Translate

wtorek, czerwca 11, 2013

"Wistość tych rzeczy jest nie z świata tego..." ***


poza tym


srebrnymi igiełkami ulatujących wspomnień
nawleczemy swoje przemęczone dusze
na pajęczynę zagmatwanej w sobie nieskończoności
i odpłyniemy z zimnym półoddechem wiatru
w podziurawioną szlistymi łzami czasoprzestrzeń

pozaszywamy krwawiące rany
z premedytacją zadane nam przez życie

feerią przejaskrawionych barw wyhaftujemy
nową bajeczną pseudorzeczywistość

i rozkosznie szczęśliwi
roztopimy się bezszelestnie
w bezcielesnym nieistnieniu

w kruchej znikomości
muskani nieczule
pulsującą naszymi myślami
wiecznością

zaczniemy
naprawdę być


/Bolesławiec, 19 X 2011, p.l.r., na lekcji plastyki w mojej klasie, no tak, nie powinnam była, ale "czasami człowiek musi, inaczej się udusi", JoAnna Idzikowska-Kęsik /


*** Witkacy 
**** obrazki z netu 




poniedziałek, czerwca 10, 2013

"Smutno mi, bo te rymy zostały napisane w mniej niż pół godziny..." ***

***

jestem

dobrem pachnącym jaśminem
jaśniejącym jutrzenki
promieniem

jestem
 bladą poświatą bursztynu
ametystu
pulsującym drżeniem

twym natchnieniem i olśnieniem
jestem
niegasnącym nawet
w środku nocy

jestem
słowem i najczulszym gestem


choć opadły mi ręce

z niemocy


/B-c, 10 VI 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/


*** Verba: Smutno mi... ;-))
**** obrazki z netu

sobota, czerwca 08, 2013

"Jak na deszczu łza, cały ten świat nie znaczy nic." ***


deszcz


twierdzisz że deszcz nie pieści obojętnie
że nie jest mu wszystko jedno
czy muska nas ciepłem czy smaga chłodem

deszcz  jest dla mnie metaforą
wznoszenia się w baśnie ekstazy
tak samo jak zapadania
w najgłębsze thrillery depresji

 kocham go bez wzajemności

ba
 jestem nawet jego kroplą najmniejszą
lubię jak wchłania się we mnie
jak gasi wulkany emocji


 ta relacja istnieje na poziomie duchowym

kiedy wpływa w czeluście duszy
czuję bezbrzeżną miłość wszechświata

na poziomie fizycznym

gdy wbija się sadystycznie w bezbronne  ciało
wiem że przeminę z tym deszczem

 zmienię się w obłok smutny szary
i samotny


jak bezużyteczny  połamany parasol



/B-c, 8 VI 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/





***Maciej Balcar
**** gify z netu

piątek, czerwca 07, 2013

"Przychyl swoją bladą twarz, pocałunku lodem sparz..." ***



wamp


otworzę dla ciebie okna róż
lawendowych
żeby nie było standardowo i nudno

odkryję blaski i cienie burz
uczuciowych nietypowych
choć może będzie trudno

zasnę zanucę melodię gwiazd
 i wyśnię ci
siebie
taką inną seksowna i piękną

zrobię dla ciebie więcej niż wiele

byleby tylko


serce ci pękło


/B-c. 7 VI 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/


Na zdjęciach: Adele


*** Jonasz Kofta: Femme fatale 

^^^ pioseneczki nie na temat, po prostu ich dzisiaj słucham. ;-)







środa, czerwca 05, 2013

"Najprzód wierszyk napisałem..." ***


pisaczka

aniołki przylatują do mnie
 blaskiem puszystych skrzydeł
wenka skłania do kreślenia
lukrowanych czułych słówek

kwiatki motylki pszczółki
błękity cienie przedświty
ochy i achy zachwyty

ech 
jakże lubię marzyć
o ich poezji we mnie
jak dobrze się pisze
różanym natchnieniem

a pustka i śmierć
robią swoje
węszą

jak gdyby nigdy nic


ulotność fruwa kiepskimi wierszami


/B-c, 5 VI 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/



*** K.I.Gałczyński: Tragedia profesjonalna, Debiut
K. I. Gałczyński: Hermenegilda Kociubińska , wyk. bezbłędna Irena Kwiatkowska

**** obrazki z netu

wtorek, czerwca 04, 2013

"Mój cień był kobietą, nim zniknął..." ***



***

nie starzej się
mój piękny kobiecy
cieniu

kim będę gdy czas
wgryzie w ciebie
swoje nadgryzione
zębem czasu
kły

zdjęcia zbrzydną
lustro się zdziwi
make up nie wchłonie
utknie w labiryntach zmarszczek

czerwone szpilki zastąpią
stare wychodzone łapcie

ludzie pomyślą
stara baba lezie
jak śnięta ryba

i tylko deszcz
popieści to zwiędłe ciało
obojętnie

jak zwykle



 JoAnna Idzikowska-Kęsik, 
4 VI 2013




*** Halina Poświatowska
**** obrazki z netu

poniedziałek, czerwca 03, 2013

"Smutnych wierszy parę ktoś napisał znów..." ***


deszczowa impresja


taka dzisiaj jestem
zaspana

krople deszczu
płyną od rana

świat poszarzał
jakby się postarzał
jakaś pustka
przenika duszę

krople deszczu
bawią się na oknie

dusza
dziwi się

i strasznie moknie


  JoAnna Idzikowska-Kęsik, 
3 VI 2013





*** Andrzej Sikorowski: Bardzo smutna piosenka retro

niedziela, czerwca 02, 2013

Gdzieś tam...


***

gdzieś tam

w najbardziej realnym
ze światów

wiatr
kołysze smutki
podeptanych kwiatów

smaga je poezją
różanej jutrzenki
za nic mając
marzeń
ich senne udręki

tam gdzieś

poza czasem i rzeczywistością

Wszechświat płonie dobrem
i wielką miłością

i tworzą się światy
pachnące nadzieją

tylko ludzie

ciągle

nic nie rozumieją


/B-c, 2 VI 2013, p.p.r., JoAnna Idzikowska-Kęsik/




Cztery ściany świata

Przed ścianą dźwięku stoją głusi
Modlą się do muzyki
Kiedy nie pragniesz, kiedy musisz
Lepiej być nikim

Przed ścianą płaczu stoją błazny
Śmieszą ich cieni własnych podrygi
A śmiech ich pusty, śmiech ich straszny
Lepiej być nikim

Przed ścianą światła stoją ślepi
I patrzą bez zmrużenia powiek
O tym co świeci wiedzą lepiej
Niż zwykły człowiek

Pod ścianą straceń stoi heros
Patrzy oprawcom w oczy
Pali ostatni swój papieros
Na skraju nocy

Jest świat ze ścian
Rosnących w górę
W nim traci wartość słowo
Ja stoję przed zwyczajnym murem
I walę w niego głową


/Jonasz Kofta/







*** obrazki z netu

sobota, czerwca 01, 2013

"Orfeuszu, za późno, patrzysz czemu tak pusto..."***

  Eurydyka

Budził dla niej
nocne żyta
aby łasiły się
do jej bioder

Ubierał ją
w czarny zapach
koniczyny

Zamieniał jej włosy
w płomienie

Kiedy strącono ją
do Podziemi
nie poszedł
za nią

Uciekł
zamykając uszy
na jej wołanie
o ratunek

Kiedy wrócił
dotknął jej włosów

Nie zamieniły się
w płomienie

Były jak umarła trawa

Powiedziała
Nie jesteś Orfeuszem
Jesteś sztukmistrzem
który wyciąga z ucha
króliki

Małgorzata Hillar
  

 Nie wiem kim byłeś Orfeuszu

Orfeusz tym razem zstępował w ciemność
Bez łaski
Już w progu czuł zupełne opuszczenie
Dusze jakie wzywał ku światu
Ociągały się przywierały do głazów
A on był zmęczony swoją śmiercią
Nie chciał szarpać duszy Kaina wczepionej w korzenie
Dusza Kaina wyglądała tak nędznie
Mogła podrzeć się i Orfeusz
Musiałby nieść jej ochłap
Zresztą wielu cofało się przed nim dysząc
A wielu usłuchało lecz pchali się na oślep
Tak że upadł i potem czuł na sobie tylko
Ciężkie stopy zbawionych jakby był w istocie
Ich drogą

Urszula M. Benka


szept Eurydyki


zamknij oczy
zaprowadzę cię na błogie
 manowce grzechu

w nierealności kochania
zabłądzimy jak Dante
w labiryntach piekła

zamknij oczy
i wyobraź sobie Eden

w błogości zaślepienia
staniemy się Adamem i Ewą
a węże będą nam służyć

zamknij oczy
spotkamy się na dnie Hadesu
w wodach Styksu ostudzimy
nasze przepastne emocje

wzlecimy na szczyty uczuć

tylko

błagam
 Orfeuszu

zamknij oczy


JoAnna Idzikowska-Kęsik,
 1 czerwca 2013, p.n.k.,

*

Orfeusz w lesie


      1. Z a m y s ł

On jak wygłos dwustronny zestroił
miłość pieśni i miłość niewiasty.
teraz ucho ciszą leśną poił,
kiedy w strumień wstępował liściasty.

Prawą ręką gałęzie odgarniał,
lewą ręką lirę tulił drżącą,
gdy nad głową zbudzona ptaszarnia
trzepotała chmurą świergocącą.

A on ptakom i sobie się modlił,
a modlitwa go do tej zbliżała,
co mu była poczęciem melodii,
które spełniał na lirze jej ciała.

Jeszcze cienia jej nawet nie podszedł,
już pod dłonią pisklę śpiewu poczynał
i milczeniem śpiących brzóz warkocze
w Eurydyki płowe włosy zaklinał.

        2. W a h a n i e

Skądże ten uśmiech na usta się przybłąkał?
"Przywróćcie - mówił - do życia tę piosenkę,
co zmarła we mnie". Wtedy na jego rękę
dźwięczną kropelką stoczyła się biedronka.

"Wiem: to jest tkliwość. Lecz ona nie wystarczy.
Bo więcej trzeba, by śmierć śpiewaniem uwieść:
na skałach dzikich muzyczne gniazdo uwić,
by wywieść śpiew od trwogi ludzkiej starszy."

I wzrok przygasły utonął w własnym cieniu.
"Oddajcie - mówił - tę moc, co tylko ona
obudzić mogła." Wtedy jak uskrzydlona
drapieżność siadł mu jastrząb na ramieniu.

"Wiem: to są szpony, które się rychło stępią,
lecz skalanej kory niezdolne nigdy przebić.
Nie taką drogę trzeba mi pieśnią przebyć,
by łzami osnuć Jej źrenicę sępią."

I w leśną ciszę wszeptywał się: "Przestrzeni,
jakże cię struną, co krwawić śmie, ogarnę?"
I załkał cicho. I jak jagody czarne
łzy dojrzewały w puszystych mchów zieleni.

        3. P ł a c z

Jak zmierzch szare - zlatywały się wilki,
błędnym wyciem wypełniając las,
u nóg jego czołgały się: "Zmilknij,
czemu łzami odzwierzęcasz nas?"

Jak świt chyże - przybiegały jelenie,
jak sen ciepłe - łasiły się sarny
i błagały: "Zmiłuj się, przenieś
ból i w siebie z powrotem go wgarnij."

Przypełzały zielone zaskrońce,
obwijały mu ręce jak pień:
"Kto ty jesteś, że tak jasny jak słońce
płaczesz łzami czarnymi jak cień?"

Lecz zadziwił się Orfeusz, gdy w górze
roześmiała się wierzba płacząca:
"Jakże, wieszczu, żalem chcesz nas urzec,
skoro płacz twój nie roztkliwia, lecz wstrząsa?"

        4. W s t y d

I zapadł w siebie gwiazdą, która boli,
bo go smuciła siła własnej pieśni,
jakże niecelna - myślał - że pozwolił
łzom nazbyt ludzkim w grom się ucieleśnić.
Płacz ma być płaczem - myślał - a łzy łzami,
a pieśń - wysnutą spod serca muzyką -
lecz jak ją wysnuć i gdzie nieść? Wtem zamilkł,
bo jego lira łkała:
                "Eurydyko!
Ten co się z tobą zestrajał, jak z struną
łączy się liry melodyjne drewno,
z krawędzi śpiewu w własny mrok się zsunął.
Jak po obczyźnie stopą brnąc niepewną,
błąka się w sobie, ocienia żałobą,
nie żal po tobie, lecz smutek nad sobą..."

Więc się zawstydził Orfeusz, a mgły
coraz to gęściej liśćmi szeleszcząc,
na twarz mu kładły swe wilgotne sny.
A on nie wiedział, czy to deszcz, czy łzy.
I tylko jeż przez mokre biegnąc mchy
zbierał na kolce srebrne jabłka deszczu.

        5. Z m a g a n i e

Pod tym dębem, pod stuletnim, wśród gałęzi skrył się,
a deszcz pierzchnął, siedmiobarwnym łukiem nad nim wzbił się.
Ledwie okiem w nim utonął, w barwnej brodząc nucie,
blady błękit tęczę wchłonął, dąb zawołał: "Zbudź się.
Czas na ciebie, czeka lira, nowej pieśni głodna,
wdrąż się w ziemię, bij o niebo, serca przepał do dna.
Ze mną, boski Orfeuszu, zmierz muzyczną siłę,
mnie pokonasz - śmierć przemożesz, którą zwyciężyłem.
Popatrz: uschnie młoda loza, runie smukła jodła,
patrz: topole śmierć podcięła, ale mnie nie zmogła.
W niebo śpiewem rosnę, w ziemię korzeniami wzrastam,
me milczenie jest strumieniem, a ma pieśń liściasta!"

Więc Orfeusz chwycił lirę rozmodloną dłonią,
strunę trącił, już obłoki przebudzone dzwonią.
jeszcze głosu nie wydobył, już na wargi drżące,
jak na liście, promieniście wbiega młode słońce.
I pieśń począł.
                Wrył się w ziemię takim jasnym tonem,
że wzleciały ponad drzewa krety uskrzydlone,
że strumienie, co pod ziemią ciemno się poczęły,
nad brzegami, co je wieżą, w lirę się wygięły.
Wzniósł się w górę, ręką jeno ciężar strun odmierzał,
a już wiatrem swego głosu w żołędzie uderzał,
a żołędzie melodyjnie trącając się wzajem,
rozdzwoniły włosy wierzby nad leśnym ruczajem,
a w tych włosach smutek nagły wylągł się tak cicho,
że nie będąc jeszcze szeptem, szeptał: "Eurydyko..."
Jeno woda pochwyciła to czułe wezwanie,
a już w kwiaty je wkropliła na leśnej polanie,
a tam trawy zielonawe w korzenie wszeptały
i juz drzewa jej imieniem szumieć poczynały.
Targnął strunę, bo nie szeptem śmierć miał głuchą przemóc,
lecz wołaniem tak wysokim jak gwiazda nad ziemią:
"Chcecie? Rozpacz wam wyśpiewam: płomieniste góry
rosną we mnie, burza wraża w ziemię kły wichury.
Chcecie? Błyskawicą chłostam, serca gryzę gromem,
w ręku piorun mam i rozpacz w oku nieruchomem,
a ta rozpacz w gniew urasta, a ten gniew jest burzą
przeciw tobie, której kształty czarno się marmurzą."

Już nie słowem, ale głosem w twardą korę nieba
tłukł Orfeusz, aż sypnęła ciężkich gwiazd ulewa...
Wtedy przerwał, bowiem uczuł, że mu głos uwięźnie
w niebie drżącym jeszcze...
                        Ale dąb milczał potężniej.

        6. P o r a ż k a

"Eurydyko, porażka jest słodka.
Chwała tobie, któryś mnie zwyciężył!"

Mijał strumień. Trzcina wiała wiotka.
Las się kończył i zaczynał księżyc.

A te skały, co wyrosły ostre,
zdały mu się czułym zapewnieniem.

A tę noc obejmował jak siostrę
i nazywał najczulszym imieniem.

I przemierzał strunami śpiącemi
oddalenie nie objęte słowem,
i jak klucz do zamkniętych podziemi
niósł na wargach milczenie dębowe.

                9-10 II 1942


Krzysztof Kamil Baczyński

*

Orfeusz i Eurydyka

Ten Orfeusz się nudzi
Jego Eurydyki
tańczą w piosence wdzięcznie
z nastawionej płyty
Tylko ta jedna
zwykła
nie tańczy
nie śpiewa
Ugotowała obiad
nakrajała chleba
On by dla niej nie zstąpił
nawet do piekarni
co dopiero do piekieł
(i to dla umarłej!)
On by się nie obejrzał
za nią
ani razu
Eurydyko kuchenna
nakryj do obiadu

Elżbieta Zechenter-Spławińska 


Orfeusz i Eurydyka

Stojąc na płytach chodnika przy wejściu do Hadesu

Orfeusz kulił się w porywistym wietrze,

Który targał jego płaszczem, toczył kłęby mgły,

Miotał się w liściach drzew. Światła aut

Za każdym napływem mgły przygasały.

 

Zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami, niepewny

Czy starczy mu sił w tej ostatniej próbie.

 

Pamiętał jej słowa: „Jesteś dobrym człowiekiem”

.

Nie bardzo w to wierzył. Liryczni poeci

Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca.

To niemal warunek. Doskonałość sztuki

Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo.

 

Tylko jej miłość ogrzewała go, uczłowieczała.

Kiedy był z nią, inaczej też myślał o sobie.

Nie mógł jej zawieść teraz, kiedy umarła.

 

Pchnął drzwi. Szedł labiryntem korytarzy, wind.

Sine światło nie było światłem, ale ziemskim mrokiem.

Elektroniczne psy mijały go bez szelestu.

Zjeżdżał piętro po piętrze, sto, trzysta, w dół.

Marzł. Miał świadomość, że znalazł się w Nigdzie.

Pod tysiącami zastygłych stuleci,

Na prochowisku zetlałych pokoleń,

To królestwo zdawało się nie mieć dna ni kresu.

 

Otaczały go twarze tłoczących się cieni.

Niektóre rozpoznawał. Czuł rytm swojej krwi.

Czuł mocno swoje życie razem z jego winą

I bał się spotkać tych, którym wyrządził zło.

Ale oni stracili zdolność pamiętania.

Patrzyli jakby obok, na tamto obojętni.

 

Na swoją obronę miał lirę dziewięciostrunną.

Niósł w niej muzykę ziemi przeciw otchłani,

Zasypującej wszelkie dźwięki ciszą.

Muzyka nim władała. Był wtedy bezwolny.

Poddawał się dyktowanej pieśni, zasłuchany.

Jak jego lira, był tylko instrumentem.

 

Aż zaszedł do pałacu rządców tej krainy.

Persefona, w swoim ogrodzie uschniętych grusz i jabłoni,

Czarnym od nagich konarów i gruzłowatych gałązek,

A tron jej, żałobny ametyst, słuchała.

 

Śpiewał o jasności poranków, o rzekach w zieleni.

O dymiącej wodzie różanego brzasku.

O kolorach: cynobru, karminu,

sieny palonej, błękitu,

O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał.

O ucztowaniu na tarasie nad zgiełkiem rybackiego portu.

O smaku wina, soli, oliwy, gorczycy, migdałów.

O locie jaskółki, locie sokoła, dostojnym locie stada

pelikanów nad zatoką.

O zapachu naręczy bzu w letnim deszczu.

O tym, że swoje słowa układał przeciw śmierci

I żadnym swoim rymem nie sławił nicości.

 

Nie wiem, rzekła bogini, czy ją kochałeś,

Ale przybyłeś aż tu, żeby ją ocalić.

Będzie tobie wrócona. Jest jednak warunek.

Nie wolno ci z nią mówić. I w powrotnej drodze

Oglądać się, żeby sprawdzić, czy idzie za tobą.

 

I Hermes przyprowadził Eurydykę.

Twarz jej nie ta, zupełnie szara,

Powieki opuszczone, pod nimi cień rzęs.

Posuwała się sztywno, kierowana ręką

Jej przewodnika. Wymówić jej imię

Tak bardzo chciał, zbudzić ją z tego snu.

Ale wstrzymał się, wiedząc, że przyjął warunek.

 

Ruszyli. Najpierw on, a za nim, ale nie zaraz,

Stukanie jego sandałów i drobny tupot

Jej nóg spętanych suknią jak całunem.

Stroma ścieżka pod górę fosforyzowała

W ciemności, która była jak ściany tunelu.

Stawał i nasłuchiwał. Ale wtedy oni

Zatrzymywali się również, nikło echo.

Kiedy zaczynał iść, odzywał się ich dwutakt,

Raz, zdawało mu się, bliżej, to znów dalej.

Pod jego wiarą urosło zwątpienie

I oplatało go jak chłodny powój.

Nie umiejący płakać, płakał nad utratą

Ludzkich nadziei na z martwych powstanie,

Bo teraz był jak każdy śmiertelny,

Jego lira milczała i śnił bez obrony.

Wiedział, że musi wierzyć i nie umiał wierzyć.

I długo miała trwać niepewna jawa

Własnych kroków liczonych w odrętwieniu.

 

Dniało. Ukazały się załomy skał

Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.

I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,

Za nim na ścieżce nie było nikogo.

 

Słońce. I niebo, a na nim obłoki.

Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!

Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!

Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.

I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi

Czesław Miłosz

*

Prośba Eurydyki

Boże, jak on się wlecze
noga za nogą. Zgarbiony
zetlały starzec pergaminowy.

Seledynowy, błękitny Orfeuszu, błagam cię
przez pamięć naszej miłości
obejrzyj się.

Po co przyszedł.
Przecież ma wszystko – słońce, ordery, a może
nawet wrota –
za życia został Świętym Samotnym,
ikoną kochanków.
Ślepy na urodę świata, wypatrzył za mną
źrenice
głuchy na swoją muzykę.
I jak on wygląda –
jak żabi skrzek. Wyparowały z niego wszystkie
soki i
na pewno ma tę wstrętną brodawkę pod pachą.
A miał błękitne oczy, sznurki hippisowskiej
biżuterii, wdzięk i
nagrody grand prix na festiwalach gitarzystów
basowych.

Żeby się już odwrócił –
chcę tu zostać. Muszę.
Orfeuszu złoty,
który widzisz cud obłoków niespętanych
trwaj na zielonych pagórkach, tylko spójrz, proszę
odwróć się, szybciej, teraz, błagam –
będziesz miał mnie z głowy.
Już byłoby po wszystkim – rozdział zamknięty.

Ja teraz jestem jego.
Niczego nie rozumiesz –
tobie zostawiam mój ból i sławę.
Po co zawoziłeś mnie kolejką gondolową
do nieba
trzeba się wstydzić bezpłodnej miłości.
Teraz ja za ciebie będę śpiewać wiersze.
Dla niego.

Patrz,
to ten piękny.
Nazywają go Jan Krzysztof –
pewnie od Romain Rolanda, bo tu się jeszcze
czyta takie niemodne powieści.
Ręką jedwabną prowadzi mnie,
czuję dotyk boga.
Ma aksamitne wargi, kołyskę niepewności
w lędźwiach
uśmiech pod powieką. Jestem jego.

Odejdź Orfeuszu. Wynoś się, zostaw mnie
w spokoju.
To nie ciebie – jego mam pod skórą. To on
poparzył mi usta
poparzył mi serce
oparzył mi życie.

Krystyna Gucewicz


Eurydyka postanawia żyć

Rozbieram cię na dziewięć sposobów.
Wszystkie twoje wcielenia,
Z głębi wód i alg morskich, rojstów,

Z rozłąk, trawy, w której trwasz, w kuchni.
Tam pustka ma zapach karmelu.
Na wszystkich drogach kobieta odchodzi,

Jej plecy są czyste i szare jak karton.
Czekają na nowy język, celny,
Który znów je zapisze dzień po dniu.

Ramiona chcą być kroniką, uda esejem,
Brzuch błękitną kopertą dla listu.
Palce wkłada się do ust i czyta braillem.

Wszystkie pustki czekają na nowy język,
Rozbieram cię z rozłąk i trawy,
W której trwają twoje plecy, szare jak karton

Ramiona. Kobieta odchodzi z głębi wód,
Żeby zapisać mężczyznę, rozbiera go,
Palce wkłada mu do ust i czyta braillem.


Radosław Kobierski
 
****

Cytat w tytule postu: Jonasz Kofta, Wołanie Eurydyki
Obrazy:
 Euridice_by_SayuriEyes, deviantART
 Jean Baptiste Camille Corot - Orfeusz wyprowadzający Eurydykę z Hadesu;
George Frederic Watts - Orpheus and Eurydice 
 Ducis_Louis_Orphee_Et_Euridice

piątek, maja 31, 2013

Jak płomień świeczki na wietrze...

 
Jutro, tj. 1 czerwca urodziny Normy Jean Baker, znanej jako Marilyn Monroe, najsławniejszej blondynki w dziejach kina (ur. 1 VI 1926; zm. 5 VIII 1962). Więcej moich refleksji na temat MM, tutaj.
 















Marilyn Monroe by Bert Stern - Last photo shoot 1962











 dla marilyn m.

namiętnie wślizgujesz się w rozżarzony popiół,
natchnienie waniliowych łez
twoje pewne ciało zapalało mężczyznom świece
w ciemności nocy,
teraz twoja noc stała się ciemnością
której nie rozjaśni żadna świeca
zapomnimy cię, tak po prostu
nie jest to miłe z naszej strony
ale, żywe ciała są nam bliższe
teraz gdy robaki pożądają twoich kości
tak chciałbym powiedzieć ci
że to samo przytrafia się niedźwiedziom i słoniom
tyranom i bohaterom, mrówkom
i żabom,
mimo to coś nam dałaś,
jakieś małe zwycięstwo,
dlatego mówię: w porządku, dobrze jest
i nie smućmy się więcej;
jak kwiatek uschnięty i wyrzucony,
zapominamy, pamiętamy
czekamy. dziecko, kochane dziecko,
podnoszę kieliszek, trzymam go przez całą minutę
i uśmiecham się.
  

 Charles Bukowski







Marilyn Monroe




***

Och jak ja bym chciała być
martwa - wcale nie istnieć -
odejść daleko stąd - daleko
od każdego miejsca ale jak ja bym to zrobiła
Zawsze są mosty - Brooklyński
most -
Jednak lubię ten most (stamtąd wszystko jest ładne
a powietrze takie czyste) kiedy się po nim idzie
wydaje się spokojny pomimo
samochodów które pędzą jak szalone pod spodem. Więc
to musiałby być jakiś inny most
brzydki i bez widoku - tylko że
lubię szczególnie wszystkie mosty - jest w nich
coś a poza tym nigdy
nie widziałam brzydkiego mostu

MM


***




przednia


była cudna

namiętna słodkością dojrzałej brzoskwini
ustami zatopionymi w bezkres przedmiłości
z oczami zamglonymi symfonią  nadradości

była piękna jak Marilyn
mówili

pachniała jutrzenką przedświtów zakochania
drżeniem przeduniesień pobladłym z tęsknoty
wiatrem który się stroił na jej uśmiech złoty
wodą co ukochała dotykać jej ciała

piękno jest względne
stwierdził beznamiętnie

zgasła

przytłoczona snem rozczarowania
przedsmakiem bliskiej śmierci w bezobjęciach jego

umarła
sama z siebie
dla świata zbyt złego

odeszła w pozaprzestrzeń
pokochać innego

mówili
była piękna

lecz co komu z tego

B-c, 31 maja 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik




To nie Marilyn Monroe tam w wannie, ale Norma Jean. Funduję Normie Jean frajdę. Ona zazwyczaj musiała kąpać się w wodzie już użytej przez sześciu czy ośmiu innych ludzi. Teraz może się kąpać w wodzie czystej i przezroczystej, jak szklana tafla. I wydaje mi się, że Norma Jean nigdy nie ma dosyć świeżej wody, pachnącej prawdziwymi perfumami.
 
Marilyn Monroe 




Naprawdę pamiętam jedynie to, że byłam całkiem sama, całkiem samotna.Tak było...

/Marilyn Monroe/


Są takie osoby, które są gotowe w momencie, kiedy fotograf podnosi aparat. Ona taka była – wiedziała, kiedy się ustawić i jak. Jest to zresztą rzecz do nauczenia. Marilyn nauczyła się tego szybko, co widać po tych pierwszych zdjęciach. Mimo to, jej naturalny wdzięk tam jest, wygląda pięknie nawet z tym perkatym noskiem i przed operacjami plastycznymi. 

/Agata Kozak/





Nie chcę się zestarzeć. Chcę zostać taka, jaka jestem.Nadal nie potrafię grać... naprawdę!Nie będę się już oszukiwać. Kiedy przeminie moja twarz i przeminie moje ciało, będę nikim... nikim... znów całkiem nikim.



Marilyn Monroe



Wydaje się, że ostatnio w modzie są kobiety o wymiarach 50 cm w biuście, 50 cm w talii i 50 cm w biodrach. W pismach z klasą widać modelki ze sterczącymi kośćmi biodrowymi albo jeszcze gorsze. Ale ja jestem kobietą i im dłużej nią jestem, tym bardziej się z tego cieszę.

/Marilyn Monroe/

***

ból jego tęsknoty kiedy spogląda
na kogoś innego
jak niespełnienie
od dnia narodzin.
I ja niemiłosiernie cierpiąca
wobec bólu jego Tęsknoty -
kiedy spogląda na inną i ją kocha
jak niespełnienie
od dnia urodzin -
musimy to znosić
ja jeszcze smutniej bo nie potrafię odczuwać radości


/MM/



***

czuć co czuję
w sobie - to jest próba
bycia świadomą tego
ale też tego co czuję w innych
nie wstydzić się swoich
uczuć, myśli - lub przekonań

zdać sobie sprawę z tego że
one istnieją

/MM/




***
W co wierzę
Co to jest prawda
Wierzę w siebie
aż po najsubtelniejsze
nieuchwytne uczucia
ostatecznie wszystko jest
nieuchwytne
mój najcenniejszy płyn nie może
nigdy się rozlać
nie rozlej swojego cennego płynu
siły życiowej
oto moje uczucia
cokolwiek by się działo.
Moim uczuciom
nie zdarza się rozrosnąć
w słowa -


/MM/


***

***
Naprawdę czasami nie mogę znieść
Ludzi - wiem
że wszyscy mają swoje problemy
tak jak ja mam swoje - naprawdę jestem jednak
zbyt zmęczona na to. Próbować zrozumieć,
iść na ustępstwa, widzieć pewne rzeczy
to po prostu mnie nuży.
 
MM 

***

 Zdjęcia: moje ukochane fotki Marilyn Monroe.


 Wiersze MM z książki: Marilyn Monroe "Fragmenty: wiersze, zapiski intymne, listy", Kraków 2011, tł. Agata Kozak (książka, którą się czyta jednym tchem).

Cytaty pochodzą z książeczki: Marilyn Monroe, własnymi słowami, Warszawa 1991


 
MM od Basi, dziękuję!!!