i jakby był ciałem ciekłym, spływa z krzesła na podłogę. Klęczy przede mną. Kładzie głowę na moich kolanach i mówi: - Zniszczę Cię. 
 

*
    Kate Elisabeth Russell (1984) jest poetką i pisarką amerykańską, posiada doktorat z kreatywnego pisania. Jej debiutancka powieść pt. Moja mroczna Vanesso (2020), która opowiada o romansie uczennicy liceum z nauczycielem literatury, o przemocy psychicznej, uzależnieniu i uwikłaniu, stała się bestsellerem i była nominowana do wielu literackich nagród, czego ja nie rozumiem, a jeśli już to chyba dlatego, że poziom czytelnictwa na świecie stale się obniża, więc i jakość utworów literackich jest, jaka jest, a porównywanie tej książki z "Lolitą" Nabokova wywołuje u mnie pusty śmiech. To, że belfer - pedofil opisywany w książce podsunął swojej ofierze tę powieść, wcale nie znaczy, że czytana przez nas książka jest na poziomie "Lolity", bo niestety, autorce nie udało się wyswobodzić z mroku zarówno swojej bohaterki, jak i własnego, nieco - przepraszam - topornego pisania.
    Bardzo, ale to bardzo ciekawa jestem wierszy autorki, niestety, nie mogę ich nigdzie znaleźć, a naprawdę, w oryginale, chciałabym poczytać...

poniedziałek, lutego 19, 2024

UWAGA SPOILER, czyli obsesyjna manipulacja

 Witajcie! 

        Dawno, naprawdę dawno, żaden film nie rozwałkował na tak cieniutkie niteczki moich uczuć, odczuć i emocji, jak opisywany dzisiaj. Dlatego będzie to krótki i zwięzły i pewnie bardzo chaotyczny post, jednak nie mogłam przejść obok tego filmu obojętnie i nic o nim nie napisać... Ponieważ są filmy, które w nas wchodzą i nie zamierzają wyjść przez bardzo długi czas i to jest niewątpliwie jeden z takich właśnie filmów...

    Potrzebowałam jednak trochę więcej niż całego tygodnia (film obejrzałam w zeszłą sobotę) na przetrawienie, przerobienie w sobie, swoich myślach i emocjach tego filmu oraz tematu, jaki porusza. Bo, jak wiecie, gdy idę do kina, nic nie czytam o filmie, nie oglądam też żadnych videorecenzji, żeby wyrobić sobie własne zdanie, żeby mieć własną ocenę. Na ten poszłam dla odtwórczyń głównych ról kobiecych, bo obie naprawdę lubię i cenię zarówno za urodę, jak i talent aktorski.

    Zacznę jednak od początku, od starego filmu i starej sprawy nagłaśnianej w mediach chyba na całym świecie pod koniec XX i na początku XXI w. 

    Kiedyś, jakieś dwadzieścia lat temu, widziałam fabularny film o kobiecie, która zakochała się w swoim uczniu, będąc mężatką z czwórką dzieci, inspirowany prawdziwą, osobliwą historią. Film ten był emitowany bardzo późną nocą, pewnie ze względu na tematykę. Nosił tytuł  "Amerykańska Dziewczyna (All-American Girl: The Mary Kay Letourneau Story)", premierę miał w 2000 roku, a rolę tytułową zagrała mało znana teraz aktorka, choć wówczas dość popularna, Penelope Ann Miller. Film zrobił na mnie dziwne wrażenie, był przesłodzony i zrealizowany w stylu soap opery, bronił bohaterki, na którą wtedy trwała zbiórka pieniędzy, aby wyszła z więzienia, w którym siedziała za gwałt na nieletnim. Napisałam jednak spontaniczną opinię na stronie tego filmu na Filmwebie (wówczas miałam na Filmwebie blog i dodawałam wiele ciekawostek, głównie o aktorach i pisarzach):

I pewnie byłam bardzo wzburzona, bo zrobiłam literówki, pisząc 17 lat temu: Ten film był gorszy od najgorszego horroru. Możecie mówić, co chcecie, ale nie potrafię zrozumieć dojrzałej kobiety, która wdaje się w romans z dzieckiem i jeszcze rodzi mu dziecko! To jakaś paranoja.

 Teraz patrzę na to inaczej, nie oceniam, jednak wtedy sama byłam młodą nauczycielką i nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym się znaleźć w podobnej sytuacji. Teraz chyba też nie bardzo mogę to sobie wyobrazić, ale cóż, życie nas zmienia, z wiekiem nabieramy dystansu i stajemy się bardziej tolerancyjni na złożoność tego świata...

    Film, który dzisiaj omawiam jest luźno oparty na biografii zmarłej na raka jelita w 2020 roku, w wieku 58 lat, Mary Kay, nosi oryginalny, bardzo trafny i nieco metaforyczny tytuł "May December" (polski tytuł, jak to niestety, często u nas bywa,  jest fatalny i ma się nijak do tego, co widzimy na ekranie). Dzieło to ma świetną, bezbłędną a nawet mistrzowską obsadę, która jest jego ogromnym atutem, ale mamy tu również niezłą, nieco wnerwiającą momentami, zagęszczającą klimat muzykę, bardzo dobre zdjęcia i przede wszystkim świetny scenariusz oraz reżyserię na najwyższym poziomie. Rzekłabym - reżyserię wyważoną i bardzo taktowną.

    Obsesja (May December), reż. Todd Haynes, scenariusz Samy Burch na podstawie opowiadania Burch i Alexa Mechanika USA 2023 - do tej pory obraz zdobył 12 nagród filmowych i 47 nominacji i wcale się nie dziwię, bo jest tego wart i myślę, że tych nagród jeszcze trochę zdobędzie. Został też kupiony (nie wyprodukowany, ale zakupiony właśnie) przez platformę Netflix, jednak ja się cieszę, że mogłam obejrzeć go w kinie i na pewno obejrzę drugi raz na Netflixie, to wiem już teraz.

    Film opowiada historię kilku miesięcy z życia pięknej i ambitnej aktorki kina niezależnego, która ma zagrać kobietę będącą w szczęśliwym związku małżeńskim z dużo młodszym od siebie mężczyzną. Związku owianym pewną dozą tajemnicy i tabloidowego skandalu. Aktorka chce być w swojej roli wiarygodna, pracuje starą Metodą Stanisławskiego i udaje się do małego miasteczka w celu poznania kobiety, w którą ma się wcielić. Poznaje Gracie, jej byłego i obecnego męża, dzieci z pierwszego i drugiego małżeństwa i zostaje wciągnięta w swoistą grę pozorów, w której wszyscy udają, coś ukrywają.

    Ten film mógłby być świetną sztuką teatralną, w której aktorzy grają emocjami, a napięcie między nimi jest tak wielkie, że czujemy to przez cały seans. Ogromna w tym zasługa wspaniałych aktorek: Natalie Portman w roli aktorki o imieniu Elizabeth i Julianne Moore w roli Gracie. Dużo młodszego męża Gracie wspaniale zagrał młody aktor Charles Melton (mam nadzieję, że po tym filmie kariera tego bardzo zdolnego chłopaka rozkręci się) i to jego kreacja najbardziej mnie uwiodła, zachwyciła, chociaż kobiecy duet Portman - Moore również był niesamowity, elektryzujący.

    Nie chcę dużo pisać, zdradzać fabuły, ale powiem tyle, że jeśli coś w tym filmie było naprawdę obsesyjne, to przede wszystkim dwie rzeczy: wchodzenie w rolę, jaką miała zagrać aktorka Elizabeth, jej czasem nietaktowne czy też wręcz nachalne drążenie tematu oraz "wielka, szczera miłość", jaką darzyła swojego młodszego męża Gracie.

 Sceny, w których naprawdę dojrzała, dobiegająca sześćdziesiątki kobieta, udaje przy tak dużo młodszym mężu zrozpaczoną, rozpieszczoną księżniczkę, malutką, zagubioną, sepleniącą dziewczynkę wymagającą wsparcia i notorycznej opieki, wbijały mnie w fotel. Zresztą Gracie jest niesamowicie dychotomiczna, bo będąc bardzo pozytywną i lolitkowatą, drobną osóbką z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem, jednocześnie chodzi po lesie ze strzelbą i poluje i naprawdę nie wiemy do końca czy tylko i wyłącznie na przepiórki, które serwuje na kolację (jej mąż w tym czasie ratuje motyle i to też jest piękna metafora) czy może też na inne... istoty. 

    Film jest po prostu gęsty od emocji, które wciąż narastają, są jak bagno, które wciąga, trzyma, nie chce puścić, zasysa i dusi. Czujemy też jakby oplatał nas trujący bluszcz.

    Dużym atutem filmu jest też scenariusz, który nie ocenia bohaterów, jednak my, po ich zachowaniu, wiemy, albo przynajmniej domyślamy się, co naprawdę czują. 

    Moja ocena filmu 8+/ 10 - za emocje, jakich mi dostarczył, za mnóstwo refleksji, za to, że był nieoczywisty, że wciąż o nim myślę, szukam odpowiedzi na wiele pytań, jakie we mnie zostały po seansie (m.in. takie, czy tylko bohaterowie filmu manipulowali sobą nawzajem czy też może my, jako widzowie, w pewnym sensie też jesteśmy poddani manipulacji). 

    O Mary Kay, która była inspiracją dla twórców i powodem zrealizowania filmu, możecie znaleźć w Internecie naprawdę dużo informacji. Nie mnie ją oceniać. Ja mogę tylko napisać kilka zdań o filmach, które inspirowały się historią tej kobiety. 

    Jeśli ktoś widział film lub jakieś wywiady z bohaterką filmu, niech podzieli się ze mną swoimi wrażeniami. Bardzo bym chciała poznać Wasze zdanie, naprawdę ciekawi mnie co o tym myślicie. Jedno z moich spostrzeżeń jest takie, że Natalie Portman debiutowała w "Leonie Zawodowcu" jako trzynastolatka (zdjęcia kręcono rok wcześniej) a w filmie czuć erotyzm między jej bohaterką i dużo starszym Leonem granym przez Jeana Reno... Przypadek? Może tak, a może aktorka też leczy jakieś swoje traumy? Ostatecznie kto z nas ich nie ma - that is the question!

sobota, lutego 17, 2024

Piżamkowy zawrót głowy

Witajcie! 

        Na wstępie tego postu z serca dziękuję za wszystkie komentarze i za to, że tu jesteście. Dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna. Dziękuję za każdy zostawiony komentarz, za obecność i cierpliwość! Bardzo miło jest mi gościć tylu wspaniałych Bloggerów. Zwłaszcza, że jest kilka osób, które są tutaj już naprawdę długo i to jest dla mnie wielka wartość. ♥️🌺

Jednak jeśli nie jest Ci po drodze ze mną, moimi postami i poglądami, to mi to napisz - zrozumiem, uszanuję i oboje nie będziemy tracić czasu. Lubię jasne, klarowne sytuacje, nie chcę też nikomu narzucać się ze swoją obecnością na jego blogu, jeśli sobie tego nie życzy. Bardzo lubię posty z przepisami, kosmetykami, modą, a sama raczej rzadko o tym piszę, tym milej mi się je czyta u innych, jednak jeśli ktoś nie lubi moich nawiedzonych wpisów, rozumiem. 

Dlatego wystarczy mi napisać i więcej nie przyjdę i nie skomentuję, ponieważ nie chcę, nie zamierzam i nie mam najmniejszej nawet ochoty czuć się i być jak nieproszona wróżka z baśni o "Śpiącej Królewnie", gdyż, jak napisał Mark Twain:

"A jednak lepiej być samotną, niż niemile widzianą".

       Na tym blogu długo nie miałam żadnych czytelników, potem byli różni ludzie,na dłużej i sporadycznie, niektórzy już nie piszą, nie dodają nowych postów na swoich blogach, inni, niestety już nie żyją, jeszcze inni bez słowa przestali odwiedzać mój blog. Dlatego naprawdę nie musicie do mnie przychodzić, jeśli nie chcecie. Bo największą przykrość mi sprawia, gdy zostawiam bez odzewu kilka komentarzy, albo kiedy ktoś mnie obserwuje i nagle przestaje (dlatego wyrzuciłam ten gadżet w kosmos) - a wystarczyło być szczerym i powiedzieć: nie pisz, bo i ja nie odpiszę. Proste i chyba bardziej eleganckie? Zwłaszcza, że naprawdę czytam to, co piszecie. Tyle w temacie. Natomiast niezmiennie i nieustannie jestem wdzięczna za każdy komentarz.


    Wyjęłam dzisiaj największy kryształ górski, jaki mam i zapaliłam świeczkę w krysztale otoczonym różnymi kamieniami i minerałami, aby się trochę wzmocnić energetycznie (można się śmiać, ja w to wierzę).

  Dopadło mnie jakieś dziwne przeziębienie i trzyma od wtorku i jest coraz gorzej, jestem pociągająca inaczej, kicham i mam gorączkę, więc postanowiłam dzisiaj nie tylko zostać w domu, ale także w łóżku i spędzić weekend w piżamce, odpocząć, zregenerować siły po intensywnym tygodniu.

            Wiosna powoli się budzi, zachwycają mnie poranne zorze i dłuższe, cieplejsze dni: wczoraj było prawie 18 stopni na plusie; ranniki, prymulki, przebiśniegi i krokusy kwitną w najlepsze, a ja oprócz kataru i chrypki, mam zawroty głowy, która na dodatek prawie non stop mnie boli, a ponieważ nie lubię tabletek - piję dużo wody i czasem na chwilę przechodzi.

    Mam w tej mojej bolącej głowie co najmniej dwa posty: jeden o bardzo emocjonalnym filmie, który obejrzałam w sobotę w kinie, w którym zmarzłam strasznie i pewnie stąd moje przeziębienie, drugi o zodiakalnych Rybach, ostatnim znaku Zodiaku. 

    Chodzą mi też po myślach, czy wręcz maszerują i tupią dwa wiersze, ale jakoś nie mogę się zebrać, żeby je napisać, bo takie posty i pisanie wierszy wymaga jasnego umysłu i dobrego oddechu, a ja pisząc teraz do was, ledwo oddycham przez ten okropny katar. 

    Tak więc: dzisiaj mam w planie domowe ciepełko, książkę, dobrą herbatkę, może jakiś film na Canal + czy Netflixie, może posty na Waszych blogach, o ile uda mi się skupić na tym, co czytam lub oglądam. Z tak niefajną rzeczą, jak katar jest ciężko, bo on sprawia, że skupiamy się głównie na nim, że ciężko jest się zebrać, aby zrobić coś więcej, niż leżenie w łóżku z laptopem na kolanach lub na specjalnym stoliczku.

    Życzę Wam zdrowia i pięknego weekendu i serdecznie pozdrawiam z pościeli, w której się wygrzewam w towarzystwie moich zwierzaczków. które niezmiennie i nieustannie mi towarzyszą, tulą się i zachowują się tak, jakby chciały mnie pocieszyć, powiedzieć mi, że wszystko się kończy, nic nie trwa wiecznie i ta niedyspozycja jest chwilowa, minie i nawet nie będę o niej pamiętać.

    Trzymajcie się zatem zdrowo i ciepło i nie dajcie się przeziębieniom, grypom, anginom czy innym okropnym wirusom, ponieważ nic miłego nie wnoszą do naszego życia, prócz katarów i innych niedyspozycji. Lepiej spędzić ten weekend w kinie, na spacerze czy w lesie, niż siedzieć w domu i chorować. 

    PS 

    Właśnie sobie przypomniałam, że dzisiaj jest Światowy Dzień Kota, a moja trzynastoletnia Balbina wciąż jest młoda i piękna i kocha się kłaść na moje laptopy, tablety, książki oraz wyprasowane na drugi dzień do pracy ubrania, zwłaszcza czarne. :) A kot mojej córki, Bazyl zwany też Bazgrołem, lubi z nią gadać i się miziać, ze mną zresztą też. Generalnie koty to cudowne zwierzęta, bardzo czyste, charakterne i mądre. Uwielbiam je (ale kuwet bardzo nie lubię sprzątać i już). Więcej o kotach napisałam TUTAJ.

                     Ale! Mój piesek to shih tzu, a nazwa ta znaczy lwi pies ze względu na piękną grzywę, jaką mają te psiaki, więc to jest też jego dzień, zwłaszcza, że często je kocie jedzenie i zachowuje się jak rasowy, charakterny, bardzo uparty kociak!


                      
Uściski i serdeczności oraz pozdrowienia z pościeli!

środa, lutego 14, 2024

UWAGA SPOILER, czyli miej w sobie światło

 Witajcie! 

Właśnie wróciłam z kina, w którym byłam z moją klasą, więc dzisiaj krótko, zwięźle i na temat...

Cudowny chłopak. Biały ptak (White Bird a Wonder Story), reż. Marc Forster, USA 2023 (film oparty na powieści R. J. Palacio) czyli jak wspaniale jest mieć babcię - artystkę (w tej roli zawsze boska Helen Mirren), która - jak sama podkreśla - dla jego dobra, opowie historię swojego niełatwego życia zbuntowanemu, trudnemu licealiście, którego wyrzucono z ekskluzywnej szkoły za przemoc, za nękanie nieco inaczej wyglądającego kolegi. 

Film dla całej rodziny, ale ze starszymi dziećmi, opowiada historię przyjaźni żydowskiej, nieco rozpieszczonej dziewczynki (cudna aktorsko i śliczna Ariella Glaser), której w czasie okupacji Francji pomaga wyśmiewany i gnębiony w szkole chłopak - kaleka, ofiara polio (rewelacyjny Orlando Schwerdt) i jego cudowni rodzice (w roli mamy urocza i wciąż piękna Gillian Anderson).

Film jest kontynuacją "Cudownego chłopaka" z 2017 roku, ale porusza zupełnie inne tematy, jednak Bryce Geyshar, starszy o kilka lat klasowy gnębiciel, gra tutaj tę samą postać Juliana (dlaczego nosi to imię, dowiadujemy się w trakcie seansu). 

Bardzo podobało mi się to, że pomimo wielu słodkich lub wręcz przesłodzonym momentów, reżyser pokazał młodemu widzowi, że świat bywa naprawdę okrutny i nieczuły na nasze potrzeby, ale może być lepszy, gdy pomagamy sobie nawzajem, gdy mamy w sobie odwagę i światło, kiedy nie idziemy z tłumem tylko za głosem własnej intuicji i serca, a pewni ludzie, choć już dawno odeszli, pozostają w naszej pamięci przez całe życie, zaś pierwsza miłość to jedno z najważniejszych naszych życiowych doświadczeń. 

I jeszcze cytaty z filmu: mądre, prawdziwe, ważne ‼️ 

"W mrocznych czasach drobne rzeczy przypominają nam o naszym człowieczeństwie". 

"Z czasem zapominamy wiele rzeczy, ale nigdy nie zapominamy dobroci ani miłości - one już będą z nami zawsze".

Moja ocena filmu 7/10 - za piękne aktorki, wspaniałą aktorską młodzież (bardzo dobrze wypadł też John Bubniak w roli czarnego charakteru, warto zwrócić na chłopaka uwagę, bo może stać się gwiazdą kina), las magicznych hiacyntów i pięknych wilków, wspaniałe zdjęcia kręcone w Czechach i za to, że po prostu się wzruszyłam i popłakałam, zwłaszcza, że dosłownie kilka dni temu opowiadałam moim chłopcom klasowym, w jakich wspaniałych czasach żyjemy, że mamy wszystko, czego potrzebujemy, bo nie ma wojny i jedyne czego nam czasem brakuje, to ludzka życzliwość i dobro, wzajemna pomoc i wsparcie.

Wolałabym obejrzeć ten film bez polskiego dubbingu (z całym szacunkiem do Pani Grażyny Barszczewskiej w roli babci i Pana Macieja Gudowskiego - narratora), ale przecież nie wszystko można mieć. 

Nota bene: dobrych i pięknych Walentynek życzę wszystkim, którzy do mnie zaglądają, uściski!

niedziela, lutego 11, 2024

UWAGA KSIĄŻKA, czyli z kobiecością na ty

             Witajcie, właśnie przeczytałam książkę i chcę się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na jej temat. Jeśli macie ochotę, wejdźcie ze mną w świat niesamowitej kobiecości.

        Złe Kobiety (Malas Mujeres), Maria Hesse, z hiszpańskiego przełożyła Katarzyna Sosnowska, Wydawnictwo Debit, Młody Book, Katowice 2023 - to już piąta pozycja w dorobku artystycznym hiszpańskiej ilustratorki, pisarki Marii Hesse, trzecia po biografiach Fridy Kahlo i Marilyn Monroe książka tej autorki, jaką przeczytałam, chociaż w moim odczuciu jej książki są kierowane bardziej do młodzieży, niż do starszego, wyrobionego czytelnika, konesera dobrej, wnikliwej literatury.

            Maria Hesse urodziła się w 1982 roku w i od dziecka rysowała. Ukończyła pedagogikę specjalną i zaczęła profesjonalną karierę ilustratorki książek. Współpracowała z wieloma wydawnictwami, czasopismami i markami komercyjnymi, wystawiając swoje dzieła w wielu miejscach. Jej pierwszy ilustrowanym tom - album pt. Frida Kahlo. Biografia, stał się światowym fenomenem, przetłumaczonym na piętnaście języków i nagrodzonym przez Narodową Fundację Książki Dziecięcej i Młodzieżowej w Brazylii. W 2021 roku Hesse została nagrodzona Cosmopolitan Influencer Award w kategorii Sztuka.

            Złe Kobiety to pozycja przedstawiająca szeroki obraz postrzegania kobiet i kobiecości od mitów i legend, od starożytności i średniowiecza (filozofowie i ojcowie kościoła) i przez kolejne epoki aż po dzień dzisiejszy: pop kulturę, sztukę, literaturę, piosenkę, film. 

Od pradawnych, starożytnych bogiń, biblijnych postaci kobiecych, czasem okrutnych baśni, legend i mitów przez zgilotynowaną Olympe de Gouges walczącą o prawa kobiet, po współczesne bohaterki seksualnych skandali, powieści, komiksów, filmów i seriali.

            Nie chcę się wgłębiać w treść, ponieważ, jak to u tej Autorki, wszystko napisane jest bardzo przystępnym, prostym językiem, mało wysmakowanym można by rzec. Wszystko też jest wymiksowane, miszmaszowe i nieco chaotyczne, zawiera też wątki biograficzne Autorki wtrącane gdzie się da (czyli nie ma jednego rozdziału pt. Moje życie i doświadczenia, ale w poszczególnych rozdziałach Hesse pisze o sobie, gdy jej biografia pasuje do kontekstu). 

Moim zdaniem, Autorka nie uniknęła też błędów (postać Lilith) i spłyceń podejmowanych tematów, jednak jest to pozycja warta przeczytania, zwłaszcza, że przeczytać ją można w jeden wieczór.Temat jest ważny dla nas, kobiet ale też dla naszych mężczyzn i im więcej i im częściej się o tym mówi, tym lepiej!

 Mnie w książkach Hesse zachwycają i urzekają przede wszystkim i nade wszystko ilustracje, a tutaj, w tej książce jest dużo maków, więc zakochałam się w nich od pierwszego, pobieżnego przejrzenia tej pozycji. Uwielbiam posty (zdjęcia i filmy) Marii Hesse na Instagramie, w których pokazuje jak powstają jej piękne ilustracje, jak - krok po kroku je tworzy i maluje - cudo!

        Moja ocena książki 5/10 - przede wszystkim za cudne ilustracje i wspieranie kobiet. W ogóle książka Hesse jest przepięknie wydana, ma twardą oprawę i wyraźną czcionkę, dobre światło między wierszami. 

Myślę, ze jest to jedna z takich książek, którą jedni czytelnicy będą zachwyceni i powaleni na kolana, a inni powiedzą, że to spłycony gniot, jednak mało kto pozostanie obojętny. Mam też nadzieję, że będą ją czytać również panowie.

        Na koniec cytat z książki, który wydaje mi się na tyle ważny, że warto go było przepisać i puścić w świat, żeby dać Wam obraz całości dzieła Marii Hesse:

            "Nasze dzieło nadal nosi ciążące mu określenie "kobiece", ponieważ przez wieki, od czasu pierwszych mitów, to narracja mężczyzn była uniwersalna - ta męska wizja, która mówiła nam, jakie powinnyśmy być.

        Z drugiej strony, nic dziwnego, że gdy otwierałyśmy książkę lub oglądałyśmy film, bardziej utożsamiałyśmy się z bohaterem, nawet jeśli był mężczyzną, niż z tą drugoplanową kobietą, która go wspierała w wysiłkach. Czegoś nam jednak brakowało - ten facet mierzył się przecież ze światem w sposób tak odmienny od tego, który na co dzień same smakowałyśmy. Nie natykał się na te same przeszkody, nie wymagano od niego tego, czego wymaga się od nas, i oczywiście na więcej mu pozwalano.

        Ale jakiś czas temu otworzyła się szczelina, przez którą wciska się światło innej narracji, takiej, która utwierdza nas w przekonaniu, że nie musimy być takie jak oni, nie musimy być takie, jakimi oni nas przedstawiali. Że nie ma jednego sposobu na "bycie kobietą" i z pewnym wysiłkiem, o ile tylko się zbuntujemy, poszerzymy tę szczelinę, zamażemy ten obraz, który stał się naszą karykaturą. Obraz "złych kobiet" zaludniający mity, przybierających postać gorgon, mściwych bogiń i problematycznych Helen. Obraz charakterystyczny dla religii katolickiej, na którym Ewa jest winna wszystkiemu, a my mamy być czyste i dziewicze, posłuszne, niesplamione - albo okażemy się satanistycznymi czarownicami.

         Zmieniamy oblicze tych opowieści o biernych księżniczkach i okrutnych macochach, złych matkach i kobietach fatalnych, zamkniętych na strychu wariatkach i ich idealnych następczyniach.

        Pozwalamy, żeby rzeczywistość kobiecego świata nas ogarnęła. Jest ona znacznie obszerniejsza niż to, do czego chciano nas zredukować. 

        Żądamy różnorodnych bohaterów, chcemy, by nas wysłuchano i pozwolono tworzyć własne historie, nasze życie, żebyśmy mogły uczestniczyć na równych zasadach w świecie, w którym żyjemy. A jeśli te historie łamią stereotypy, jeśli powodują dyskomfort, niech tak będzie, bo nie mamy zamiaru dać się zamknąć w wieży - nadeszła pora słuchania, mówienia i zajmowania przestrzeni, z których nas wyrzucono".

            PS Jak widać na załączonym poniżej obrazku, mojej kici, Balbinie, która jest nie tylko kocią kobietą, ale wręcz damulką i hrabianką, też spodobała się ta książka!

sobota, lutego 10, 2024

UWAGA SPOILER, czyli niezwykle osobliwe trio

             Witajcie!

            Zapraszam Was dzisiaj do przeczytania kilku słów o filmie, który wreszcie wczoraj udało mi się obejrzeć. Filmie, na który czekałam i który - mówię to już teraz - jest naprawdę godny polecenia i obejrzenia.

            Przesilenie zimowe (The Holdovers), reż. Alexander Payne, USA 2023 - na ten moment film zdobył już dwa Złote Globy, ma 27 zdobytych innych nagród filmowych oraz ważnych pięć nominacji do Oscarów i siedem nominacji do brytyjskiego Oscara - Nagrody BAFTA. Zobaczymy, jakie zdobędzie nagrody, czy Paul Giamatti wreszcie dostanie Oscara (chociaż konkurencja jest w tym roku ogromna), a tymczasem chcę powiedzieć co czułam oglądając to dzieło. Moim zdaniem jest to jeden z trzech najlepszych filmów - obok oscarowych "Bezdroży" i "Spadkobierców"- Alexandra Payne'a - reżysera - gawędziarza, często opowiadającego proste historie.

            Otóż przez cały seans czułam się świetnie, czułam, że wreszcie oglądam dzieło w starym, klasycznym, dobrym stylu, że scenarzysta ma ogromny szacunek do widza i nie kpi z jego inteligencji, reżyser pięknie prowadzi świetnie przygotowanych do swoich ról aktorów, spece od scenografii i kostiumów też stanęli na wysokości zadania, muzyka jest piękna a montaż w tym obrazie to bajka z najwyższej półki (ostatnio pisałam o poszatkowanym montażu "Akademii Pana Kleksa" - tutaj jest prima sort). 

        Film opowiada historię dwóch tygodni z życia pewnego zgorzkniałego belfra elitarnej szkoły dla chłopców, który zostaje wkręcony w opiekę nad uczniami z różnych względów zmuszonymi do zostania w kampusie podczas dwutygodniowych ferii świątecznych. Jest rok 1970 i trwa wojna w Wietnamie, ale szkoła ma swoją własną rzeczywistość. Uczniowie pochodzą z bardzo bogatych i wpływowych rodzin, wielu z nich idzie później na elitarne studia, zostaje politykami, zajmuje ważne stanowiska w firmach, co często wypomina im ich nauczyciel. 

            Belfer jest samotny, zafiksowany na swoją pracę, siedzi w "Rozmyślaniach" Marka Aureliusza i medytuje je oraz narzuca ich lekturę otoczeniu, gnębi uczniów historią starożytną i rzucanymi jak z rękawa łacińskimi sentencjami. Kolega, którego kolej wypada w tym roku do opieki, wykręca się chorobą mamusi i tak oto Paul zostaje w nieogrzanej szkole z grupą pięciu osamotnionych dzieciaków i kucharką i na początku zachowuje się tak, jakby nie było żadnych ferii: nadal gnębi dzieciaki wykładami, nauką własną, sprzątaniem biblioteki i ćwiczeniami na mrozie (choć sam unika ćwiczeń i dbania o ciało) - po prostu nie wychodzi z roli wrednego, upierdliwego, nudnego i nielubianego nauczyciela zafiksowanego na swój - we własnym mniemaniu - najważniejszy przedmiot nauczania.

            Sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy czwórka uczniów tuż przed świętami, zostaje jednak zabrana do domów, a w szkole zostaje jeden zbuntowany chłopak, który wcześniej był wyrzucany z innych placówek, który jest niepokorny, bezczelnie dyskutuje z Paulem i trochę mu się stawia. Uczeń nazywa się Angus Tully, jego matka w lipcu wyszła drugi raz za mąż i właśnie pojechała w podróż poślubną. Zawiedziony i rozżalony chłopak zostaje więc z Paulem, kucharką (i sporadycznie także z woźnym) na święta, co wcale mu się nie podoba, bo komu by się podobała taka sytuacja?

        I w tym momencie skończę spoilerować. Opowiem tylko zwięzłą, krótką historię postaci. Bo tak naprawdę jest to przełomowy moment całego filmu, opowiadana od tej chwili historia - choć wydaje się czy raczej staje bardziej stateczna - tak naprawdę rozkręca się, głównie za sprawą rewelacyjnej gry aktorów, którzy tworzą naprawdę udane, osobliwe trio aktorskiego majstersztyku. Trio samotnych ludzi, których życie zatrzymuje się po to, aby się oczyścić, odmienić, zresetować.

            W roli Paula - nauczyciela wystąpił świetny charakterystyczny aktor, którego karierę śledzę od lat, bo jak wiecie mam oko do takich aktorskich zwierzaków, a Giamatti niewątpliwie do nich należy. Facet jest naprawdę mało wyględny, ale jak pojawia się na ekranie, to nawet w epizodach daje z siebie wszystko i zawsze ma się jego role w pamięci. Ten urodzony w 1967 roku artysta, zagrał już u Payne'a w oscarowych "Bezdrożach" (2004), stworzył wiele ciekawych kreacji m.in. w "Iluzjoniście" (2006), "Idach Marcowych" (2011) czy "Życiu prywatnym" (2018), tutaj jednak daje popis gry na najwyższym poziomie. Jest tak zaniedbany, brzydki, że aż piękny, żongluje emocjami, ale nie przesadza, jest prawdziwy i szczery i świetnie ukazuje przemianę z bezwzględnego, bezdusznego gościa w średnim wieku, w empatycznego, wyczulonego na potrzeby dzieciaka, w którym widzi wielki potencjał, doświadczonego, mądrego nauczyciela (jak również bardzo doświadczonego przez niełatwe, samotne życie człowieka), który finalnie postępuje zgodnie ze stoickimi "Rozmyślaniami" swojego starożytnego idola. Genialna rola!

            Nie wiem, czy Giamatti zdobędzie Oscara (na którego niewątpliwie zasługuje), czy dostanie go Cillian Murphy za równie wielką rolę w "Oppenheimerze", ale niewątpliwie ta rola umocni jego pozycję jako niezwykle utalentowanego aktora. Bo Giamatti jest takim właśnie aktorem (przywołuje mi czasem na myśl swojego rówieśnika, niestety, nieżyjącego już Philipa Seymoura Hoffmana, który miał podobne warunki i równie wielki talent): empatycznym, charakterystycznym, intuicyjnym i świetnym po prostu.


        Kolejną dobrą rolę w tym filmie wykreowała Da'Vine Joy Randolph, urodzona w 1986 roku aktorka amerykańska, mająca już swoim koncie kilka nagród aktorskich i nominowana za swoją rolę do Oscara. 

        Randolph gra tutaj kobietę o imieniu Mary - szkolną kucharkę, siostrę ciężarnej kobiety, zamkniętą w sobie samotną kobietę i matkę, która przeżyła wielką traumę, tracąc jedynego syna - absolwenta szkoły, w której pracuje, na wojnie w Wietnamie. Gra subtelnie, z klasą i wyczuciem chwili. Jest prawdziwa, współczujemy jej, utożsamiamy się z jej bólem. I mimo tego bólu, to ona robi tu za "dobrego ducha świąt".  Jest też w moim odczuciu niezwykle piękna i bardzo kobieca.

           Gdyby miała powstać nowa wersja klasycznego "Przeminęło z Wiatrem" - widzę ją w roli energicznej niani Scarlett - Mammy. A w "Przesileniu zimowym" stworzyła naprawdę dobrą kreację i nie ustępowała aktorsko Giamattiemu w wielu scenach pokazując niezły, aktorski pazur i temperament.

        Największym odkryciem filmu okazał się charyzmatyczny debiutant, urodzony w 2002 roku amerykański aktor, Dominic Sessa,  luareat nagrody Critics' Choice za kreację stworzoną w filmie Payne'a. Niesamowity debiut, niesamowity chłopak, choć może ciut za stary na rolę, którą odgrywa, ale my jako widzowie naprawdę mu wierzymy. Po prostu świetna, oscarowa rola na dzień dobry mimo, że nominacji nie dostał.  Scena z ojcem, którego odwiedza Angus, kreowany przez Sessę bohater, po prostu wbiła mnie w fotel (i skojarzyła się mimowolnie z klasycznym "Lotem nad Kukułczym Gniazdem" Formana). Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję niejeden raz zobaczyć go na ekranie i że będą to równie świetne role.

            Film oceniam na 8/10 - warto go zobaczyć w kinie, choć zapewne przed świętami lub nawet wcześniej, zagości na jakiejś filmowej platformie. Kino ma jednak swoją moc, a to jeden z tych filmów, które nie tylko nawiązują do starego stylu, ale są zrobione w jego konwencji, co nadaje temu filmowi klimat starych, dobrych dzieł, sprawia, że przenosimy się w czasy odległe, ale piękne, bo jak mówi Paul - profesor: "Historii uczy się po to, aby zrozumieć dzisiejszą rzeczywistość" i ten film można obejrzeć również po to, aby zobaczyć w nim siebie i ludzi, którzy nas otaczają, mają swoje historie, są, jacy są - właśnie przez te przeżyte kiedyś zdarzenia, w zwłaszcza przez dzieciństwo mające na nas ogromny wpływ.

            Dobre, naprawdę ciekawe i przykuwające uwagę role w tym filmie stworzyli również: Carrie Preston w roli sekretarki szkoły w przerwie świątecznej dorabiającej jako kelnerka i Naheem Garcia jako sympatyczny woźny.

             W tym filmie jest wszystko: świetny scenariusz, dobrze przedstawione postaci, ich profil psychologiczny, historie i przemiana, jaka w nich zachodzi pod wpływem wydarzeń. Są też odczarowane tudzież magiczne w nieco inny sposób, oryginalne święta. To bardzo ciepły obraz opowiadający dość gorzką historię, który skłania do refleksji, zadumy i uśmiechu, wzrusza, inspiruje. Jest tu coś osobliwie oryginalnego i bardzo ludzkiego, coś, co sprawia, że nie chce się nam wychodzić z kina mimo, że film trwa ponad dwie godziny i jest dość przewidywalny, ale cudnie zagrany. 

        Dla mnie jest to jeden z lepszych filmów z belframi w roli wiodącej (obok kultowego "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", "Buntownika z wyboru", "Dzieci Gorszego Boga", "Uśmiechu Mona Lisy" i paru innych) i pięknie opowiedziana historia samotności w tłumie oraz stopniowego otwierania się na potrzeby drugiego człowieka, oswajania zarówno ich, jak i własnych demonów. Naprawdę szczerze Wam go polecam!


Do miłego, następnego postu, wszelkiego dobra dla wszystkich, którzy do mnie zaglądają! Wybaczcie, że mało mnie teraz w internecie, ale naprawdę mam dużo pracy i mało czasu. Uściski! JoAnna.