Translate

poniedziałek, sierpnia 15, 2016

"Czy nie ma innego sposobu? Czy szczęście jest zawsze kompromisem?" ***



when a woman loves a woman


pokochałaś ją do bólu trzydzieści lat temu na koncercie Lombardu
odtąd wciąż byłaś gdzieś obok dziecko dziewczyna kobieta
skomlałaś w listach skrapianych męską wersją perfum  "Eternity"
 i tkliwych wierszach opisujących jej usta i oczy

towarzyszyłaś na spacerach po Pradze w poszukiwaniu
 porośniętego bluszczem grobu Franza Kafki
biegałaś po prowincjonalnych francuskich kościołach
gdy miała zawirowanie w temacie Templariuszy
dla niej nauczyłaś się grać "Miss Chatelaine" boskiej k.d.lang
i udawałaś że lubisz głupie filmy o gejach 

lśniłaś w uśmiechu wysłanym do niej na koncercie Bryana Adamsa
"please forgive me I can't stop loving you..." wyszeptałaś
egipski krzyż ankh na jej szyi prześladował cię w myślach
o niespełnieniu 

w depresjach po kolejnych niewyjaśnionych
pięknościach mieścił się nadmiar twojego istnienia
ale to do niej w środku namiętnej nocy wysłałaś smutny SMS 
  "wiesz piękna mimo tylu związków to ty 
jesteś miłością mojego zakichanego życia"

pojawiałaś się zawsze kiedy miała kaprys
pogadać z tobą o pogodzie filmie książkach

nie zaistniałaś jedynie w jej snach
to dziwne bo sny emitują najskrytsze marzenia
a ona naprawdę bardzo chciałaby umieć

nie umieć myśleć o prymitywnym podgatunku
troglodytów z niebieskimi przenikliwymi oczami
i nie chce wypowiadać twardych słów
wtulona w twoje zbyt szczupłe ramiona

please forgive me & believe me I can't
I 'm so sorry
I'm very sorry

bo podobno

"kto kocha nie potrzebuje nigdy
mówić przepraszam" *


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 15 VIII 16


* Erich Segal, Love Story


***cytat w tytule notki,  Jeanette Winterson, Zapisane na ciele
* Piosenka Laury
*Piosenka k.d. lang
*Piosenka Mecano
*Piosenka Kasi i Renatki

„Ludzie zaczęli mówić, że jestem lesbijką. Uśmiechałam się. Nie ma złego seksu, jeśli jest w nim miłość”.

Marilyn Monroe

czwartek, sierpnia 11, 2016

"Ktoś ubiera się w kolczyki z naszych łez..." ***


W tym momencie naprawdę zaliczyłam swój zdrowy rozsądek do rzeczy zaginionych.


~ Jennifer Murgia ~



Bajka o Panu Migaczu


Był sobie raz pewien młody Pan, który bardzo lubił rzucać słowa na wiatr i migał się od praktycznie wszystkich swoich zobowiązań. 

Ten Pan kochał siebie samego, jak mityczny Narcyz albo Adonis, uwielbiał mówić, mówić i mówić... Słuchać też uwielbiał, ale tylko i wyłącznie samego siebie... To, co mieli do powiedzenia inni ludzie, czasem nawet dużo bardziej oczytani i inteligentniejsi od niego, w ogóle go nie interesowało. 

Pan Migacz nie był ani specjalnie błyskotliwy, ani-tym bardziej - przystojny. Miał rozwichrzone włosy o dziwnym, nieokreślonym kolorze, małe, głęboko osadzone, niebieskie oczy i okrągłą twarz z zawadiackim, nieco dziwnym, trochę kpiącym uśmieszkiem. Przypominał wzrostem braci Kaczyńskich, a posturą Misia Kuleczkę... Ale Pan Migacz za bardzo kochał siebie, żeby zauważyć swoje mankamenty. A przecież wiara w siebie potrafi uczynić cuda. Nawet, jeśli przez kilka lat nie jest się w stanie ukończyć tego, co się zaczęło, i co jest wymagane, gdy wykonuje się pewien zawód, to i tak najważniejsza jest wiara w swój nieodparty urok osobisty. Tytuły i dyplomy schodzą wówczas na drugi plan. 

Życie Pana Migacza było spokojne i monotonne, płynęło sobie swoim rytmem, gdzieś między pracą, łóżkiem, komputerem i pobliskim laskiem... Sielanka... Nudna, ale jednak sielanka! Pan Migacz był pomimo wszystko bardzo zadowolony: miał ostatecznie pracę, miał gdzie mieszkać (cóż z tego, że z rodzicami) i co jeść, czegóż chcieć więcej, skoro miał jeszcze okno na świat: internet, ten cudowny wynalazek, dający najwięcej możliwości wspaniałej autokreacji! Dający pole do popisu, możliwość zabłyśnięcia, pokazania swego drugiego oblicza: młodego, zdolnego, przystojnego, wykształconego, wrażliwego, inteligentnego człowieka... Po co Panu Migaczowi real, skoro tutaj, w internecie mógł być tym, kim nie był? 

Pan Migacz całymi godzinami przesiadywał przed komputerem. Przytył, ale co tam, zawsze przecież można schudnąć, albo powiedzieć, że waży się mniej niż w rzeczywistości. 

Nie miał doświadczenia, ale postanowił polować w necie na kobiety. Tych w realu się bał, z tymi mu nie wychodziło, miał trzydzieści lat i żadnego konkretnego związku za sobą...Tutaj dopiero miał możliwość oczarowania jakiejś naiwnej...Czekał na nią długo, ale cierpliwie… Wchodził na wszystkie możliwe strony internetowe, założył blog, gadu-gadu i skype... czekał... Aż w końcu ją znalazł... 

Zaczęło się banalnie, coś głupiego napisała mu na blogu... Zaczęło się od kłamstwa, było kłamstwem i kłamstwem się skończyło... Ale trwało dość długo, bo Pan Migacz, oprócz tego, ze mógł się do woli, wręcz do bólu, popisywać swą erudycją, to na dodatek despotycznie rozdawał karty, to on był górą tego dziwacznego układu... No i zupełnie przy okazji odkrył jeszcze uroki posiadania kolejnego wynalazku, dzięki któremu mógł sobie dużo mówić, delektować się swoimi zdolnościami oratorskimi: uroki telefonu komórkowego... Ale zacznijmy od początku... 

Najpierw pojawiła się Panna Jabłuszko, ale go denerwowała. Rozmawiał z nią jednak, wampirycznie podkreślając uroki swego zawodu, czym zresztą bardzo pannie Jabłuszko zaimponował, choć zawód ten nie należy do prestiżowych. 

Pani Jesień pojawiła się w trakcie jego internetowego romansu z Panną Jabłuszko. Była inna niż wszystkie dziewuszki w sieci. Była niezwykle tajemnicza. No i pisała dosyć sensownie, co go dodatkowo zaintrygowało. I, żeby było śmiesznie, mieszkała bardzo, bardzo blisko... Dopiero później się okazało, jak bardzo, bardzo daleko...

Czas i odległości to największe paradoksy naszej materii. Podobnie nasze myśli, którymi możemy zdziałać tak dużo, że nie możemy praktycznie nic. 

O odległości Pan Migacz skłamał na dzień dobry. Wymieniali posty na blogach, ale to mu nie wystarczało, poprosił o numer gadu-gadu, którego Pani Jesień nie posiadała, gdyż nie miała nigdy potrzeby takiego komunikatora. Ona kochała przede wszystkim książki - to był jej świat, świat ciszy, ale świat barwny i ważny, w którym czuła się bardzo dobrze. Internet traktowała jako źródło informacji, blog prowadziła także dla uzyskania pewnych informacji, z dziedzin wiedzy, które ją szczególnie interesowały. 

Tak więc gadu-gadu Pani Jesień założyła dla Pana Migacza, a on od razu skłamał, że mieszka gdzieś, gdzie wcale nie mieszkał. Znał to miasto z czasów, gdy w nim zaocznie studiował.

No i zaczęli ze sobą rozmawiać. Spędzać godziny, jak to kiedyś określił... Wymieniać myśli...


On od początku miał zabawę, kłamał, a ona od początku czuła, że coś jest nie tak. Nie potrafiła uwierzyć do końca w jego słowa i w szczerość jego intencji. Nie potrafiła go zdefiniować i zrozumieć. Nie umiała, mimo wiedzy mediatorskiej, dojść z nim do porozumienia. Bardzo się starała, ale nie wychodziło... Próbowała skończyć tę znajomość w zarodku, ale on jej na to nie pozwalał, był despotyczny, władczy. Wysyłał rzewne piosenki, umieszczał na blogu i w opisie gg romantyczne wpisy, opisy i linki, zmieniał blogowe avatary. Bywało to i krępujące i żenujące zarazem, ale i mile łechtało jej kobiece ego, gdyż Pan Migacz był od niej sporo młodszy, choć czasem była wściekła na siebie, ponieważ  jej poczucie własnej wartości było stałe, wysokie i niezachwiane od wielu lat. Irytował ją bardzo, ale i rozczulał...W końcu, po kolejnej nieudanej próbie zerwania... podjęła grę. Po prostu grę.



Ona... Taka sobie, bardzo zwyczajna, przeciętna kobieta, nic szczególnego. Jak jedna z wielu. Ani ładna ani brzydka. Ani mądra ani głupia. Od dziecka wmawiano jej, że najważniejsze w życiu jest nikomu nie zaszkodzić i jak najwięcej się nauczyć. Uczyła się więc i uczyła. Ciągle coś studiowała, wciąż czytała, poznawała nowe rzeczy... I starała się nikomu nie szkodzić, ba wybrała taki zawód, żeby nieść pomoc ludziom. Ale też jej rogata dusza, która czasem brała górę nad rozumem, pchała ją do tego, żeby się nie dawać: konwenansom, zasadom, normom, moralności, religiom i innym pomysłom ludzkości, według niej chybionym... Za największy wzlot myśli ludzkiej w tym temacie, uważała słowa Kanta: "Prawo moralne we mnie."





Jeszcze w czasie studiów, jako dwudziestolatka, po tym, jak dostała obuchem w serce, zakochując się w bardzo kreatywnym, zdolnym, inteligentnym i niezwykle przystojnym, dużo starszym od siebie Panu Homosiu, wyszła za mąż za Radosnego Chłopaka, bo wiedziała, czuła w sercu, że on akceptuje ją taką, jaka jest, że nie zrobi jej krzywdy. Właściwie tylko przy nim i tylko dla niego była sobą, nie zakładała maski Poważnej Kobiety. Lubiła go i darzyła prawdziwą, szczerą przyjaźnią, czuła się przy nim bezpiecznie.  Uważała, że podstawą dobrego związku jest przyjaźń. Wolała to, niż uniesienia, kończące się na roli posługaczki. Radosny Chłopak był wysoki, szczupły, miał niebieskie oczy, bardzo ładne zęby i nosił okulary. Dbał o siebie, o higienę, co dla niej było priorytetem. Zawsze ładnie pachniał - można go było brać bez obaw w każdej chwili. Kochał ją bezgranicznie, słuchał jej, choć chyba nie zawsze rozumiał, wspierał i czasem stopował jej nonszalanckie, dziwaczne pomysły i fanaberie (nurkowanie w oceanie, bieganie po niewyznaczonych szlakach, szybką jazdę bez zapinania pasów i temu podobne sporty ekstremalne) miał ścisły umysł, nie zawsze rozumiał jej długie wywody o książkach, literaturze, teatrze. Zupełne przeciwieństwo niskiego malkontenta-humanisty, jakim był Pan Migacz... lub raczej: jakim chciał się zaprezentować. 

Małżeństwo Pani Jesieni i Radosnego Chłopaka było, jak oni, zupełnie nietypowe, inne, niekonwencjonalne. Pozbawione zazdrości, bzdur, niepotrzebnych układów i głupich słów. Jeszcze przed ślubem ustalili zasady wspólnej samotności, "wspólnego bycia serc" i zawsze ich przestrzegali.  Byli jak para zgranych przyjaciół i bezgranicznie sobie ufali. A że przy okazji, wyglądali razem jak filmowa, zakochana, romantyczna para? Tym lepiej, przynajmniej skłonni do plotek ludzie, nie mogli sobie na nich poużywać. Rozmawiali zawsze o wszystkim, co ich nurtowało. Byli wobec siebie szczerzy. Ona czuła, wiedziała, ba - była pewna, że nawet jeśli ich związek się rozpadnie, pozostaną dobrymi przyjaciółmi, bo czasem "lubić" znaczy dużo więcej, niż "kochać"...
To właśnie Radosny Chłopak nauczył Panią Jesień obsługi gg, a potem skype'a. Od początku wiedział o istnieniu Pana Migacza. Szkoda, ze Pan Migacz nie był tego wart. 

Radosny Chłopak nie zdejmował z palca obrączki od dnia ślubu. Pani Jesień, założyła ją na palec... tylko w dzień ślubu. On był wielkim optymistą, ona wszystko widziała w czarnych, ewentualnie szarych kolorach.


Flirtowała z kobietami, które się w niej jakimś dziwnym trafem zakochiwały, przyjaźniła z  wieloma facetami, ale tylko superinteligentnymi, a on był z nią, dla niej, przy niej. Wiedział, że jeśli spróbuje ją powstrzymać, zatrzymać, przetrzymać, upomnieć... ona odejdzie. A była to ostatnia rzecz, jakiej sobie życzył. Poza tym wiedział, że ich przyjacielski związek jest dla niej opoką, Itaką, ostoją. I chciał, żeby tak zostało, bo ona miała w sobie to coś... coś, co sprawiało, że chciało się z nią być. 



Pan Migacz też chciał z nią być, ale tylko wirtualnie i telefonicznie, nawet raz zaproponował ... wirtualny seks czym ją jedynie rozśmieszył do łez. Po okresie rozmów na gg, odkryli telefon i skype, przyzwyczajali się do swoich głosów. Opowiadali sobie o wszystkim i o niczym. A właściwie to Pan Migacz opowiadał, mówił, inicjował rozmowy nawet w środku nocy... Jednak Pani Jesień była wzrokowcem, chciała, wyczuwając jego nieszczere intencje, zobaczyć Pana Migacza, chciała mu spojrzeć prosto w oczy... Fotografie wysyłane MMS - ami to przecież nie to samo, co kontakt z żywym człowiekiem. 

Po ponad pół roku rozmów zaproponowała niezobowiązujące spotkanie, łamiąc swoje zasady, bo nigdy wcześniej tego nie robiła, czekając na inicjatywę mężczyzny. Najpierw udał, że nie usłyszał, potem się wykręcił, że nie lubi miasta, w którym chciała się spotkać, a potem się debilnie tłumaczył, że nie zrozumiał jej do końca... Mimo wszystko, nieustannie twierdził, że mu zależy na niej, na spotkaniu, na wspólnym wypiciu kawy, co przez jakiś czas robili podczas rozmów na gg... 

Migał się i migał, a ona miała dość. Dość słów, których w żaden sposób nie potwierdzały czyny. Zaczęła ją ta dziwna znajomość najpierw męczyć, a potem irytować, drażnić... Ciągnęła to wszystko latami tylko po to, aby przekornie przekonać się, co będzie dalej, co się stanie, jak ta gra będzie się dziać...


Zrywała z Panem Migaczem sto pięćdziesiąt razy, a on uparcie wciąż dzwonił i pisał SMS - y, jakby nigdy nic się nie stało. Wymyślił nawet, że ją bardzo kocha i że chciałby się z nią spotykać, choćby nawet potajemnie (przedszkole górą!)... Ale oczywiście, tylko to sobie palnął, bo on tak potrafił... Może po prostu nie miał z kim gadać? Umówili się z lata na wiosnę, a gdy przyszła wiosna o spotkaniu nawet się nie zająknął. Pani Jesień odczekała miesiąc i spytała wprost... Stwierdził, że może (sic!) latem będzie miał czas... 



Poczekała, aż nadarzy się okazja, żeby z nim zerwać raz na zawsze. Wiedziała, że jest to, jak u Witkacego, jedyne wyjście z tej chorej sytuacji, w którą uwikłała się, niestety, na własne życzenie. Pewnego dnia po prostu i zwyczajnie wyrzuciła telefon z mostu do rzeki... Drogi, nowy, błyszczący czerwony aparat. Był to akt symboliczny, ale oczyszczający... Padał  zimny deszcz, woda płynęła swoim nurtem, jak wszystko na tym świecie, a Pani Jesień pomyślała o tym, o czym mówił Shakespeare, o czym przypominała Desiderata... pomyślała, że nie igra się z miłością... Słone łzy przypomniały jej, że chciała najpierw pokochać Pana Migacza, a potem się z nim zaprzyjaźnić, że naiwnie wierzyła w szczerość jego wyznań, bo po prostu i zwyczajnie chciała w nie wierzyć... Słone łzy przypomniały jej, że był ktoś, kto lubił ją naprawdę, realnie.

Wirtualna "miłość" odpłynęła wraz z telefonem, którego numer został zmieniony i zastrzeżony, skasowanym gg i skypem.

Pani Jesień odetchnęła z ulgą. Czasem miewała alergiczne problemy z oddychaniem, ale tym razem poszło jej łatwo. Uśmiechnęła się, jak zwykle smutno i popatrzyła swymi bursztynowymi, jesiennymi oczami z zielonkawą nutką, optymistycznie w przyszłość, chociaż ta akurat bajka nie doczekała happy endu, a Pani Jesień nie podaje numeru swojego telefonu nawet kolegom z pracy... 


jik, 2009

* wszystkie zdarzenia i postaci są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością


Dostrzegaj różnicę między ludźmi, którzy rozmawiają z tobą w wolnym czasie, a tymi, którzy poświęcają swój wolny czas, aby rozmawiać z tobą.

~ Autor nieznany ~ 





- Można kochać i nie być z tym kimś. Wystarczy, że uczucie nie jest odwzajemnione albo, że ta druga strona nie jest wolna.

- I można być wiernym takiej osobie przez dłuższy czas?


- Jeżeli to ta jedyna, to chyba warto czekać, prawda?


- Czyli nie jest pan sam?


- Nie w sercu.



Marc Levy  ~


*** cytat w tytule notki, Agnieszka Osiecka

Pioseneczka dla wytrwałych. ;-)

wtorek, sierpnia 09, 2016

"Żegnaj, tato - ja sobie dziś znikam..." ***

nic osobistego - wiersz z piosenkami w tle

chcesz mnie przytłoczyć kradniesz okruchy świętej
pilnie strzeżonej prywatności którą żmudnie budowałam i strzegę od lat

nie godzę się na to istnieję po to aby spełniać siebie
kreować własną rzeczywistość żyć w zgodzie ze sobą i swoją wolą
nie należę do kategorii blond lalek którym
przyświeca idiotyczne motto 

"diamonds are a girl's best friend"

obarczona nadmiarem wrażeń serwowanych przez nachalnego obcego faceta
bezwiednie wciskam delete intuicyjnie odpływam w ramiona
taktownej samotności

usta zamyka mi kojące muśnięcie i dotyk
zbyt czerwonej szminki

nie (z)noszę różowych warg zostawiam ten odcień
bardziej legalnym od siebie feministkom które

w dzień walczą o równouprawnienie
wymyślają nowe prawa i przywileje
nocą marzą o drinkach z palemką
malowaniu paznokci i podstarzałych macho

dla nich gotowe są nie tylko stać
przy garach i ściągać stringi na każde
kiwnięcie i puszczone oczko ale też
radośnie wyśpiewywać żałobne pieśni w stylu

"my heart belongs to daddy"

nie umiem i nie chcę być hausewife
nie nadaję się do odgrywania roli potulnej
niewyszukanej intelektualnie desperatki
dlatego wolę nucić utwory z dobrym mądrym tekstem

"Babę zesłał Bóg raz mu wyszedł taki cud"

i nieważne który Bóg ponieważ udało mu się
stworzyć dzieło sztuki bez początku końca
i trującego bluszczu którym jesteś ty
chory na kontrolę i brak osobowości udający młodzieniaszka
podstarzały narcyzie co myślisz że wszystko możesz
a jesteś jedynie pustą wydmuszką na którą nie warto

kierować choćby minimum cennej uwagi

 
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 9 VIII 16


***cytat w tytule notki, Jeremi Przybora

Piosenka na ten tydzień , bo już umiem. :)

Joanna Kołaczkowska w roli macho, na uśmiech. :)

Asia i Dziubasek. :)

środa, sierpnia 03, 2016

"Ty żyjesz tam, ja tu - między nami fragment snu..."***



Matka Joanna od żuli

nie rozumiem dlaczego ciągle o niej myślę
po co wtargnęła w moją zimną przestrzeń

widywałam ją w parku
siedząc na kolanach zbyt pijanych gości
 śmiała się i piła bardzo tanie wino

cześć piękna wołała kiedy się starałam
ukryć wzrok speszony jej głośnym istnieniem

 szczupła blada brunetka o niebieskich oczach
 mogłaby uchodzić za miejscową piękność
gdyby chociaż trochę o siebie zadbała

nie pojmuję czemu pamiętam ten dzień
zimowy szary i krótki jak życie
hej czerwonousta dasz piątkę na piwo

purpurowy nos zamglone podkrążone ale śliczne oczy
wychudzone ręce zbyt cieniutka kurtka
chodź kupię ci obiad

ja z taką lejdi miałabym jeść obiad
nie ta bajka skarbie i już jej nie było

pobiegłam za nią chwyciłam za rękę
banknot znieruchomiał pomiędzy palcami

później ją widziałam jeszcze kilka razy
cześć blondi czy mogę ci pogłaskać pieska

potem była bledsza i jeszcze szczuplejsza
coraz mniej jej było na moich spacerach

raz się odważyłam i spytałam panów
gdzie jest ta brunetka co tu z wami piła
zaciukali Aśkę pani co do tego
 spierniczaj damulko
do swojego świata

zaciukali Aśkę to takie banalne
takie nieistotne ot była minęła

cóż mam teraz począć co powiedzieć sercu
chcącemu migotać i tęsknocie która
jeżeli
dobiera
to

nienaturalnie



JoAnna Idzikowska - Kęsik, 3 VIII 16



*** zasłyszane
*grafika z netu
**sierpniowy wybór wierszy
****piosenka



piątek, lipca 29, 2016

Mistrz i JoAnna... czyli post idiotyczny. :)

    Małgorzatą, niestety, nie jestem. Chciałabym, ale to nie to życie, nie to wcielenie - może w kolejnym mi się uda. Jednak mam swoich mistrzów (choć przecież każdy Mistrz ma swoją Małgorzatę, buuu!). Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale zawsze! Lubię mężczyzn, jednak - naprawdę - mało jest takich, którzy mi się podobają z wyglądu (co jest tragiczne w pewnych okolicznościach!). A jak któryś mnie się spodoba, to najczęściej "chemia nie teges", jak mawiał Osioł ze Shreka. Powtórzę zatem starożytną mądrość Safony: "ze wszystkim jednak trzeba się pogodzić"...


    Wczoraj troszkę sobie pobalowałam z moją córeńką i jej koleżankami, które mówią do mnie per "pani DżoAno"  ("O, ku..., ale zaje... wygląda pani z tymi ustami i w tych koronkach!") dlatego, że moje dziecko tak na mnie mówi. A jak ma mówić "mamidło" (tak sobie ostatnio wymyśliła), to już DżoAna lepsza. Pobalowałyśmy, porobiłyśmy sweet - focie i padałam ze śmiechu, gdy mi ludzie komentowali, że mam fajne, rozmarzone oczka (trudno, żebym nie miała!).

    Dziś obudziłam się z potwornym bólem swojej blond główki i - muszę się do tego przyznać - przeczytałam może ze dwa wiersze i rzuciłam książkę w kącik: bolała mnie głowa, oczy, nie mogłam się skupić na czytanym texcie.

    Wydawca, poeta i tłumacz dr Ryszard Mierzejewski  przysłał mi dwa tomiki cudnej poezji, ale nie byłam w stanie czytać...

    Dziecko wstało bardzo późno, pokręciło się chwilę, powiedziało, że jestem cool i super i w ogóle mamidło ze mnie zajefajniutkie i na 102 i że boli ją czacha i... poszło spać dalej...

    Obejrzałam na YT nowy filmik oszołoma, który nazywa siebie jasnowidzem i diagnostą, powyłam jak wilk do xiężyca ze śmiechu, jak pierdzielił o tym, że wszelka ortografia i gramatyka jest bez sensu (on mówi poszłem, wziełem, w cudzysłowiu i wziąść, ale jest cool!) i właściwie nie wiedziałam, co mam jeszcze ze sobą zrobić, bo po prawdzie nic mi się nie chciało. A w wakacje przyzwalam i pozwalam sobie na nicnierobienie...


    Po wywodach samozwańczego jasnowidza, dla którego wszystko jest cudowne i piękne, wyskoczył mi filmik na temat numerologii. Pomyślałam - kretyństwo do n-tej potęgi, ale... No właśnie, potrafię obejrzeć i przeczytać najgorsze kretyństwo, więc się gapiłam dalej...

    Moja numerologiczna wiedza ogranicza się do tego, iż z daty urodzenia jestem najgłupszą cyferką ze wszystkich, opisujących ludzkie charaktery: szaloną, kreatywną, emocjonalną, nieokiełznaną, nieobliczalną i tak dalej, za to tą samą, co mój ukochany od wielu lat aktor, Jeremy Irons i mój najulubieńszy Poeta, Tadeusz Różewicz.

    Zaintrygowana i nieco znudzona, po obejrzeniu filmiku, weszłam na stronkę, na której łatwo oblicza się swoją liczbę życia i... opadła mi szczeneczka!

    Ponoć liczby to wibracje, mające moc, dawkę jakiejś tam energii. Zaczęłam wpisywać daty urodzin (a do nich akurat mam świetną pamięć) swoich bliskich, znajomych i przyjaciół, zaczęło mnie to bawić.

    No i sobie dla zabawy wpisałam datę pana, którego naprawdę bardzo i coraz bardziej lubię... wyskoczyła liczba mistrzowska... Przyjaciela od czasów licealnych, z którym łączyła mnie szczególna nić, nie tylko intelektualna... ta sama, mistrzowska... Pana, w którego erudycji bardzo się kiedyś zakochałam... również ta liczba. I tak dalej, a im dalej... tym dziwniej! Pięciu facetów, z którymi mam jakieś porozumienie dusz, jakieś bardzo podobne fale, z którymi - nawet gdy się rozstaję - to w jakimś sensie wciąż są obok mnie, we mnie, w moich myślach (ponoć z dużą wzajemnością zresztą) ... A jak się spotykamy po latach, to jest tak, jakbyśmy się nie widzieli z godzinkę... Wszyscy oni mają jedną i tę samą liczbę - sumę wszystkich cyfr z daty urodzenia i jest to tzw. liczba mistrzowska, niepodzielna (tatuś mojej córeczki, dodatkowo, jest tak jak ja - ósemką z dnia urodzenia, a ta liczba podobno niesie w sobie nieskończoność)... Jak ja - nie mają łatwych charakterów, ale na pewno są to intelektualiści, indywidualiści i - generalnie - fajni goście... na poziomie. ;-))

    Mój najulubieńszy współczesny, leworęczny wrocławski pisarz, Jarosław Grzędowicz, również jest Mistrzem  i jeden z ukochanych bardów - Jacek Kaczmarski także nim był, pomijając Mistrzynię - Agnieszkę Osiecką!

    I co? I nic - ja, która za jedną z najlepszych stron w necie uważam "Racjonalistę", która namiętnie czytam Agnosiewicza,  Chomsky'ego, Dawkinsa, Hawkinga - siedzę i myślę o "moich" mistrzach... Może tylko takich przyciągam? Może rzeczywiście TA akurat wibracja w jakiś sposób ma na mnie wpływ?

A może jestem jeszcze pod wpływem?



wtorek, lipca 26, 2016

UWAGA SPOILERY I KSIĄŻKI, czyli szczerze polecam!

Witajcie!
Szczerze polecam, ale pewnie rychło w czas, bo nie miałam czasu pisać na bieżąco o tym, co czytam i co oglądam.
Post ten zatem będzie wybiórczy, znajdą się tu filmy i książki, które zrobiły na mnie wrażenie. Pozytywne, czy negatywne - nieważne, ważne, że zostały zapamiętane.



Listę otwiera psychologiczny dramat z zeszłego roku, na dodatek tytuł filmu - "Ojcowie i córki" - co się rzadko zdarza, został przetłumaczony na 5. 
Ciekawy film o traumie z dzieciństwa i jej ogromnym wpływie na nasze dorosłe życie.
Film, w którym nieco podstarzaly i grubawy Russell Crow po prostu wbił mnie w fotel. Chapeau bas za tę rolę! Rolę pisarza, który zostaje sam z małą córeczką i momentami nie radzi sobie z rzeczywistością, ale mówi w jednej ze scen prawie to samo, co ja mówię o poezji: "Pisarz powinien ze wszystkiego wyłuskać prawdę".  Film to rozrywka, a jeśli ciut (lub nawet więcej) prawdy niesie, to jest to dobry film, również z bardzo dobrymi rolami innych aktorów, partnerujących Russellowi...

7/10


"Pokój" (2015) to film, który kupiłam z "Wysokimi Obcasami" (bo to jedno z nielicznych "babskich" pisemek, które nie uwłacza mojej inteligencji) i którym zachwyciłam się do łez czystych, rzęsistych. Film o prawdziwej, emocjonalnej więzi, o szczerej, najprawdziwszej miłości, cudownie zagrany, po prostu piękny!
Kiedyś, chyba w 2013 roku, napisałam tu na tym blogu: Zapuszczam włosy, aby wiatr miał czym kołysać (zapuściłam, ale bez żalu zetnę je, jeśli jakieś chore dziecko /lub kobietka/ będzie potrzebowało peruki) - a włosy w tym filmie - rules, mają MOC!!!

8/10 (ulubiony)


Zawsze miałam słabość do Vincenta Cassela. To bardzo dobry aktor i facio jak najbardziej w moim typku (woli brunetki, jego żoną jest sexbomba Monica Bellucci, buuu!), aktor, który moim zdaniem, potrafi zagrać wszystko. 
W tym filmie (tytuł oryginalny: "Mon roi" - czyli mój król - czyli bardziej adekwatny do tego durnego polskiego!) gra króla życia, wiecznego chłopca z komplexem Piotrusia Pana i robi to świetnie!
Całość to dla mnie (podobnie jak np. kultowe "Ostatnie tango w Paryżu") film o dojmującej, zżerającej od środka... totalnej samotności, wielkiej namiętności - ale miłości w tym, niestety, niewiele. Psychodelka na miarę naszych czasów. Kto obejrzy, być może się ze mną zgodzi.
W każdym razie europejskie kino godne polecenia.

6/10


Do Ridleya Scotta i jego dzieł mam słabość od zawsze, a ponieważ jestem wierna swoim pomysłom, tak już pewnie zostanie.
Mamy zatem "Marsjanina" z kolejną bardzo dobrą rolą Matta Damona i mamy człowieka skazanego na samotność w odległym miejscu. Jednak czy na pewno samotność?
Naprawdę mam wrażenie, takie nieodparte, że od kilku filmów Mistrz Scott, próbuje nam wskazać, że nauka nie wyklucza istnienia Najwyższej Inteligencji, czy jak kto woli - Boga, bo jak mawiał pewien rozczochraniec: "Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy".
Mnie się ten film, mimo kilku niedoskonałości podobał (do s/f mam ogromną słabość, a przecież jakieś słabości też trzeba mieć, bo to czyni nas bardziej ludzkimi).

7/10


Angelina i Brad w trakcie własnego miesiąca miodowego, nakręcili filmik pt. "Nad morzem" rozprawiający o kryzysie w związku. Można i tak. Ja dla Angeliny jestem w stanie obejrzeć nawet największego gniota, nawet takiego, w którym wygląda jak totalna anorektyczka, a tak właśnie wygląda w tym filmie... A mimo to jest piękna i już. Jednak tutaj czegoś zabrakło, choć stylizacja na lata siedemdziesiąte i francuszczyzna amerykańskiej pary aktorów nie budzą zastrzeżeń... Nie poczułam jednak tak do końca tego obrazu. Nie weszłam do tego pokoiku figur drewnianych. A szkoda, bo temat dla mnie osobiście bardzo ciekawy, intrygujący...

5/10



Plejada gwiazd w filmie na faktach no i Johnny bez make - upu rodem z "Edka Nożycorękiego" to duży atut tego dzieła, dobre kostiumy, scenografia, ale ja wciąż i wciąż mam wrażenie, że za dużo tu było Deppa w Deppie. Nie wiem, czy ten dobry, bądź co bądź aktor, już inaczej nie potrafi, czy robi to, czego wymaga od niego reżyser, ale zaszufladkowanie przynosi kiepskie efekty. Do gangsterskich obrazów np. Martina Scorsese temu filmowi daleko.

5/10


Przerysowana, straszliwie efekciarska, przereklamowana druga część "Alicji" według prozy Lewisa Carrolla i ten polski dubbing, bo oglądałam  w kinie.
Pierwsza część podobała mi się znacznie bardziej, bawiła, wzruszała... Z tej części mało wzięłam dla siebie...

5/10


No i mamy problem! A problem polega na tym, że ten film albo obejrzałam rychło w czas, albo tak bardzo mi go wszyscy znajomi polecali, że oglądałam go zbyt krytycznych wzrokiem swoich czasem piwnych, a czasem zielonkawych oczu.
W każdym razie fakt jest taki, że film jest oparty na faktach, ale cholernie schematyczny, a ja naprawdę nie lubię wiedzieć, co będzie za chwilę, w kolejnej scenie.
Fakt drugi jest taki, że uwielbiam Eddie'go Redmayne'a i trzymam kciuki za jego karierę, powalił mnie na obie łopatki w "Uwikłanych" i "Teorii wszystkiego", uważam, że ma wielki talent.
Fakt trzeci - w tym filmie nie on mnie zachwycił, ani mój ulubiony gej Ben Wishaw, który zresztą tu zagrał geja. W tym filmie zachwyciła mnie - po raz drugi, bo pierwszy raz bardzo spodobała mi się w "Pamiętnikach młodości" - Alicia Vikander - i jej rolę uważam za najlepszą, najbardziej subtelną... Przerysowany i narysowany Eddie z głosikiem kastrata nie trafia do mnie, do mojej estetyki.

6/10


"Początek" (2014) to film, który dobrze się ogląda, choć z góry wiadomo, o co chodzi. A bardziej przewidywalnego końca nie można już było wymyślić. Jest jednak w tym filmie coś, co sprawia, że zostaje on w pamięci, zmusza do myślenia, do zastanowienia się nad sobą i światem... A ponieważ wierzę (ba, ja to wiem!), że oczy są zwierciadłem naszej duszy, że można nimi wyrazić wiele i jeszcze więcej, że warto patrzeć na życie i ludzi oczyma miłości...
Dlatego tak wysoko go oceniłam...

7/10


Mam ogromną słabość do Gabrysi Muskaly. Nigdy nie zapomnę jej monodramu "Lalki, ciche moje siostry", który robiła jeszcze przed zdaniem do PWST i F w Łodzi, w rodzinnym Kłodzku, z nieodżałowanym animatorem, Marianem Półtoranosem. To bardzo zdolna i śliczna dziewczyna. No i dla niej poszłam na ten film, a niedawno obejrzałam na DVD.
Lubię również Agatę Kuleszę i Mariana Dziędziela, a Marcin Dorociński przeszedł samego siebie robiąc za bezrobotnego męża bohaterki kreowanej przez Gabrielę.
To, co ja przeszłam ze swoimi rodzicami, to pikuś w tym filmie, który wciąż i wciąż kojarzył mi się z lepszym w podobnym temacie - z "33 scenami z życia" Małgorzaty Szumowskiej i nie temat zrobił na mnie wielkiego wrażenia.
Niemniej, warto go obejrzeć dla świetnych aktorów, bo aktorstwo jest głównym atutem tego ciepłego obrazu.

6/10



"Sekret w ich oczach" to thriller w doborowej obsadzie z 2015 roku. Mamy tu dwie gwiazdy średniego pokolenia, rówieśniczki: botoxową i sztywną (znowu) Nicole Kidman i wychudzoną i brzydką (ciemne włosy, make - up free) Julię Roberts (nota bene nie bardzo rozumiem: czy niektórym kobietom się wydaje, że jak wyschną ok. pięćdziesiątki na wiór, to będą młodziej wyglądać?). Liczyłam na znacznie więcej, liczyłam na iskrzenie, na pojedynek aktorski na poziomie Toma Cruisa i Dustina Hoffmana w "Rain Manie", a dostałam mniej niż średni, schematyczny kryminał, tak cholernie przewidywalny, że ledwie dobrnęłam do końca, ponieważ już po pięciu minutach filmu, wiedziałam, jaki będzie finał, a - jak już wielokrotnie podkreślałam - bardzo tego w kinie nie lubię (wyjątek zostawiam dla bajeczek, bo one zawsze są urocze)...
Julia, jak dla mnie, mimo wszystko i tak wypadła lepiej niż Kidman - obie lubię od lat, choć nie lubię, gdy Nicole skupia się tylko na swoim wyglądzie, jest przecież dobrą, rasową aktorką, co udowodniła niejednokrotnie. 
Nijak ma się ten film do znakomitego argentyńskiego "Sekretu jej oczu" z 2009 roku.

4/10



Do obejrzenia tego filmu zmusiła mnie Jowita: 

- Siadaj, DżoAna i się pogap na swojego ulubionego mańkuta.

A że Jowi bywa nieco despotyczna, to usiadłam dla świętego spokoju i się pogapiłam. I nie żałuję, bo "Praktykant" to
ciepła, pełna humoru opowieść o młodej, zdolnej i bardzo zapracowanej dziewczynie, której firma przyjmuje starszego gościa - emerytowanego wdowca - na praktykę.
Gość okazuje się łebskim i doświadczonym, a do tego bardzo ciepłym i inteligentnym przyjacielem.
Jeśli jeszcze wspomnę, że główną rolę zagrał Robert DeNiro w towarzystwie jak zwykle ślicznej Anne Hathaway, to czego więcej trzeba?  Jakiejś przekąski ewentualnie...

7/10


Cóż rzec o tej powieści?
"Lolita" Nabokova to to nie jest i pewnie nawet nie pretenduje do zacnego miana sztandarowej powieści nimfetkowej. Książkę czyta się nieźle, choć bywają nudne momenty. Fakt jest taki, iż na pewno - mimo, że Rice poruszała już w swoich powieściach kontrowersyjne tematy - jest to jedna z najodważniejszych jej książek, opowiadająca o uczuciu bardzo dojrzałego malarza do młodziutkiej modelki.
Poza tym ja wciąż i wciąż wolę wampiryczne zapędy tej miłośniczki białych, puszystych kotów. Choć erotyczne wydają mi się ciekawsze od Jezusowych.
Generalnie lubię wytwory Madame Rice.


6/10


Wybrany cytat z powieści (s. 440):

"Chyba żadna kobieta nie zrozumie, dlaczego mężczyźni myślą w gniewie o seksie."


Nie ocenię obiektywnie kolejnej powieści Jeanette Winterson, bo kocham kobietę bezwarunkowo, uwielbiam jej styl i erudycję i przeczytałam wszystko, co do tej pory zostało przetłumaczone na język polski.
Ta powieść to nowa interpretacja, nowe spojrzenie na dzieło Shakespeare'a, na uniwersalność podejmowanych przez niego tematów. To jedna z cyklu powieści z międzynarodowego Projektu Szekspir, do którego zaproszono znanych i cenionych twórców bestsellerów. 
To powieść nieco mroczna, bardzo metaforyczna (jak zwykle u Jeanette), którą wchłania się jak gąbka wodę i zapamiętuje na długo... 

9/10

Wybrany cytat z powieści (s. 141):


"Tęsknota za tym, czego brakuje. Wiemy, jak to jest. Każde przedsięwzięcie, każdy pocałunek, cios w serce, każdy list..."


I jeszcze jeden:

"Czasami nie ma znaczenia, że przed tym czasem był jakiś inny czas. Czasami nie ma znaczenia, że jest noc czy dzień albo teraz czy wtedy. Czasami wystarczy to, gdzie jesteś teraz. Nie znaczy to, że czas się zatrzymuje albo nie zaczął biec. Czas jest tutaj. Ty tu jesteś. W tej uchwyconej chwili otwierającej się na całe życie."





"Martwa natura z wędzidłem" to zbiór esejów Zbigniewa Herberta na temat sztuki holenderskiej. Nie jest to rzecz nowa, eseje wydano w 1993 roku, ale godna polecenia, bo Herbert to absolutnie zjawiskowa postać w polskiej literaturze współczesnej. Tytułowa "Martwa natura z wędzidłem" to obraz bardzo kontrowersyjnego malarza, Johannesa Torrentiusa, jedyny, jaki zachował się do naszych czasów, zresztą odkryty bardzo przypadkowo.
Całość: kopalnia wiedzy o sztuce i nie tylko, ukazująca erudycję Autora, którego większość czytelników kojarzy jedynie z poezją.

10/10

Wybrany cytat z książki (s. 120):


„Od razu pojąłem (…), iż stało się coś ważnego, istotnego, coś znacznie więcej, niż przypadkowe spotkanie w tłumie arcydzieł. Jak określić ten stan wewnętrzny? Obudzona nagle ostra ciekawość, napięta uwaga, zmysły postawione w stan alarmu, nadzieja przygody, zgoda na olśnienie. Doznałem niemal fizycznego uczucia - jakby ktoś mnie zawołał, wezwał do siebie. Obraz zapisał się w pamięci na długie lata – wyraźny, natarczywy (…)”


Na koniec pioseneczka z serialu, który mnie zachwycił i który obejrzałam z największą radością, a rzadko oglądam seriale  - mimo wad ten serial, bardzo na tak (ukłony dla Pana Mariusza Bonaszewskiego i Roberta Gonery!).




Bonus dla Przyjaciół, którzy tu są:



:)