Translate

sobota, stycznia 13, 2024

Rok 2024 w Polsce ogłoszony został Rokiem Czesława Miłosza


    Zeszły rok - 2023 - Senat Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił Rokiem Wisławy Szymborskiej w setną rocznicę urodzin Noblistki. Bieżący rok będzie Rokiem Czesława Miłosza, który jako pierwszy polski poeta otrzymał literacką Nagrodę Nobla za całokształt twórczości w roku 1980 - a który odszedł w roku 2004 czyli w tym roku będziemy obchodzić dwudziestą rocznicę śmierci poety. Bardzo się cieszę, że doceniamy poetów.  Wisława Szymborska słusznie zauważyła, że "Umarłych wieczność dotąd trwa dokąd pamięcią się im płaci".

            Czesław Miłosz (1911 - 2004) był polskim poetą, prozaikiem, historykiem literatury, tłumaczem, wykładowcą akademickim, dyplomatą, z wykształcenia prawnikiem. Uhonorowany został  także tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, za pomoc, którą niósł Żydom w czasie II wojny światowej. Odznaczony Orderem Orła Białego. Zanim otrzymał literacką Nagrodę Nobla,  dwa lata wcześniej został doceniony Międzynarodową Nagrodą Literacką Neustadt. Co ciekawe, ta druga bywa nazywana Małym Noblem.

            Poeta - jeden z najwybitniejszych polskich poetów - miał bardzo interesujący życiorys, bo żył w naprawdę niełatwych, ciekawych czasach. Gdy dostał Nobla - nie chciał w to uwierzyć, ale w swojej Noblowskiej Przemowie powiedział m.in. : "Moja rodzina w XVI wieku mówiła już po polsku, podobnie jak wiele rodzin w Finlandii mówiło po szwedzku, a w Irlandii po angielsku, więc jestem poetą Polakiem, a nie Litwinem". A wiatr historii zawiał tak, że wielu rodaków dowiedziało się o nim i jego twórczości dopiero po otrzymaniu Nagrody Nobla, ponieważ przez trzydzieści lat jego twórczość była w Polsce zakazana.

            Znam, cenię bardzo i lubię jego twórczość, mam w domu wszystkie wydane prozą książki, które również są mi bardzo bliskie (zwłaszcza „Zniewolony umysł” i "Dolina Issy"), ale dla mnie jest on przede wszystkim poetą. Jego wiersze mam zaczytane na amen. Trudno mi wybrać jeden ulubiony wiersz Miłosza, bo wciąż wracam do jego poezji, wiele z nich znam na pamięć, jednak odnosząc się do tego, co powiedział po otrzymaniu Nagrody Nobla, wybrałam wiersz, który znam i kocham od dzieciństwa, bo jak już wspominałam na tym blogu, nasza polonistka miała rodzinę w Szwecji i oglądaliśmy na lekcji języka polskiego jego zdjęcia we fraku z uroczystej Noblowskiej Gali. 

Oto on - wiersz, który dla Was wybrałam!

*

Moja wierna mowo

Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.

Trwało to dużo lat.
Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczką
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
a success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Moja wierna mowo,
może to jednak ja muszę ciebie ratować.
Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi, jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.

Czesław Miłosz, Berkeley, 1968

piątek, stycznia 12, 2024

UWAGA SPOILER, czyli za mało Kleksa w Akademii?!

           Witajcie!

              Już na wstępie, od razu ostrzegam, że jeśli ktoś spodziewa się u mnie, w tym poście krytyki, to się zawiedzie. 

                Nie napiszę o kiepskim, pozbawionym logiki scenariuszu, który zawiera lokowanie produktu producentów i sponsorów, krzyczy wręcz o wyobraźni a zabrakło jej scenarzystom, którzy chyba są po kursie u nawiedzonych coachów od pozytywnego czy raczej życzeniowego myślenia i jeszcze gorszym, teledyskowym montażu, braku konsekwencji w prowadzeniu postaci, o rażącej poprawności politycznej, o przeniesieniu akcji do innego kraju, o szarżowaniu słowem empatia, która de facto jest totalnie ignorowana w akcji, o zmianie głównego dziecięcego bohatera w bohaterkę, o tym, że nie wykorzystano potencjału aktorów ani pierwowzoru literackiego. Nie powiem, że wiało a nawet pizgało Harrym Potterem i innym strasznie ogranym, stereotypowym Hollywoodem oraz totalnym kiczem rodem z "Titanica". Wtórność wylewała się jak dzika rzeka płynąca pod prąd i że efekt był płytki jak kałuża po kapuśniaczku. Nie napiszę również, że ah, oh, eh - wersja sprzed czterdziestu lat była sto razy lepsza, a ta jest bez sensu. Nie zrobię tego - skupię się na "plusach dodatnich", a "plusy ujemne" oddam w ręce lub raczej klawiatury profesjonalnych recenzentów lub kamerki youtuberów, którzy do tego miana pretendują i uważają się za znawców. Ja jestem jedynie amatorką książek i kina i z takiej perspektywy piszę ten tekst? A to feler!

            Owszem - wychowałam się i na powieści Jana Brzechwy, którą kocham do dziś i na filmach z lat osiemdziesiątych, które uwielbiam, ale czasy się zmieniają i bajki też, a jak się nie zmieniają, to przynajmniej ewaluują. A więc:

"Czekaliście na to czterdzieści lat! Witajcie w całkiem nowej bajce!"

               Czy rzeczywiście czekaliśmy, nie wiem, ale pojawiła się. A jaka jest nowa bajka, nowa fabularna wersja filmu opartego na motywach książki z 1946 roku? Powieści autorstwa poety, pisarza, adwokata i prawnika walczącego o prawa autorskie, Jana Brzechwy, kuzyna mojego kochanego poety Bolesława Leśmiana? Jest bajką pełną akcji i wizualnych atrakcji. Jest kolorowa i pełna piosenek. A piosenki są świetne i już! Ta poniżej przypomina bardzo klimatem te z Męskiego Grania.

            Nową wersję, którą ja określiłabym bardziej jako impresję na temat tej uroczej powieści fantasy wyreżyserował Maciej Kawulski (ur. 1980), a scenariusz napisali Krzysztof Gureczny i Agnieszka Kruk. Film miał swoją prapremierę 20 grudnia 2023 roku w Katowicach, a oficjalnie wszedł do kin 5 stycznia 2024 roku. Bardzo na ten film czekałam, byłam ciekawa adaptacji i już we wrześniu ubiegłego roku o tym pisałam. No i dzisiaj wraz z moimi chłopakami z klasy i kilkoma koleżankami i ich uczniami, udałyśmy się do kina - dobry termin, tuż przed feriami zimowymi, które u nas zaczynają się w poniedziałek.


            W roli tytułowej wystąpił aktor, którego nie sposób nie lubić. Puk, puk - jest tu ktoś, kto nie lubi tego pana? Aktor, który, podobnie jak jego poprzednik w tej roli, potrafi zagrać wszystko, nawet "na drągu i w przeciągu" - Tomasz Kot znany choćby z takich wcieleń jak rola lidera zespołu Dżem,  Ryszarda Riedla w "Skazanym na bluesa" czy genialna kreacja genialnego profesora Religi w filmie "Bogowie". A i dla poprzednika Kota - Piotra Fronczewskiego - nie zabrakło miejsca w tym filmie, z czego bardzo się cieszę. Obaj aktorzy to aktorzy wybitni, znani, lubiani, cenieni przez widzów. 

            Aktorsko podobał mi się człekoptak Mateusz (bo kruk to raczej nie był) grany przez Sebastiana Stankiewicza, dobrego, charakterystycznego aktora (widać było, że gość bardzo starał się zrozumieć graną przez siebie postać, ale jakoś nie bardzo dano mu szansę na popis jego możliwości) oraz przez Pana Stanisława Brudnego jako starego Mateusza, wspaniałego aktora, który w tym roku w maju  skończy 94 lata - i to właśnie jego pojawienie się w tym filmie wzruszyło mnie do łez (w kinie ciemno, można płakać, jednak ten powód to mało jeśli chodzi o całość). Podobały mi się także wszystkie dzieciaki (bo uwielbiam dzieciaki) występujące w filmie, multi - kulti i chłopiec na wózku inwalidzkim w Akademii. Zawsze cudna Danuta Stenka, która również bardzo starała się dobrze wypaść w roli złej wilkuski i wydaje mi się, że przez pewien moment była też kwiaciarką w Nowym Jorku w chyba najładniejszej scenie tego filmu, gdy Ada oswajała psa; poznałam w jednej ze scen jednego z moich ulubionych wokalistów - Ralpha Kaminskiego. 


            Jednak najbardziej podobał mi się Albert, który wyglądał jak Daria Zawiałow (też jedna z moich ulubionych wokalistek) lub dziecko żywcem wyjęte z "Wioski potępionych" tylko z autystycznymi cechami i przepięknie zaśpiewał piosenkę z uroczym tekstem. Alberta, przyjaciela (?) głównej bohaterki - Ady Niezgódki - zagrał Konrad Repiński - niesamowicie zdolne dziecko. Piosenkę w jego wykonaniu, najpiękniejszą w tym filmie, posłuchajcie TUTAJ - jest przecudna. Rewelacyjna jest piosenka mojej ulubionej Sanah.

            Najmocniej wzruszyło i urzekło mnie to, że film podobał się dzieciakom - że moje chłopaki i inni uczniowie, których czasem trudno jest zaktywizować, żywo reagowały na to, co działo się na ekranie, a przy piosenkach niektóre z nich wstawały z krzeseł i tańczyły. Z kina wszyscy wyszli zadowoleni i uśmiechnięci. To jest atut tego filmu. 

           Czego mi zabrakło? Ufff... Bardzo wielu rzeczy i to w każdym niemal aspekcie tego dzieła, ale miało być o "plusach dodatnich", więc niech będzie, niech jest.

            Tak troszkę, z miłości wielkiej, brakowało Tomasza Kota w większej ilości scen, ponieważ aktor nie pokazał tutaj całego wachlarza swoich możliwości. Pokazał Kleksa, który wyglądał cudownie po prostu, jakby wyjęty z rewelacyjnych ilustracji Jana Marcina Szancera, wspaniałego, niezapomnianego, wybitnego ilustratora (cudne kostiumy, charakteryzacja) i chyba niewiele więcej oprócz tego, że Kleks jawi się jak schizofreniczny i bardzo infantylny oraz strachliwy osobnik, a nie charyzmatyczny i ekscentryczny profesor. 

            I co muszę jeszcze powiedzieć - Pan Piotr Fronczewski, mimo upływu lat, wciąż ma bezbłędny głos, wygląda świetnie i jest w rewelacyjnej aktorskiej formie. Czasem zatem warto pójść do kina, żeby zobaczyć ulubionych aktorów. Oni zawsze są atutem nawet słabego filmu.

             Film oceniam na 3+... No, dobrze; na 4-/10 przede wszystkim za piękne plenery, kostiumy, scenografię i czy polecam pójście do kina nie tylko młodszym, ale też starszym dzieciakom - nie wiem. Dla wielu przesłanie i teksty w filmie wydadzą się spłycone i banalne - ja uważam, że były na miejscu, że dobrych afirmacji nigdy dość, zwłaszcza w kinie familijnym. Uważam, że ten film każdy musi ocenić sam, bo przecież pada w nim naprowadzający tekst, że "Chmury są jak stres - prędzej czy później przeminą"...  Spodziewałam się więcej?

            A książkę Jana Brzechwy, wielowarstwową, niezwykłą, która mimo upływu lat nic a nic nie straciła na wartości - polecam z całego serca.

 
        Tyle ode mnie na gorąco. Chyba nie pójdę na hucznie zapowiadany kolejny sequel. Bardzo lubię bajki, inspiracje, wariacje na temat, nowe, inne wersje. Nie lubię jednak jako widz być traktowana jak pusta lala (podejrzewam, że inteligentne dzieci też), której serwuje się odgrzewany, nieświeży kotlet, pogiętą kalkę okraszoną humorem rodem z idiotycznych filmów klasy D, w których bohaterowie bekają i puszczają bąki oraz oko do widzów, a reżyser i scenarzyści myślą, że tym nadrobią brak pomysłów i wtórność serwowanych scen. 
            Owszem zmieniają się czasy, okoliczności, spojrzenie na sztukę, wolałabym jednak, żeby to nie było aż tak zezowate, mimo czerwonych okularów przez które patrzy operator.
Qrczę no… Naprawdę bardzo się starałam napisać o tym filmie jak najlepiej…

środa, stycznia 10, 2024

Kilka słów szczerości i prywaty

                                                     Witajcie!  

                11 stycznia przypada Dzień Wegetarian. Święto obchodzone corocznie, ustanowione 22 listopada roku 1977 przez Międzynarodową Unię Wegetarian. Święto obchodzą osoby na całym świecie, które z własnego jadłospisu odrzuciły mięso.


                I już na wstępie tego postu pragnę poinformować o czterech bardzo ważnych sprawach:

    * po pierwsze - w internecie i generalnie wśród ludzi krąży opinia, że wegetarianie czują się lepsi od reszty społeczeństwa;

    * po drugie - NIE CZUJĘ się od nikogo lepsza ani gorsza, czuję, że jestem sobą i żyję ze sobą w zgodzie;

    * po trzecie każdy ma wolną wolę i może robić w życiu co chce i jeśli dokonuje jakiegoś wyboru, to jest to jego sprawa i nic mi do tego;

    * po czwarte - ten post uwolni moje traumy, ale OK, może je wreszcie przepracuję, bo wbrew pozorom przez te lata, od kiedy nie jem mięsa, często dawano mi odczuć, że jestem - delikatnie mówiąc - inna?

                Zostałam poproszona przez jedną z moich ulubionych Osobowości Blogujących, żebym napisała dlaczego jestem wegetarianką. Usiadłam i pomyślałam. Chciałam napisać wiersz, ale okazał się stertą banałów, więc go wywaliłam. Jednak jeśli już mam pisać o sobie, to muszę zacząć, jak to zwykle bywa, od domu rodzinnego i dzieciństwa. Dzieciństwa, które dla mało kogo jest sielankowe i łatwe z różnych względów.

                W moim domu, w diecie serwowanej przez moich rodziców, królowało mięso. Rodzice urodzili się w czasie wojny, ojciec w ogóle rewelacyjną datę sobie wybrał na pojawienie się na tej planecie - urodził się 1 września 1939 roku, mama niemal dokładnie trzy lata później, 29 sierpnia 1942. Oboje więc byli dziećmi wojny, które zaznały niedoborów pożywienia i dla których mięso było czymś w rodzaju luksusu? Nie wiem. Wiem natomiast, że zarówno mnie, jak i mojemu niespełna dwa lata młodszemu bratu, po prostu się ulewało. Bo mimo kryzysu, mimo stanu wojennego i reglamentacji jedzenia (sławne kartki w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku), u nas w domu niczego nie brakowało z różnych względów, chyba przede wszystkim dlatego, że moi rodzice byli lubiani i mieli znajomych na wsi, a mięsa było zdecydowanie za dużo. 

                No i byłam nie tyle karmiona, co przekarmiana i tuczona. Głównym argumentem mojej rodzicielki był jej autorski, powtarzany jak mantra tekst: Nie zjesz - nie dostaniesz, nie zjesz - nie pójdziesz, nie pojedziesz (do kina, teatru, na zajęcia itp.), nie zjesz - nie spotkasz się z koleżankami... A to jedzenie to głównie było takie: jajecznica na kiełbasie, schabowe, rosół, roladki, pulpety, mielone, kurczak, bigos, kiełbasa na gorąco i temu podobne delicje. 

                Gdy jako mała dziewczynka wciąż pytałam skąd jest mięso, ojciec odpowiadał: Od zwierząt. Gdy drążyłam temat, czy np. zwierzęta robią dla nas mięso, rodzice pomijali to milczeniem... 

            Aż pewnego letniego dnia, przyjechał po mnie przyjaciel taty, wujek Jurek i zabrał mnie do siebie na wakacje (nie mieli z ciocią Jasią dzieci i bardzo mnie kochali, traktowali jak córkę, rozpieszczali). Jechaliśmy jego nową Warszawą czy Syrenką (nie pamiętam już dokładnie) i kaczka weszła na ulicę. Jurek zatrzymał się i wrzucił coś na tylne siedzenie samochodu. Jak dojechaliśmy do Wrocławia, do jego domu i zabrał to z tylnego siedzenia, zobaczyłam, że jest to przejechana kaczka. Wujek powiedział, że będzie pyszny obiad... Miałam wtedy pięć lat (mam z ciocią i wujkiem zdjęcia z tych i kolejnych wakacji) i pierwszy raz widziałam nieżywe zwierzę i coś we mnie pękło. Obiadu oczywiście nie zjadłam, ale u cioci i wujka mogłam, dostałam coś innego, w domu niestety nie.

                Potem często chorowałam. Infekcje dróg oddechowych, tchawica, dwa razy miałam zapalenie płuc. Wtedy mój ojciec się dowiedział, że najlepszy jest rosół z gołębi i gdzieś je od kogoś kupował i aplikowali mi ten nieszczęsny rosół z tych istot (do dziś mnie mdli na wspomnienie, a tym bardziej na  zapach rosołu)... 

                Przetrwałam ten czas, tę dietę, te rosoły, jakoś udawało mi się, gdy byłam starsza, oszukiwać matkę, oddawać kotlety bratu, wyrzucać kanapki z jajecznicą, z szynką lub zamieniać się z koleżankami na kanapki z serem. Aż wreszcie zdałam maturę i poszłam na studia - 1988 rok - rok mojego wyzwolenia. 

            Kiedy poszłam na studia od razu, z dnia na dzień, przestałam jeść mięso, przeszłam na dietę, w której były jajka, sery, mnóstwo warzyw i owoców, ale nie było mięsa ani ryb. Schudłam ponad 20 kilogramów, miałam 51 cm w talii, mąż obejmował mnie w pasie dłońmi, bo bardzo szybko wyszłam za mąż ku rozpaczy rodziców, ale zgodnie ze swoją wolą i sercem. 

            Matka rozpaczała: Nie dość, że mańkut to jeszcze wegetarianka - co za okropny odmieniec! 

             Ojciec komentował: Taka chuda, że tylko nos jej sterczy, jeszcze trochę i wpadnie w anemię! 

            Ciotki dopytywały: Wy (bo mąż również) naprawdę jesteście tacy całkiem wege? Rybek też nie jecie? To dlatego nie możecie mieć dzieci?! 

            Przyjaciółki dopingowały: Super, DżoAna, może ja też przejdę na wege?

            Gdy po skończeniu studiów i czterech latach małżeństwa spodziewałam się dziecka, lekarze radzili: Trzeba jeść chociaż trochę mięsa, bo wypadną pani zęby, a dziecko będzie miało słabe włosy i kości.

            Córka urodziła się śliczna, zdrowa, ma gęste włosy, długie rzęsy, wysokie IQ i EQ i jest moją dumą. Nie katowałam jej wege dietą, jadła, co chciała, ale teraz też nie je mięsa.

            Ja już nie mam talii osy, ale do dziś mam ładne zęby i dobre wyniki w różnych testach i w tych medycznych, sprawdzających zdrowie, też. 

            Dlaczego jestem wegetarianką? Mogę to porównać do wyboru koloru włosów (też na studiach ścięłam je ku rozpaczy ojca, który się do mnie nie odzywał chyba z rok i zafarbowałam na blond) - bo tak wybrałam.

             W życiu dokonujemy wielu wyborów - lepszych, gorszych. Ten był dobry, ponieważ był zgodny z tym, co naprawdę czuję i był mój, a nie narzucony mi przez konwenanse, rodziców, społeczeństwo. 

                I tyle. Mam nadzieję, że nie będę żałować, że napisałam ten post.

                 Sławni wegetarianie, których lubię i cenię? Proszę bardzo!


Brigitte Bardot, legenda kina i ikona kobiecości, zagorzała obrończyni praw zwierząt. 

            Leonardo da Vinci - geniusz. Wegetarianinem był od wczesnej młodości. Umysł i talent miał drapieżny i niekonwencjonalny.


                        Nicola Tesla - genialny wynalazca, inżynier, myśliciel.

             
            Desmond Thomas Doss - bohater wojenny, który odmówił dotykania broni a mimo to uratował wielu kompanów. Jego heroizm uwiecznił Mel Gibson w filmie pt. Przełęcz Ocalonych - polecam. Jest również wielokrotnie nagradzany film dokumentalny pt. Szeregowiec Doss (był on pierwszym pacyfistą w historii nagrodzonym Medalem Honoru).

            Joaquin Phoenix - dla mnie najlepszy aktor średniego pokolenia w kinie światowym.

                     Natalie Portman - śliczna aktorka, która dużo czyta, także powieści Olgi Tokarczuk, która również od wielu lat jest wegetarianką, ale o niej napiszę przy okazji znaku Wodnika.

             Bryan Adams - od wielu lat mój ukochany wokalista, kompozytor, fotografik, autor tekstów.


 
            Lillian Müller - norweska modelka i aktorka, która od wielu lat jest wegetarianką i propaguje tę dietę. Kobieta ma 72 lata, a figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna nastolatka.

poniedziałek, stycznia 08, 2024

UWAGA POEZJA, czyli niezwykły wiersz Bolesława Leśmiana

 


Bałwan ze śniegu

Tam - u sa­me­go la­sów brze­gu,
Gdzie kruk -je­dy­ny pust­ki widz,
Ktoś go ule­pił z tego śnie­gu,
Co mu na imię: biel i nic...


Na gło­wę śmiesz­ną wdział cza­pu­lę,
A w bok że­bra­czy wra­ził kij -
I w oczy spoj­rzał mu nie­czu­le
I rzekł na drwi­ny: "Chcesz - to żyj!"


I żył nie­zgrab­ny, byle jaki,
A gdym doń przy­szedł śla­dem trwóg -
Już weń wie­rzy­ły wszyst­kie pta­ki,
Więc zro­zu­mia­łem, że to - bóg...


Cza­ro­wał drze­wa ócz bły­sko­tem,
Pier­sią, do któ­rej wi­chry lgną -
I ku­sił mnie nie­wie­dzą o tem,
Co było we mnie - tyl­ko mną...


Pan ośnie­żo­nej w dal przy­czy­ny
Po­przez śle­po­tę mroź­nych cisz
Pa­trzał w wą­do­ły i w ni­zi­ny,
Co mu się śni­ły wzwyż i wzwyż!


A kie­dy po­blask wziął od słoń­ca
I w ni­cość za­lśnił - błęd­ny wskaz -
Po­ją­łem wszyst­ko aż do koń­ca


I uwie­rzy­łem jesz­cze raz! 

Bolesław Leśmian


             Bolesław Leśmian (1877 - 1937) - to dla mnie jeden z tych poetów, którzy stanowią absolutnie osobne i wyjątkowe zjawisko w polskiej poezji. To intelektualista i indywidualista, nadpoeta, geniusz wymyślający słowa, wrażliwy obserwator czasem bardzo smutnej rzeczywistości. To człowiek niezwykle mądry, oczytany, skromny, którego życie nigdy nie rozpieszczało, za ton rozpieszczał i upiększał polską poezję.

            Jego poezja towarzyszy mi od - naprawdę - maleńkości, bo mój ojciec go po prostu uwielbiał i czytał mi jego wiersze: m.in. bezbłędną "Lalkę", baśniową "Dziewczynę" i niesamowitego "Kopciuszka". W domu było kilka tomików jego poezji, były też baśnie.

            Ten blog założyłam w dzień jego urodzin - 22 stycznia, ponieważ jest poetą, którego wiersze tkwią we mnie bardzo głęboko i które zawsze recytowałam na różnych recytatorskich konkursach a także na egzaminach do PWST.

            Prezentowany dziś, z pozoru bardzo prosty czy wręcz nawet banalny wiersz, jest niesamowicie mądry, ma drugie i trzecie dno. Trzeba go czytać sercem. Uwielbiam ten wiersz! Prezentuję Wam go z nadzieją, że odczytacie go w sobie tylko właściwy sposób i tak go zrozumiecie. Dla mnie to wiersz płynący zarówno z serca jak i z głębokich pokładów podświadomości. Tekst, który należy kontemplować.

                O poecie napiszę więcej niebawem, gdy będę opisywać znak Wodnika, a tymczasem szczerze Was zachęcam do czytania poezji, do wchodzenia w inne światy zaklęte w wierszach. 


*zdjęcie kruka i poety z internetu, obraz: Paul Weimann - Zimowy pejzaż

sobota, stycznia 06, 2024

To i owo przy poranniej kawie


                Senny, deszczowy poranek. Szary, bury i ponury. Miałam misterny plan spania do południa, ale moje zwierzaki chodzą po mnie, jak im pasuje, absolutnie nie zważając na mój komfort czy raczej dyskomfort. Zasnęłam w swoim pokoju na wersalce, bo oglądałam wczoraj wieczorem film dokumentalny na Netflixie pt. Jesteś tym, co jesz o bliźniętach poddanych diecie i już nie chciało mi się pielgrzymować do sypialni.

            Jurek, który jest rannym ptaszkiem i chodzi na spacery w środku nocy, wysyła mi MMS-y z ukochanej, ale zaśnieżonej Gdyni, po której biegają dziki, a tymczasem w Bolesławcu pada deszcz, chociaż zrobiło się troszkę chłodniej, po ostatnich wiosennych temperaturach. Może jest szansa na prawdziwą, białą zimę? Taką z mrozem i diamencikami śniegu? Byłoby super!

                Obudziłam się z piękną myślą, z zarysem jakiegoś wiersza o zimie i miłości i oczywiście nic nie zapamiętałam. Często mam tak, że moje wiersze najpiękniejsze są wtedy, gdy nie mogę ich zapisać; pojawiają się w nocy, przed zaśnięciem albo tuż przed pobudką lub gdy już się obudzę, ale jeszcze leżę w łóżku i nie chce mi się szukać długopisu, pisać. 

                Druga kawa... Człapię do kuchni, psiak za mną, bo musi wymusić przysmaczek na dzień dobry... W soboty mam dzień bez porannej wody i od razu rzucam się na kawę!

                Dzisiaj mam też wolne od pracy. Jutro już nie. Jutro będę pisać oceny opisowe i sprawozdania, jednak dziś jest dzień DżoAny, która robi co chce. Na pewno trochę ogarnę dom, zrobię jakiś dobry obiadek i będę czytać, pisać pamiętnik swoim starym Parkerem, może coś obejrzę. Zapewne też zadbam o urodę - wątpliwą już w moim wieku, ale maseczka na włosy i twarz, szyję, dekolt na pewno dzisiaj poleci. Może też uda mi się podciąć psiakowi kudełki na brzuszku.

                Póki co milionowy raz wracam do wierszy Pani Szymborskiej, do mojego bilingwalnego wydania jej tekstów z 1989 roku, które znam na pamięć, jednak do tej książki mam szczególny sentyment, kupiłam ją na moich pierwszych studiach... Kosztowała 2500 złotych - takie były wtedy ceny i choć nie widać tego na zdjęciach z mojego wyrka, druk w tej książce jest w kolorze butelkowej zieleni i dobrze się czyta litery inne niż czarne. Czerń męczy moje oczy. Na drugim zdjęciu macie jeden z moich najukochańszych wierszy poetki, czytajcie!

                Przed świętami upadła mi w trakcie mycia, a raczej wypadła z rąk prosto do zlewozmywaka, ulubiona maselniczka i pękła (moja wina, bo trzeba ją było włożyć grzecznie do zmywarki), więc przejechałam się po sklepach z ceramiką, których w Bolesławcu jest dużo, żeby kupić nową. I kupiłam w kształcie i wzorku, którego jeszcze nie mam w kolekcji.


                Przy okazji okazało się, że kochane Panie Ekspedientki zostawiły dla mnie kubeczek, na który polowałam chyba półtora roku, bo jeśli był kształt (boski, królewski rzekłabym), to zdobienie było nie w moim stylu. Zostawiły mi takie oto cudeńko, dziękuję!!!

                A że dawno z braku czasu nie kupowałam wiele ceramiki, skusiłam się też na dwa inne kubeczki, miseczki dla moich rozpuszczonych i rozpieszczonych "dzieci" i fikuśną miseczkę, w której mam cuksy dla gości (no dobra, jak mam trufle albo śliwki w czekoladzie, to też czasem skubnę). Z takich miseczek wcinają moje zwierzaki swoje pokarmy mokre i suche chrupki, chociaż psinka jest zwykle karmiona przeze mnie z małego, deserowego widelczyka i dostaje jedzenie prosto do pysia.


            Nie mogłam się też oprzeć nowemu wzorkowi, bo bardzo lubię nasz bolesławiecki, słynny kobalt i kupiłam nowy mlecznik (kawę piję z mlekiem roślinnym, ale je podgrzewam w mikrofali, żeby była ciepła - nie znoszę zimnej kawy).

            Cały czas, gdy piszę ten post, który zresztą za wcześnie opublikowałam bez zdjęć - taka jestem bujająca w obłoczkach, towarzyszą mi moje kochane "dzieci" czyli zwierzaki (dziecko prywatne śpi jak zabite w pokoju obok). Bez nich życie byłoby mniej czułe chyba... Balbina, którą mam od malucha, bo miała niecałe 5 tygodni, gdy ją dostałam na Walentynki, domaga się pieszczot po mojej prawej stronie, Niko po lewej - chrapie i mruczy. Są cudne i kochane. Uwielbiam Nikusia zimą, bo nie strzygę go tak krótko jak wiosną i latem i robią mu się loczki, a że jest zadbany, jest też milutki w dotyku i mięciutki.

                Balbina, która skończy za parę dni 13 lat, jest wciąż młoda i piękna i ciągle mnie zaczepia, a jej łapki są delikatne i miękkie, bo prawie całe życie spędziła w domu... Kocham to białe mruczydełko, lubię bardzo, jak mnie swoimi łapkami głaszcze po to, abym ja głaskała ją. Mruczy przy tym jak mały traktor.

                Niko zaś zawsze wie, a nie wiem skąd wie, jednak WIE, że jest wolny dzień, święto, weekend - chrapie sobie do jedenastej albo nawet dłużej. Niko - moje adoptowane ad hoc szczęście, też skończy 13 lat pierwszego kwietnia, jednak śmiga jak młody bóg. Chrumka jak mała świnka i uwielbiam całować jego nosek.

                   W takie szare dni, senne i niemrawe, potrzebuję biżuterii z bursztynem i trochę złota dla rozjaśnienia, ożywienia tej szarości... Uwielbiam stare, starsze ode mnie pierścionki nieistniejącej już firmy Warmet. A bursztyn to chyba mój kamień mocy. Mam wiele innych pierścionków, jednak te z bursztynem wciąż coś do mnie mówią. ;-) Moja psinka też dobrze się czuje odkąd nosi bursztynową obrożę. 😍

                        I to chyba tyle sobotnich wynurzeń i prywaty prosto z pościeli.

                    Szary świat za oknem wcale nie oznacza, że w duszy i w domu też jest równie szaro czy smutno. Jest naprawdę dobrze. Pozdrawiam wraz z Balbiną i Nikusiem. Dobrego dla Was!

 I jeszcze PS
                Facebook, na który wchodzę już tylko po to, aby dodać post do Babińca Literackiego,  przypomniał mi taki obrazek, moje zdjęcie sprzed sześciu lat: w tym roku jeszcze nie było rusałek - pawików w moim domu, ale jest moc, była tęcza. No i widzicie - lubią mnie nie tylko koty i psy, motyle też wiecznie na mnie siadają i pszczoły, które nigdy mnie nie żądlą.
Cytat na dziś i na jutro...

Zatrzymuj myśli, w których nie ma miłości. Depcz wszelki krytycyzm. Naucz się miłości obejmującej wszystkie istoty – nie w teorii, w praktyce!
 
Alice Bailey