Translate

piątek, sierpnia 08, 2014

"Czas nareszcie przestać pisać o sztuce. Życie nasze jest już poezją." ***


zarzewie



naszkicuj mnie od nowa


zmartwychwstanę jak wiosna


strojna świeżymi myślami




namaluj mój portret paletą


barw jasnych i miękkich


jak pędzel z rzęs gazeli




wypłynę z piany 


ubitej korowodem spojrzeń


ciekawskich adeptów sztuki




JoAnna Idzikowska-Kęsik, 7 VIII 14



*** Maurycy Mochnacki


* obrazy:Luis Ricardo Falero-Act, 

 George Frederic Watts -

 Piękna groteska i któryś już raz

 na tym blogu -Sandro Botticelli -

 Narodziny Venus




środa, sierpnia 06, 2014

UWAGA POEZJA, czyli kilka wierszy Jarosława Dłużniaka

Jak wiecie, różne wiersze śmigają po necie i wielu poetów robi, co może, byleby tylko cokolwiek stworzyć. Ja sobie czytam i czasem piszę, niekiedy także coś tam wyczaję, dlatego dzisiaj, wartą czytania, poezję Jarka Wam zapodaję!



…tylko tort

jezioro wymaga
co kilka sezonów
większego dzbana wody
zwłaszcza latem kiedy króluje posucha

senny pływ strumienia
nie zapewnia tlenu
ani mineralnych składników
dla wodnych żyjątek
dla rozkwitu ryb roślin i ptaków

brzegi porastają sitowiem
niewiele brakuje aby akwen
stał się wodnym oczkiem
mokradłem
bagnem nieprzychylnym człekokształtnym
czerpiącym z wody strawę

proście zatem poeci
bogów na olimpie
o burzowy rok
o nawałnice
wspierające wasze wysychające źródła
leżące wysoko
może nazbyt wysoko
za blisko nieba
wyidealizowanych intelektualnie
od natury oderwanych
uniesień

leniwy nurt
jest początkiem końca
poezji
pojutrze w miejscu jeziorka
może pozostać tylko torf
ogrzewający nieczułych
na piękno
i na waszą prawdę


Jarosław Dłużniak, 2014


O(m)brazili

o(m)brazili moje uczucia religijne,
ludzkie, nieludzkie ? napiszę człowiecze albo
winienem napisać moje uczucia świeckie ?

o(m)brazili – na zbity wstyd wyrzucili ze
swoich szeregów duszpasterza. okazał się
(był on) nie dusz, a ciał przewodnikiem głodnym.
pożądał na własność - cudzego, lubieżnego…
do limuzyny zapraszał młodych pacjentów
i na komnaty – na badania, operacje…

o(m)brazili emocje świeckie. wykluczyli
z klanu duchow(n)ego cielesnego juhasa.
a może ująć to inaczej ? wykluczyli
z klanu cielesnego duchow(n)ego juhasa ?
pozbawili raju hierarchę. uczynili
go równym laikatu – cywilom nie noszącym
specjalnego odzienia z trzydziestoma trzema
symbolami. zrównali dusz juhasa ze mną !
jest taki sam jak ja, jak ona, on – a oni ?
w papiestwie, biskupstwie, probostwie, rajskiej wyspie
są czyści, wymyci z grzechów odpuszczeni
przed bogiem swoim, moim, twoim – przed obliczem
ludzi niewierzących. wypchnęli kreaturę
w niebyt – do świata owiec nie teologicznych.
nie umieli znaleźć trzeciej drogi bacowie.
zamiast boskiego wybrali prawo kaduka.

o(m)brazili mnie ludzie pyszni zaniedbaniem,
myślą, mową, uczynkiem niesakramentalnym,
a raczej sakramenckim. nadszarpnęli moją,
twoją i innych jeszcze wiarę w instytucję
i w sens musu zakupu usługi posługi
od wymytych z przyzwoitości ciał pastuchów.
klan nie boi się ani piekła ani nieba.
Jarosław Dłużniak, 2014

Dalekie kraje o których śniłem
gdy byłem dzieckiem
są równie dalekie dzisiaj
gdy stałem się dorosły


Tadeusz Żurawek


wczoraj widziałem motyla
oglądającego telewizję
panie profesorze
czy mam rzygać


Tadeusz Żurawek


Ktoś za mną krzyknął
- Jebani hipisi !
Powiew młodości


Tadeusz Żurawek


…wyżej… piętro wyżej

miało być trzęsienie mózgu. stół poetycki
jak weselny, gościnny – wielkie świętowanie,
a tymczasem musiałem zrywać pajęczynę.
zaproszona trójca pajęczaków snuła nić
z manowców własnych wyobraźni. uwięziła
publikę poetów nie poetów. pierwszy
bredził o trzech naczelnych – bóg, honor, ojczyzna
chociaż wpierw gaworzył o wyspie na której nie
zdołał osiedlić się na stałe. ot – patriota !
drugi pajęczak zapamiętał film o wojnie
w pijanym widzie. stwierdził, iż żydzi ze strachu
przed śmiercią kopulowali niczym króliki.
beznamiętnie przekabacił kontrowersję
w awangardowe odchody. ot – kaligula !
trzeciego nie doczekałem. zerwałem sieci,
by nie rzygać. trafiłem wyżej… piętro wyżej.

obrazy niedokończonych mistrzów – artystów
z krwi i kości ubierały ceglane ściany.
inne płótna czekały na sztalugach w akcie
fechtunku stwarzania. przylgnąłem do malarzy.
pewnie ochłonąłbym wyżej… piętro wyżej.
tam myśl spłynęła w zamaszystych ruchach pędzla.
warstwy piękna układały się na płaszczyznach
tabula rasa, aż do przyjścia - ostatniego.
stołeczny guru wspiął się na piętro, na drinka.
zajął się podszczypywaniem wrażliwszych panien.
mową tylko – obawiał się o owłosienie.
gdyby usłyszał – jebany hipisie – pewnie
uśmiech rozwarłby mu usta z wielkiej uciechy !
życie wypełniłoby rolę mistrza jedi.
nikt nie miał ochoty nakrzyczeć na harcmistrza.
niemniej zakończyłem swój flirt z przebierańcami.
dobrze, że ciebie nie było tutaj – strażniku,
hipisie, poeto prawdziwy z sowiej góry.
żyjesz pośród poezji – wyżej… piętro wyżej.
do stolicy pielgrzymują… twórcy pajęczyn.


 Jarosław Dłużniak, 2014


Ganges

czas jesienny parafiny stapiania
girlandami kwiatów przybrany
z ogniem tańczący i dźwiękiem wazonu
nieuważnym ruchem trąconym


lubię w nim pływać pośród korowodu
w porannym nurcie żywej rzeki
sensu doglądać w fotografiach starych
w płytach kamienia zasklepionych


lubię medytować osamotniony
w popołudniowe święta godziny
aby garść wrażeń ołowianej wagi
wyrzucić z kieszeni skojarzeń


lubię wieczorową święta porę
gdy blask w oczach klaruję duszę
częstokroć własną odbitą czasami
w widmie zabawy światłocienia


lubię kiedy ogień rozszczepia 
przestrzeń
bratając żywych i umarłych
budząc w umyśle poczucie spokoju
zgodę na nieuchronność drogi


 Jarosław Dłużniak, 2014

upływ czasu

czas twórca kolejności zdarzeń
odmierza żywotność istnieniu
nawet najtwardszemu z ludzi
dla kamienia zdaje się nie istnieć
zdaje się być ludzkim gadaniem
względnym pojęciem rozumu
mało ważnym i nie istotnym
tak jakby nie było go wcale
wymiaru szyjącego wszechświat


kamień zanurzony w atmosferę
skończoność popędza zmiękczeniem
toczy go wprawdzie powoli
ale wciąż i wciąż nieustannie
wietrzeniem prowadzi wojnę
z granitową twardą fakturą
aż ukazują się rysy i pory
aż skalistemu wagi ubywa
aż w finale w pył się zamienia


oj jakże wiele względem czasu
kamień ma z człowieka
a człowiek z kamienia
obydwu nie oszczędza czwarta
współrzędna czasoprzestrzeni
względna bezwzględna a jednak


 Jarosław Dłużniak, 2014
                 
              piszę szeptem ludzkiej…

piszę krzykiem. piszę złością. piszę szeptem ludzkiej
rozpaczy. nikt nie pamięta jak było przed czasem.
ciemności zgasił reflektor narodzin pamięci.

piszę do po prenatalnego kandydata do
kary śmierci. masz błysnąć jak meteor i spłonąć
w światłości. rolę wyznaczył wybryk natury i ludzko
nieludzki doktor piłat opętany sznurem trwogi.
masz się na świat wychylić, aby lekarz nie lekarz
mógł ciebie klepnąć w cztery litery ludzką ponoć
dłonią odwzorowaną z boskiej dłoni. obcą jest
prawda ewolucji wykształconym akuszerom.
żałuję, że nigdy nie będziesz wiedział, iż wyraz
dupa jest grzesznym wierzącym i ujmą kulturze.

piszę słowo przepraszam. przepraszam za istnienie
bytów, które ziemi nie czynią przychylnej jak chciał
odkupiciel. żarzą się stosy jak w średniowieczu
dla wolnej woli, dla nauki. kobiety winne.
kuszą do gwałtu. nie chcą nosić ciąż grożących
utratą ziemskiej powłoki. nie chcą blasku nieba.
sodoma, gomora i… piekło nienarodzonym.

piszę przepraszam za wybieg węża eskulapa,
który poza rajem zwodzi nieszczęśliwe ewy.
przepraszam, że jeszcze współrządzi znachor i szachraj.
doszli zbyt daleko po zejściu z drzewa w konszachtach
z nurtem pogrobowego istnienia w nieistnieniu.

masz cierpieć. cierpienia żąda mały bóg i mniejszy,
najmniejszy z maciupeńko żyjących człowiek.
piszę krzykiem. piszę złością. piszę szeptem ludzkiej…

Jarosław Dłużniak 
Gran Guerra Patria

po modlitwie
pielgrzymim instynktem
trafiłem na wieżę

na dole tłum wiernych
rozdeptywał częstochowskie wzgórze
z tysięcy gardeł płynął śpiew
na potylicy maszerował oddział mrówek
nagle… przyszło zlodowacenie
zamieniłem się w słup soli
z dołu dobiegły głosy
,, ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie ‘’

wokół miasto
śpieszący gdzieś biedniejsi i bogatsi
szczęśliwi mniej szczęśliwi
uśmiechnięci i ci z marsowym obliczem
jest jak wszędzie
jest jak zawsze

poczułem się chory nie na żarty
skleroza ? amnezja ? czegoś nie wiem ?
wokół nie widać żadnego wojska
eureka… dotarła znienacka
poraziła jak tylko oślepić może błysk ognia
kiedy grom uderzy dość blisko
na dole falowały dziesiątki chorągwi
z bielą z żółcią i z niebieskim
nie jestem daltonistą – biało czerwonych
oszukując pesymizm naliczyłem sześć ?

na dole pielgrzymi
błagali o średniowiecze
rozum zniewolony przez mężczyzn
którzy nie noszą spodni
zaborcy po śmierci łamią własne kości
wtórnie umierają
tarzając się ze śmiechu


 Jarosław Dłużniak, 2014


Wkrótce ukaże się tomik wierszy Jarosława Wita Dłużniaka pt. Studnia, recenzja TUTAJ.    
Wiersze zamieściłam za zgodą ich Autora, dziękuję, Jarku!    
Obrazki z netu.

poniedziałek, sierpnia 04, 2014

"Gromadzenie wiedzy jest gromadzeniem goryczy". ***


xXx

jeśli stworzyłeś mnie na podobieństwo
istoty takiej jak ty nadinteligentnej
dlaczego pojąć nie umiem aktu owego
tworzenia

sześciodniowa harówka idealny całokształt
oprócz tych dwojga przez których
rzekomo wszyscy cierpimy skażeni
człowieczeństwem

i tysiące lat pasji wymyślania teorii
próbujących ukazać sens całego bezsensu
i ja stara wariatka trochę dobra
 ciut zła

z owocem (nie)wiedzy
w trzewiach

JoAnna Idzikowska-Kęsik, 03/04 VIII 14





*** Jerzy Pilch, Miasto utrapienia
*obrazy: Tycjan i Adriaen va der Werff: Adam i Ewa;
foto: Brita Seifert
* ostatni, bardzo wymowny obraz z netu

czwartek, lipca 31, 2014

"Miłość to czuwanie nad cudzą samotnością." ***



 un coeur en hiver

może i mogłabym kochać skrajnie
do bólu rzęs
byłabym również  w stanie zatęsknić
do sedna spojrzeń
w porywach wrażeń zdarłabym lakier
z czułości rąk

drażniąc się z tobą ponad prognozą
dla złych romansów
pewnie zawisłabym w biciu
marzeń
rozdzierających bezsensem
sens

zapewne jeszcze mogłabym
dotknąć rąbka twej duszy
niematerialnie
nazbyt banalnie
mogłabym wzruszyć
ciebie i siebie

kogoś tam jeszcze
i nawet bogów

jednak Izydy wyspa
 daleko


na krańcach lodu


JoAnna Idzikowska-Kęsik, 30 VII 14

 
XxX


w tym upale
myśli
zawieszają się jak program
w komputerze
jak epileptyk przed atakiem

płyną sennie
ospale jakby
brodziły w gęstym
lepkim płynie

błądzą spocone
rozdrażnione
jakby chciały wyjść

z siebie
odwrócić się i odejść
w teraz
w wieczność
w nic

upał


 doprawdy
dziwaczny stan
umysłu

JoAnna Idzikowska-Kęsik, 20 VII 14


miłość

odejdę od ciebie na odległość kuchni
dam odpocząć ścianom niech wyczyszczą uszy
zabiorę ci przestrzeń między tapetami
w satynie pościeli odnajdę samotność

daleko od ciebie od siebie i od niej
poczuję że warto odpuścić i tęsknić
odpocząć przemyśleć wziąć głęboki oddech

ona wtedy wraca ze zdwojoną siłą


JoAnna Idzikowska-Kęsik, 02 VII 14
 
 

* Rainer Maria Rilke
** wszystkie obrazki z netu, drugi - te maki na łące - namalował Dmitry Levin

wtorek, lipca 29, 2014

"Kto nie ma pamięci, ten niech ją sobie stworzy na papierze." ***


Dlaczego nie mam takiej mocy


Dlaczego nie mam takiej mocy,
Żeby z człowieka stać się wiosną,
Pomagać kwiatom, kiedy rosną,
Woni i ciepła dodać nocy?...


Dlaczego nie mam takiej mocy,
Aby wydźwignąć świat z niedoli,
Żeby odeszło to, co boli,
Tak, jak odchodzą cienie nocy?...


Dlaczego nie mam takiej siły,
By zostać królem huraganów,
Zawładnąć mocą oceanów,
Aby przede mną pokłon biły?...


Dlaczego nie mam takiej siły,
By skarby wiedzy skraść olbrzymie,
By wsławić kraju mego imię,
Aby mu światy pokłon biły?...


Teresa Bogusławska, 1941


Czemu

-Teresie Bogusławskiej

wołanie z nocy kiedyś usłyszałam
a młodsza byłam niż ty w chwili śmierci
pani sąsiadka wiedziała że czytam
podarowała tomik twoich wierszy

jaką dojrzałość przedwczesną mieć trzeba
ażeby pisać i nie popaść w patos
o wojnie śmierci zimnie braku chleba
prochu i pyle który trawi miasto

i ludzi wchłania gdzieś w odmęty strachu
bólu co snuje się po gruzach słów

powiedz Teresko czemu mocy nie mam
tak wielkiej

by się nie zdarzyło

z n ó w


JoAnna Idzikowska-Kęsik, 27/29 VII 14


List

Nie żegnaliśmy Ciebie z rozpaczą,
Nie słuchaliśmy w drodze drzew płaczu -
I odeszliśmy , zda się , pogodnie
Z piosnka o tym żołnierzu - tułaczu.

... Bo nie wolno nam teraz, nie wolno
Serc swych łamać w takiej żrącej męce:
Mamy trudy przed sobą ogromne
A do pracy tylko własne ręce...

Więc też oczy nasze w długiej drodze
Ani razu nie biegły ku Tobie -
I zostałaś, samotna i wielka,
Rozmodlona w swej strasznej żałobie.

... My nie będziemy tam płakać za Tobą,
Choćby serca w strzępy nam się darły,
Będziemy mówić o tobie w obozach,
Jak o żywej, nie jak o umarłej.

I dopiero po miesiącach... latach...
Kiedy skończy się nasza udręka,
Nadciągniemy, jak ptaki do gniazda,
By przed tobą w milczeniu poklękać.

By powiedzieć, cudownej i świętej,
Żeś nam w sercach rozpaliła jasno
Taka miłość i wiarę, i siłę,
Że do śmierci nie zgasną, nie zgasną...

Wstanie wtedy świt przedziwnie jasny,
Świt perłowy z wstęgą tęczy mgławą...
Ty się zbudzisz do nowego życia,
Nasza , wielka , wyśniona Warszawo !

Teresa Bogusławska, 19 X 1944


Wiersze Teresy Bogusławskiej (ur.13 VII 1929, zm.01 II 1945) weszły we mnie, gdy miałam jakieś 11,12 lat (książka wydana w 1979 roku)i dostałam "Wołanie z nocy" od zaprzyjaźnionej p. Janiny, naszej sąsiadki. Ten skromny tomik to do dziś jeden z moich największych skarbów...
Piszę o niej, bo m.in. po lekturze jej wierszy sama zaczęłam pisać. Chciałabym, aby jej poezja była bardziej znana, niż jest. Bo tak sobie myślę, że skoro tak dobrze pisała w wieku dwunastu-piętnastu lat... Ech, życie, życie...
Więcej o tej pięknej dziewczynie i więcej jej wierszy znajdziecie TUTAJ, naprawdę szczerze polecam!

Takieś mi jest odległe


Zachodzące słońce rozbłysnęło Bogiem.
A wśród pustego pola pewnie kona dzień.
…Takieś mi jest odległe, a tak bardzo drogie,
Miasto moje promienne, miasto moich śnień…

Pewnieś teraz purpurą rozlśniło i zlotem -
…Ach, tak… U tamtych teraz zmiana wart -
Ja wiem, że Ty przeczuwasz tę moją tęsknotę,
Że serce Twe gasnące z mego czerpie hart…

Pewno dlatego ono tak przedziwnie chore
I pełno w nim tej pustki, co rozsnuta w krąg.
…Jaka martwota zeszła na ziemię z wieczorem…
Może nadzieja zgasła razem z dniem wśród łąk?

…Ach, pomyśl - Tyś tak smutna jako serce Boga,
Popatrz: tak dziwnie mroczna i tajemna dal…
Pośród Twych krwawych gruzów przystanęła trwoga…
…Tak mi żal. Tak mi strasznie, bezgranicznie żal...

Teresa Bogusławska


* Gabriel Garcia Marquez
*** obrazy: zdjęcia Teresy Bogusławskiej, okładka jej wierszy wydanych w 1979 r., logo Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego, zaprojektowane przez artystę plastyka - p. Włodzimierza Majdewicza, plakaty z internetu

poniedziałek, lipca 28, 2014

"Gdziekolwiek była ona, tam był raj." ***

XxX

zasnę z szeroko otwartymi oczami
żeby nie przegapić cudu wschodu słońca

poeci wolą opiewać zachody
Mały Książę kochał na nie patrzeć
apogeum smutku wpatrywanie w barwy
i serce kołysze umbra ukojenia
przyczajona w niebie lub na morskich falach

ja lubię Wenus oglądać poranną
zaślepiona blaskiem kosmicznego czaru

wspominam wtedy piękne niebanalne
nieszablonowe kobiety poetki
i chyba kocham lecz nie tak jak ona

- Safona -

gdyby żyła kilka epok później
weszłaby do grona poetów wyklętych

mogłaby uwielbiać nadwrażliwość Sylvii


  stanęłyby razem nad przepaścią smutków
oglądały maki kwitnące pod ziemią
iskrzeniem spojrzenia cięły nieskończoność
spalały emocje jak Lady Lazarus

kobiety
temat który wciąż zniewala

o wschodach
oraz o zachodach słońca
w poezji prozie

na wpół do Edenu

JoAnna Idzikowska-Kęsik, 27 VII 14

*** tytuł notki: cytat z "Pamiętników Adama i Ewy" Marka Twaina
* obrazy: Angelika Kauffmann -
Safona i amor; Jules Elie Delaunay – Safona całująca lirę; Jacques Louis David - Safona i Faon; Gustave Moreau - Safona i Śmierć Safony.


Rajski ogródek

Kim jest ten mężczyzna w półcieniu płci...
Nikt nie odczyta zegara jego nadziei.
Daremne są tchnienia protuberancji na leśny miód.
Wzdłuż krawężników alei. Wokół
wędrujących chorągwi wiosny.

Chaotyczna ucieczka w żyłach kasztanów.
Ale o tym nie wiedzą, nikt nie wie
Zegarmistrze murzyni przewoźnicy ubodzy duchem
Nie wypisane to na ich czołach
I zielony półksiężyc
Pada na zielone przeguby ich rąk
Którymi dzieci będą się bawić.

Dzieci odwaga wdowy bez nadziei
Pożywienie samoopłacalne

Franz Mon, tłumaczył z niemieckiego Leon Szwed

czwartek, lipca 24, 2014

UWAGA POEZJA, czyli wiersze Karin Boye

Pewnie, że boli

Pewnie, że boli, gdy pękają pąki. 
Bo czemuż by wiosna się wahała? 
Czemuż by nasza tęsknota gorąca 
miała pozostać gorzko-zmarzło-biała? 
Łuska chroniła wszak przez całą zimę. 
Czym jest to nowe, co prze i rozwiera? 
Pewnie, że boli, gdy pękają pąki, 
boli to, co rośnie 
i to, co zapiera. 

Och, nie jest łatwo spadającym kroplom. 
Drżące tęsknotą zwisają nabrzmiałe, 
uczepione gałązki, pęcznieją i suną - 
w dół ciężar je ciągnie, chociaż jeszcze trwają. 
Ciężko w niewiedzy, strachu, niepewności 
Ciężko, gdy otchłań wciąga i przyzywa, 
nadal zwlekać, z drżeniem patrzeć w przepaść - 
ciężko chcieć pozostać 
i chcieć przepaść. 

Naraz, gdy najtrudniej i nie ma ratunku, 
pękają z tryumfem drzewa pąki, 
naraz, kiedy obawa już nie powstrzymuje, 
spadają z gałęzi migoczące krople 
niepomne, że bały się tego, co nowe, 
niepomne lęku przed drogą w nieznane, 
przez chwilę czują błogie ukojenie 
otoczone ufnością 
tą, co stwarza ziemię.

Karin Boye 
przekład Ewy Niewiarowskiej




  Poezję Karin Boye znałam do niedawna tylko przetłumaczoną na język, o którym w jednym ze swoich wierszy, wspominał Andrzej Bursa. Jeden jej wiersz przeczytałam na cudownym blogu Magdy.
Dzięki staraniom i ogromnej pracy translatorskiej doktora Ryszarda Mierzejewskiego, kulturoznawcy, poety i tłumacza, mogę się delektować słowami tej niezwykłej kobiety w ojczystym języku.
Chciałabym i Was zachęcić do przeczytania strof Karin Boye niezwykłej szwedzkiej poetki wyklętej, lesbijki, samobójczyni.


Wiele głosów mówi

Wiele głosów mówi.
Twój jest wodą.
Twój jest deszczem,
który pada nocą.
Szumi cicho
nieśmiało opadający
powoli niepewnie
w bólu ożywający.
Trzęsie się jak ziemia
kapie i sączy się
za wszystkimi dźwiękami
na moją skórę,
owija się delikatnie,
jestem w środku zamykana,
moje uszy wypełnia
pamięć szeptana.
Chcę siedzieć cicho
tam, gdzie nie mogę ci przeszkadzać.
Chcę mieszkać i żyć
tam, gdzie mogę cię słuchać.
Wiele głosów mówi. Lecz
przez wszystko, co głosem włada
słyszę tylko twój
jak deszcz, co w nocy pada.

Karin Boye, z tomu „De sju dödssynderna”, 1941
tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski



Modlitwa do Słońca

Bezlitosne, którego oczy nigdy nie widziały ciemności!
Wyzwolicielu ze złotym młotem kruszący lody!
Ratuj mnie!
Prosto jak cienkie kreski wysysające szypułki kwiatów wysoko:
bliżej ciebie, kiedy kielichy będą dygotać.
Drzewa ciskają siłą jak filary przeciw swemu przepychowi:
najpierw tam w górze
rozpościerają lśniące spragnione ramiona z liści, ofiarowane.
Człowiek dostarczył ci
zagrzebany w ziemi ślepy kamień
dla wędrującej kołyszącej się rośliny z wiatrem nieba na czole.
Twoje są łodyga i pień. Twój jest mój kręgosłup.
Ratuj je.
Nie moje życie. Nie moją skórę.
Żadni bogowie nie panują nad tym zewnętrznym światem.
Ze zgaszonymi oczyma i złamanymi kończynami
oni są twoi, ci co żyli pionowo
i umierali pionowo,
jesteś tam, gdzie ciemność pochłania ciemność.
Grzmot się wznosi. Noc pęcznieje.
Życie mieni się tak głęboko kosztowne.
Ratuj, ratuj, widząc Boże,
to, co podarowałeś.

Karin Boye, z tomu „För trädets skull”, 1935

tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski

* * *


Jesteś zmartwychwstaniem mojej duszy
niczym w rzeczywistości ekstaza,
tak że powietrze dotyka mnie gorące jak ogień
i wygląda jak morze ze szkła,
i siła moich oczu,
tak że dostrzegają ci odrętwiali
jak wszystkie kolory wypalają się
w pijanym blasku.
Jesteś moją siłą woli,
dajesz mi siłę
aby czekać i działać,
tego nigdy nie doświadczyłam.
Tak moje zmysły głodne,
które mnie pobudzają i tropią,
dlatego będzie to dla ciebie ważne
radość codzienna.
Jesteś moją życiową dojrzałością.
Dajesz mi wszystko.
Z mojej przeszłości zbierają się
najmniejsze części i każde włókno.
Po stu różnych drogach
wędrowałam po omacku.
Teraz one się spotykają. W twoją stronę
żyłam.

Karin Boye,z tomu „De sju dödssynderna”, 1941

tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski




* * *

Te mroczne anioły w błękitnych płomieniach
jak ogniste kwiaty w swych czarnych włosach,
na dziwne bluźnierstwa biegli w odpowiedziach
i być może też wiedzący dobrze o kładkach
do przechodzenia z otchłani nocy do światła dnia -
i być może o portach jedności wszystko wiedzących -
 i być może przebywających w domu Ojca 
jasnych przestrzeniach, ich imiona noszących.


Karin Boye, tłum.ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski
 Blondynka rano

Blondynka rano, kładzie swoje miękkie włosy
na moim policzku i nieporuszona oddycha
w milczeniu.
Ziemia otwiera szeroko i jeszcze szerzej swój
olbrzymi kielich,
urodzona na nowo w zamkniętej ciemności.
Na jasnych skrzydłach
Cud dolin jak ogromny owad
po to, by musnąć lekko
prostoduszne czuwające słupki.

Rano siódmego dnia...


Karin Boye, tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski


* * *



Jak mogę mówić, czy twój głos jest piękny.

Wiem tylko, że mnie przeszywa na wskroś

i powoduje, że zaczynam drżeć jak liść,

i rozdziera mnie na strzępy i kruszy.

Cóż wiem o twojej skórze i członkach.

Tyle tylko, że mną potrząsają i są twoje,

więc dla mnie nie ma snu i odpoczynku,

dopóki one nie są moje.



Karin Boye, z tomu „De sju dödssynderna”, 1941

tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski
* * *

Jesteś nasieniem, a ja twoją glebą.
Leżysz we mnie i rośniesz pędem.
Jesteś oczekiwanym dzieckiem.
Ja twoją matką jestem.

Ziemio, daj swoje ciepło!
Krwi, daj swojego soku!
Dzisiaj potrzebuję nieznanej mocy,
całe życie posiadłam w amoku.

Rwąca gorąca fala
żadnej zapory nie czuje,
wyrywa się wciąż przed siebie,
niczego nie toleruje.

Dlatego to tak boli żyjących,
teraz i mnie w środku, gdy
ktoś we mnie rośnie i rozrywa -
Najdroższy, Ty!

Karin Boye, z tomu „För trädets skull”, 1935

tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski


Kwiat goryczy

Kwiecie kwiecie Goryczy,
jaki jesteś teraz pełny
złotego dojrzałego miodu
dla całej swej zgryzoty.
Jakże uginasz się od darów
niczym skalnicy polny kwiat,
który nigdy nie mógł dźwigać
dla siebie subtelny okwiat.

Męka i błogosławieństwo -
każdy ma je swoje.
Nie znam miary życia,
lecz wiem, że zostałeś tym, co moje.
Twój kielich był jak ogień.
Twój sok miał żółci smak.
Ofiarowałeś siedem zmartwień,
piłam je wszystkie jednak.

Kwiecie kwiecie Goryczy,
w końcu jaki wyrosłeś bogaty
na gorącym złotym miodzie,
który jest światłu słońca podobny.
Tutaj stoję, matowa, bez słodyczy,
twój czysty dar celebruję.
Z Adamem będę się cieszyć
pracą, to obiecuję.


Karin Boye, z tomu „De sju dödssynderna”, 1941

tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski

* * *

Wszystko w sobie mieścisz, więcej niż może znieść śmiertelny.
Jesteś światłem i ciemnością, co zawiera kielich podwójny.

Jak ten, który lśni ciałem nagim i chłodnym.
Przewiew macicy perłowej nad wodą w opalu bladym.
Wypatrywany, mile widziany,
na dzień przygotowany.
Świty swoje muszle otwierają ruchem powolnym.

Ale ten drugi wylęga się, kiedy ciszy i ciemności pora,
też muszla, choć głęboko, gdzie głuche są wody jeziora.
Bez uszkodzenia
od czasu zakończenia tworzenia,
to matki tajnej sypialni ochrona.

Wszystkim jesteś, całym moim celem istotnym.
Jesteś dniem i nocą w kielichu podwójnym.



Karin Boye,z tomu „De sju dödsynderna”, 1941

tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski




* * *

Teraz jest czas wielkiego oczekiwania
przed ożywieniem liści,
teraz drzewa drżą w swej nieposłusznej glorii,
brzozy w purpurze, topole w zieleni
i w czerwono-złotych strumieniach wierzby -
niewidzialne siły czasu,
kiedy wszystko to tylko łona karmiące -
dusze wędrują sapiąc ciężko,
a zmrok podjudza i męczy
jak nienasycone schadzki miłosne.
Teraz tworzenie przykuca do stęsknionego skoku -
zanim rozczarowanie pojawia się,
gdy las jest tak zielony jak to możliwe
i świat jest tak kompletny jak to możliwe,
a drzewa i ludzie mamroczą jak we śnie:
„Chcemy więcej”.


Karin Boye,z tomu „De sju dödssynderna”, 1941
tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski

Na dnie spraw


Przeczytałam w gazecie, że ktoś zmarł, ktoś kogo znałam z nazwiska.
Ona żyła jak ja, pisała książki jak ja, zestarzała się, a teraz nie żyje.

Pomyśl, jak to jest, kiedy się umiera i zostawia za sobą wszystko,
niepokój, przerażenie i samotność, i niespłacony dług.

Ale wielka sprawiedliwość leży ukryta na dnie spraw.
Wszyscy mamy prawo oczekiwać - prezentu, którego nikt nie ukradnie.


Karin Boye,z tomu „De sju dödssynderna”, 1941
tłum. ze szwedzkiego Ryszard Mierzejewski
*
Więcej wierszy tej niezwykłej poetki, przetłumaczonych przez Ryszarda Mierzejewskiego, znajdziecie TUTAJ.

*obrazki z netu



PS
Dziś mija 35 lat od samobójczej śmierci innego poety, Edwarda Stachury, Steda - pamiętam, jednak po prostu musiałam napisać o Karin.