Translate

czwartek, stycznia 25, 2018

"A pod sercem zostaw mi po sobie motyle ćmy" ***



xxx


w spadających gwiazdach jest coś wesołego
jakieś ostatnie mgnienie radości istnienia
a ludzie powiadają że to jest zła wróżba
i że jeżeli śnią się umiera ktoś bliski

zdarzają się jednak losy dużo gorsze od śmierci
obdarte z miłowania jak ze snów androidy
bywa też taki księżyc który zbyt zimnym lśnieniem
wyostrza wszystkie zmysły prócz jasnowidzenia

i popełniamy błędy wtrąceni w ponurą samotność
pozostają szarpane krwawe rany w psychice
nie potrafimy docenić błogosławieństwa rozstań
i muzyki płynącej z wystukiwanych kroków

na drogach co nas odwiodły
od złych ludzi dla których
księżyc sny oraz gwiazdy

to zwykłe pieprzenie w bambus


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 25 I 18


***cytat w tytule notki, Sarsa 
*obrazki z netu, nie znam autorów

środa, stycznia 24, 2018

Kiedy tak bardzo boli... dusza...

  Ten post będzie spontaniczny, bebechowy i na pewno będzie chaotyczny oraz niezrozumiały, będzie czymś w rodzaju mojego strumienia świadomości, choć do Pani Dalloway mi daleko. Będzie szczery do bólu i bardzo osobisty, więc jeśli Cię nie interesuje, po prostu go nie czytaj.


Jestem dojrzałą kobietą, która pod koniec sierpnia tego roku skończy 49 lat. Nie piszę o swoim wieku dlatego, że chcę się nim pochwalić. Piszę to, aby uświadomić - również samej sobie - że już sporo w życiu widziałam i dużo przeszłam. Piszę, bo nic innego mi nie zostaje, jak tylko pisać o tym, co mnie boli.

Mój blog z założenia miał być blogiem poetyckim, na którym chciałam pisać też o sztuce w szerokim tego słowa znaczeniu. Od dziecka starałam się nie mieszać do tego, co moja literacka idolka z dzieciństwa określiła jako coś, do czego nie powinien się wtrącać żaden porządny człowiek.*
Ale, niestety. Nie mogę pozostać obojętna, bo to, co mnie otacza, za bardzo wpływa na mój feeling, moje samopoczucie, które od dwóch lat jawi się depresją i innymi dolegliwościami psychosomatycznymi. To będzie prawdopodobnie dopiero czwarty tego typu post po sześciu latach tutaj, ale jednocześnie chyba najbardziej dobitny.

Poeta współczesny nie musi cierpieć za miliony. Najczęściej pisze swoje wiersze po godzinach harówki na etacie. Ale poeta, czy nawet grafoman, swoje widzi i swoje wie. I nie chcę powtarzać kolejnych wersów Andrzeja Bursy , tym razem z "Modlitwy dziękczynnej z wymówką".

Od ponad dwóch lat nie oglądam ogólnopolskiej telewizji. Korzystam z telewizora głownie w celu obejrzenia filmu na DVD. Zrezygnowałam z dużej satelitarnej oferty, wzięłam minimum. Ta rezygnacja nie wynika jedynie z braku czasu na oglądanie...
Od ponad dwóch lat bardzo źle się czuję. Najczęściej mam problemy z alergią i tak zwanymi korzonkami, które "ujawniają się" w momentach stresu. Muszę też uważać na serducho osłabione zaleczoną nadczynnością tarczycy i, jak zauważył jeden pan lekarz: nadwrażliwością.

Fakt, że od września ubiegłego roku nie mogę się pozbierać, że dotarło do mnie wszędobylskie przesłanie poety Jana Twardowskiego... Mój bardzo ulubiony, Urodzony Czwartego Lipca kolega odszedł tak nagle, że nawet nie zdążyliśmy o tym porozmawiać, ale on zdążył napisać o cenzurze na blogach, która od dwóch lat dotyczyła również jego wpisów.
Ta nagła, niespodziewana śmierć wstrząsnęła mną na tyle, że przestałam palić, a od jakiegoś czasu, niestety, dość regularnie paliłam cienkie papieroski miętowe czy - zanim wycofali - jagodowe, żeby sobie jakoś załagodzić ból egzystencji. Egzystencji w naszym pięknym kraju...

Tak więc, od września, mimo, że w 2017 roku byłam cztery razy nad morzem, którego klimat zwykle dobrze mi służył (luty, maj, lipiec, sierpień), wciąż czuję się źle. Kiepsko, słabo, a czasem fatalnie. Kręci mi się głowie, mdleję, czuję chroniczne przemęczenie, czasem rozdrażnienie, nie potrafię cieszyć się, jak kiedyś, z małych cudów codzienności. Apogeum miało miejsce tuż po świętach, gdy znowu praktycznie przestałam chodzić z powodu bólu w krzyżu. Do pracy wróciłam dwa dni przed feriami, bo nie chciałam już iść do kontroli, czyli od 22 grudnia do dziś przepracowałam 3 dni (jeden dzień w dodatkowej pracy w GOKiS, gdzie prowadzę z dziećmi zajęcia plastyczno - artystyczne). No i co się zadziało? Ano to, że w zeszły czwartek rano znowu nie mogłam wstać z łóżka, a do łazienki doszłam jak raczkujący bobas, odczuwając tak przeszywający ból, że nie byłam też w stanie mówić. Ot tak sobie, ni stąd ni zowąd. 

Przez miniony tydzień (kosztem feryjnego odpoczynku) uruchomiłam wszystkie znajomości, zrobiłam wszystkie wyniki, odwiedziłam czterech lekarzy, nie tylko w moim mieście, także panią lekarkę w Legnicy i pana profesora, u którego już dawno nie byłam,  we Wrocławiu. Prywatnie rozmawiałam z kolegą lekarzem internistą, koleżankami psycholog i psychiatrą. Nie były to przelotne, tylko długie, poważne, przyjacielskie rozmowy. 
Nota bene w takich, naprawdę bardzo dla mnie smutnych i kryzysowych sytuacjach, poznaję, ba, mam podane czarno na białym, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto okazał się jedynie przelotnym znajomym, bo to, jak ludzie reagują na nasze stany, dużo więcej o nich mówi, o ich intencjach, niż miliony wypowiadanych wcześniej i rzucanych w eter słów. Wielu ludziom brakuje nie tylko klasy, ale przede wszystkim empatii. Skupieni na sobie nie potrafią dostrzec innych.

Wracając do tematu: wyniki mam dobre mimo wegetariańskiej (z coraz większym naciskiem na wegańską) diety, lepsze, niż wskazuje na to mój wiek, dużo lepsze niż kiedyś. Z sercem nie jest źle, ze sprawami kobiecymi bardzo dobrze, żadnych objawów menopauzy, z tarczycą też jest dobrze, Pan Profesor endokrynolog był bardzo zadowolony.
W ciągu tygodnia na wizyty u lekarzy wydałam ponad 600 złotych polskich, na które bardzo ciężko pracuję, głównie w specjalnych warunkach (szkoła specjalna, szpital psychiatryczny), pomijając wydatki na płatne wyniki i benzynę. Wydałam jednak rzecz nabytą, zdrowia nic mi nie zwróci, bo przecież "nic pani nie jest". 

No więc... Co mi jest? Skąd ten totalny spadek energii, ataki astmy, opryszczki, alergii, te nawracające zawroty głowy, bóle w kręgosłupie w najmniej spodziewanym momencie, pomimo tego, że spaceruję bardzo dużo, ćwiczę, także jogę i w ogóle jestem ruchliwa, jem mnóstwo witamin i suplementuję dietę? Skąd ten fatalny feeling, ból odśrodkowy taki, że nic, po prostu nic czasem nie jestem w stanie zrobić, oprócz chodzenia jak moje futrzaki (nota bene całkiem ciekawe doświadczenie, szkoda, że bolesne)???

W rzeczy samej, nagła śmierć kogoś, kogo się znało przysłowiowe sto lat i uświadomienie sobie własnej kruchości to jedno, ale sytuacja, matriks, w którym przyszło mi żyć i egzystować, to drugie. I chyba, niestety, najważniejsze, bo moje dolegliwości to nic innego jak ból mojej duszy. I możecie się w tym momencie śmiać, możecie mi nie wierzyć, ale tak jest.
Owszem, z racji zawodu i wykształcenia, wiem, jak rozwiązywać pewne testy, żeby niektóre sprawy ukryć, ale nie mam zaburzeń psychicznych ani kryzysu wieku średniego. Na papierkach jestem okazem zdrowia i tak też wyglądam, chyba, że mam napady astmy i nie mogę złapać oddechu.

Wracając do sedna: nie napiszę zbyt wiele, powiem jedno, bo muszę to powiedzieć, a muszę, bo się uduszę. Bo między innymi dlatego napisałam ile dokładnie mam lat. A mam tyle lat i taką pamięć, że pamiętam wiele. I tak, jak pamiętam wiele, tak NIE PAMIĘTAM nawet z czasów zatęchłej komuny, takiej propagandy, jaka jest teraz. Tak perfidnie zakłamanej, prymitywnej i wszędobylskiej propagandy! Cenzura to ponoć reklama na koszt państwa, ale i ona zaczyna się panoszyć, jak "kalarepa z Wołomina" w piosence ze świetnym tekstem Wojciecha Młynarskiego. To dlatego wcześniej wspomniałam o telewizorni, ale przecież istnieją inne media, jak choćby internet i wszechwiedzący  fejs, na którym, po polubieniu odpowiednich stron, można znaleźć wszelkie informacje, nawet te serwowane przez wyglądających jak własne klony świętoszkowatych małżonków czy panią, która mimo używania wachlarza i posiadania tytułów, wcale damą nie jest, a to, jak pisze, to już osobna, dość żałosna historyjka nieobrazkowa i chyba naprawdę powinna "wzią(ś)ć" się  w garść, bo już nawet fejs chce blokować udostępniane przez nią hejty.

Nie wchłaniam. Nie chcę na to patrzyć. Nie chcę też milczeć. 

Na dowód jakiś tam moich przewidywań, bardzo stary wiersz, który, niestety, okazał się proroczym tekścikiem smutnej, załamanej sytuacją w Ojczyźnie, prostej kobiety, obywatelki gorszego sortu, która dostanie wkrótce, po bodaj ośmiu latach posuchy, taką wspaniałą, propagandową podwyżkę, że może jej starczy na kostkę masła w krainie mlekiem i miodem płynącej.
Resztę przemilczę, bo jestem bliska załamaniu. I nie chcę sobie pogarszać i tak naprawdę kiepskiego samopoczucia...

*


"sławne" JA

nienawiść miewa
puste oblicze

upośledzone samozachwytem
schizofreniczne ego
panoszy się nad tłumem
jak gnane popędami id

kompleksy zaślepiają
wwiercają w mózg
jak czerwie
żrące ciała niekoniecznie
sześć stóp pod ziemią

nienawiść
oszpeca twarze
bardzo
najbardziej na świecie

wbrew wezwaniom
lęka się
boi tego co odkryje
po drugiej stronie
nie tylko lustra

zwierciadła duszy
milczą zakłopotane
skrzywioną małością motywów

wiatr historii
wieje wspak

malutki schizofreniczny prawiczek

rezydujący z kotkiem
i tak nic a nic
nie jest w stanie zrozumieć 
zaślepiony nieuzasadnioną 
miłością
własną

JoAnna Idzikowska-Kęsik, 2013

*

W swoim życiu kieruję się wieloma zasadami, więc więcej tego typu wynurzeń na tym blogu nie znajdziecie. Takie karteczki rozwieszam nad biurkiem, na lodówce:


I przy okazji bardzo chciałabym podziękować Czarownicy z Bagien za absolutnie wspaniały wiersz, który mi zadedykowała, przez co czuję się dumna i zaszczycona. Piękny, prawdziwy wiersz o życiu:


   Smaki życia


Znajdę w sobie moc
Aby przetrwać noc
Nawet najczarniejszą
Chwycę pędzle i
Namaluję sny
Takie najpiękniejsze

Każdy życia kęs
Przecież ma swój sens
Chociaż bywa gorzki
Przeciwnościom wbrew
Szybciej krąży krew
Odpływają troski

Słodycz, gorycz, sól
Radość, smutek, ból -
- Smaki dobrze znane
Nie jest aż tak źle
Noc oddala się
Nadchodzi poranek


Czarownica z Bagien





A ponieważ jeszcze się nie chwaliłam, a każda wiedźma powinna mieć... czarnego kota, przedstawiam Wam Bazylka, który jest u nas od połowy listopada (minął rok od odejścia poprzedniego mojego kociaka i byłam już w stanie wziąć kolejną istotę do kochania).


*Polityka jest to coś takiego, do czego żaden porządny człowiek nie powinien się wtrącać.- cytat z powieści "Wymarzony dom Ani" Lucy Maud Montgomery

poniedziałek, stycznia 22, 2018

Autoewaluacja: 22 I 2012 - 2018



    Dzisiaj mija sześć lat, odkąd zaczęłam pisać tego bloga. Odkąd mam swoje ukochane miejsce w odmętach internetu...

Przez wiele lat miałam blogi na Fimwebie (od lipca 2006 i mam ten profil do dziś) i na Mojej Generacji (chyba od 2007 do listopada 2012 czyli do momentu skasowania tego serwisu), ale zapragnęłam dla siebie miejsca, które będzie w pełni odzwierciedlało moje zainteresowania, będzie moim azylem, ulubionym dzieckiem.

Na Filmwebie, z wiadomych przyczyn, pisałam o filmie, o aktorach, aktorkach, reżyserach. Dodawałam też ciekawostki o twórcach, głównie pisarzach, bo przecież na podstawie wielu dzieł pisanych, powstawały i nadal powstają dzieła filmowe i udało mi się zdobyć wiele punktów czyli dwa łby (bo Filmweb to ponoć łeb pełen filmów).

Na Mojej Generacji pisałam w zasadzie o niczym. Umieszczałam na swoim profilu wiersze znanych poetów, ładne obrazki i czytałam komentarze znajomych, jak również u nich umieszczałam swoje komentarze, jak się nietrudno domyślić - głównie w postaci wierszy i cytatów.

Potrzebowałam miejsca w Sieci, w którym napiszę zarówno o filmie, jak i o sztuce, książkach, swojej pracy, która jest moją pasją i diecie, która również wynika z mojej głębokiej pasji, jaką jest umiłowanie życia w każdej postaci i formie. Potrzebowałam skrawka Sieci, w którym będę mogła w pełni być sobą i tylko sobą: publikować swoje wiersze, pisać o ludziach, których lubię, cenię i podziwiam i, gdy zajdzie taka potrzeba, napisać po prostu i zwyczajnie o...niczym. Każdy z nas jest w jakimś niewielkim procencie ekshibicjonistą, pragnie zostawić po sobie choćby najmniejszy ślad, napisać o sobie, swoich emocjach, odczuciach, przemyśleniach, wariacjach. Podzielić się z innymi swoimi myślami.I nie chodzi absolutnie o zapewnienie sobie miejsca w jakimś panteonie bóstw nieśmiertelnych. Chodzi o podzielenie się, o wymianę zdań, bo przecież człowiek jest zwierzęciem stadnym.

Postanowiłam zatem mieć "prawdziwy blog" w internecie i 22 stycznia 2012 roku przyszłam tutaj... 
I napisałam:


Zaczynam pisać ten blog w dzień urodzin dwojga z wielu moich ulubionych poetów: Bolesława Leśmiana i Krzysztofa Kamila Baczyńśkiego  oraz mojego najulubieńszego Nauczyciela, więc może to sprawi, że będzie to interesujący kąt w internetowej dżungli?

Całe życie pisałam zeszytowe  dzienniki, kajeciki - powierniki, pamiętniki - teraz, w dobie komputerów, czas na blog pisany na klawiaturze.

Całe życie pisałam też wiersze. Od dziecka. Z mniejszymi lub większymi przerwami, ale pisałam.

I opublikowałam swój wiersz, którego się nie wstydzę, ale który jest bardzo kiepski i naiwny i dzisiaj na pewno bym czegoś takiego nie stworzyła. Wtedy jednak byłam na etapie ponownego wdrażania się w pisanie wierszy i po prostu sobie próbowałam, wprawiałam się, bawiłam formą i treścią. Bo wiersze były ze mną zawsze, jednak miewałam wiele przerw w ich pisaniu, co wcale nie jest złe, bo przecież nie samą poezją żyje człowiek. A z innej strony patrząc: nasze życie to poezja w najpiękniejszej formie.

Wpis z 22 stycznia 2012 długo był pierwszym i jedynym wpisem w tym miejscu (był też profil na Cytatach.info, gdzie publikowałam próby poetyckie, opowiadania, umieszczałam ulubione cytaty). Mój blog miał też inny tytuł (zresztą długo szukałam dobrego, adekwatnego tytułu dla tego bloga, zmieniałam tytuł kilka razy, aż w końcu znalazłam w swoich zwojach mózgowych obecny, który pasuje, jak mniemam, zarówno do moich wierszy, jak i mojego gustu a także odnosi się do wielkiej poezji, bo ten "kaprys Joanny" to przecież wymyślił Edward Stachura w moim ulubionym wierszu "Skandynawia", choć fascynacja akurat tym poetą dawno mi minęła...). 

Na początku, przyzwyczajona do innych swoich blogów, nie bardzo wiedziałam, jak się tutaj, na Bloggerze, poruszać, jak zdobywać czytelników, co robić, żeby poznać znajomych blogowiczów itp, itd. Byłam też zajęta pracą, kolejnymi studiami, pogłębianiem kompetencji zawodowych.

W październiku 2012 roku, gdy Moja Generacja ogłosiła kasację (a już się tam zaczęłam odnajdywać, już nawet opublikowałam jakiś swój wiersz),zaczęłam pisać tutaj dość dużo, regularnie i, mimo wielu zawirowań, zwątpień, chęci skasowania, darowania sobie, pójścia gdzie indziej... Jestem tu do dziś (i dobrze, że jestem, bo jest to przyjazna platforma).

Największy kryzys w pisaniu tego bloga(dla mnie po prostu straszny!), miałam od końca 2016 przez cały 2017 rok. Kryzys twórczy, który wiązał się również z moją niemocą w codzienności (paradoksalnie był to tak naprawdę jakiś dziwny spadek energii życiowej, nic więcej...I nie umiałam się cieszyć ani sporymi sukcesami w pracy, ani tymi życiowymi, także na niwie poetyckiej; pogubiłam się, wpadłam w depresję, którą starałam się ukryć, zignorować, przeoczyć)... 

Naprawdę, z ręką na sercu, kilka razy byłam bardzo bliska skasowania tego bloga, ale - na szczęście - nie zrobiłam tego i jestem szczęśliwa, bo mogę pisać dziś to, co piszę: zacząć siódmy rok mojego blogowania. 

Nie poddam się. Wiele tematów, które chciałam stworzyć, które falowały we mnie, czekały na uwolnienie, odeszło z braku wewnętrznej motywacji. Myślałam: i tak nikt tego nie przeczyta, po co to w ogóle pisać? Opisywać, recenzować przeczytane książki, wiersze, obejrzane filmy, dzielić się nowymi, ulubionymi piosenkami, cytatami, nowinkami pedagogiczno - psychologicznymi, obserwacjami... Po co? Kogo to obchodzi? Każdy zajmuje się, i słusznie, sobą.

Teraz wiem, że warto.
Teraz...Zaczęłam również pisać ręcznie, wróciłam po prostu do pisania pamiętnika, intymnego dziennika codzienności... Rozpisałam się.

Teraz chcę i będę pisać, bo wiem, że moje posty, nawet te bardzo stare, są czytane. 
Wróciła mi wiara w pisanie, w prowadzenie tego małego skrawka w Sieci...

ANONIMOWY CZYTELNIKU, który wpisałeś mi się pod postem o moich ulubionych polskich aktorkach: DZIĘKUJĘ!!!Pewnie zupełnie bezwiednie sprawiłeś, że uwierzyłam w to, że to, co tutaj publikuję, naprawdę ma sens, że warto, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.

Moje Drogie i Drodzy! 

Anno, Czarownico z Bagien, Agniesiu F., Alinko, Królowo Karo, moja intuicyjnie kochana Frau Be, Julko - Niko (cudowna dziewczyno!), Lotko, Michale, Eljocie, Zbyszku, Wesoła Chatko Baby Jagi, Małgosiu S. - dziękuję z serca za Waszą obecność, za komentarze, za wsparcie (jeżeli ktoś się poczuł urażony, bo go pominęłam, to bardzo przepraszam, gdyż na pewno nie zrobiłam tego celowo, trudno wszystko spamiętać). 

Dziękuję Znajomym z Filmwebu, zwłaszcza mojemu - również intuicyjnie kochanemu - Ż. za to, że jest i tu i tam, że wysyła mi życzenia na święta, które odczytuję po wielu miesiącach, czerwona jak moje makowe sukienki! Wiem, że mi wybaczysz, wiem, że jesteś wyjątkowo dobrym Człowiekiem!

Dziękuję wszystkim, naprawdę wszystkim, którzy tutaj kiedykolwiek zajrzeli, a szczególnie tym, którzy zostawiali swoje wspaniałe, bardzo przeze mnie cenione, ślady (Ania, Aneta, Łucja - Maria, Magda, Malina M., Wanda - Róża, Kasia, Ala Kuberska, SDR, kk, Marta, Cala, Basia, Jagoda, Grażka i wiele, wiele innych osób), nawet jeśli te wpisy były niesympatyczne (pani Janina J.-B. z NK, chris horse), bo to wszystko mnie czegoś nauczyło! Ludzie to nasi najlepsi nauczyciele! Ludzie to wspaniałe lustra naszych osobowości. Jakże piękni w swojej nieidealności, ze swoimi wadami, jakże różnorodni, kolorowi, wspaniali.
 
Tym, którzy byli i odeszli - tym bardziej dziękuję!

Najszczególniejsze podziękowania składam mojemu najwierniejszemu - byłemu już Czytelnikowi - mojemu Ra, który był jeszcze na Mojej Generacji i który tutaj mnie wspierał i przez wiele miesięcy był pierwszym i jedynym komentatorem tego bloga (jak również zapewne także jedynym czytelnikiem). I nieważne, że odszedł, zniknął, że postanowił nie pojawiać się więcej w tym miejscu, bo naprawdę szanuję wybór i wolną wolę. Życie to droga: spotykamy się, odchodzimy, ale pamięć zostaje. Ja zawsze pamiętam tylko to, co było dobre.

Dziękuję za sześć lat! To nie jest mało! To naprawdę kawałek czasu, naszego czasu!

Startuję do nowego blogowego roku z nadzieją, że będzie to dobry rok, że powstanie sporo ciekawych postów i wierszy. Proszę o dobre słowa, o wsparcie... Ludzie tak mało się wspierają, a przecież wszyscy bez wyjątku tego potrzebujemy! Motywować znaczy dodawać skrzydeł.

Postaram się bywać częściej tutaj, w miejscu, które stworzyłam, o które dbałam i które naprawdę lubię. Nie chcę zakładać nowego bloga. Byłam, jestem, będę tutaj.Jestem wierna w przyjaźniach, a ten blog to mój przyjaciel.

Ale jestem także, jak już wcześniej pisałam, na etapie zbierania siebie w życiu prywatnym (problemy ze zdrowiem, z sercem, z totalnym brakiem energii, zawrotami głowy, koszmarnymi omdleniami, krwotokami z nosa i - teraz - mimo ferii, robieniem serii wyników i w dużej mierze płatnymi wizytami u lekarzy specjalistów, ponieważ ferie świąteczne i długie zwolnienie przed obecnymi feriami, niestety, nie dodały mi siły, a wszelkie tabletki i zastrzyki chyba tylko odebrały mi część życia), ale wiem, że to minie, że będzie dobrze, że dam radę, jak zawsze. Wiem, że choroba to reakcja organizmu na to, co wokół mnie, że ma swój początek w myślach. Wiem, że ją pokonam, bo już wiele chorób pokonałam w swoim życiu (choć nie wiem, czy rano znowu nie wywinę fikołka przy pobieraniu krwi, brrr!), którego celem jest dawać jak najwięcej dobrego ludziom, a szczególnie dzieciom, a jeszcze szczególniej dzieciom specjalnej troski i z problemami natury psychicznej (a o zdrowiu i swoich dolegliwościach, których żaden lekarz nie potrafi celnie zdiagnozować, jeszcze napiszę, ostatecznie to mój blog i mam prawo dzielić się na nim swoją wiedzą, choćby o czymś tak błahym, jak ból egzystencjalny).

Postaram się również... Nie! Obiecuję bywać częściej na Waszych blogach, komentować wpisy!

Z pozdrowieniem i nadzieją, że nie wszyscy odeszli, z życzeniem dobra i tylko dobra dla wszystkich, którzy tu zaglądają a szczególnie dla tych, których już tutaj nie ma.

Niechaj moc, pokój i dobro będą z Wami i w Was!
JoAnna.



***
Na zdjęciach własnych autorka bloga. Motyle mnie lubią, od kilku lat mam w domu zimą motyle, rusałki pawiki w pełnej krasie... Więc póki fruwają motyle, fruwajmy i my. :))

środa, stycznia 10, 2018

"Biel kojarzy się z pewnym rodzajem półwidzialności, poczuciem pauzy" ***


półwidzialność



tak nagle odeszło słońce
zostałam sama ze strzępami
własnych nienapisanych wierszy

muszę je w sobie poukładać
jak Kaj kawałki lodowych scrabbli
w surowych ścianach pałacu
pogubionej w zamieci uczuć
równie samotnej i smutnej jak ja
Królowej Śniegu

poezja milknie we mnie coraz głośniej
słowa bledną mdleją i gasną
zostają tam gdzie ich miejsce
w nicości rozległej jak zimowy pejzaż

krioterapia nie leczy braku talentu
i żadna Gerda mnie z tego nie wyrwie

Zimna Pani płacze coraz piękniejszymi
płatkami o misternych wzorkach
ukazuje bezwzględną ulotność
unikatowej jubilerskiej precyzji

deformują się kształty niewypowiedzianych słów
wiersze topnieją na dnie sfrustrowanego serca
ślizgają po celulozie bezwzględnych kart

niekiedy biel staje się kolorem żałoby
zanikaniem między nicościami
symbolem niemocy


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 10 I 18


***Michael Cunningham, Królowa Śniegu
*gify z netu

wtorek, grudnia 19, 2017

"Koniec wieńczy dzieło".***



Nie wiem, czy żegnam się z tym blogiem, czy po prostu opuszczam to miejsce na jakiś czas: bardzo krótki, krótki, dłuższy, bardzo długi? Nie mam pojęcia, bo "wiem, że nic nie wiem" to naprawdę - jak mawiała Wisława Szymborska - największa ludzka myśl, wzlot naszej mądrości.

Wiem, że na dzisiaj, na tę chwilę, nie mam weny i siły, żeby pisać. Wypaliłam się w pisaniu czegokolwiek. Czuję się jak złamana, nadpalona zapałka. 

Kto dziś pisze wiersze? WSZYSCY.
Kto dzisiaj czyta wiersze? NIKT.
A jeśli już, to autorzy są jedynymi czytelnikami własnych tekstów.

No cóż. Pięć moich tworów ukaże się niebawem w ogromnej, ogólnopolskiej antologii "Poeci Polscy 2017" i będzie to chyba dziesiąta albo jedenasta antologia z moim skromnym udziałem.
Były też publikacje w "Libertasie", "Babińcu Literackim", "Śląskiej Strefie Gender" i na blogach ludzi, którzy po prostu znaleźli gdzieś w necie moje teksty.
Ale co to znaczy?
Nic. Absolutnie nic.
Ja też nic nie znaczę.

Słowa...
Były, są i zapewne będą, ale czy muszą to być akurat moje słowa?

Dziękuję wszystkim, którzy tutaj, u mnie, kiedykolwiek byli. Przytłoczyła mnie proza życia. Szukam siebie: energicznej, zdrowej, aktywnej, uśmiechniętej, kochającej siebie i innych, pomysłowej i kreatywnej. Szukam, bo gdzieś mi się ta kobieta zapodziała. Niby wszystko u niej w porządku, niby doceniają ją w pracy, kroi jej się dodatkowa, fajna robota, dziecko poszło na drugi fakultet, adoptowała drugiego kota, tym razem całego czarnego puchatka, a jednak nie może się pozbierać, wciąż choruje i nie ma siły grafomanić. W roku 2017 napisała 11 kiepskich wierszy... Kryzys wieku średniego, a może zwyczajne, ludzkie przeciążenie?

Przy okazji chciałabym, aby w nadchodzącym nowym roku spełniły się Wam wszystkie, nawet najskrytsze marzenia, abyście żyli w zdrowiu i dostatku, w pokoju wewnątrz i na zewnątrz siebie.

Pozdrawiam serdecznie, wszelkiego dobra życzę - JoAnna (a może czas wrócić do takiej zwyczajnej, prozaicznej Joanny?).

***cytat w tytule notki Owidiusz
*grafika z netu

niedziela, października 15, 2017

"Świat naprawdę traci kolory, gaśnie światło." ***


DE(pres)JA VU

"Świat naprawdę traci kolory, gaśnie światło" - Maciej Rajk


końca świata i światła jeszcze nie będzie ale on

kreator wewnętrznej rozpierduchy
wtargnie od zewnątrz i przyklei mnie
do ohydnie kiczowatego plakatu
jako jeden z wielu niepasujących
do siebie elementów

drzewa powyginają szpony
 jakby nagle siadła im spastyka
znudzony wiatr zaszaleje adehadowo
deszcz jak autysta będzie walić łbem
w nieczułe na dotyk plastikowe okna
dni zaczną konać szybko i nazbyt skutecznie

skulę się w sobie pożegnam własny uśmiech
nieadekwatnie jasny do zaistniałej sytuacji
dogadam się koleżką w czarnym kapturku
zmęczonym koszeniem plonów kiepskiej jakości

żeby postawił mi orzeźwiającą caffè latte
po to bym nie musiała brać udziału

w najgorszym widowisku świata
nad którym on nigdy nie potrafi zapanować
bo rozpada się i gnije jak truchło u Hitchcocka

mistrz grozy i destrukcji klasy B

zawsze kopie głębokie groby
w mojej miękkiej gliniastej psychice


więc dekadenckie myśli niespokojnie
spadają na zsiniały ziemisty 

zbity pysk

listopada

 

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 15 X 17
 

 ***cytat w tytule Maciej Rajk
*grafika z netu, przerobiona przeze mnie