Translate

wtorek, stycznia 15, 2013

Utracona tożsamość




Biegła do domu, spóźniona, zmęczona i zdenerwowana, po jałowej dyskusji ze swoim pokręconym promotorem. Kurczę! Na magisterskich nie miała tak "przyczepnego" promotora, jak teraz, na podyplomowych! Myślała o dziecku, które tak bardzo jej potrzebowało, bo było chore, a ona, zła kobieta, nie miała czasu na swoją kobiecą powinność. Tłumaczyła sobie jednak, że to, co robi, robi nie tylko dla siebie, ale też dla swojej rodziny.
Zdyszana wbiegła na klatkę i zobaczyła, że coś jest w skrzynce na listy. Zdenerwowała się jeszcze bardziej, zanim w torebce pełnej różnych przedziwnych rzeczy, znalazła klucze. Otworzyła skrzynkę, wyjęła kartkę i, zdziwiona, zobaczyła pismo mamy, z którą, nie dalej, niż wczoraj, rozmawiała przecież przez telefon. Dziwna zresztą to była rozmowa, nie kleiła się. Objęła wzrokiem tekst i poczuła się dziwnie: „Skarbie napisz do mnie bo ja mam w skrzynce listy” Nielogiczny tekst bez znaków interpunkcyjnych, tak niepodobny do jej mamy - polonistki? Ale to jej pismo. Troszkę inne, bardziej wysilone, ale jej! Czytała, czytała i nie miała pojęcia, co się stało. Wbiegła do mieszkania. Na stole w kuchni znalazła kartkę od męża z informacją, że mała lepiej się poczuła i wyszli na spacer, ale słowa mamy nie dawały jej spokoju. Usiadła przy kuchennym stole i zeszło z niej powietrze. Nic jej się nie chciało, tak koszmarnie była zmęczona trzygodzinną jazdą pociągiem z Wrocławia do Jeleniej Góry, a kartka od mamy, zamiast ucieszyć, tylko ją zmartwiła.
Siedziała bez ruchu ponad pół godziny. Wykończona była pracą w innym, odległym mieście, pisaniem pseudonaukowej pracy dyplomowej, brakiem snu. Wstała i leniwym krokiem przeszła do łazienki. Kąpiel zawsze stawiała ją na nogi, moczyła się więc kolejne pół godziny w zbyt gorącej wodzie z pachnącymi lawendą olejkami. Słuchała w kółko, jak Toni Braxton śpiewa prosto z trzewi swój genialny przebój „Unbreak my heart”, uwielbiała tę piosenkę, choć pod tekstem, ze swoją niezależnością, nigdy by się nie podpisała. Kochać trzeba, owszem, ale najważniejszy jest związek z samym sobą, a uzależnienie od drugiej osoby tylko umniejsza naszą osobowość. Ona kochała wiele razy, nawet do zatracenia, ale wiedziała, że pewnych granic się nie przekracza, że należy jakąś cząstkę siebie, zostawić tylko dla siebie.

- Skarbie, jesteś już w domu? – usłyszała głos męża.
- Jestem w łazience – i ledwo zdążyła odpowiedzieć, mała już siedziała przy wannie.
- Cześć, mamuniu, byliśmy z tatulkiem nad rzeką i narwaliśmy kwiatków dla ciebie.
- Dawaj buziaka, bo strasznie się stęskniłam – powiedziała i przyciągnęła małą do siebie.
- Fuuu – powiedziała dziewczynka. – Mokra jesteś, mami, wychodź już z tej wody, to ci bajeczkę opowiem z przedszkola!
Sylwia miała nieco ponad dwa latka, ale była na tyle samodzielna i tak świetnie mówiła, że nie było żadnego problemu z przyjęciem jej do maluchów. Skazana też była na to, że będzie jedynaczką, więc tym bardziej zależało im na tym, aby była wśród dzieci. Kochała to swoje dziecko, jak każda matka, nad życie, bo jego stworzenie wiele ją kosztowało. Z nadczynnością tarczycy, z którą się borykała od czasów liceum, każdy lekarz odradzał jej zajście w ciążę. Ale pragnienie było silniejsze i zaryzykowała. I choć większość z tych dziewięciu miesięcy spędziła pod kroplówką w różnych szpitalach, to jeszcze dwa dni przed porodem, oczarowała lekarza, wyszła na przepustkę i pomalowała nowiutkie, drewniane łóżeczko w kolory tęczy, bo wyczytała, że dzieci powinny być otaczane kolorami. Sylwia czuła, jak bardzo jest kochana i świetnie się rozwijała, nie było też problemów z pójściem do przedszkola, bo lubiła dzieci.
Teraz siedzieli we trójkę i jedli przygotowaną przez Adama kolację, śmiejąc się i rozmawiając o tym, jak minął dzień. Lubiła te ich wieczorne spotkania przy posiłkach, uwielbiała patrzyć na podobieństwo swej córeczki do jej tatusia, którego kochała od wielu lat, od czasów szkoły średniej.
Poznała go na pielgrzymce pieszej z Wrocławia do Częstochowy, bo w rodzinie była akcja pt. wyprowadzamy Zuzę z jej złej ścieżki prowadzącej w ateizm i kuzyn, Mariusz, starszy od niej o czternaście lat, artysta plastyk, namiętnie co roku zabierał ją na pielgrzymki, a ona chodziła, bo ostatecznie były to wakacje i mogła sobie pograć na gitarze, czym w domu, wprawiała mamę we wściekłość. Podszedł raz do niej w czasie kolacji wysoki,niebieskooki blondyn i od tej pory szli sobie razem, dwa lata z rzędu, a gdy na koniec, poprosił ją o adres, bezczelnie, jak na głupią i butną gówniarę przystało, stwierdziła, że nie zadaje się z ludźmi z zawodówek i że może do niej napisać, jak się dokształci. No i dostała we wrześniu miły list, w którym napisał, że rozpoczął naukę w technikum, a że zapewne, z zaocznymi nie chciałaby mieć do czynienia, poszedł do dziennej szkoły z internatem, a potem pójdzie na anglistykę. I od tej pory byli już właściwie nierozłączni, najpierw jako świetni przyjaciele, potem jako para, aż wreszcie, już w trakcie studiów, jako małżeństwo.
Po kolacji Adam wykąpał małą i usiedli razem w pokoju z kubeczkami gorącej, pachnącej herbaty.
- Zuza, widzę, że coś cie gnębi, co się dzieje? Coś nie tak na uczelni?
- Nie, na uczelni i w pracy w porządku, choć mam dość tych dojazdów pociągiem, niech mi naprawią to auto, bo zwariuję.
- To co jest? – zapytał i przytulił ją mocno.
Wstała, poszła do swojego pokoju i wróciła po chwili z kartką od mamy w dłoni:
- Przeczytaj.
Cisza. I jego wzrok biegnący po kartce kilkanaście razy w tę i z powrotem.
- Chyba ma depresję. Zawsze przecież poprawiała mnie, jak jej się coś nie podobało w moich wypowiedziach – powiedział. – Dzwoniłaś do nich?
- Nie, nie ma sensu. Przecież w sobotę mamy tam pojechać. Może wyprowadzka Tomka, ten jego nagły ślub, tak ją wyprowadziły z równowagi? Ona zawsze kochała go bardziej, a może inaczej? Napiszę jej kartkę z Wrocławia, może chce sobie posprawdzać, może brakuje jej pracy? Może to rzeczywiście jakaś ciężka depresja?
- Ja bym zadzwonił do ojca, Zuzka, a ty rób, jak uważasz. Masz jednak rację, pojedziemy, zobaczymy, może trzeba będzie też pójść do lekarza. A teraz chodźmy już spać, bo ty jutro wstajesz o świcie.

„Mamutko, pozdrawiam Cię najmocniej i najserdeczniej z Wrocławia. Kocham, przytulam i uśmiech przesyłam, ZuzAnka.” – napisała i wysłała kartkę. Nie wytrzymała jednak i zadzwoniła do ojca. Usłyszała, że nie chciał jej martwić, ale z mamą dzieje się coś złego, pewnie ma depresję po przejściu na emeryturę, przepracowała tyle lat, a teraz, od września, nie może sobie znaleźć miejsca. Nie poszła do liceum, w którym uczyła, nawet w Dzień Nauczyciela, choć była zaproszona i przez uczniów i przez dyrektora. Umówiła się z ojcem, że zadzwoni do znajomej psycholożki, może ona coś poradzi. Pomyślała, że chyba powinna pomóc im obojgu. Zadzwoniła do koleżanki, która jednak odesłała ją do swego znajomego psychiatry. Zapisała numer i adres. Zaczęła płakać.

Weszli do domu. Tato siedział w dużym pokoju ze spuszczoną głową, ale na ich widok wstał i bardzo się ucieszył. Tulił małą długo, a córkę wycałował po rękach. Należał do tego gatunku dżentelmenów, którzy własne córki traktują, jak damy, bo na damę starał się ją wychować.
- Gdzie mama, tatusiu? – spytała Zuza.
- Gdzie babi, gdzie? – wrzeszczała Sylwia.
- Nie wiem. Zwyzywała mnie takimi słowami, jakich przez 35 lat u niej nie słyszałem, trzasnęła drzwiami i wyszła. Może poszła do Tomka, ale jak do niego dzwoniłem, to mówił, że jeszcze jej tam nie ma.
Zuza spojrzała na Adama, nie musieli nic mówić, wyszedł, jak tylko się ubrał.
- Jadłeś coś, tato?
- Nie, ona wciąż przypala obiady, już kilka czajników spaliła, nastawia wodę, wychodzi, do zamrażarki wkłada koper i natkę pietruszki, bez woreczka, to potem leci na wszystko, mówię, tłumaczę, proszę i nic. I tak zaczęła kląć, że uszy puchną. I ciągle kupuje nowe papierosy, bo nie wie, gdzie je schowała. I nie bierze w sklepach reszty, jeden sprzedawca na rynku mi oddał, bo kupiła jogurt i dała stówę, co robi z resztą kasy, nie wiem, ale chyba będę musiał przejąć kontrolę nad naszymi finansami. Zbierałem tobie, dziecko, na nowy samochód – mówił i prawie płakał.
- Tatuś, spokojnie. Zaraz zrobię obiad, ty się pobaw z Sylwią, tylko się troszkę uspokój.
- A wczoraj złapałem ją na tym, że zamiast czesać, wyrywała Wacusiowi sierść i przeklinała nad kociakiem, jak szewc. Do sąsiadki wczoraj powiedziała: won suko, wyobrażasz to sobie?
Usiadła ojcu na kolanach i przytuliła go, ich cichym zwyczajem, głaszcząc go po łysince i całując w czoło.
- Pójdę z nią w poniedziałek do psychiatry, wzięłam wolne, poleciła mi go Kaśka, pamiętasz, ta z równoległej klasy z ogólniaka, z którą byłam w Paryżu, studiowała psychologię na KUL-u.
- Tak, pamiętam Kasię – powiedział i uśmiechnął się. – Ładna czarnulka!
Uśmiechnęła się w duchu do taty i jego ulubionego typu urody, długowłosej czarnulki, takiej, jak mama.
- Tato, nie zapominaj, że jestem blondynką – uśmiechnęła się. – Idę, zrobię obiad, mam nadzieję, że Adam zaraz wróci z mamą.
Pocałowała jego i Sylwię i poszła do kuchni, gdzie na kątniku siedział biedny, głodny, wystraszony Wacuś, ich wielki, perski, czarny kocurek z wielkimi, żółtymi oczami.
- Cześć, bestia, chodź, mordeczko kochana.
Wacek był tak niedopieszczony, że łasił się do niej chyba z pół godziny. Nie chciał nawet jeść, chciał się pieścić. Zobaczyła ze smutkiem, że ma wyrwaną sierść na grzbiecie do krwi. Zaczęła podejrzewać najgorsze, ale odgoniła od siebie złe myśli, przemyła ranę, dała kotu jeść i skupiła się na obiedzie.

Po wizycie u psychiatry świat wywrócił się do góry nogami. Potem jeszcze kilku psychologów, psychiatrów, neurologów, pobyt mamy w klinice na obserwacji i ta cholerna, najgorsza z możliwych diagnoza! I ten zagubiony, jeszcze bardziej, niż mama, biedny ojciec. Później trzeba było wziąć do siebie kota i zatrudnić panią do pomocy, ale większość z nich nie była zbyt uczciwa, albo, przestraszone same odchodziły po paru dniach. Tomek się odsunął, chciał żyć, pracować, więc ona oddała duże, służbowe mieszkanie, jakie Adam dostał od pracodawcy, kupiła kawalerkę w swym rodzinnym mieście i właściwie tylko w niej czasem nocowała, bo choroba mamy postępowała w zastraszającym wręcz tempie. Doszły problemy z dojazdami Adama do pracy w Jeleniej Górze, roztrzaskał dwa samochody, a jej odechciało się studiować, pracować w obcym mieście i pisać pracę o autystykach i jednocześnie biegać za mamą, jeszcze mniej komunikatywną, niż ci wszyscy autystycy razem wzięci, która wychodziła z domu w nocy z bochenkiem chleba pod pachą, w listopadzie, w kapciach i krótkiej koszuli nocnej. Jednak oddanie jej do ośrodka lub hospicjum nie wchodziło w grę. Ojciec by tego nie przeżył. Byli zgodnym, kochającym się małżeństwem, na spacery i zakupy chodzili za rączki, wspierali się zawsze i bardzo kochali, tylko teraz problem polegał na tym, że ojciec nadal ją kochał, a ona skasowała go w swej ulotnej pamięci.
Ona, kobieta, która uchodziła za chodzącą encyklopedię, która wychowała dwoje dzieci tak dbając o nie i ich edukację, że w czasach zatęchłej komuny, prywatnie, nauczyli się angielskiego do tego stopnia, że Tomek zdał na filologię angielską, a Zuza zdała bez problemu egzamin FCE. Ona, ich mama, która w Pewexie kupowała im pastę do zębów, bo w sklepach była tylko ta ohydna Nivea, podpaski Zuzie, żeby nie bała się swej kobiecości. Ona, która biegała do lasu na jagody, żeby Tomkowi poprawił się wzrok, nauczyła się szyć i robić na drutach, żeby mieli ładne, kolorowe ubrania w tej nudnej, komunistycznej rzeczywistości, czytała im „Ulissesa”, gdy mieli po pięć lat! Ona, ich najukochańsza mama, ginęła teraz w oczach, jej cudowną, ekspresyjną osobowość pochłonął niemiecki doktor, na którego do tej pory nie wynaleziono lekarstwa.

Któregoś dnia, widząc, jak bardzo ojciec chudnie i cierpi, Zuza ustaliła z Adamem, że w wakacje zamieszka z mamą, a ojca wyślą do sanatorium. Pojechał niechętnie, ale namówiła psycholożkę Kaśkę, żeby mu wytłumaczyła, jak bardzo potrzebny jest mu odpoczynek do dalszej opieki nad żoną. Mama już wtedy prawie nie jadła, bo zapominała o jedzeniu, ale chodziła jeszcze i czasem nawet mówiła, choć i mowę choroba zaczynała już zabierać. Adam zawiózł ojca do sanatorium i pojechał z Sylwią nad morze, bo też był zmęczony zaistniałą sytuacją, ostatecznie to byli tylko jego teściowie. Zuzanna siedziała w domu rodziców, czytała książki i robiła notatki do pracy dyplomowej. Miała tego już bardzo dużo, w komputerze dwa rozdziały, ale lubiła ręcznie pisać, bo wtedy więcej zapamiętywała i jak już się naczytała i porobiła notatki, siadała do komputera i dostawała słowotoku.
Czytała akurat dla relaksu o swoim ukochanym Witkacym, jako o pisarzu jedną nogą tkwiącym jeszcze w pięknej epoce okresu Młodej Polski, drugą już w bardziej dynamicznym dwudziestoleciu, gdy do pokoju weszła mama, która spała sobie słodko jeszcze dziesięć minut temu.
- Pani, ja chce to – powiedziała cicho.
- Co chcesz, kochanie? Pić, jeść? Co byś chciała, dziewczynko?
- To – powiedziała i zesikała się na podłogę, stojąc w ubraniu.
Umyła ją, przebrała, posprzątała i poszła do apteki po pampersy, a kiedy wróciła, zastała ją w pokoju, w którym się uczyła. Siedziała na dywanie z segregatorem, a wokół leżały jej notatki… podarte na strzępy. Chciało jej się wyć, miała ochotę uderzyć matkę, krzyczeć. Przygryzła wargi do krwi, z trudem pohamowała łzy, ale wzięła mamę za rękę i zaprowadziła do kuchni, żeby ją nakarmić obiadkiem dla dzieci Gerber, bo ona nie umiała już gryźć. Mama opluła ją kilka razy, marudziła, jak dziecko, ale coś tam udało jej się w nią wrzucić. Potem cyrk z kąpielą, jeszcze większy z pampersem, którego nie pozwoliła sobie założyć, szarpanie, gryzienie, wyzwiska i cała noc czuwania, żeby nie uciekła z domu.

I tak to sobie trwało i trwało i było coraz gorzej i gorzej. Dziewięć długich lat patrzenia, jak najukochańsza osoba odchodzi w niebyt. Czytania książek na temat choroby, oglądania filmów, w hollywoodzkim stylu upiększonych i przereklamowanych. Zgłębiania na różne sposoby zrozumienia choroby, która niszczyła życie nie tylko jej matce, ale chyba jeszcze bardziej jej i ojcu, czyli tym, którzy świadomie w tym uczestniczyli. Cztery lata stanu leżącego, oklepywania, zmieniania pampersów, zapobiegania odleżynom, kremowania, karmienia przez strzykawkę, potem zmieniania kroplówek. Nie wie już teraz, jak udało jej się skończyć studia podyplomowe, a potem drugi fakultet, pracować na dwóch etatach w dwóch miastach i na wolontariacie z autystykami i opiekować się mamą. Nie wie, jak przeżyła dzień jej śmierci: dzień po jej imieninach, dzień przed Dniem Matki. Nie wie, jak zorganizowała pogrzeb, stypę, nie pamięta, jak zemdlała prowadząc zajęcia i jak prowadziła grupę wsparcia dla rodzin dotkniętych chorobą Alzheimera. Nie wie, jak udało jej się nie zwariować, gdy trzy dni po pogrzebie mamy, Wacuś, który ją kochał i uwielbiał do końca, który ciągle gdzieś przy niej siedział, położył się na tapczan, przestał przyjmować pożywienie, zwinął się w kłębek i umarł. Nie pomogły witaminy, trzech wzywanych weterynarzy, kocurek miał chyba taką wolę, żeby odejść z tego świata.

Nie pamięta nic złego. Pamięta tylko swą bezgraniczną miłość do istoty, która była jej mamą przez dwadzieścia siedem lat i dla której ona była mamą przez kolejnych dziewięć. Pamięta tłum byłych uczniów mamy na jej pogrzebie. Pamięta ból na twarzy ojca, gdy stali nad świeżo usypanym grobem, jego łzy i pełne bólu wiersze, w które uciekł po jej śmierci.
Nigdy nie zapomni uśmiechu ślicznego, bardzo kobiecego uśmiechu swej mamy, jej powiedzonek, pasji czytania książek, uporu w dążeniu do celu. Jej piwnych oczu, w których do samego końca tliła się chęć i wola życia, walka o każdy oddech. Z rozczuleniem wspomina ból matki, gdy oświadczyła rodzicom przy wykwintnym obiedzie, że jest wegetarianką. Z żalem myśli o rodzinnych świętach, pełnych miłości, prezentów i zapachu pierogów z grzybami i barszczu.
Czasem, gdy spogląda na Sylwię, widzi rysy twarzy swojej mamy, jej temperament i uśmiech i tylko modli się, aby ten cholerny, niemiecki doktorek, nie dopadł więcej jej bliskich. Bo w razie, gdyby dopadł ją, spisała już u notariusza, odpowiedni testament.

***

 
Widzisz Mamo, minęło pięć lat,
A ja pisać nie mogłam o Tobie.
Może wtedy zawalił się świat,
Gdy myślałam, że nic już nie zrobię?

Może było mi smutno i źle,
Gdy bezradna trwałam przy Tobie.
Moje serce cierpiało jak cień
Twej istoty, zgubionej w chorobie.

Teraz wiem już, że miłość zwycięża
Śmierć, chorobę i inne zgryzoty.
Tylko powiedz, proszę,
powiedz, Mamo,
Jak mam żyć,
by nie umrzeć z tęsknoty?


/B-c, 5 VIII 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/


 Wszystkie postaci i cała historia są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami i wydarzeniami, każda zbieżność w opowiadaniu jest zupełnie przypadkowa.

pic:

- A little angel -by *Sakuli

 

Do poczytania: 

Sharon Fish, Choroba Alzheimera. Troska o dziś i jutro, 1998;

 Sherwin B. Nuland, Jak umieramy, Warszawa 1996, w książce jest rozdział o chorym na Alzheimera.

  : Trup: od biologii do antropologii - już nie nowa, ale bardzo ciekawa pozycja na temat umierania i obrządków z nim związanych.

 

Do obejrzenia: Iris, film biograficzny o życiu i chorobie filozofki i pisarki, Iris Murdoch, z 2001 w reżyserii Richarda Eyre'a, z rewelacyjną rolą Judi Dench.

 

niedziela, stycznia 13, 2013

Lubię wiersze księdza Twardowskiego...




Spóźniony (niewysłany) list

-Janowi Twardowskiemu
 w szóstą rocznicę spotkania z Aniołem Śmierci


tkwi we mnie ciągle Twój wzrok
dobrotliwy
i wyobrażam sobie jak mi grozisz
serdeczny uśmiech
 wysyłając białym aniołem
prosto w moje serce
"przez telefon poproszę
by krzyż nie przychodził bez Ciebie"

jak daleko odeszłam
"od podziwu nad światem"
nie wiem
ale wciąż pamiętam
niewidomą dziewczynkę
która do dziś rozmawia
z Matką Boską o dotykaniu
"światełkami palców"

rozpaczam czasem w chaosie uczuć
i czuję że to całkiem normalne
  "  To nic
    Wystarczy kochać, słuchać i obejmować"

śpieszę się nieśpiesznie
tak jak nauczałeś
biedronkom i żuczkom
trawę wygłaskuję
i we wszystkim co widzę
wielką miłość czuję
wiem
"wszystko jest wtedy kiedy nic dla siebie"

choć mój światopogląd inny od Twojego
chociaż nie dotykam Niedotykalnego
a moja poezja nikłym knotkiem świeci

chciałabym powiedzieć
"wśród wszystkich osobno"
żyjesz w mej pamięci
dotykiem swych wierszy


"Ta od innych dzieci"


*** w cudzysłowie ujęłam cytaty z wierszy Jana Twardowskiego

/Bolesławiec, 18 I 2012 r., p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/






Moje życie to parada paradoksów.

 Od dziecka mam problem z uwierzeniem w Boga, gdyż mój zbyt logiczny umysł nie chce tego fenomenu pojąć, nie chce uwierzyć w coś, czego nie może dotknąć. A może nie rozumiem metafor ze świętych ksiąg? 

Jestem (głęboko wierzącą w dobro i anioły) agnostyczką, która urodziła się w dzień... Matki Boskiej Częstochowskiej i w ten sam dzień, co Matka Teresa z Kalkuty, tylko jakieś sześćdziesiąt lat później. 

 Poza tym od dziecka czytam Pismo i inne święte księgi, żeby coś pojąć i zrozumieć, a jednak wciąż najbliżej mi do poglądów Richarda Dawkinsa...

 Od dziecka uwielbiam też wiersze księdza Jana Twardowskiego, głównie za ich prostotę... 
Pamiętam, że jako mała dziewczynka odkryłam jego wiersz "Do moich uczniów" i potem bardzo często do niego wracałam, choć nawet nie przypuszczałam, że będę robić to, co robię teraz...Czyżby nieuświadomiony przebłysk intuicji? A jeśli nasza intuicja jest mieszkającą w naszym wnętrzu cząstką Boga? W każdym razie, ten wiersz, ze wszystkich wierszy Poety, jest mi najbliższy, zwłaszcza jego ostatnie wersy...

18 stycznia minie siedem lat, odkąd ksiądz Twardowski odszedł w objęcia Anioła Śmierci...

Эх,жызнь!

 




 Uczniowie moi, uczenniczki drogie,
ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,
com was uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,
i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świętych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie-

gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie -
czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie -
i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,

z noskiem co się tak uparł, że został króciutki -
za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi -
a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamtą lekcję, gdym o niebie mówił,

te łzy co w okularach na religii stają -
właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,
co wołali na dworze - nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami -

grubasku i jąkało - osowiały, niemy -
Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe
szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty coś po sznurze

wdrapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie -
Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku
coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką -

ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci -
z barankiem wielkanocnym. - Bez was świeczki gasną -
i nie ma żyć dla kogo.
Ten od głupich dzieci.

Jan Twardowski: Do moich uczniów


Do posłuchania: Mietek Szcześniak - Spoza nas (wiersz ks. Twardowskiego)




 picture from net.

wtorek, stycznia 08, 2013

Wesołe jest życie...

...nie, nie staruszka, jak twierdził w jednym ze swoich tekstów Mistrz Jeremi Przybora!

Wesołe jest życie...alergika! 

Czyli moje.


 Niestety, w cudzysłowie!

Przyzwyczaiłam się do wielu rzeczy, bo z problemem borykam się od dziecka, choć za moich czasów alergii nie nazywano alergią. Wiadomo było jak dostałam zapaści po próbkach na penicylinę, bo nie miałam już siły łykać leków i poprosiłam o zastrzyki, że mam jakieś uczulenie. I że trzeba mnie faszerować gorącym mleczkiem z łychą masła, miodem i czosnkiem oraz rosołkiem (najlepiej ze świeżo zaciukanego...gołąbka, chyba tylko po to, aby moja głupota mogła jeszcze wyżej latać!), których to wynalazków nienawidzę do dziś (moja biedna córeczka u znajomych rzuciła się na rosół, jak Casanova na dziewicę, bo ja, wredna matka, nie gotuję tej tłustej wody z marchewką) !


Teraz mam uczulenie tudzież alergię na wszystko, ale chyba najbardziej na samą siebie.


Pomijając celiakię i  dietę bezglutenową, która zresztą bardzo służy mojej figurze, reszta jest do bani (i balonów pani Mani!).


Kaszlę od połowy grudnia, nie mam siły gadać, a moja praca głównie na gadaniu polega, więc poszłam dziś do lekarza, bo rzekomo, panuje jakiś wirus, jakieś bezobjawowe (dobre to!) zapalenie płuc (to wymyślił ten, kto nigdy nie miał zapalenia płuc, tudzież nigdy nie dusił się... bezobjawowo!).


 Poszłam i się dowiedziałam, że mam zapalenie krtani i tchawicy, że z powodu ciepłej aury pylą już jakieś grzybki i że pokaszlę tak sobie jeszcze do wiosny, a potem będę kichać latem i tak dalej...
 Zakaszlę i zakicham się na śmierć, bo większość leków zawiera pieprzony gluten, na który mam największe uczulenie i jak są źle dobrane, od razu dostaję... alergii. Więc jak mam leczyć alergię, skoro wszystko mnie alergizuje? Oto jest pytanie! Ważniejsze, niż "To be or not to be".

Pan lekarz rozkłada ręce, pociesza, że ludzie mają gorzej, poleca pić soczek z aloesu. A ja kaszlę, kicham, zazdroszczę ludziom, gdy opychają się ciastem, chlebem, pizzą, ba, sama piekę ciasta i pizzę dla rodziny i przyjaciół, patrzę na swoje kropki na rękach zaraz po zjedzeniu jogurtu, oglądam z przerażeniem palce, gdy zbyt długo noszę srebro i... głaszczę swoje dwa kudłate koty, na które się uodporniłam! Zbyt je kocham, aby mnie uczulały!

Poza tym od jakiegoś czasu namiętnie  słucham na YT wywodów Mariusza Maxa Kolonko o wrednym wirusie wypuszczonym przez Chińczyków, który wkrótce zdziesiątkuje ludzkość oraz o magii cyferek i kreatywności polskich tłumaczy angielskich tytułów filmów, co zresztą fascynuje mnie od bardzo dawna, od "Głodu" Tony'ego Scotta, przetłumaczonego jako "Zagadka nieśmiertelności", pomijając sławetny "Wirujący sex"!

Nie jest źle! Przynajmniej nie mam zajoba i nie wymyślam teorii spiskowych na temat iluminatów, kosmitów, spotkań ze śmiercią i hrabią de Saint-Germain. Nie opisuję nowego porządku świata, ludzi tkwiących w jaskiniach w stanie samathi ani bankowców pielęgnujących kult Lucyfera.

A alergia?

 Powtórzę parę afirmacji typu: 

Wszechświat mnie kocha, jestem piękna i zdrowa!
  W moim świecie wszystko jest dobre!
  Z każdym dniem wiedzie mi się coraz lepiej!
Napełniam swoje ciało miłością, a ono zdrowieje!

Powtórzę, porozwieszam te urocze i bardzo pozytywne myśli na lustrach, zapisane zielonym markerem na różowiutkich karteluszkach i wredna alergia odejdzie, skąd przyszła: w nicość!

Na koniec, gdy odniosę afirmacyjny sukces i cudownie ozdrowieję, powiem wszystkim krytykom myślenia życzeniowego, zachrypniętym głosem nałogowego alergika: Ręce precz od tego bloga! ;-)) 



Fotka: wesolutki krzaczek, Polanica Zdrój, sierpień 2012;-)

Bardzo ciekawy, moim zdaniem, wywiad 



A także, z różnych względów, interesujące książki (pierwsza i druga dają do myślenia, choć ta druga, dla mnie, była jak spotkanie z kosmitami):

Günter Scheich: Pozytywne myślenie. Czy może szkodzić?,Gdańsk,  GWP, 2000

Jan Van Helsing: Ręce precz od tej książki!, Katowice 2005, 2006, 2009

poniedziałek, stycznia 07, 2013

Being There...


impresja

we mgle słyszę ulotność
cisza wypełnia 

serca mojego wertepowatą
 przestrzeń

bujność traw oswajam
nierealnie intymnym

dotykiem porannej rosy

w snach świtają mi wiersze
o wolności spełnionej

latam gdzieś nad wszechświatem
i chwalę poematy

wiatrem oddycha mój anioł
po to aby mnie chronić
przed burzą zmyślonych emocji

intuicji szelestem wyczuwam
płynność istnienia 

a gwiazdy mnie błogosławią
migotliwym nie-gestem

cóż
może jestem szalona

ale po prostu
jestem


/B-c, 2012/13, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

pic:Softly Falling by Karen Middleton Illustration

niedziela, stycznia 06, 2013

Znowu pada...



styczniowa ulewa


i
pada
 


 leje w środku zimy
woda obmywa resztki śniegu
ludzie skuleni w deszczu marzną
a świat zatrzymał się w swym biegu

ta woda zimna tak jak prysznic
obmywa z ludzi ich złe myśli
szarością dnia symbolizuje
za pięknem odwieczną tęsknotę

ta woda srebrna jest jak złote
włosy anioła który krzyczy
że na tym świecie wśród jazgotu
brakuje dobra i słodyczy

ludzkiej empatii czułych gestów

ta woda zimna w środku stycznia
symbolem jest protestu

dobrych aniołów
którym trudno już patrzyć na to
co się dzieje

ten deszcz zimowy płacze szeptem
że jednak anioł ma nadzieję

na to co w ludziach
lepsze



/Bolesławiec,19 stycznia 2012 r., p.n.k., JoAnna Idzikowska Kęsik/


Do posłuchania: Seweryn Krajewski - Znowu pada; Kasia Kowalska - Jak w taki dzień deszczowy; Eurythmics - Here comes the rain again

Nie mam siły na pisanie tego bloga. We wtorek przed świętami zaczęłam kaszleć,bolał mnie nos, poszłam do lekarza, bo dentystka stwierdziła, że mam bardzo podrażnione gardło i chyba coś z zatokami. Przepisał mi silny antybiotyk, Unidox, który skończyłam pochłaniać w piątek (nota bene był to mój siódmy antybiotyk w roku 2012, bo odporność mam chyba niższą, niż nosiciele wirusa HIV).

 W sobotę, 22 grudnia,  wyszłam zrobić  zakupy na święta i po powrocie do domu, zaczęło mnie telepać w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przeleżałam całe ferie, kaszląc do totalnego bólu gardła i przepony. Czułam się jak cierpiący na suchoty Fredzio Chopin, trzymany za rączkę przez Norwida...

Jest 6 stycznia, a mnie w ogóle nie przechodzi. Nie chcę iść do lekarza, bo od razu da mi zwolnienie (wcześniej już chciał dawać), a ja nie mogę sobie na nie pozwolić (wystawa, hospitacja, koniec semestru i takie tam), chcę i muszę być w pracy. Rosołków, miodu, czosnku i innych paskudztw nie trawię. Chyba pozostanie mi paść i pobiec w stronę światła! ;-)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy do mnie zaglądają i życzę dużo, dużo zdrowia w tym roku! 

 pic: Anne Stokes, deviantArt

piątek, grudnia 14, 2012

"Delikatnie poprzez wiatr" ***



            Jestem zmęczona. Brakuje mi światła. To jest zresztą cholerny paradoks, bo uwielbiam mroczne wiersze i pełne ciemności powieści i filmy o wampirach (szkoda, że Anne Rice doznała objawienia i teraz pisze o Chrystusie, wolałam, jak pisała o wampirze Lestacie). 

        Wiersz sprzed chwili, taki jakiś...nijaki.



delikatnie


intymnie mówię i szeptem
nie może być przecież inaczej

szeptanie i intymność
tak wiele mają znaczeń

intymnością modlitwy
wplątaną w zasłuchanie
otwieram się dla życia

i jestem z tobą

w stanie

najtkliwszym i najczulszym
smaganym wrażliwością

ludzie to nazywają
poetycko

miłością

JoAnna Idzikowska-Kęsik
 B-c, 14 XII 2012, p.n.k.,


*** cytat w tytule postu Michał Zabłocki


Obrazek z netu i nie mam pojęcia, kto jest autorem, ale podoba mi się. Uwielbiam czerwień, kupiłam sobie przedwczoraj czerwony płaszcz, żeby dodać sobie energii. ;-)

czwartek, grudnia 13, 2012

"Bo do przodu wciąż wyrywa, głupie serce!" ***



serca wołanie



wołanie w mroku usłyszę
przez oceanu wzburzenie
przez zakochania ciszę
i myśli bezchmurnych brzmienie

symfonią wiatru zatańczę
twista w teatrze cieni
na cienkiej miłości szklance

rysunek słów się zamieni

w wiersz piękny i wzruszający
o tym że miłość prawdziwa
pokona strach dojmujący
serca co pragnie podziwiać

kochać chce i ulatać
ponad metafor przesłanie

po mrokach i snach tego świata
jedynie

miłość zostanie



/Bolesławiec, 18 III 2012, p.n.k.,  JoAnna Idzikowska-Kęsik/

Czego dzisiaj słucham? Dziś nucę piosenkę Grzegorza Ciechowskiego: Odchodząc (uwielbiam ten tekst!)... To dla mnie jeden z takich utworów, które się nosi w sobie, głęboko w duszy... 

jestem lżejszy od fotografii
z których będziesz mnie teraz wycinać 
będę milczał - i tak jestem martwy

odchodząc zabierz mnie

w nowym życiu znajdziesz mi miejsce
gdzieś na półce lub parapecie
raz na miesiąc kurz ze mnie zetrzesz

odchodząc zabierz mnie

Nota bene, czy ktoś 22 grudnia powie w mediach, że Ciechowski odszedł 11 lat temu? 




Fotka sprzed minutki: anioły znad mojego biurka, ten największy, szary, to rękodzieło osób niepełnosprawnych, uczęszczających na Warsztaty Terapii Zajęciowej, mój najnowszy nabytek. :-)))
A świeczka dzisiaj za Ojczyznę. 

*** z piosenki Maryli Rodowicz

środa, grudnia 12, 2012

Lewa jestem!








Lewe jest złe. Lewe jest gorsze. Po prawicy siedzą lepsi. Tak uważa m.in. Pan w Muszce, ale nie tylko on (on zresztą twierdzi raz siak, raz inaczej). To jest znane od wieków!

Wielu badaczy leworęczności ciągle podkreśla, iż: „Praktyka pokazuje, że leworęczność nadal wzbudza niepokój, rodzi wiele kontrowersji i pytań.”*

Leworęczność od starożytności postrzegana była jako odmienność, szydzono z niej, wykpiwano, pogardzano nią, czasem nawet, zwłaszcza w średniowieczu, osoby leworęczne postrzegano jako te, które miały zły charakter i kontakty z diabłem. Leworęczne kobiety w średniowieczu najczęściej kończyły na stosach, posądzone o czary i podpisanie paktu z diabłem (Joanna d'Arc była najprawdopodobniej leworęczna).
W dawnej Japonii, kiedy kobieta była leworęczna, mąż miał niepisane prawo rozwieść się z nią bez podawania przyczyny.
Za czasów Adolfa Hitlera, w narodowo-socjalistycznych Niemczech, Heinrich Himmler w swoim wykładzie z 1935 r. powoływał się na badania rzekomego związku pomiędzy leworęcznością, a skłonnościami do… homoseksualizmu!**(żeby było śmieszniej, motyw ten powrócił kilka lat temu po badaniach przeprowadzonych na Uniwersytecie w Toronto. To jest mniej więcej tak samo, jak często wysuwana ostatnio teza, iż osoby niepełnosprawne intelektualnie są w większości leworęczne i jakoby leworęczność była skutkiem większych lub mniejszych mikrouszkodzeń mózgu. Ja tam się cieszę, że pracuję z niepełnosprawnymi, przynajmniej nie czuję się inna, choć skłonności do kobiet, jakoś jeszcze w sobie nie odkryłam, ale kto mnie tam wie!)

Nawet w słynących z demokracji Stanach Zjednoczonych, dość długo osoby leworęczne miały obowiązek rejestracji (miało to wpływ na ogromny spadek leworęczności w tym kraju).
Do około lat siedemdziesiątych na Zachodzie i osiemdziesiątych w Polsce, przestawianie osób leworęcznych na rękę prawą, „lepszą i właściwszą”, było po prostu normą i bardzo powszechną praktyką, czego jestem doskonałym przykładem. Nikt nie zastanawiał się nad tym, co dziś wiadomo na pewno: przestawianie na siłę, jest jak operacja na otwartym mózgu!
Jakiś miesiąc temu smażyłam frytki dla całej bandy kolegów mojej córki i chyba wyrzuciłam z obierkami do kosza, swój jedyny nóż dla leworęcznych, kupiony w Irlandii, którym posługiwałam się sprawnie przez dwadzieścia lat. Mąż biegał po sklepach, nakupił mi kilkanaście nowych noży. No i ukroiłam sobie prawą ręką palca lewej tak, że aż zemdlałam z bólu.
Leworęczni, to największa mniejszość na świecie. Odkąd odchodzi się od przestawiania na prawą rękę, liczba leworęcznych stale rośnie i obecnie szacuje się, iż co dziewiąty człowiek jest osobą leworęczną.

Ale wracając do Pana w Muszce i jemu podobnych...

Dobrze, że mogę powtórzyć za Jackiem Kaczmarskim, który w świetnym "Autoportrecie Witkacego" napisał coś, co pasowało i do Witkacego i coś pod czym ja podpisuję się, nie tylko lewą, ale i prawą ręką:



dosyć sztywną mam szyję
i dlatego wciąż żyję
że polityka dla mnie to
w krysztale pomyje

umysł mam twardy jak łokcie
więc mnie za to nie kopcie
że rewolucja dla mnie
to czerwone paznokcie




Kilka lat temu napisałam obszerną pracę o leworęczności, wieńczącą moją naukę na podyplomowych studiach. Zgłębianie tematu było niezwykle fascynujące, o wiele ciekawsze, od czytania gazet, periodyków (i, nie daj Boże, magazynów dla kobiet, gdzie redaktorzy myślą, iż wszystkie mamy IQ na pograniczu upośledzenia umysłowego!), przeglądania blogów chłopców z plakatów (Pan w Muszce też prowadzi blog), porannego słuchania radiowych audycji (kładę się spać ok. drugiej w nocy, wstaję przed siódmą, czyli w środku nocy, więc muszę słuchać głupot, żeby się zdenerwować i obudzić) i oglądania wieczornych newsów (to jest dopiero sieczka; jak słyszę: w cudzysłowiu, zadawala, standartowe, SMSa czy - o, matko! - fakt autentyczny, rok czasu,
w każdym bądź razie i tym podobne z ust uznanych dziennikarzy, to zgrzytam swoimi nadgryzionymi zębem czasu, zębami!).
Kilkadziesiąt dni temu, napisałam, lewą ręką (prawą piszę ładniej, bo moja własna mamusia-pedagog, nie chciała mieć w domu odmieńca i zmuszała mnie do pisania "po ludzku"; nota bene dzięki temu, znam na pamięć mnóstwo wierszy, bo ćwicząc różne warianty własnej kaligrafii, po prostu przepisywałam wiersze; było to dużo milsze, niż pisanie w kółko debilnego zdania: Będę pisać tylko prawą ręką!***), taki oto wiersz:


mit(o)logicznie


motto: "Boże, błogosław ateizm..."

Pat Condell



urojeniami z pogranicza
afektywnych biegunów
wymyślam bogów
zatroskanych moją karmą

w kosmicznym chaosie
każdy wasal
ma swego wasala

Prometeusz nie wiedział
że jego kreatywność
skończy się
tysiącem nielogicznych mitów
o mitologii
wariacjami na temat
bez-tematu

zaowocuje syzyfową pracą

więc modlić się do boga bogów
w pierwotnej próżni myśli 
logicznie 
chyba mi nie wypada

nie siądę po prawicy
wybieram fascynującą
lewo(myślno)ść


JoAnna Idzikowska-Kęsik, 19 X 2012



Czy to aby naprawdę dobre, że polityka jest mi obca, zupełnie obojętna?
Ponoć zło szerzy się wtedy, gdy dobrzy ludzie milczą... (ale cóż: osoby leworęczne cechuje charakterystyczny, bardzo specyficzny rodzaj poczucia humoru i myślenia, dzięki dominacji prawej półkuli mózgowej, co widać na moim blogu i co ciągle podkreśla moja dentystka, załamując rączki: "Aśka, naucz się wreszcie gryźć prawą stroną, bo ta lewą masz już tak stępioną, że szkoda słów!"). ;-)))

Moi ulubieni sławni leworęczni: Maria Skłodowska-Curie, Ludwig van Beethoven, Hans Christian Andersen, Franz Kafka, Albert Einstein, Mark Twain, Greta Garbo, Marilyn Monroe, Julianne Moore, Phil Collins, Greg Kinnear, Robert DeNiro, Sting, Julia Roberts,Whoopi Goldberg, Jerzy Pilch, Philip Roth i oburęczny Leonardo da Vinci.

  Nota bene jestem strasznie ciekawa, czy Leonardo w swoim geniuszu, zdawał sobie sprawę z tego,że ćwicząc oburęczność, ćwiczył jednocześnie swój mózg? Niewykluczone, że tak, skoro powiedział: "Jak żelazo z bezczynności rdzewieje, a woda gnije lub marznie od zimna, tak umysł psuje się bez ćwiczenia."











* S. Weber, Dziecko leworęczne, Warszawa 2007, s.5
** J. –H. Zoche,  Czym jest leworęczność i jak z nią żyć, Warszawa 2005, s.65

*** Moja ulubiona prof. Maria Szyszkowska, napisała kiedyś, że charakter można ukształtować, dzięki bardzo intensywnej pracy nad zmianą charakteru własnego pisma. Mój tato zawsze mi powtarzał, że mam nie tylko tzw. polski temperament, ale też charakter. Cóż się dziwić? Przepisałam dwa tomy wierszy Miłosza i Różewicza, teraz czyta je moja córka i mówi: Mamo, ależ ty miałaś różnorakie... czcionki!