Translate

poniedziałek, grudnia 10, 2012

"Kraków nigdy jeszcze tak, jak dziś..."




Wspólnota dusz

-No, cześć, durniu! – usłyszała w słuchawce telefonu i od razu uśmiech zagościł na jej twarzy.
-Cześć, świrusko, co tam, jak tam?
-Wybieramy się z Agą do Krakowa, zabierzesz się nami?
-Jasne! Kiedy i na jak długo?
-Wyjechałybyśmy w piątek, o świcie, więc się nawet nie kładź, a wrócimy w poniedziałek wieczorem, pasi?
-Pewnie, że pasi, a co z noclegiem?
-Agniecha już załatwia jakiś akademik, tylko nie wie, czy wziąć dwójkę, czy trójkę, więc dzwonię.
-Trójkę… No i poświęcę się wstając o świcie… czyli o której?
-O szóstej chciałybyśmy wyjechać, więc koło piątej musisz wstać, a znając ciebie, durniu, to, jak kładziesz się o trzeciej, lepiej wcale nie zasypiaj!
-Rzeczywiście, cholerny środek nocy… Ale damy radę. Czyli co? Jakieś spotkanie organizacyjne przed wyjazdem?
-O, widzisz, masz pomysła! Zgadam się z tym jełopem i zadzwonię, nara!
-No, baj, baj, maszkaro! – rzekła z uśmiechem i odłożyła telefon.

Zośka, jej dobra koleżanka od klasy pierwszej szkoły podstawowej, obecnie główna księgowa w dużej, niemieckiej firmie, zawsze wprawiała ją w świetny nastrój. Lubiła jej niski, przeszywający alt, sposób mówienia i ten specyficzny, angielski dowcip, jakim dysponowała, odkąd z okazji bierzmowania, do którego szły razem, na złość księdzu, wzięła sobie piękne imię Józefa, gdyż ten uznał, że nie ma świętej Lidii. Ona, na cześć wielkiej aktorki i jej wielkiej roli królowej w telewizyjnym serialu, wybrała imię Aleksandra, do którego, o dziwo, ksiądz się nie przyczepił… Stały więc razem, grzecznie pod ołtarzem i zaśmiewały się jak wariatki, gdy biskup czytał ich trzecie imiona… Fajne to były i beztroskie czasy. Ale i teraz, jako panie w wieku akuratnym, wcale nie były mądrzejsze, hormony buzowały w nich tak samo, jak kiedyś. Lubiły się śmiać, świrować, nazywać się debilkami, durniami, maszkarami… Spotykały się w ulubionej knajpce, piły piwo, paliły papierosy, odreagowywały stresy. Opowiadały o sobie, o pracy, mężach, romansach, dzieciach. Wspierały się również w trudnych, życiowych sytuacjach. Taka prawdziwa, kobieca przyjaźń bez zbędnych upiększeń i poufałości. Dla równowagi, dołączyła do nich bardzo ciepła, mądra i spokojna Agnieszka, absolwentka krakowskiej AGH.
A ona? Humanistka po matematyczno-fizycznej klasie w LO. Niespokojna, artystyczna dusza, ryzykantka, kinestetyk, uwielbiający doświadczać, dotykać, choćby kosztem obitej pupy. Uzupełniały się zatem we trójkę i było im z tym dobrze. Teraz postanowiły pojechać na dłuższy weekend do swego ulubionego miasta, jednego z czterech miast, do którego ona lubiła wracać (trzy pozostałe to Praga, Paryż i jej ukochany Wrocław), bo generalnie wolała poznawać nowe, nieznane miejsca.


Dzień przed wyjazdem siedziała w domu sama z dwoma białymi kotami i zastanawiała się, co spakować, gdyż lato w tym roku nie rozpieszczało. Było jak z piosenki grupy Pod Budą: "jakieś szare i słowikom brakło tchu". Jej zaś zdecydowanie brakowało weny.

  Pomyślała o Bartku i dokładnie w tym momencie zadzwonił telefon… Pomyślała, że to ktoś obcy, bo numer, który się wyświetlał był jej nieznany.

-Słucham, Daria Makowska?
- Cześć, kobietko…- usłyszała znajomy tenor. – Co u ciebie słychać?
-Witaj, Bartosz, nie uwierzysz, ale właśnie o tobie myślałam!
-Uwierzę, zawsze byłaś czarownicą. Jak żyjesz, wybierasz się może w moje strony?
- Wybieram się…
-Żartujesz, kiedy? I nie mów, że jutro!
- Jutro. Co prawda nie wiem, jak wstanę, jak będę funkcjonować, ale jutro jadę do Krakowa.
- Daruś, musimy się spotkać, ściągnąłem cię myślami. Musimy… Proszę, błagam… Będę grzeczny…
Rozbawił ją jego słowotok, lubiła jego głos, bardzo jej się podobał jako mężczyzna…
- Na pewno nie w piątek, bo wiesz… mamy imprezkę, jadę z dwiema koleżankami, ale w sobotę mogę się wyrwać spod ich opiekuńczych skrzydeł, pod warunkiem, że pójdziemy gdzieś nad Wisłę.
- Dokąd tylko zechcesz, babo! Tylko bądź…
-Będę. Spotkamy się w Rynku, pod pomnikiem wieszcza, OK.? O której ci pasuje?
- Daria, ja się dostosuję, tylko bądź, cholernie się stęskniłem, do bólu.
-Nie przesadzaj… No, dobra, w sobotę o czternastej, wcześniej pewnie nie wstanę.
-Super, to do soboty, cieszę się, jak głupi i już nie mogę się doczekać.
- Spokojnie, Bartolino, przynieś swoje nowe wiersze, chętnie poczytam.
- Dobrze. Mam klienta, muszę kończyć, ale naprawdę już skomlę z tęsknoty.
-Pa, wariacie.
-Pa, cudności!

Poznała go cztery lata temu na popularnym portalu społecznościowym, zaprosił ją na forum poetyckie, potem do grona znajomych. Rozmawiali często drogą mailową, potem na gg i na skype’ie. Powoli odkrywali swoje pokrewne dusze. On, młodszy od niej o trzy lata, wysoki, zielonooki, wytatuowany, długowłosy brunet o niesamowitych dłoniach. Ona, dość wysoka, zgrabna, piwnooka blondynka o bardzo ciemnych brwiach dla kontrastu. Oboje leworęczni wielbiciele poezji, zwłaszcza Różewicza i Leśmiana. On, po wielu związkach i przejściach, ona w szczęśliwym, zgodnym małżeństwie. Czasem denerwował ją w rozmowach, gdy zaczynał głośno myśleć o tym, co by było, gdyby byli razem, ale ich przyjaźń była silniejsza, niż sprawy damsko-męskie. Lubili się z lekką nutką subtelnego erotyzmu, co tylko dodawało pikantnego smaku ich przyjaźni.

Teraz zastanawiała się, w co się ubrać… Koleżanki poszły na spotkanie z innymi koleżankami, a ona siedziała z filiżanką gorącej kawy i myślała… Widzieli się ostatnio jakiś rok temu i wtedy uciekła. Zabroniła mu dzwonić dopóty, dopóki sama tego nie zrobi. Przestraszyła się, po raz pierwszy w życiu, własnych uczuć, skasowała gg i skype’a, nie odbierała telefonów. Wiedziała, ze jest zdezorientowany, że – być może – ma ją za egzaltowaną idiotkę – ale milczała. Zadzwoniła w styczniu, w jego urodziny. Datę pamiętała doskonale, gdyż urodził się w ten sam dzień, co jej ukochany poeta, Krzysztof Kamil Baczyński. Najlepiej zapamiętywała właśnie takie daty, które kojarzyły jej się z czymś, co lubiła, z datami urodzin, śmierci, wielkich poetów, aktorów czy premierami ulubionych filmów. Nigdy nie zapomni, jak bardzo się ucieszył, gdy usłyszał jej głos, jej miękki alt, jak mawiał. Rozmawiali wtedy chyba ze trzy godziny, czytał jej przez telefon swoje, jak to po Witkacowsku nazywał, bebechowo-orgazmowe wiersze. Nie pozwoliła mu jednak dzwonić do siebie, egoistycznie uznała, ze tak będzie lepiej, ale obiecała, że sama się odezwie. I tak minęło kolejne pół roku, a teraz siedziała, czekała na to spotkanie, chciała się wtopić w zieleń jego oczu lecz nadal bała się swoich uczuć. Postanowiła włożyć zwykłe dżinsy, w których zresztą bardzo dobrze wyglądała i kolorową tuniczkę. Włosy spięła w kok, oczy pomalowała fioletowym cieniem, który doskonale podkreślał ich dziwny, zielono-piwny odcień, delikatnie wytuszowała rzęsy i błyszczykiem podkreśliła usta, ubierając się w swój ulubiony zapach bzu marki Yves Rocher.

Już z daleka zobaczyła jego wysoką postać i purpurową różę, którą trzymał w lewej ręce… Pamiętał, co lubi, kiedyś nawet napisał specjalnie dla niej piękny wiersz o róży. Serce zabiło mocniej, szarpało się, jak ptaszek uwięziony w klatce, co ją dodatkowo zdenerwowało. Zanim się zorientowała, podbiegł do niej i wziął w ramiona, a potem wbił się w jej usta tak, że poczuła się, jak Louis, bohater „Wywiadu z Wampirem”, w momencie, gdy Lestat po raz pierwszy spijał mu krew… Poczuła po prostu, że lata… Chciała krzyczeć, palnąć go w twarz, ale nie miała siły…
- Cudnie pachniesz…- usłyszała jego szept. – Już będę grzeczny, ale musiałem… - powiedział z rozbrajającym uśmiechem i wręczył jej wreszcie tę cudną różę, po czym szybkim gestem, zdjął jej z włosów spinkę. – Lubię burzę twych włosów – rzekł zachrypniętym głosem.
- Dobra, Bartolino, idźmy stąd, nie lubię tłumu.


No i poszli w kierunku Wisły. Rozmawiali i rozmawiali, patrzyli sobie w oczy, śmiali się, w jednej knajpce pili kawę, w innej piwo, w jeszcze innej, żydowskiej, zjedli wegetariański posiłek.

 Opowiadał o swojej pracy, czytał swoje wiersze, mówił o problemach z byłą żoną, utrudniającą mu kontakty z synkiem, pokazał swój nowy tatuaż, na ramieniu, wykonany przez córkę Andrzeja Zauchy, jednego z najciekawszych polskich wokalistów, którego zdążyła zobaczyć na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, w roku jego tragicznej śmierci.

 Czas strzelił, jak z bicza, a oni wcale nie mieli ochoty się rozstać. 

-Darka.. cholernie się cieszę, że jesteś, wiem, miałem być grzeczny, ale chyba nie mam siły, sama wiesz, jaki jestem narwany, wiesz, ze nie mogę tak sobie chodzić i gadać… - powiedział i chwycił ja w objęcia.
Zrobiło jej się gorąco, poczuła się rozdarta. Z jednej strony bardzo chciała, aby ją dotykał, całował, komplementował, ale z drugiej wiedziała, że nie tędy droga, że takim postępowaniem, mogą zniszczyć to, co ich łączy na zawsze.


- Pójdę z tobą do łóżka… i co? – rzuciła w powietrze…
Cisza… Bolesna, najcichsza z możliwych cisz… Wieczność… I tylko te trzepoty rzęs…
- Daria… Wiem, rozmawialiśmy o tym wiele razy… wierność… Ale sama powiedz, czy nie jest to działanie wbrew sobie? Ja wiem, do jasnej cholery, co czuję. A bajki o monogamii, naprawdę można włożyć między bajki!
- Nie jest to działanie wbrew sobie, Bartosz. Ja kocham i ufam. I ktoś mnie kocha i ufa mi z wzajemnością. Dzięki temu zaufaniu mogę tu teraz z tobą być. Mogłam podróżować po świecie, studiować ile tylko chciałam i przyjaźnić się z wieloma mężczyznami… Bo on mi ufa. Sam powiedz, czy gdybym poszła z tobą do łóżka, nadal byłabym dla ciebie tak intrygującą i interesującą kobietą, jak teraz?
Znowu cisza… ale już inna. Ale mniej cicha… Cisza zadumana, ciężka…
A po niej:
- Dario… szacunek… - i jego usta na jej czole. – Ale zawsze będę mu zazdrościć…
-Zrobię coś teraz. Coś, co muszę zrobić, a ty grzecznie milcz i nic nie rób, OK?
-OK.

 
Wspięła się na palcach i zdjęła gumkę z jego gęstych, sięgających ramion włosów... Zanurzyła w nie place, poczuła ich ciepło, zanurzyła w nie nos... pogłaskała... Jej serce znowu zrobiło zdjęcie... Kiedyś zdobyła nagrodę za sprawność aktorską na ogólnopolskim konkursie recytatorskim za monodram na motywach "duszyczki" Różewicza, gdzie na scenie animowała perukę z puklami gęstych, ciemnych włosów. Teraz nie grała. Teraz była, czuła. Chciało jej się płakać, ale nie pozwoliła sobie na takie emocje. Zacisnęła zęby, wzięła głęboki oddech...

- Chodźmy już, proszę - wyszeptała.


I odprowadził ją do hotelu, milcząc, pieszcząc w swej lewej dłoni, jej lewą rękę…



***

Gdzieś w Krakowie dogonił mnie spleen.
Nie pojęłam - dlaczego on?
Gdzieś na Brackiej, pozbyłam się win.
Deszcz mnie obmył ze wszystkich stron.


Gdzieś w Krakowie spotkałam Ciebie,
Czarem dłoni i blaskiem oczu...
Napisałam - przez Ciebie - swym cieniem -
Rozżalony, niemiłosny list
do losu...



 Wszystkie postaci i cała historia są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami i wydarzeniami, każda zbieżność w opowiadaniu jest zupełnie przypadkowa.

Kraków / Bolesławiec, lipiec 2011, JoAnna Idzikowska-Kęsik (zdjęcia moje)


Do posłuchania: Kinga Preis, Kraków






niedziela, grudnia 09, 2012

Jestem kinestetykiem, lubię dotykać...




odczucia


motto: zobacz dotknij weź do ręki zobacz czy są prawdziwe przecież czujesz (...)

/Tadeusz Różewicz: duszyczka/


wplącz mi się we włosy
utop w ich zapachu
falą uniesienia

ocal miękkość naszej relacji

dawniej lubiłeś
całować szept wiatru
bujny lokami ekspresji

prawda
zawsze jest względna
(jak wolność i piękno)

zanurz się w nią
a poczujesz

gęstość mojej krwi
płynącej ciepłą strużką

prosto w twoje zimne
serce



/B-c, 09 XII 2012, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

pic::iconzindy:

Rest my loveby *Zindy





czwartek, grudnia 06, 2012

Tęsknię za kwiatami...




***

jestem jak kwiat

możesz wąchać do woli
upajać się
wczuwać wyczuwać

zapach moich perfum
intryguje jak opium
jak rosiczka
wchłania twoje zmysły

jestem jak kwiat

mój sex appeal
tańczy w gorącym powietrzu
lecz nie chcę
byś mnie dotykał

jestem jak kwiat

kolor moich pachnących włosów
przypomina jesienne
barwy ostatniego
tchnienia lata

jestem jak kwiat

możesz zachwycać się
moim pięknem
patrzyć podziwiać
marzyć

ale nie zrywaj mnie


bo zwiędnę

/B-c, 17 IV 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

Do posłuchania piosenka, którą usłyszałam już po napisaniu tego wiersza: Zbigniew Zamachowski i Grupa MoCarta  Kobiety jak te kwiaty


Na zdjęciu jeden z moich storczyków. ;-)

środa, grudnia 05, 2012

Lubię wracać do książek z dzieciństwa...


Książki towarzyszyły mi od zawsze, odkąd udaje mi się sięgnąć pamięcią. One po prostu były w domu moich rodziców, w rodzinie i domach naszych znajomych.
Rodzice zawsze nam - bratu i mnie - czytali lub opowiadali zmyślone historie. Ciocie, siostry taty, były przez nas zamęczane, gdy brały nas do siebie lub przyjeżdżały w odwiedziny, ponieważ musiały nam opowiadać lub czytać bajki na dobranoc.
Nie było wtedy akcji typu cały kraj czyta, gdzie może, bo jako dzieci bardzo tego potrzebowaliśmy, wręcz łaknęliśmy czytanych lub opowiadanych historii, które wyobrażaliśmy sobie na swój własny sposób, a potem je po swojemu opowiadaliśmy.
Świat był inny w dzieciństwie, spokojny i bezpieczny, mimo stanu wojennego, mimo kryzysu...
Nikt nie namawiał rodziców do czytania nam ani nas nikt nie namawiał czy - nie daj boże - zmuszał do czytania. To było naturalne, to była codzienność z baśniami Andersena, z opowieściami Astrid Lindgren i wieloma innymi cudownymi książkami, które mam do dziś.
Świat dzieciństwa pełnego książek to cudowny świat, z którego się nie wyrasta, który się celebruje i za którym się po prostu tęskni i do którego się wraca w chwilach i szczęścia i smutku...
Książki i nawyk ich czytania to wiano na całe życie.
*pictures from net

wtorek, grudnia 04, 2012

"Atlas Chmur", niebo bzdur?


Matriks


Zostanie po nas szelest naszych oddechów, wplątanych w tchnienie wiatru...


Tak zapisani w wieczności, (nie)istnieć będziemy w ciszy.
Gwiazdy nad nami zapłaczą, zanim same gdzieś zgasną
I nawet żaden z bogów, żalu snów nie usłyszy.

W bezkresie kreowanym matriksem przenikania,
uwikłanym w cząsteczek nieustający taniec,
dryfować sobie będziemy efektem wiecznego trwania,
które tkwieniem w nicości, ni snem nie będzie nawet.

I tacy pogmatwani, wplątani w wieczny niebyt,
będziemy jak energii dyfuzja niepojęta.


Oddechy nasze wiatrem szeleszczą gdzieś w przestrzeni,
my zaś żyjemy wszędzie a bytność nasza święta.

B-c, 05 listopada 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik

Do posłuchania: Agnieszka Chrzanowska - Bez udziału gwiazd

***


/zdjęcie: moja córka/
*****



W sobotę byłam w kinie, bo robię to stosunkowo często. Jak już kiedyś pisałam, lubię X muzę. Bywa, że oglądam kiepskie filmy (ostatnio np."Dwoje do poprawki"), tylko dlatego, iż grają w nich moi ulubieni aktorzy (wobec Meryl Streep zawsze jestem bezkrytyczna). Wiadomo, że jak się kogoś lubi, to i film ogląda się przyjemniej.


W sobotę poszłam do kina gnana niesamowitą chęcią zaspokojenia swojego apetytu kinomana: nie dość, że reżyserzy, nie dość, że temat, że reklama, to jeszcze moi ulubieni aktorzy: Jim Broadbent, Tom Hanks, Hugo Weaving, Susan Sarandon. Spodziewałam się arcydzieła, najlepszego filmu tego roku, a zastałam trzygodzinne, smętne widowisko, w którym nie było nic. Nic nowego, nic ciekawego, zaskakującego, innego... pustka! Wszystko zbyt łatwe do przewidzenia, na dodatek z banalną, kiczowatą końcówką, która rozłożyła mnie na obie łopatki totalnego rozczarowania. Z początku zabawa gatunkami filmowymi wydała mi się ciekawa, potem mnie znużyła. Przypomniał mi się, mimochodem, stary film z Robinem Williamsem pt. "Being Human", jednak tamten obraz był lepszy.

Krytykowany za wszystko "Prometeusz" Ridleya Scotta, zachwycił mnie swoim przesłaniem, dystansem reżysera do swoich poprzednich dokonań, tu zaś rozczarowałam się... brakiem przesłania i brakiem dystansu.

W tym roku też miłym zaskoczeniem był dla mnie ostatni film trylogii o Batmanie pt. "Mroczny rycerz powstaje" Nolana, choć i na tym filmie i widzowie i krytycy, nie pozostawili suchej nitki. (Nota bene Roman Kołakowski kiedyś fajnie napisał, iż "krytyk to taki rodzaj kury, który nie znosi jaj, ale bzdury!")
Ale tak to już bywa, to, co podoba się jednym, innych rozczarowuje: de gustibus... 

Znając siebie, wrócę do "Atlasu Chmur" (jeden z nielicznych dobrze przetłumaczonych tytułów), gdy ukaże się w wersji DVD, choćby tylko po to, aby potwierdzić lub zweryfikować swoją ocenę: 6/10 (gdyby nie aktorzy, byłoby 5 lub nawet 4.;-)) 




PS - dopisek, 7 XII

Dziś nie wytrzymałam. "Atlas Chmur" - książka na kanwie której powstał film Tykwera i Wachowskich, autorstwa Davida Mitchella, uznana została za jedną ze stu najlepszych książek dekady. Kupiłam ją i czytam, czytam, i nie mogę się oderwać...

PS 2 - dopisek 13 XII

Skończyłam czytać książkę. Uważam, że jest o ... niebo lepsza od filmu.  Na pewno nie jest to arcydzieło, bo dla osoby oczytanej, sporo tam treści o nieco banalnej,  "filozosicznej" - jakby zapewne powiedział Tadeusz Różewicz, jednak jest to na pewno pozycja warta przeczytania.

*

Książki nie dają prawdziwej 

ucieczki, ale

 mogą powstrzymać umysł, zanim sam

siebie rozdrapie do krwi.


David Mitchell - Atlas chmur

piątek, listopada 30, 2012

Czuję oddech Lodowej Królowej...



*
Przebudzenie

Od rana bolała ją głowa… Właściwie najpierw jej się to przyśniło… Czuła w czarno-białym śnie niesamowicie doskwierający ból… Jakieś dziwne czarne postaci otoczyły ją w lesie wymarłych drzew i patrzyły na nią twarzami bez oczu… Ona, odziana w białą, jedwabną koronkową halkę, zaczęła uciekać, biec boso po chruście, który kaleczył jej stopy… Czuła doskwierający ból, zaczęło brakować jej tchu, a gdy się obudziła i zorientowała, że był to tylko sen, wcale nie poczuła się lepiej. Wręcz przeciwnie, ból narastał, podobnie, jak irracjonalne odczucie obecności czarnych postaci tuż przy niej… Poleżała chwilę w łóżku, ale czegoś jej brakowało… Jej dwa białe, śliczne koty, które zawsze z nią spały, rozpłynęły się gdzieś we mgle… Wstała, spojrzała na zegarek… Szósta dwadzieścia dwie, środek cholernej nocy, spała niecałe trzy godziny…

-Kociaki, gdzie jesteście? – zaczęła chodzić po mieszkaniu i wołać swoje pupilki, które zawsze reagowały na jej głos, nie tym razem jednak. – Albin, Balbina, chodźcie do mnie, słoneczka!
Nie zareagowały. Obeszła dom i znalazła je w gościnnym pokoju za fotelem, przytulone do siebie, zlęknione, trzęsące się dwie białe kulki…

- Co się dzieje, wy moje boże istoty? Czemu się chowacie? – spytała zaniepokojona, czując w sercu lęk i ucisk w gardle. – Chodźcie, misiaczki, dam wam jeść…

Zero reakcji od istot, które zawsze robiły, co mówiła, które z nią były praktycznie non stop, gdy była w domu, które potrafiły za nią chodzić nawet do łazienki…
Schyliła się i wzięła je na ręce. Czuła, jak szybko biją im, ich malutkie serduszka. Zaniosła je do sypialni i wtedy stało się coś bardzo dziwnego: koty wyrwały się jej z rąk, zaczęły miauczeć i fukać gdzieś w stronę łóżka, po czym z hukiem, prawie nie wyrabiając zakrętu na wywoskowanych podłogach, uciekły z powrotem do gościnnego…
Pomyślała, że nie pasuje im zapach nowego, elektrycznego odświeżacza powietrza… Stwierdziła, że pewnie jest to też powód jej bólu głowy i wyjęła wtyczkę z kontaktu za łóżkiem… Poszła leniwym krokiem go kuchni, zrobiła sobie kawę z mlekiem i połknęła dwa ibupromy, ale ból nie dawał za wygraną…
Nałożyła kotom jeść, jednak nie zareagowały… Dziwne, bo zawsze wabił je zapach świeżego kociego jedzonka… Wzięła prysznic, prawie zimny… i nic, głowę jej po prostu rozsadzał ból… Zadzwoniła do Tomka, czuła, że już nie śpi. Porozmawiali chwilkę o tym, jak świetnie wypoczywa mu się razem z córką na Majorce, a gdy spytał, jak się czuje, odpowiedziała, że rewelacyjnie, nie chcąc go martwić.


Pomyślała, że może jeszcze troszkę pośpi, może jak zaśnie, ból minie, położyła się w pachnącą, czerwoną pościel, ale zrobiło jej się bardzo, bardzo zimno… Tak przenikliwego chłodu nie czuła od dawna. Miała dziwne wrażenie, że Królowa Śniegu z baśni Andersena, stoi za jej lewym ramieniem i oddycha na nią kryształkami lodu…


Zdenerwowana, wstała z łóżka, bo stwierdziła, że już na pewno nie zaśnie. Spojrzała na termometr za oknem. Dwadzieścia na plusie, czyli nieźle, jak na tegoroczne plugawo-szare lato. Ubrała się, zrobiła sobie kawy do termosu, wzięła tabletki przeciwbólowe i kurtkę przeciwdeszczową. Poszła wygłaskać koty, które zastygły w jednej pozycji, znów za fotelem, pootwierała wszystkie drzwi, żeby pod jej nieobecność mogły swobodnie poruszać się po domu i wyszła.

Nie miała planów, lubiła improwizować. Wsiadła do samochodu i wyjechała wolno spod domu. Miała tak zimne dłonie, że trudno jej było zmieniać biegi. Dodała gazu, włączyła płytę ukochanego wegetarianina, Bryana Adamsa i stwierdziła, że pojedzie sobie pochodzić po górkach. Głowa ją bolała tak mocno, aż chciało się jej wymiotować, co dodatkowo potęgowały ostre zakręty. Bryan Adams śpiewał właśnie o tym, że na chmurce numer dziewięć, odpowiednikowi naszego siódmego nieba, spełni się jego miłość, a ona śpiewała razem z nim. Uwielbiała jego teksty i lekko zachrypnięty głos, a wszystkie przeboje wyśpiewane przez tego rudawego blondyna znała na pamięć. Była na jego koncertach w Sopocie, Berlinie i w Pradze, co jeszcze bardziej pogłębiło jej platoniczną miłość do tego przystojnego, choć niewysokiego Kanadyjczyka...
Rozmarzyła się,pomyślała,  że fajnie by było kochać się na bialutkiej, chłodnej, puchowej chmurze i, nagle, zobaczyła, że na drodze stoi czarna postać z jej snu… Pomyślała, że to jakiś cholerny paradoks w momencie, gdy ona sobie śpiewa o białych chmurach i myśli o kochaniu… Ale postać stała nieruchomo… Nacisnęła na hamulce i usłyszała niesamowity pisk opon…


Mgła… Jednak jakaś inna… Taka tęczowa, mało mglista, niesamowita… Gdzie ja jestem? Śnię? Nieważne, wreszcie nie jest mi zimno i nie boli mnie głowa… A ci ludzie, co tak biegają? A, wypadek… Tylko po co tak wrzeszczą? Co to da? Ludzie dziwnie reagują w kryzysowych sytuacjach.. Młoda kobieta, ładna kobieta, fajne ma rzęsy, długie… Życia jej chyba nie wrócą, spokojnie… Skąd ja ją znam? Znajoma jakaś… O, cześć tato! Taaato, czemu nie reagujesz? Czemu znowu tak młodo wyglądasz? Chyba nie mówię… Ale numer, myślę tylko… Dziwne… O, a ciebie widziałam dziś we śnie… Zostaw mnie! Nie chcę iść z tobą! Co robisz? Kim jesteś? Spadaj!

-Spokojnie, Adrianno… Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Ukazałem ci się we śnie, żeby cię ostrzec, żebyś zastanowiła się, co ci grozi… Tak dużo czytasz i oglądasz na mój temat, a nie zorientowałaś się, że ja, to ja.

- Ty, to ty ... czyli kto?

- Chodź - powiedziała postać i jakąś dziwną siłą, nie używając rąk, pociągnęła ją za sobą… - Ta kobieta, którą ratują, to ty. To twoje ziemskie ciało. Nie chcę cię jednak zabierać jeszcze, bo nie spełniłaś swojej misji. Musisz wychować swoje dziecko, uratować parę zwierzaków i napisać o mnie. Musisz nadal pracować dla ludzi… ale inaczej…

- Nie chcę wracać, dobrze, że to się stało, nie chcę się starzeć, chcę tu zostać.

- Nie bądź próżna, egoistyczna, tylko dokładnie mnie posłuchaj. Wrócisz, taka jest wola tego, który powołał cię do życia. Ja jedynie ją spełniam. Moje zadanie polega na przeprowadzaniu duszy na drugą stronę, jak wy to nazywacie, rzeczywistości. Ale to nie jest jeszcze twój czas. Nie zabieram ludzi, którzy mają zapisane dłuższe życie i wiele do zrobienia. Przestraszyłem twoje koty, widzisz, one widzą więcej i inaczej, niż ludzie, odbierają fale na innych częstotliwościach… Bały się o ciebie… Musisz wrócić i je ukochać.

- Zabierz mnie, proszę. Jest mi tu dobrze, przynajmniej nic mnie nie boli… Boję się starości, Alzheimera, raka, Parkinsona, wkładek Tena Lady, paskudnych pampersów, chemicznych kroplówek, pigułek, odleżyn, wrzodów, smrodu i innych tego typu historii. Nie chcę mieć sztucznych zębów i nie chcę nie poznawać swojej twarzy w lustrze. Nie chcę być ciężarem dla swego dziecka na stare lata, nie chcę być ciężarem dla kogokolwiek. Skoro twój pan tak bardzo nas kocha, to po jakiego grzyba wymyślił starość? Żeby znieczulić nas na śmierć? Sam wiesz, jeśli jesteś wszędzie, że ja akurat nie wierzę w Boga, a ciebie się nie boję! Więc zostaw mnie tutaj i sobie idź!

- Rozczulasz mnie brakiem pokory, Adrianno… Ale właśnie takich niepokornych dusz potrzebujemy. Możesz nie wierzyć w Boga, skoro jednak wierzysz, jak to nazywasz, w Najwyższą Inteligencję, nie jest ważne, jak go nazwiesz. On jest wszędzie, w tobie i we mnie, tu i gdzie indziej… W tym życiu, w poprzednich, następnym, w tym świecie i w innych, wszędzie… Pamiętaj o tym, pisz, opowiadaj, mów. Mów o świetle, o miłości. I zmień pracę. Studenci cię uwielbiają, twoje ćwiczenia i wykłady wiele ich uczą, ale twój wolontariat jest ważniejszy. Duzo ważniejszy. Te dzieci bardziej potrzebują twego ciepła, niż studenci twojej wiedzy… 

- Nie będę pracować z upośledzonymi, chorymi dziećmi, bo się uwstecznię, a od studentów się uczę. Trzy godziny w tygodniu gratis mi starczy. Zostaw mnie, słyszysz? Nie chcę już tam być! Muszę tu zostać! Fuck you very much!

- Adrianno, musimy wracać, będzie bolało… - powiedziała stanowczo czarna postać i zniknęła.


Czas jest największym paradoksem, jaki istnieje… lub nie istnieje?

Takiego bólu nigdy jeszcze nie czuła. Bolało ją wszystko, wszystko, każda cząsteczka ciała, włosy, paznokcie, zęby… Z ogromnym trudem otworzyła oczy… Zobaczyła nad sobą trzy twarze: Tomka, Magdy i jakiegoś facecika w okularkach z trzydniowym zarostem, który odezwał się pierwszy, bo po twarzach Magdusi i Tomasza, nie wiadomo czemu, płynęły łzy… Pomyślała, że to jakiś pieprzony matrix, że ma zwidy i zaraz wróci tam, gdzie była z czarną postacią...

- Witamy wśród żywych. Jestem lekarzem, Adam Stroński.

- Adrianna Roztecka - Zięcik, chcę pić, strasznie chce mi się pić! I chcę umrzeć!

Lekarz delikatnie zwilżył jej usta wodą.

- Na razie nie może pani pić, kroplówka panią nawodni. Uciekła pani śmierci, więc chyba za wcześnie umierać... Wie pani, co się stało?

- Miałam wypadek, jak jechałam w góry, ale nie wiem, kiedy to było, nie wiem, jaki jest dziś dzień, natomiast tam stoi moja córeczka, Magda ze swoim tatą, tylko nie rozumiem, dlaczego płaczą…

- Dwa dni utrzymywaliśmy panią w farmakologicznej śpiączce, potem jeszcze trzy dni pani spała i miała pani niezwykłe szczęście. Naprawdę, aż trudno uwierzyć... Samochód roztrzaskany, a pani ma wstrząśnienie mózgu, wybity palec wskazujący lewej dłoni i, zapewne bardzo boli panią wszystko, bo jest pani poobijana na całym ciele. Będzie boleć jeszcze kilka dni, ale na pewno będzie dobrze. Jutro dostanie pani picie i lekki posiłek, teraz zostawię państwa samych. 

- Dziękuję, panie... lekarzu – powiedziała bezczelnie i niepokornie, bo przecież to ona robiła  doktorat, będąc po dwóch fakultetach, a lekarze na prowincjach, mieli je z reguły gratis, jedynie z racji wykonywanego zawodu. Co to w ogóle za zwyczaj, żeby lekarzy medycyny honorować tytułem naukowym doktora? Pewnie przejęte z angielskiego, a to, że normalni ludzie studiują dodatkowo cztery lata, żeby zdobyć ten tytuł, to szczegół niezbyt istotny? Lek.med., a nie żaden doktor i już, myślała, a lekarz pogłaskał ją po dłoni, uśmiechnął się, jakby czytał w jej myślach i wyszedł.

Po wyjściu ze szpitala zobaczyła pieczątkę na wypisie: doktor nauk medycznych, specjalista neurolog, Adam Stroński. Uśmiechnęła się do siebie i swojej rogatej, niespokojnej, niepokornej, przekornej, ale jednak ocalonej duszyczki!


***


*


i wróciłam do świata żywych

popieszczona śmierci oddechem
i spojrzałam na świat inaczej
z nieco bardziej cieplejszym
uśmiechem


i nie boję się już tkliwości
ani uczuć okazywania
bo jedynie światełkiem miłości

wrażliwością
śmierć swą przeganiam 


ona stoi przy mnie i czuwa
jednak łączy nas nić zrozumienia 
obie wiemy jak wiele dobra
pozostało mi do zrobienia




 JoAnna Idzikowska-Kęsik, 2011

*

Wszystkie postaci i cała historia są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami i wydarzeniami, każda zbieżność w opowiadaniu jest zupełnie przypadkowa.


 Pic: Angel of Death by LordHannu, deviantART

czwartek, listopada 29, 2012

"Pomachamy skrzydełkami i wio!"



nieboleśnie


i jak to będzie
gdy obejdę dookoła swój własny
przenikliwy ból
zespolę się z epicentrum
opiumowanej pseudo-rozkoszy

wejdę i wyjdę z siebie
przylepiona do plastrów
szaleństwa
zrobię szpagat

 grymasem twarzy
jak w balecie
zakręcę piruety
zgrzytania zębami

odpłynę poza
granice

świetlistego tunelu
wejdę w nic

jak to będzie

orgazm szczoteczką
cierpienia
wyczyści mi zęby


/B-c, 25 III 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

Zdjęcie: Dziś moją kolekcję aniołów powiększyłam o to cudeńko, zakupione na kiermaszu Środowiskowego Domu Samopomocy. Anioł jest z masy solnej, wykonany przez osoby niepełnosprawne intelektualnie.

środa, listopada 28, 2012

Potrzebuję snu, jak tlenu...



niewyśnione

pieszczotą deszczu odeszłam w przeszłość
wyryłam w sercu twoim napis
odchodzę póki jeszcze kocham
nie mogę zostać


widziałam potem gdzieś w oddali
jak mi się uśmiech twój wyżalił
i zniknął nagle za zasłoną
nienadaremnych myśli



i może nawet kiedyś jeszcze
przypomną mi się nasze dreszcze
i będę mogła te westchnienia


nareszcie
wyśnić
 
/B-c, grudzień 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

Do posłuchania: Urszula - Na sen i  Nickelback - Lullabay

Photos :my city, Cracov, Birmingham, Berlin and Praha by night.


 

wtorek, listopada 27, 2012

"Reszta jest milczeniem".



zaślubiny

motto: Milczenie jest złotem...

wspinam się
po głębinach emocji

topię w pianie
wybujałych marzeń


wchłaniam dno
smutnej treści


dotykam nieuczesanymi
myślami twojego ja


tańczę neurotycznie
na zamyśleniu uniesień


płonę zimnym blaskiem
wygasłych gwiazd


wypełnia mnie
pusta czasoprzestrzeń
wyjałowionych grzechów


nie wahaj się

okręć mnie wokół
palca


milczeniem niewymownym


B-c., marzec 2012, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik


 
Cytat w tytule postu William Shakespeare, pic from DeviantArt


poniedziałek, listopada 26, 2012

Chciałabym wiedzieć więcej...



wzlot


motto: Wiem, że nic nie wiem.
/Sokrates/


nie wiem czy umiem mądrość odnaleźć
i rzucić wszystko z dala od siebie
nie wiem czy chciałabym radość scalić
z miłości głębią w rozkoszy niebie

nie wiem czy kochać mocno potrafię
tak do utraty zmysłów i kresu
jedności z bogiem którego czuję
choć przecież nie znam jego adresu

wiem jednak czasem że wszechświat cały
mogłabym ująć w łódeczki dłoni
wiem że nie boję się śmierci chwały
co i tak wszystkich nas dogoni

nie wiem za dużo myślę nieśmiało
nie oczekuję jednak litości

rozumiem przecież

że wiedzieć mało

najwyższym wzlotem mojej mądrości




/Bolesławiec,09 VI 2012 r., p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

pic:  :iconzindy:

Angel in pink by *Zindy