wtorek, 4 grudnia 2012

"Atlas Chmur", niebo bzdur?


Matriks


Zostanie po nas szelest naszych oddechów, wplątanych w tchnienie wiatru...


Tak zapisani w wieczności, (nie)istnieć będziemy w ciszy.
Gwiazdy nad nami zapłaczą, zanim same gdzieś zgasną
I nawet żaden z bogów, żalu snów nie usłyszy.

W bezkresie kreowanym matriksem przenikania,
uwikłanym w cząsteczek nieustający taniec,
dryfować sobie będziemy efektem wiecznego trwania,
które tkwieniem w nicości, ni snem nie będzie nawet.

I tacy pogmatwani, wplątani w wieczny niebyt,
będziemy jak energii dyfuzja niepojęta.


Oddechy nasze wiatrem szeleszczą gdzieś w przestrzeni,
my zaś żyjemy wszędzie a bytność nasza święta.

/B-c, 05 listopada 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

Do posłuchania: Agnieszka Chrzanowska - Bez udziału gwiazd

***


/zdjęcie: moja córka/
*****



W sobotę byłam w kinie, bo robię to stosunkowo często. Jak już kiedyś pisałam, lubię X muzę. Bywa, że oglądam kiepskie filmy (ostatnio np."Dwoje do poprawki"), tylko dlatego, iż grają w nich moi ulubieni aktorzy (wobec Meryl Streep zawsze jestem bezkrytyczna). Wiadomo, że jak się kogoś lubi, to i film ogląda się przyjemniej.







W sobotę poszłam do kina gnana niesamowitą chęcią zaspokojenia swojego apetytu kinomana: nie dość, że reżyserzy, nie dość, że temat, że reklama, to jeszcze moi ulubieni aktorzy: Jim Broadbent, Tom Hanks, Hugo Weaving, Susan Sarandon. Spodziewałam się arcydzieła, najlepszego filmu tego roku, a zastałam trzygodzinne, smętne widowisko, w którym nie było nic. Nic nowego, nic ciekawego, zaskakującego, innego... pustka! Wszystko zbyt łatwe do przewidzenia, na dodatek z banalną, kiczowatą końcówką, która rozłożyła mnie na obie łopatki totalnego rozczarowania. Z początku zabawa gatunkami filmowymi wydała mi się ciekawa, potem mnie znużyła. Przypomniał mi się, mimochodem, stary film z Robinem Williamsem pt. "Being Human", jednak tamten obraz był lepszy.

Krytykowany za wszystko "Prometeusz" Ridleya Scotta, zachwycił mnie swoim przesłaniem, dystansem reżysera do swoich poprzednich dokonań, tu zaś rozczarowałam się... brakiem przesłania i brakiem dystansu.

W tym roku też miłym zaskoczeniem był dla mnie ostatni film trylogii o Batmanie pt. "Mroczny rycerz powstaje" Nolana, choć i na tym filmie i widzowie i krytycy, nie pozostawili suchej nitki. (Nota bene Roman Kołakowski kiedyś fajnie napisał, iż "krytyk to taki rodzaj kury, który nie znosi jaj, ale bzdury!")
Ale tak to już bywa, to, co podoba się jednym, innych rozczarowuje: de gustibus... 

Znając siebie, wrócę do "Atlasu Chmur" (jeden z nielicznych dobrze przetłumaczonych tytułów), gdy ukaże się w wersji DVD, choćby tylko po to, aby potwierdzić lub zweryfikować swoją ocenę: 6/10 (gdyby nie aktorzy, byłoby 5 lub nawet 4.;-)) 




PS - dopisek, 7 XII

Dziś nie wytrzymałam. "Atlas Chmur" - książka na kanwie której powstał film Tykwera i Wachowskich, autorstwa Davida Mitchella, uznana została za jedną ze stu najlepszych książek dekady. Kupiłam ją i czytam, czytam, i nie mogę się oderwać...

PS 2 - dopisek 13 XII

Skończyłam czytać książkę. Uważam, że jest o ... niebo lepsza od filmu.  Na pewno nie jest to arcydzieło, bo dla osoby oczytanej, sporo tam treści o nieco banalnej,  "filozosicznej" - jakby zapewne powiedział Tadeusz Różewicz, jednak jest to na pewno pozycja warta przeczytania.




Książki nie dają prawdziwej 

ucieczki, ale

 mogą powstrzymać umysł, zanim sam

siebie rozdrapie do krwi.


David Mitchell - Atlas chmur

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo Ci dziękuję za komentarz i poświęcony mi czas. Jest mi niezmiennie miło, że udało Ci się do mnie zajrzeć, zatrzymać się chwilę nad tym, co napisałam. Serdecznie pozdrawiam, j.