Translate

środa, stycznia 10, 2024

Kilka słów szczerości i prywaty

                                                     Witajcie!  

                11 stycznia przypada Dzień Wegetarian. Święto obchodzone corocznie, ustanowione 22 listopada roku 1977 przez Międzynarodową Unię Wegetarian. Święto obchodzą osoby na całym świecie, które z własnego jadłospisu odrzuciły mięso.


                I już na wstępie tego postu pragnę poinformować o czterech bardzo ważnych sprawach:

    * po pierwsze - w internecie i generalnie wśród ludzi krąży opinia, że wegetarianie czują się lepsi od reszty społeczeństwa;

    * po drugie - NIE CZUJĘ się od nikogo lepsza ani gorsza, czuję, że jestem sobą i żyję ze sobą w zgodzie;

    * po trzecie każdy ma wolną wolę i może robić w życiu co chce i jeśli dokonuje jakiegoś wyboru, to jest to jego sprawa i nic mi do tego;

    * po czwarte - ten post uwolni moje traumy, ale OK, może je wreszcie przepracuję, bo wbrew pozorom przez te lata, od kiedy nie jem mięsa, często dawano mi odczuć, że jestem - delikatnie mówiąc - inna?

                Zostałam poproszona przez jedną z moich ulubionych Osobowości Blogujących, żebym napisała dlaczego jestem wegetarianką. Usiadłam i pomyślałam. Chciałam napisać wiersz, ale okazał się stertą banałów, więc go wywaliłam. Jednak jeśli już mam pisać o sobie, to muszę zacząć, jak to zwykle bywa, od domu rodzinnego i dzieciństwa. Dzieciństwa, które dla mało kogo jest sielankowe i łatwe z różnych względów.

                W moim domu, w diecie serwowanej przez moich rodziców, królowało mięso. Rodzice urodzili się w czasie wojny, ojciec w ogóle rewelacyjną datę sobie wybrał na pojawienie się na tej planecie - urodził się 1 września 1939 roku, mama niemal dokładnie trzy lata później, 29 sierpnia 1942. Oboje więc byli dziećmi wojny, które zaznały niedoborów pożywienia i dla których mięso było czymś w rodzaju luksusu? Nie wiem. Wiem natomiast, że zarówno mnie, jak i mojemu niespełna dwa lata młodszemu bratu, po prostu się ulewało. Bo mimo kryzysu, mimo stanu wojennego i reglamentacji jedzenia (sławne kartki w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku), u nas w domu niczego nie brakowało z różnych względów, chyba przede wszystkim dlatego, że moi rodzice byli lubiani i mieli znajomych na wsi, a mięsa było zdecydowanie za dużo. 

                No i byłam nie tyle karmiona, co przekarmiana i tuczona. Głównym argumentem mojej rodzicielki był jej autorski, powtarzany jak mantra tekst: Nie zjesz - nie dostaniesz, nie zjesz - nie pójdziesz, nie pojedziesz (do kina, teatru, na zajęcia itp.), nie zjesz - nie spotkasz się z koleżankami... A to jedzenie to głównie było takie: jajecznica na kiełbasie, schabowe, rosół, roladki, pulpety, mielone, kurczak, bigos, kiełbasa na gorąco i temu podobne delicje. 

                Gdy jako mała dziewczynka wciąż pytałam skąd jest mięso, ojciec odpowiadał: Od zwierząt. Gdy drążyłam temat, czy np. zwierzęta robią dla nas mięso, rodzice pomijali to milczeniem... 

            Aż pewnego letniego dnia, przyjechał po mnie przyjaciel taty, wujek Jurek i zabrał mnie do siebie na wakacje (nie mieli z ciocią Jasią dzieci i bardzo mnie kochali, traktowali jak córkę, rozpieszczali). Jechaliśmy jego nową Warszawą czy Syrenką (nie pamiętam już dokładnie) i kaczka weszła na ulicę. Jurek zatrzymał się i wrzucił coś na tylne siedzenie samochodu. Jak dojechaliśmy do Wrocławia, do jego domu i zabrał to z tylnego siedzenia, zobaczyłam, że jest to przejechana kaczka. Wujek powiedział, że będzie pyszny obiad... Miałam wtedy pięć lat (mam z ciocią i wujkiem zdjęcia z tych i kolejnych wakacji) i pierwszy raz widziałam nieżywe zwierzę i coś we mnie pękło. Obiadu oczywiście nie zjadłam, ale u cioci i wujka mogłam, dostałam coś innego, w domu niestety nie.

                Potem często chorowałam. Infekcje dróg oddechowych, tchawica, dwa razy miałam zapalenie płuc. Wtedy mój ojciec się dowiedział, że najlepszy jest rosół z gołębi i gdzieś je od kogoś kupował i aplikowali mi ten nieszczęsny rosół z tych istot (do dziś mnie mdli na wspomnienie, a tym bardziej na  zapach rosołu)... 

                Przetrwałam ten czas, tę dietę, te rosoły, jakoś udawało mi się, gdy byłam starsza, oszukiwać matkę, oddawać kotlety bratu, wyrzucać kanapki z jajecznicą, z szynką lub zamieniać się z koleżankami na kanapki z serem. Aż wreszcie zdałam maturę i poszłam na studia - 1988 rok - rok mojego wyzwolenia. 

            Kiedy poszłam na studia od razu, z dnia na dzień, przestałam jeść mięso, przeszłam na dietę, w której były jajka, sery, mnóstwo warzyw i owoców, ale nie było mięsa ani ryb. Schudłam ponad 20 kilogramów, miałam 51 cm w talii, mąż obejmował mnie w pasie dłońmi, bo bardzo szybko wyszłam za mąż ku rozpaczy rodziców, ale zgodnie ze swoją wolą i sercem. 

            Matka rozpaczała: Nie dość, że mańkut to jeszcze wegetarianka - co za okropny odmieniec! 

             Ojciec komentował: Taka chuda, że tylko nos jej sterczy, jeszcze trochę i wpadnie w anemię! 

            Ciotki dopytywały: Wy (bo mąż również) naprawdę jesteście tacy całkiem wege? Rybek też nie jecie? To dlatego nie możecie mieć dzieci?! 

            Przyjaciółki dopingowały: Super, DżoAna, może ja też przejdę na wege?

            Gdy po skończeniu studiów i czterech latach małżeństwa spodziewałam się dziecka, lekarze radzili: Trzeba jeść chociaż trochę mięsa, bo wypadną pani zęby, a dziecko będzie miało słabe włosy i kości.

            Córka urodziła się śliczna, zdrowa, ma gęste włosy, długie rzęsy, wysokie IQ i EQ i jest moją dumą. Nie katowałam jej wege dietą, jadła, co chciała, ale teraz też nie je mięsa.

            Ja już nie mam talii osy, ale do dziś mam ładne zęby i dobre wyniki w różnych testach i w tych medycznych, sprawdzających zdrowie, też. 

            Dlaczego jestem wegetarianką? Mogę to porównać do wyboru koloru włosów (też na studiach ścięłam je ku rozpaczy ojca, który się do mnie nie odzywał chyba z rok i zafarbowałam na blond) - bo tak wybrałam.

             W życiu dokonujemy wielu wyborów - lepszych, gorszych. Ten był dobry, ponieważ był zgodny z tym, co naprawdę czuję i był mój, a nie narzucony mi przez konwenanse, rodziców, społeczeństwo. 

                I tyle. Mam nadzieję, że nie będę żałować, że napisałam ten post.

                 Sławni wegetarianie, których lubię i cenię? Proszę bardzo!


Brigitte Bardot, legenda kina i ikona kobiecości, zagorzała obrończyni praw zwierząt. 

            Leonardo da Vinci - geniusz. Wegetarianinem był od wczesnej młodości. Umysł i talent miał drapieżny i niekonwencjonalny.


                        Nicola Tesla - genialny wynalazca, inżynier, myśliciel.

             
            Desmond Thomas Doss - bohater wojenny, który odmówił dotykania broni a mimo to uratował wielu kompanów. Jego heroizm uwiecznił Mel Gibson w filmie pt. Przełęcz Ocalonych - polecam. Jest również wielokrotnie nagradzany film dokumentalny pt. Szeregowiec Doss (był on pierwszym pacyfistą w historii nagrodzonym Medalem Honoru).

            Joaquin Phoenix - dla mnie najlepszy aktor średniego pokolenia w kinie światowym.

                     Natalie Portman - śliczna aktorka, która dużo czyta, także powieści Olgi Tokarczuk, która również od wielu lat jest wegetarianką, ale o niej napiszę przy okazji znaku Wodnika.

             Bryan Adams - od wielu lat mój ukochany wokalista, kompozytor, fotografik, autor tekstów.


 
            Lillian Müller - norweska modelka i aktorka, która od wielu lat jest wegetarianką i propaguje tę dietę. Kobieta ma 72 lata, a figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna nastolatka.

poniedziałek, stycznia 08, 2024

UWAGA POEZJA, czyli niezwykły wiersz Bolesława Leśmiana

 


Bałwan ze śniegu

Tam - u sa­me­go la­sów brze­gu,
Gdzie kruk -je­dy­ny pust­ki widz,
Ktoś go ule­pił z tego śnie­gu,
Co mu na imię: biel i nic...


Na gło­wę śmiesz­ną wdział cza­pu­lę,
A w bok że­bra­czy wra­ził kij -
I w oczy spoj­rzał mu nie­czu­le
I rzekł na drwi­ny: "Chcesz - to żyj!"


I żył nie­zgrab­ny, byle jaki,
A gdym doń przy­szedł śla­dem trwóg -
Już weń wie­rzy­ły wszyst­kie pta­ki,
Więc zro­zu­mia­łem, że to - bóg...


Cza­ro­wał drze­wa ócz bły­sko­tem,
Pier­sią, do któ­rej wi­chry lgną -
I ku­sił mnie nie­wie­dzą o tem,
Co było we mnie - tyl­ko mną...


Pan ośnie­żo­nej w dal przy­czy­ny
Po­przez śle­po­tę mroź­nych cisz
Pa­trzał w wą­do­ły i w ni­zi­ny,
Co mu się śni­ły wzwyż i wzwyż!


A kie­dy po­blask wziął od słoń­ca
I w ni­cość za­lśnił - błęd­ny wskaz -
Po­ją­łem wszyst­ko aż do koń­ca


I uwie­rzy­łem jesz­cze raz! 

Bolesław Leśmian


             Bolesław Leśmian (1877 - 1937) - to dla mnie jeden z tych poetów, którzy stanowią absolutnie osobne i wyjątkowe zjawisko w polskiej poezji. To intelektualista i indywidualista, nadpoeta, geniusz wymyślający słowa, wrażliwy obserwator czasem bardzo smutnej rzeczywistości. To człowiek niezwykle mądry, oczytany, skromny, którego życie nigdy nie rozpieszczało, za ton rozpieszczał i upiększał polską poezję.

            Jego poezja towarzyszy mi od - naprawdę - maleńkości, bo mój ojciec go po prostu uwielbiał i czytał mi jego wiersze: m.in. bezbłędną "Lalkę", baśniową "Dziewczynę" i niesamowitego "Kopciuszka". W domu było kilka tomików jego poezji, były też baśnie.

            Ten blog założyłam w dzień jego urodzin - 22 stycznia, ponieważ jest poetą, którego wiersze tkwią we mnie bardzo głęboko i które zawsze recytowałam na różnych recytatorskich konkursach a także na egzaminach do PWST.

            Prezentowany dziś, z pozoru bardzo prosty czy wręcz nawet banalny wiersz, jest niesamowicie mądry, ma drugie i trzecie dno. Trzeba go czytać sercem. Uwielbiam ten wiersz! Prezentuję Wam go z nadzieją, że odczytacie go w sobie tylko właściwy sposób i tak go zrozumiecie. Dla mnie to wiersz płynący zarówno z serca jak i z głębokich pokładów podświadomości. Tekst, który należy kontemplować.

                O poecie napiszę więcej niebawem, gdy będę opisywać znak Wodnika, a tymczasem szczerze Was zachęcam do czytania poezji, do wchodzenia w inne światy zaklęte w wierszach. 


*zdjęcie kruka i poety z internetu, obraz: Paul Weimann - Zimowy pejzaż

sobota, stycznia 06, 2024

To i owo przy poranniej kawie


                Senny, deszczowy poranek. Szary, bury i ponury. Miałam misterny plan spania do południa, ale moje zwierzaki chodzą po mnie, jak im pasuje, absolutnie nie zważając na mój komfort czy raczej dyskomfort. Zasnęłam w swoim pokoju na wersalce, bo oglądałam wczoraj wieczorem film dokumentalny na Netflixie pt. Jesteś tym, co jesz o bliźniętach poddanych diecie i już nie chciało mi się pielgrzymować do sypialni.

            Jurek, który jest rannym ptaszkiem i chodzi na spacery w środku nocy, wysyła mi MMS-y z ukochanej, ale zaśnieżonej Gdyni, po której biegają dziki, a tymczasem w Bolesławcu pada deszcz, chociaż zrobiło się troszkę chłodniej, po ostatnich wiosennych temperaturach. Może jest szansa na prawdziwą, białą zimę? Taką z mrozem i diamencikami śniegu? Byłoby super!

                Obudziłam się z piękną myślą, z zarysem jakiegoś wiersza o zimie i miłości i oczywiście nic nie zapamiętałam. Często mam tak, że moje wiersze najpiękniejsze są wtedy, gdy nie mogę ich zapisać; pojawiają się w nocy, przed zaśnięciem albo tuż przed pobudką lub gdy już się obudzę, ale jeszcze leżę w łóżku i nie chce mi się szukać długopisu, pisać. 

                Druga kawa... Człapię do kuchni, psiak za mną, bo musi wymusić przysmaczek na dzień dobry... W soboty mam dzień bez porannej wody i od razu rzucam się na kawę!

                Dzisiaj mam też wolne od pracy. Jutro już nie. Jutro będę pisać oceny opisowe i sprawozdania, jednak dziś jest dzień DżoAny, która robi co chce. Na pewno trochę ogarnę dom, zrobię jakiś dobry obiadek i będę czytać, pisać pamiętnik swoim starym Parkerem, może coś obejrzę. Zapewne też zadbam o urodę - wątpliwą już w moim wieku, ale maseczka na włosy i twarz, szyję, dekolt na pewno dzisiaj poleci. Może też uda mi się podciąć psiakowi kudełki na brzuszku.

                Póki co milionowy raz wracam do wierszy Pani Szymborskiej, do mojego bilingwalnego wydania jej tekstów z 1989 roku, które znam na pamięć, jednak do tej książki mam szczególny sentyment, kupiłam ją na moich pierwszych studiach... Kosztowała 2500 złotych - takie były wtedy ceny i choć nie widać tego na zdjęciach z mojego wyrka, druk w tej książce jest w kolorze butelkowej zieleni i dobrze się czyta litery inne niż czarne. Czerń męczy moje oczy. Na drugim zdjęciu macie jeden z moich najukochańszych wierszy poetki, czytajcie!

                Przed świętami upadła mi w trakcie mycia, a raczej wypadła z rąk prosto do zlewozmywaka, ulubiona maselniczka i pękła (moja wina, bo trzeba ją było włożyć grzecznie do zmywarki), więc przejechałam się po sklepach z ceramiką, których w Bolesławcu jest dużo, żeby kupić nową. I kupiłam w kształcie i wzorku, którego jeszcze nie mam w kolekcji.


                Przy okazji okazało się, że kochane Panie Ekspedientki zostawiły dla mnie kubeczek, na który polowałam chyba półtora roku, bo jeśli był kształt (boski, królewski rzekłabym), to zdobienie było nie w moim stylu. Zostawiły mi takie oto cudeńko, dziękuję!!!

                A że dawno z braku czasu nie kupowałam wiele ceramiki, skusiłam się też na dwa inne kubeczki, miseczki dla moich rozpuszczonych i rozpieszczonych "dzieci" i fikuśną miseczkę, w której mam cuksy dla gości (no dobra, jak mam trufle albo śliwki w czekoladzie, to też czasem skubnę). Z takich miseczek wcinają moje zwierzaki swoje pokarmy mokre i suche chrupki, chociaż psinka jest zwykle karmiona przeze mnie z małego, deserowego widelczyka i dostaje jedzenie prosto do pysia.


            Nie mogłam się też oprzeć nowemu wzorkowi, bo bardzo lubię nasz bolesławiecki, słynny kobalt i kupiłam nowy mlecznik (kawę piję z mlekiem roślinnym, ale je podgrzewam w mikrofali, żeby była ciepła - nie znoszę zimnej kawy).

            Cały czas, gdy piszę ten post, który zresztą za wcześnie opublikowałam bez zdjęć - taka jestem bujająca w obłoczkach, towarzyszą mi moje kochane "dzieci" czyli zwierzaki (dziecko prywatne śpi jak zabite w pokoju obok). Bez nich życie byłoby mniej czułe chyba... Balbina, którą mam od malucha, bo miała niecałe 5 tygodni, gdy ją dostałam na Walentynki, domaga się pieszczot po mojej prawej stronie, Niko po lewej - chrapie i mruczy. Są cudne i kochane. Uwielbiam Nikusia zimą, bo nie strzygę go tak krótko jak wiosną i latem i robią mu się loczki, a że jest zadbany, jest też milutki w dotyku i mięciutki.

                Balbina, która skończy za parę dni 13 lat, jest wciąż młoda i piękna i ciągle mnie zaczepia, a jej łapki są delikatne i miękkie, bo prawie całe życie spędziła w domu... Kocham to białe mruczydełko, lubię bardzo, jak mnie swoimi łapkami głaszcze po to, abym ja głaskała ją. Mruczy przy tym jak mały traktor.

                Niko zaś zawsze wie, a nie wiem skąd wie, jednak WIE, że jest wolny dzień, święto, weekend - chrapie sobie do jedenastej albo nawet dłużej. Niko - moje adoptowane ad hoc szczęście, też skończy 13 lat pierwszego kwietnia, jednak śmiga jak młody bóg. Chrumka jak mała świnka i uwielbiam całować jego nosek.

                   W takie szare dni, senne i niemrawe, potrzebuję biżuterii z bursztynem i trochę złota dla rozjaśnienia, ożywienia tej szarości... Uwielbiam stare, starsze ode mnie pierścionki nieistniejącej już firmy Warmet. A bursztyn to chyba mój kamień mocy. Mam wiele innych pierścionków, jednak te z bursztynem wciąż coś do mnie mówią. ;-) Moja psinka też dobrze się czuje odkąd nosi bursztynową obrożę. 😍

                        I to chyba tyle sobotnich wynurzeń i prywaty prosto z pościeli.

                    Szary świat za oknem wcale nie oznacza, że w duszy i w domu też jest równie szaro czy smutno. Jest naprawdę dobrze. Pozdrawiam wraz z Balbiną i Nikusiem. Dobrego dla Was!

 I jeszcze PS
                Facebook, na który wchodzę już tylko po to, aby dodać post do Babińca Literackiego,  przypomniał mi taki obrazek, moje zdjęcie sprzed sześciu lat: w tym roku jeszcze nie było rusałek - pawików w moim domu, ale jest moc, była tęcza. No i widzicie - lubią mnie nie tylko koty i psy, motyle też wiecznie na mnie siadają i pszczoły, które nigdy mnie nie żądlą.
Cytat na dziś i na jutro...

Zatrzymuj myśli, w których nie ma miłości. Depcz wszelki krytycyzm. Naucz się miłości obejmującej wszystkie istoty – nie w teorii, w praktyce!
 
Alice Bailey

środa, stycznia 03, 2024

Niechaj nam i światu dzieje się dobrze, szczęśliwie i pięknie...


Witajcie!⊱ To mój pierwszy post w 2024 roku, mam nadzieję, że nie ostatni! Czytajcie ten post przez pryzmat Waszego serca - kto zrozumie - świetnie, kto nie zrozumie i pomyśli, że jestem stuknięta albo nawiedzona - też dobrze. Każdy ma własną drogę i swoją percepcję słów.

„Zwykliśmy wierzyć, że świat zewnętrzny jest prawdziwszy niż świat wewnętrzny. Według nowego modelu nauki jest dokładnie odwrotnie. Stwierdza on, iż to, co dzieje się wewnątrz nas stwarza rzeczy zewnętrzne”.

dr Joe Dispenza

                Dzisiaj w tytule postu, zamiast cytatu, umieściłam zwykłe, proste a zapewne wg niektórych nawet banalne zdanie. Słowa tak bardzo pomijane, zapomniane, że prawie nikt już nie pamięta, co znaczą, mało kto zwraca na nie uwagę. Pojęcia, których wartość od dawna jest umniejszana. A przecież są one niesamowite. Franciszkańskie pozdrowienie, które pamiętam z czasów liceum i pieszych pielgrzymek z Wrocławia na Jasną Górę, na które zabierał mnie mój cioteczny brat, artysta - Pokój i Dobro - jest piękne i uniwersalne (nawet, a może szczególnie dla mnie, agnostyczki, wierzącej inaczej, bo wierzącej w Dobrą Matkę Najwyższą Inteligencję, ale z serca szanującą ludzi innych wyznań), ponieważ zawiera wszystko, czego tak naprawdę, tak do bólu,  potrzebuje człowiek... A spokój ratował mnóstwo ludzi z wielu opresji, gdyż panowanie nad emocjami, inteligencja emocjonalna, to wspaniała, przydatna cecha, pożądana bardziej niż inteligencja poznawcza.


                A tymczasem na świecie dzieje się to, co się dzieje... Nie chcę i nie będę wspierać negatywnej energii i wymieniać nazw, nazywać złych rzeczy po ich brzydkim imieniu, bo przecież wszyscy doskonale wiemy o co chodzi.
    Myślę, że dzisiaj, tu i teraz, absolutnie nie jest ważne, skąd przyszło i skąd się wzięło i gdzie się pojawiło, gdzie jest - nie osądzaj, a nie będziesz osądzany. Stało się, wydarzyło, jest i trzeba sobie z tym po prostu poradzić. Trzeba medytować, żeby to się skończyło dla najwyższego dobra wszystkich.


                Jako ludzie myślący, mamy własne przemyślenia, pomysły, olśnienia, eureki, wyciągamy własne wnioski z doświadczeń, przeczyć, lektur. Możemy czytać tysiące artykułów, wypowiedzi, oglądać kolejne - też już chyba idące w tysiące - filmy na YT i innych portalach, śledzić wiadomości z kraju i ze świata, jednak powinniśmy wyrobić sobie własne zdanie i wypracować prywatne reakcje na to, co jest nam dzisiaj dane, co się nam pokazuje i z czym musimy sobie poradzić.

                Mówi się, że panowanie nad chwilą jest panowaniem nad życiem i ja się z tym zgadzam. Dlatego warto każdą chwilę życia wykorzystać jak najlepiej. Bo - nawet jeśli wierzymy w nią czy tylko przeczuwamy reinkarnację - to życie tutaj jest jedno, jest też jedyne w swoim rodzaju i na ten moment najważniejsze. Dlatego warto je uszanować, ukoić, uspokoić i utulić.
    Jak to zrobić? Z szacunkiem do siebie, swojego ciała, umysłu i duszy. Bo dopiero to trio stanowi całość. Dbając o ciało, umysł, duszę, dbamy o siebie w sposób holistyczny,  że tak powiem - globalny.

                Jeśli wierzyć ezoterykom, bardzo ważna jest teraz czakra KORONY (sic!), która właśnie za samodzielne, indywidualne myślenie odpowiada, choć współpracuje z innymi czakrami naszego ciała. A to, jakie tworzymy myśli, niezwykle silnie wpływa na nasze ciało, na jego funkcjonowanie i reakcje. Złe myśli wpływają na naszą odporność, momentalnie ją obniżając. Wiele chorób bierze się ze złych, smutnych, nieadekwatnych do sytuacji, negatywnych, czarnych myśli, ba, często tymi myślami, które są jak samospełniająca się przepowiednia, te choroby u siebie wywołujemy. Warto więc wzmacniać system immunologiczny, odporność, nie tylko zdrowym, kolorowym jedzeniem, ziołami, witaminami, suplementami, czystą wodą, ale też budującymi myślami, medytacją czy modlitwą (bo ona też jest rodzajem medytacji i ma wielką moc sprawczą). Nie wolno pozwolić na to, aby ktoś nami manipulował poprzez sprytnie serwowane, kłamliwe informacje. Trzeba wierzyć sobie, wierzyć w siebie, w swoją intuicję, która zawsze nas dobrze poprowadzi, jeśli tylko dopuścimy ją do głosu, zaufamy jej.

 


                   Zaczął się Nowy -2024 - Rok (a nawet pod koniec poprzedniego) i już słyszę koszmarne przepowiednie, czytam czarne scenariusze, przekręcone lub źle zinterpretowane słowa Nostradamusa, Baby Wangi i im podobnych. Jak zwykle o tej porze roku, pojawiają się media zależne i niezależne i ludzie, którym bardzo zależy, żeby nas przestraszyć, żeby wywołać lęk, który zupełnie nam nie służy i który odbija się na nas, naszym organizmie i ogólnym funkcjonowaniu. Albo nas straszą kolejną pandemią, albo wojną, albo kryzysem lub inflacją (która, niestety, zawsze najbardziej uderza w tych najsłabszych), serwowaniem nam robaków w menu, zmianami klimatu, terrorystami, topnieniem lodowców, albo innymi rzeczami, np. brakiem żywności, prądu czy gazu, małą epoką lodowcową, która niby właśnie nadchodzi, kosmitami, sztuczną inteligencją czy - nie daj bogini - innymi ludźmi. Po co? Pomyślcie, zastanówcie się. Powiem tyle, że wystraszonymi ludźmi dużo łatwiej się steruje, manipuluje nimi... A jak się ludzi skłóci, poróżni, to jest jeszcze większe pole do negatywnych działań, które na pewno przyniosą zamierzony skutek.

            Kieruję się często w życiu opowieściami mojej babci Adeliny, synowej Michaliny - prababki od serniczka. , lubię wracać do nich pamięcią. Otóż moja babcia bardzo często opowiadała mi, że przed wojną na Podlasiu, na którym mieszkała, Boże Narodzenie i inne świata obchodziła wielokrotnie, że chodziła do kościoła, do cerkwi, przyjaźniła się z Żydami i obchodzili wszyscy święta swoje i swoich sąsiadów i żyli razem w harmonii... I mnie się te jej opowieści bardzo podobały. Że dziadek ukrywał ludzi w czasie wojny, że ona z jego matką gotowały zupę na lebiodzie, żeby ci ludzie przetrwali, że się dzielili z nimi ziemniakami, choć sami nie mieli wtedy dużo... Kieruję się zdaniem noblisty, Gabriela Garcii Marqueza: "Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego człowieka z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł".

            Uważam, że warto żyć chwilą obecną, poczuć potęgę teraźniejszości, być w tu i teraz i naprawdę warto być dobrej myśli, warto się wyciszać, nie iść ślepo za stadem, zacząć robić nawet za czarną, ale samodzielnie myślącą owcę, bo te mają charakter i siłę. Te nie zginą w stadzie. Podobno z prądem płyną śmieci - nie zaśmiecajmy więc własnego umysłu złymi energiami!

            Warto również być dobrym nie tylko dla siebie, ale najpierw właśnie dla siebie, bo wówczas można się nauczyć bycia dobrym dla innych. Wspomniałam o koronie, a przecież czakr jest siedem. Najważniejszą z nich jest czakra serca. Bo ono jest ważniejsze od mózgu (bo nie tylko jelita są drugim mózgiem, ale też mózg jest drugi - po sercu). Czy ktoś się kiedyś zastanawiał, że serce jest jedynym organem w naszym ciele, którego nie atakują nowotwory? Czyż zatem nie jest ważniejsze od mózgu, w sensie duchowym? Czyż to nie ono zawiaduje naszymi emocjami, które wpływają na nasze samopoczucie? Kiedyś, gdy byłam bardzo mała, czytał mi tato bajkę, w której zastanawiano się, jakie słowo jest najważniejsze na świecie i okazało się być nim właśnie serce. Czy nie byłoby pięknie, gdyby ludzie go słuchali, kierowali się nim i jego podszeptami?

                Czasem myślę (nie powiem, że czytam z gwiazd, bo uznacie mnie za wariatkę), że idzie wielkie nowe, globalne wyzwanie dla całej ludzkości, wyzwanie trudne, a nawet bardzo ciężkie, ale warte wysiłku. Takie, którego nie zna moje pokolenie pięćdziesięciolatków (myślę tu bardziej o tych na Zachodzie, bo my w Polsce lat dziewięćdziesiątych, wchodząc w dorosłość, mocno dostaliśmy po tyłkach), przyzwyczajonych do życia na pewnym poziomie, do konsumpcjonizmu, gromadzenia rzeczy i pieniędzy, pracoholizmu i - de facto - pogoni za niczym.



                Idzie i nieuchronnie zbliża się wielkimi krokami egzamin z człowieczeństwa. Idzie czy nawet raczej biegnie? Nadchodzi z wielu powodów, choćby dlatego, że się wszyscy zaplątaliśmy, zagubiliśmy gdzieś radość istnienia na tym świecie i na dodatek nauczyliśmy się bezkarnie pozbawiać jej innych ludzi i inne mądre, czujące istoty. A świat jest jeden dla wszystkich, o czym dobitnie przypomina nam aktualna sytuacja. Wszyscy jesteśmy równi, tacy sami wobec czasu i wieczności. Nie ma wyjątków, nie ma litości i to jest dobre. Mnóstwo razy już cytowałam, ale zacytuję enty raz niezwykle mądre słowa poety, Juliana Tuwima: "Gdy swoją krew i waszą sprawdzę, wierzcie mi, jedna będzie jucha".

                    Mam wrażenie, że Matka Ziemia usiłuje nam przekazać coś bardzo ważnego. Coś, co od dawna wszyscy przeczuwaliśmy: że już dłużej się nie da tak, jak jest... Że przegięliśmy jako kolektyw, że jesteśmy u progu katastrofy, jakiej zaznali legendarni Atlantydzi, bo Ziemia, jak pisał Miłosz: "nie jest snem, lecz żywym ciałem" . Bo każdy ma dość ucisku i nie jest w stanie dłużej znosić złego traktowania. Bo przelała się czara goryczy, a jej ostrzeżenia na nic się zdały, gdyż nic nie zrozumieliśmy. Niby myślący, a jakże bezmyślni, niepokorni w swojej nieuzasadnionej bucie...

            W ciągu czterech ostatnich lat, tak gdzieś od marca pamiętnego 2020 roku, pojawiło się w necie mnóstwo wywodów, teorii spiskowych na temat sytuacji ludzkości, resetu systemu, a także bardzo lekceważących wpisów, memów i filmików w wykonaniu wielu tzw. znawców, jasnowidzów, astrologów, naukowców, coachów, wróżek, amatorów, pasjonatów, tarocistów i innych samozwańczych proroków i nauczycieli. Każdy ma prawo do swojego zdania, do publikowania w Sieci, ostatecznie wymiana myśli i poglądów jest bardzo cenna i ważna oraz pouczająca. Jednak nie wszystkim i nie we wszystko musimy wierzyć. Można poznać zdanie, opinie innych i po prostu wyrobić swoje własne. I tego się trzymać, rozumiejąc, że jako jednostki jesteśmy tożsami z wszechświatem, że wszystko jest połączone ze wszystkim, bo jesteśmy po prostu energią. Efekt motyla to wcale nie jest bajka.


                Moje zdanie jest takie, że uratuje nas spokój i dobro, empatia, wspieranie się, pomaganie sobie, współczucie, powrót do źródeł współbycia, do człowieczeństwa, do wyhamowania brania, a uruchomienia dawania, wsparcia, podtrzymywania na duchu, dzielenia się siłą, wiarą, nadzieją, dobrą, pozytwną energią. I nie mam tu na myśli tylko spraw materialnych, mam tu na myśli również, a może przede wszystkim, sprawy duchowe. Myślę intensywnie od wielu miesięcy o naszej wrodzonej umiejętności i potrzebie czynieniu dobra, cokolwiek to znaczy. Wspaniały i pożądany byłby powrót do kobiecych, ciepłych, życzliwych energii, do kreowania rzeczy, które będą sprzyjały wszystkim, a nie tylko wąskiej grupie uprzywilejowanych. Mam na myśli ogólnoświatową sprawiedliwość, także dla naszych cudownych, mądrych, czujących braci - zwierząt. Mam na myśli autentyczną, a nie pozorowaną bliskość ludzi sobie bliskich i zaufanie do reszty. Upadek nikomu niepotrzebnych podziałów, niesprawiedliwej ekonomii, życia na kredytach, struktur społecznych będących strukturami wręcz niewolniczymi, mądry podział dóbr. Tak... Kłania się utopijne "Imagine" Lennona, które zawsze gdzieś we mnie grało, ale myślę, że nie tylko we mnie, że jest nas dużo więcej, dostrzegających to, co jest, a co powinno być i kiedyś nastanie.
Nie przesadzam.

                Ludzie będą zmuszeni poprzez to, co się dzieje i jeszcze długo będzie się działo w tym chińskim (sic!) roku drewnianego Smoka (najmocniejszy znak chińskiego Zodiaku), chalcedońskiego Słońca (najmocniejsza siła w astrologii, będzie gorąco w każdej dziedzinie życia i w pogodzie) i numerologicznej Ósemki - najsilniejszej z cyfr (nieskończoność, niebo - piekło, dobro-zło), do dokonania zmiany - chyba przede wszystkim na poziomie świadomości; indywidualnej i zbiorowej, co doprowadzi do wielkiej zmiany stylu i trybu życia na tej pięknej planecie. Ten rok będzie rokiem mocnych energii, ale wierzcie mi - dla dobrych, otwartych ludzi będzie kreatywnym, świetnym rokiem pełnym ogromnych możliwości! NIE LĘKAJCIE SIĘ - tak mawiał Karol Wojtyła i te słowa wciąż, a może nawet coraz mocniej, są aktualne. Nie dajcie się zmanipulować! Róbcie swoje - bądźcie życzliwi!

                Wiem to. Nie jestem Kasandrą, nie jestem wieszczką i nawet w najśmielszych myślach nie pretenduję do tego miana, ale właśnie swoje wiem, jestem kobietą z bardzo wyostrzoną intuicją.
Myślę, że nadchodzą bardzo ciekawe, choć dla niektórych osób trudne czy raczej niełatwe czasy, a rok 2020 i kolejne lata, to  było tylko preludium. Ale nic to, bo - jak mawiał poeta ksiądz Jan Twardowski: "W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze - to niedobrze". Kocham go za tę jego mądrość, za dostrzeganie małych cudów, za biedronki, za wszystkie cudne wiersze, za dobroć i prostotę.

            Wiecie, że od jakiś sześciu lat z tego świata, także tu w Polsce, odchodzi mnóstwo ludzi? Więcej, niż się rodzi, niż odchodziło nawet w latach wojen? A odejdzie jeszcze więcej. Nie wykluczam, że ja również. Karma wraca, zbiera żniwo. Jednak wierzę w nas, ludzi, pomimo wszystko. Cud życia musi pozostać i musi pozostać to, o czym pisał mój ukochany Norwid, czyli "poezja i dobroć".

              Przez najbliższe dni, miesiące, a może jeszcze nawet lata będzie się wiele działo, nastąpi mnóstwo zmian (na poziomie społecznym i indywidualnym), nasze życie też będzie inne, jednak wierzę, że wspólnie odrobimy tę lekcję, choć nie będzie to zwykła klasówka, tylko duży sprawdzian dla naszego gatunku, a Szekspirowskie "To be or not to be" nabierze nowego znaczenia...


            Czytam, jak wiecie sporo, poznaję czasem skrajnie różne poglądy. Szanuję zarówno teologa Pierre'a Teilharda de Chardina jak naukowca - ateistę Richarda Dawkinsa. I ten drugi napisał jedną bardzo ważną rzecz, przytoczę, bo wiem, że wielu ludzi boi się odejść z tego świata z różnych względów: "Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie".

            

 
 
            Nie należy się bać, strach jest naszym wrogiem i nie mówię tu o tym pierwotnym, ale tym wyuczonym, nawykowym wręcz, ten strach podobno, wg nowych naukowych odkryć, potrafi zmienić nasze DNA... Ale zmieniają je przede wszystkim nasze dobre, wspierające myśli, zmieniają je na lepsze. Warto przypomnieć sobie piękne słowa "Desideraty", bo spokój, wewnętrzna siła, poczciwość, wyrozumiałość, empatia i współczucie na pewno nas uratują. Nastanie epoka serca, którą wieszczył Mickiewicz ponadczasową radą: "Miej serce i patrzaj w serce", ale zanim na stałe i na dobre rozgości się na tej planecie długo zapowiadana Era Wodnika (najprawdopodobniej pod koniec 2024 roku, w połowie listopada, gdy Pluton - odpowiadający za przemiany i rewolucje na 20 lat wejdzie do znaku powietrznego, społecznego Wodnika) podejrzewam, że nam przyjdzie zrozumieć słowa Milosza: "Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna".

            Pamiętajmy, że po każdej nocy nastaje dzień, a po każdym kryzysie nadchodzi prosperita, czas nowych wartości, a jak mawiał Joseph W. Krutch: "Za każdym razem, kiedy rodzi się nowa wartość, istnienie nabiera nowego znaczenia". 

 



            I pamiętajmy również o ogrodach... Jonasz Kofta i inni wielcy poeci, wiedzieli doskonale, że stamtąd przyszliśmy i tam przyjdzie nam wrócić... Miejmy nadzieję, że w pięknym stylu! Jednak zanim to nastąpi, zanim wrócimy do gwiezdnych Edenów, tu i teraz pielęgnujmy ogrody realnie - dbając o naturę i metaforycznie - dbając o jakość naszych myśli, naszego życia.

            Jesteśmy ludźmi, dobrymi, spokojnymi -operując umijętnie pełnymi zrozumienia i pokoju myślami mamy wielki, ogromny wpływ na całą naszą rzeczywistość. Kreujmy POKÓJ I DOBRO. Troje polskich astrologów, których naprawdę bardzo cenię i mój ulubiony rosyjski astrolog Michaił Lewin twierdzą, że:

                Naprawdę widać tęczę nad rokiem 2024 i wielką nadzieję dla nas wszystkich i dla naszej Matki Ziemi - pomalujmy ją razem w barwy harmonii i pokoju. 


        I jeszcze jedna ważna rzecz: nie musisz wierzyć w nic, co czytasz, słyszysz, oglądasz! Nie musisz się zgadzać z żadnym moim słowem - ważne, żebyś wierzył/wierzyła sobie i w siebie, żebyś sobie ufał/ufała. Amen.