Translate

piątek, lutego 01, 2013

Wisława Szymborska odeszła rok temu...


Oto  jeden z moich ulubionych wierszy Poetki, bo ulubiony cytat podałam na zdjęciu:



Pogrzeb 

„tak nagle, kto by się tego spodziewał”

„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”

„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”

„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej” 

„było, minęło”
„do widzenia pani”

„może by gdzieś na piwo”

„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”


Wisława Szymborska, Ludzie na moście, 1986
 




A poza tym, ja naprawdę wiem...

 


(...) Wiem jak ułożyć rysy twarzy 
by smutku nikt nie zauważył. 

Wisława Szymborska: Do zakochanej nieszczęśliwie



I naprawdę wolę:


(...)  

Wolę oczy jasne, ponieważ mam ciemne.(...)

Wisława Szymborska: Możliwości







Do fotografii Wisławy Szymborskiej
wykonanej przez Joannę Helander



Dlaczego jedynie to właśnie zdjęcie,
jeśli mogę spytać, gdy twoja twarz


do połowy zakryta jest dymem,
zaćmiewasz soczewkę fotografa,


dym zmusza cię do zmrużenia oczu
tak że zdjęcie pokazuje szparki


zamiast oczu, ręka która trzyma
papierosa zasłania usta,


a jeden kącik warg jest bez wyrazu
kiedy się znowu zaciągasz?


Koncentruję się na filiżance w pozycji centralnej.
Herbata czy kawa po turecku? Czarna,


w każdym razie, tak że myślę,
że jesteś spod znaku mocy,


w czym mnie łyżeczka do herbaty przerzucona
między spodkiem a stołem umacnia:


miecz, miecz samurajski,
który wciąż pamięta twój szybki ruch


Filiżanka jest chińska. Teraz spostrzegam,
że szparki twoich oczu są mandaryna.


Że brwi podkreślono pędzlem z włosia kuny,
bardzo mądre, pięknie sklepione.


Że kąciki ust przypominają Buddę:
uśmiech skoncentrowanej powagi.


Uniesienie choć bardzo powściągliwe.
Raczej ostre słowo niż wylane serce.


Raczej grzech do naprawy niż
niewinność z niewiedzy.


Żadnych pierścionków, bransolet czy klipsów.
Lecz na paznokciach błysk lakieru.


Wyraźny zegarek na lewym przegubie
wskazuje czas: dwadzieścia po dwunastej, co do minuty.


Północ? Chyba południe,
gdy rozum się jeszcze nie zaćmił.


Światło dzienne pada z prawej,
lecz na podniesionej ręce,


tej z papierosem, majaczą
cienie jakby gałązek dzikiego wina


albo liści, może jakiegoś drzewa z ulicy,
wywołane przez skórę i przez nią utrwalone


Trochę książek o nieczytelnych tytułach
na półce za twoją głową


— tę głowę dźwiga kolumna szyi
z płochliwą dumą albo na odwrót —


oraz kilka ozdóbek, kwieciste
naczynie na pióra, sztaluga z drewna,


może rama na nieobecne zdjęcie rodzinne.
Oto twoje zdjęcie, jedyne zdjęcie,


i jedyne naprawdę godne ciebie,
Safono polska o ostrym języku,


Kasandro, która swym miodowym głosem
próbujesz nas wyśpiewać z upadku,


do którego zbyt już przywykliśmy.
Gałązki dzikiego wina majaczą na twej ręce.


A za obłokiem tytoniu Pytia,
jej skupione rysy.


Agneta Pleijel

14 października 1995

ze szwedzkiego tłum. Leonard Neuger

czwartek, stycznia 31, 2013

Szelestem słów zataczam kręgi na własnych myślach...


 
¯)


mikrokosmos


stanę na rozdrożu swojego
istnienia

wbiję się w ziemię
jak posąg
zastygnę w zadziwieniu
wrosnę we własne marzenia
korzeniami zachwytu

wyrosnę różą pachnącą
najwspanialszym tchnieniem
życia

zaczerwienię się
muskana wiatrem
własnych niepokornych
nabrzmiałych wieczną
tęsknotą pragnień

uwiodę cię niebanalną
urodą
i nawet nie zauważysz
kiedy
zacznę przekłuwać twoje
najtwardsze uczucia

wiesz
nie jestem modliszką
lubię tylko
jak topniejesz


/B-c, 15 IV 2012, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/




Zdjęcie autorskie mojej córki, Jowity Kęsik, pt. Shine, zamieszczone tutaj za Jej zgodą, dziękuję!

 http://www.facebook.com/kesikphotos

 
¯)




środa, stycznia 30, 2013

"Lubię, kiedy pada deszcz, bo nie widać moich łez..." ***



oczyszczenie


ucieknę w deszcz


zatopię w kroplach myśli
oczyszczę smutek wezbrany
nostalgią
naiwną dziecięcą tęsknotą za dobrem

zmoknę przemoknę
łzami
błyszczącymi na wachlarzykach rzęs

zmyję makijaż jak krzywy uśmiech

świat pojaśnieje
czystym spojrzeniem



weselszych oczu

  JoAnna Idzikowska-Kęsik,

30 I 2013


*** Cytat z piosenki Kabaretu Słuchajcie pt. Teraz płaczę
:iconnoldofinve:

Łapię blaski i cienie...

I na wiosnę czekam z wielkim utęsknieniem...
 
 


umyłam okna
swojej duszy


zalśniły blaskiem najczystszych myśli
romansujących

 z pierwszymi promykami 

przedwiosennego słońca

poza horyzont lśnienia
weszłam optymizmu grzebieniem
wyczesując śnieg


 z posiwiałych warkoczy
wiosny

i taka czystością niewinna
stanęłam śmieszna marzeniem
tęsknym za wiosną intymną

i walcem zasnutym

cieniem

/B-c, 30 I 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/



pic from net





  ˜”*°•ڰۣڿ

wtorek, stycznia 29, 2013

Odrobina kultury na co dzień...


Cóż... Napiszę więcej, jak ochłonę, ale skoro poziom magla wchłania już szlachtę z tytułami naukowymi na wyższych uczelniach, to czego się spodziewać po zwykłych, prostych ludziach?! Przykład przecież idzie z góry. Jestem wściekła! Chyba powinnam się nażreć hormonów! Wtedy będę bardziej kobieca i może nie będą mi się na usta cisnęły inwektywy rodem z bokserskiego ringu? Bo póki co mam ochotę zakląć w języku obcym: PiSs off shit!


***



Kiedyś, Grupa Operacyjna śpiewała przebój o panu, który startował w wyborach i zaistniał w mediach stwierdzając, że jak dojdzie do władzy, to zrobi porządek i nie będzie niczego. W refrenie było:








I ten refren jest wciąż i wciąż w naszym kraju aktualny, co wcale nie ma dobrego wydźwięku.




Mam ferie, w czasie których z reguły nadrabiam zaległości w oglądaniu filmów i czytaniu zaległych lektur, tudzież całkiem miło spędzam sobie czas w domowym zaciszu. I tak było też dzisiaj. Obejrzałam ciekawy film antyrasistowski pod polskim tytułem "Służące" (oryginalny: The Help, ale o tłumaczeniach tytułów już pisałam) i poczytałam nowe wypociny Jana van Helsinga, który w "Rozmowach ze śmiercią" zapowiadał masową zagładę większości ludzkości, a potem sam sobie zaprzeczył pisząc o tym, jak zdobywać dużą kasę i zapewniać sobie świetlaną przyszłość. Ale ja lubię ludzi innych, to go sobie czytam, bo przecież warto znać różne ciekawe, mniej ciekawe czy nawet szalone teorie. Warto mieć otwarty umysł, to przecież rozszerza horyzonty...



Obejrzałam też na YT parę wywiadów Łukasza Jakóbiaka, m.in. z Krystyną Jandą i atakowanym za występ w Pokłosiu, Maciejem Stuhrem (polecam:20m2 Łukasza) i było mi miło, czułam się po prostu dobrze, miałam dobry humor, a poziom mojego optymizmu był wyjątkowo wysoki.


No, a później włączyłam TV, żeby nie umarło w moim domu śmiercią naturalną i moje poczucie estetyki poszło na dalekie manowce. Zresztą nie tylko estetyki. Moje poczucie godności zostało zachwiane! Pesymizm wrócił ze zdwojoną siłą!





Już kilka dni temu moje zdziwienie i duży niesmak, wzbudziła pani wyrzucająca z siebie, jak z kałasza, obraźliwe słowa na temat mniejszości seksualnych, zwłaszcza, gdy potem przeczytałam w cioci Wikipedii, że jest pracownikiem wyższej uczelni. Ale to, co zobaczyłam dziś, co padło z jej ust, przy aplauzie publiczności, to naprawdę obraża nie tylko osobę, o której owa dr hab. się wypowiedziała, to naruszyło moje poczucie naiwnej wiary w ten świat. W tolerancję, we wszystkie zasady kultury, normy współżycia społecznego. Bon ton i savoir vivre pominę milczeniem, ale powiem, bo muszę, bo nie chcę siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą i biernie przyglądać się jawnemu nietaktowi:


Wolność słowa - TAK! 

Chamstwo i brak elementarnej wiedzy na temat, na który ktoś się wypowiada oraz bezinteresowne obrażanie innych, tylko dlatego, że nie pasują do naszych wąskich wyobrażeń - NIE! 


Nota bene moja ciocia w takich sytuacjach mawiała: cham chamem na wieki wieków, amen.

APELUJĘ O CHOĆBY TYLKO HOMEOPATYCZNE DAWKI KULTURALNEGO ZACHOWANIA!

Zwykły i pospolity człowiek z gminu, prosta kobitka JoAnna dwojga nazwisk.



PS - 2016 - Kryśka dalej rządzi i nie chce się za siebie wzią(ś)ć!

Fuck you - Lily Allen

poniedziałek, stycznia 28, 2013

Zapuszczam włosy, żeby wiatr miał gdzie szaleć, żeby miał czym kołysać...

I może wena do mnie wreszcie przypłynie?




***

w moich włosach szumi poezja
wiersze błyszczą słowa brokatem
czasem pięknym jak śnieg na gałęziach
nieraz brzydkim i piegowatym

w moich włosach szumi wodospad
słów przelanych z serca na papier

klawiatura temu nie sprosta
 
 wiersze moje
wiatr z włosów

łapie


/B-c, 27 I 2013, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/


 pic:' Wind Angel' Laura Hollick wind dancing. Photo by Kevin Thom.

sobota, stycznia 26, 2013

"Wieczny odpoczynek raczyła dać jej ziemia" ***


♥ ❤ ♥



* * *

 Ona umarła!... są-ż smutniejsze zgony?

/Cyprian Kamil Norwid/ 

na lepsze i na gorsze
i na litość nieboską

minuta ciszy po umarłych
czasami nie trwa dobę
lecz wieczność

topi się w słowach i filiżankach
z niedopitą zapomnianą kawą
aromatyzowaną wierszami
pełnymi najprostszej mądrości

wzlatuje zamglona parą  natchnienia
zadając pytania w stylu zapatrzonego
w piękno świata naiwnego zakochanego

rozpryskuje się na wszystkie strony
dotyka niedotykalnego
stapia się z niewidzialnym
w najgłośniejszej ciszą
ciszy


Kasandra snuje swój smutny monolog
koty wsłuchują się we własne
poetyckie mruczanki

a kamienie

wciąż milczą niewzruszone
powagą sytuacji


ulotną
jak dym z papierosa

 
/Bolesławiec, 2 lutego 2012 r., p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/


 ♥ ❤ ♥

*** cytat z wiersza pt. Nagrobek Wisławy Szymborskiej



wtorek, stycznia 15, 2013

Utracona tożsamość




Biegła do domu, spóźniona, zmęczona i zdenerwowana, po jałowej dyskusji ze swoim pokręconym promotorem. Kurczę! Na magisterskich nie miała tak "przyczepnego" promotora, jak teraz, na podyplomowych! Myślała o dziecku, które tak bardzo jej potrzebowało, bo było chore, a ona, zła kobieta, nie miała czasu na swoją kobiecą powinność. Tłumaczyła sobie jednak, że to, co robi, robi nie tylko dla siebie, ale też dla swojej rodziny.
Zdyszana wbiegła na klatkę i zobaczyła, że coś jest w skrzynce na listy. Zdenerwowała się jeszcze bardziej, zanim w torebce pełnej różnych przedziwnych rzeczy, znalazła klucze. Otworzyła skrzynkę, wyjęła kartkę i, zdziwiona, zobaczyła pismo mamy, z którą, nie dalej, niż wczoraj, rozmawiała przecież przez telefon. Dziwna zresztą to była rozmowa, nie kleiła się. Objęła wzrokiem tekst i poczuła się dziwnie: „Skarbie napisz do mnie bo ja mam w skrzynce listy” Nielogiczny tekst bez znaków interpunkcyjnych, tak niepodobny do jej mamy - polonistki? Ale to jej pismo. Troszkę inne, bardziej wysilone, ale jej! Czytała, czytała i nie miała pojęcia, co się stało. Wbiegła do mieszkania. Na stole w kuchni znalazła kartkę od męża z informacją, że mała lepiej się poczuła i wyszli na spacer, ale słowa mamy nie dawały jej spokoju. Usiadła przy kuchennym stole i zeszło z niej powietrze. Nic jej się nie chciało, tak koszmarnie była zmęczona trzygodzinną jazdą pociągiem z Wrocławia do Jeleniej Góry, a kartka od mamy, zamiast ucieszyć, tylko ją zmartwiła.
Siedziała bez ruchu ponad pół godziny. Wykończona była pracą w innym, odległym mieście, pisaniem pseudonaukowej pracy dyplomowej, brakiem snu. Wstała i leniwym krokiem przeszła do łazienki. Kąpiel zawsze stawiała ją na nogi, moczyła się więc kolejne pół godziny w zbyt gorącej wodzie z pachnącymi lawendą olejkami. Słuchała w kółko, jak Toni Braxton śpiewa prosto z trzewi swój genialny przebój „Unbreak my heart”, uwielbiała tę piosenkę, choć pod tekstem, ze swoją niezależnością, nigdy by się nie podpisała. Kochać trzeba, owszem, ale najważniejszy jest związek z samym sobą, a uzależnienie od drugiej osoby tylko umniejsza naszą osobowość. Ona kochała wiele razy, nawet do zatracenia, ale wiedziała, że pewnych granic się nie przekracza, że należy jakąś cząstkę siebie, zostawić tylko dla siebie.

- Skarbie, jesteś już w domu? – usłyszała głos męża.
- Jestem w łazience – i ledwo zdążyła odpowiedzieć, mała już siedziała przy wannie.
- Cześć, mamuniu, byliśmy z tatulkiem nad rzeką i narwaliśmy kwiatków dla ciebie.
- Dawaj buziaka, bo strasznie się stęskniłam – powiedziała i przyciągnęła małą do siebie.
- Fuuu – powiedziała dziewczynka. – Mokra jesteś, mami, wychodź już z tej wody, to ci bajeczkę opowiem z przedszkola!
Sylwia miała nieco ponad dwa latka, ale była na tyle samodzielna i tak świetnie mówiła, że nie było żadnego problemu z przyjęciem jej do maluchów. Skazana też była na to, że będzie jedynaczką, więc tym bardziej zależało im na tym, aby była wśród dzieci. Kochała to swoje dziecko, jak każda matka, nad życie, bo jego stworzenie wiele ją kosztowało. Z nadczynnością tarczycy, z którą się borykała od czasów liceum, każdy lekarz odradzał jej zajście w ciążę. Ale pragnienie było silniejsze i zaryzykowała. I choć większość z tych dziewięciu miesięcy spędziła pod kroplówką w różnych szpitalach, to jeszcze dwa dni przed porodem, oczarowała lekarza, wyszła na przepustkę i pomalowała nowiutkie, drewniane łóżeczko w kolory tęczy, bo wyczytała, że dzieci powinny być otaczane kolorami. Sylwia czuła, jak bardzo jest kochana i świetnie się rozwijała, nie było też problemów z pójściem do przedszkola, bo lubiła dzieci.
Teraz siedzieli we trójkę i jedli przygotowaną przez Adama kolację, śmiejąc się i rozmawiając o tym, jak minął dzień. Lubiła te ich wieczorne spotkania przy posiłkach, uwielbiała patrzyć na podobieństwo swej córeczki do jej tatusia, którego kochała od wielu lat, od czasów szkoły średniej.
Poznała go na pielgrzymce pieszej z Wrocławia do Częstochowy, bo w rodzinie była akcja pt. wyprowadzamy Zuzę z jej złej ścieżki prowadzącej w ateizm i kuzyn, Mariusz, starszy od niej o czternaście lat, artysta plastyk, namiętnie co roku zabierał ją na pielgrzymki, a ona chodziła, bo ostatecznie były to wakacje i mogła sobie pograć na gitarze, czym w domu, wprawiała mamę we wściekłość. Podszedł raz do niej w czasie kolacji wysoki,niebieskooki blondyn i od tej pory szli sobie razem, dwa lata z rzędu, a gdy na koniec, poprosił ją o adres, bezczelnie, jak na głupią i butną gówniarę przystało, stwierdziła, że nie zadaje się z ludźmi z zawodówek i że może do niej napisać, jak się dokształci. No i dostała we wrześniu miły list, w którym napisał, że rozpoczął naukę w technikum, a że zapewne, z zaocznymi nie chciałaby mieć do czynienia, poszedł do dziennej szkoły z internatem, a potem pójdzie na anglistykę. I od tej pory byli już właściwie nierozłączni, najpierw jako świetni przyjaciele, potem jako para, aż wreszcie, już w trakcie studiów, jako małżeństwo.
Po kolacji Adam wykąpał małą i usiedli razem w pokoju z kubeczkami gorącej, pachnącej herbaty.
- Zuza, widzę, że coś cie gnębi, co się dzieje? Coś nie tak na uczelni?
- Nie, na uczelni i w pracy w porządku, choć mam dość tych dojazdów pociągiem, niech mi naprawią to auto, bo zwariuję.
- To co jest? – zapytał i przytulił ją mocno.
Wstała, poszła do swojego pokoju i wróciła po chwili z kartką od mamy w dłoni:
- Przeczytaj.
Cisza. I jego wzrok biegnący po kartce kilkanaście razy w tę i z powrotem.
- Chyba ma depresję. Zawsze przecież poprawiała mnie, jak jej się coś nie podobało w moich wypowiedziach – powiedział. – Dzwoniłaś do nich?
- Nie, nie ma sensu. Przecież w sobotę mamy tam pojechać. Może wyprowadzka Tomka, ten jego nagły ślub, tak ją wyprowadziły z równowagi? Ona zawsze kochała go bardziej, a może inaczej? Napiszę jej kartkę z Wrocławia, może chce sobie posprawdzać, może brakuje jej pracy? Może to rzeczywiście jakaś ciężka depresja?
- Ja bym zadzwonił do ojca, Zuzka, a ty rób, jak uważasz. Masz jednak rację, pojedziemy, zobaczymy, może trzeba będzie też pójść do lekarza. A teraz chodźmy już spać, bo ty jutro wstajesz o świcie.

„Mamutko, pozdrawiam Cię najmocniej i najserdeczniej z Wrocławia. Kocham, przytulam i uśmiech przesyłam, ZuzAnka.” – napisała i wysłała kartkę. Nie wytrzymała jednak i zadzwoniła do ojca. Usłyszała, że nie chciał jej martwić, ale z mamą dzieje się coś złego, pewnie ma depresję po przejściu na emeryturę, przepracowała tyle lat, a teraz, od września, nie może sobie znaleźć miejsca. Nie poszła do liceum, w którym uczyła, nawet w Dzień Nauczyciela, choć była zaproszona i przez uczniów i przez dyrektora. Umówiła się z ojcem, że zadzwoni do znajomej psycholożki, może ona coś poradzi. Pomyślała, że chyba powinna pomóc im obojgu. Zadzwoniła do koleżanki, która jednak odesłała ją do swego znajomego psychiatry. Zapisała numer i adres. Zaczęła płakać.

Weszli do domu. Tato siedział w dużym pokoju ze spuszczoną głową, ale na ich widok wstał i bardzo się ucieszył. Tulił małą długo, a córkę wycałował po rękach. Należał do tego gatunku dżentelmenów, którzy własne córki traktują, jak damy, bo na damę starał się ją wychować.
- Gdzie mama, tatusiu? – spytała Zuza.
- Gdzie babi, gdzie? – wrzeszczała Sylwia.
- Nie wiem. Zwyzywała mnie takimi słowami, jakich przez 35 lat u niej nie słyszałem, trzasnęła drzwiami i wyszła. Może poszła do Tomka, ale jak do niego dzwoniłem, to mówił, że jeszcze jej tam nie ma.
Zuza spojrzała na Adama, nie musieli nic mówić, wyszedł, jak tylko się ubrał.
- Jadłeś coś, tato?
- Nie, ona wciąż przypala obiady, już kilka czajników spaliła, nastawia wodę, wychodzi, do zamrażarki wkłada koper i natkę pietruszki, bez woreczka, to potem leci na wszystko, mówię, tłumaczę, proszę i nic. I tak zaczęła kląć, że uszy puchną. I ciągle kupuje nowe papierosy, bo nie wie, gdzie je schowała. I nie bierze w sklepach reszty, jeden sprzedawca na rynku mi oddał, bo kupiła jogurt i dała stówę, co robi z resztą kasy, nie wiem, ale chyba będę musiał przejąć kontrolę nad naszymi finansami. Zbierałem tobie, dziecko, na nowy samochód – mówił i prawie płakał.
- Tatuś, spokojnie. Zaraz zrobię obiad, ty się pobaw z Sylwią, tylko się troszkę uspokój.
- A wczoraj złapałem ją na tym, że zamiast czesać, wyrywała Wacusiowi sierść i przeklinała nad kociakiem, jak szewc. Do sąsiadki wczoraj powiedziała: won suko, wyobrażasz to sobie?
Usiadła ojcu na kolanach i przytuliła go, ich cichym zwyczajem, głaszcząc go po łysince i całując w czoło.
- Pójdę z nią w poniedziałek do psychiatry, wzięłam wolne, poleciła mi go Kaśka, pamiętasz, ta z równoległej klasy z ogólniaka, z którą byłam w Paryżu, studiowała psychologię na KUL-u.
- Tak, pamiętam Kasię – powiedział i uśmiechnął się. – Ładna czarnulka!
Uśmiechnęła się w duchu do taty i jego ulubionego typu urody, długowłosej czarnulki, takiej, jak mama.
- Tato, nie zapominaj, że jestem blondynką – uśmiechnęła się. – Idę, zrobię obiad, mam nadzieję, że Adam zaraz wróci z mamą.
Pocałowała jego i Sylwię i poszła do kuchni, gdzie na kątniku siedział biedny, głodny, wystraszony Wacuś, ich wielki, perski, czarny kocurek z wielkimi, żółtymi oczami.
- Cześć, bestia, chodź, mordeczko kochana.
Wacek był tak niedopieszczony, że łasił się do niej chyba z pół godziny. Nie chciał nawet jeść, chciał się pieścić. Zobaczyła ze smutkiem, że ma wyrwaną sierść na grzbiecie do krwi. Zaczęła podejrzewać najgorsze, ale odgoniła od siebie złe myśli, przemyła ranę, dała kotu jeść i skupiła się na obiedzie.

Po wizycie u psychiatry świat wywrócił się do góry nogami. Potem jeszcze kilku psychologów, psychiatrów, neurologów, pobyt mamy w klinice na obserwacji i ta cholerna, najgorsza z możliwych diagnoza! I ten zagubiony, jeszcze bardziej, niż mama, biedny ojciec. Później trzeba było wziąć do siebie kota i zatrudnić panią do pomocy, ale większość z nich nie była zbyt uczciwa, albo, przestraszone same odchodziły po paru dniach. Tomek się odsunął, chciał żyć, pracować, więc ona oddała duże, służbowe mieszkanie, jakie Adam dostał od pracodawcy, kupiła kawalerkę w swym rodzinnym mieście i właściwie tylko w niej czasem nocowała, bo choroba mamy postępowała w zastraszającym wręcz tempie. Doszły problemy z dojazdami Adama do pracy w Jeleniej Górze, roztrzaskał dwa samochody, a jej odechciało się studiować, pracować w obcym mieście i pisać pracę o autystykach i jednocześnie biegać za mamą, jeszcze mniej komunikatywną, niż ci wszyscy autystycy razem wzięci, która wychodziła z domu w nocy z bochenkiem chleba pod pachą, w listopadzie, w kapciach i krótkiej koszuli nocnej. Jednak oddanie jej do ośrodka lub hospicjum nie wchodziło w grę. Ojciec by tego nie przeżył. Byli zgodnym, kochającym się małżeństwem, na spacery i zakupy chodzili za rączki, wspierali się zawsze i bardzo kochali, tylko teraz problem polegał na tym, że ojciec nadal ją kochał, a ona skasowała go w swej ulotnej pamięci.
Ona, kobieta, która uchodziła za chodzącą encyklopedię, która wychowała dwoje dzieci tak dbając o nie i ich edukację, że w czasach zatęchłej komuny, prywatnie, nauczyli się angielskiego do tego stopnia, że Tomek zdał na filologię angielską, a Zuza zdała bez problemu egzamin FCE. Ona, ich mama, która w Pewexie kupowała im pastę do zębów, bo w sklepach była tylko ta ohydna Nivea, podpaski Zuzie, żeby nie bała się swej kobiecości. Ona, która biegała do lasu na jagody, żeby Tomkowi poprawił się wzrok, nauczyła się szyć i robić na drutach, żeby mieli ładne, kolorowe ubrania w tej nudnej, komunistycznej rzeczywistości, czytała im „Ulissesa”, gdy mieli po pięć lat! Ona, ich najukochańsza mama, ginęła teraz w oczach, jej cudowną, ekspresyjną osobowość pochłonął niemiecki doktor, na którego do tej pory nie wynaleziono lekarstwa.

Któregoś dnia, widząc, jak bardzo ojciec chudnie i cierpi, Zuza ustaliła z Adamem, że w wakacje zamieszka z mamą, a ojca wyślą do sanatorium. Pojechał niechętnie, ale namówiła psycholożkę Kaśkę, żeby mu wytłumaczyła, jak bardzo potrzebny jest mu odpoczynek do dalszej opieki nad żoną. Mama już wtedy prawie nie jadła, bo zapominała o jedzeniu, ale chodziła jeszcze i czasem nawet mówiła, choć i mowę choroba zaczynała już zabierać. Adam zawiózł ojca do sanatorium i pojechał z Sylwią nad morze, bo też był zmęczony zaistniałą sytuacją, ostatecznie to byli tylko jego teściowie. Zuzanna siedziała w domu rodziców, czytała książki i robiła notatki do pracy dyplomowej. Miała tego już bardzo dużo, w komputerze dwa rozdziały, ale lubiła ręcznie pisać, bo wtedy więcej zapamiętywała i jak już się naczytała i porobiła notatki, siadała do komputera i dostawała słowotoku.
Czytała akurat dla relaksu o swoim ukochanym Witkacym, jako o pisarzu jedną nogą tkwiącym jeszcze w pięknej epoce okresu Młodej Polski, drugą już w bardziej dynamicznym dwudziestoleciu, gdy do pokoju weszła mama, która spała sobie słodko jeszcze dziesięć minut temu.
- Pani, ja chce to – powiedziała cicho.
- Co chcesz, kochanie? Pić, jeść? Co byś chciała, dziewczynko?
- To – powiedziała i zesikała się na podłogę, stojąc w ubraniu.
Umyła ją, przebrała, posprzątała i poszła do apteki po pampersy, a kiedy wróciła, zastała ją w pokoju, w którym się uczyła. Siedziała na dywanie z segregatorem, a wokół leżały jej notatki… podarte na strzępy. Chciało jej się wyć, miała ochotę uderzyć matkę, krzyczeć. Przygryzła wargi do krwi, z trudem pohamowała łzy, ale wzięła mamę za rękę i zaprowadziła do kuchni, żeby ją nakarmić obiadkiem dla dzieci Gerber, bo ona nie umiała już gryźć. Mama opluła ją kilka razy, marudziła, jak dziecko, ale coś tam udało jej się w nią wrzucić. Potem cyrk z kąpielą, jeszcze większy z pampersem, którego nie pozwoliła sobie założyć, szarpanie, gryzienie, wyzwiska i cała noc czuwania, żeby nie uciekła z domu.

I tak to sobie trwało i trwało i było coraz gorzej i gorzej. Dziewięć długich lat patrzenia, jak najukochańsza osoba odchodzi w niebyt. Czytania książek na temat choroby, oglądania filmów, w hollywoodzkim stylu upiększonych i przereklamowanych. Zgłębiania na różne sposoby zrozumienia choroby, która niszczyła życie nie tylko jej matce, ale chyba jeszcze bardziej jej i ojcu, czyli tym, którzy świadomie w tym uczestniczyli. Cztery lata stanu leżącego, oklepywania, zmieniania pampersów, zapobiegania odleżynom, kremowania, karmienia przez strzykawkę, potem zmieniania kroplówek. Nie wie już teraz, jak udało jej się skończyć studia podyplomowe, a potem drugi fakultet, pracować na dwóch etatach w dwóch miastach i na wolontariacie z autystykami i opiekować się mamą. Nie wie, jak przeżyła dzień jej śmierci: dzień po jej imieninach, dzień przed Dniem Matki. Nie wie, jak zorganizowała pogrzeb, stypę, nie pamięta, jak zemdlała prowadząc zajęcia i jak prowadziła grupę wsparcia dla rodzin dotkniętych chorobą Alzheimera. Nie wie, jak udało jej się nie zwariować, gdy trzy dni po pogrzebie mamy, Wacuś, który ją kochał i uwielbiał do końca, który ciągle gdzieś przy niej siedział, położył się na tapczan, przestał przyjmować pożywienie, zwinął się w kłębek i umarł. Nie pomogły witaminy, trzech wzywanych weterynarzy, kocurek miał chyba taką wolę, żeby odejść z tego świata.

Nie pamięta nic złego. Pamięta tylko swą bezgraniczną miłość do istoty, która była jej mamą przez dwadzieścia siedem lat i dla której ona była mamą przez kolejnych dziewięć. Pamięta tłum byłych uczniów mamy na jej pogrzebie. Pamięta ból na twarzy ojca, gdy stali nad świeżo usypanym grobem, jego łzy i pełne bólu wiersze, w które uciekł po jej śmierci.
Nigdy nie zapomni uśmiechu ślicznego, bardzo kobiecego uśmiechu swej mamy, jej powiedzonek, pasji czytania książek, uporu w dążeniu do celu. Jej piwnych oczu, w których do samego końca tliła się chęć i wola życia, walka o każdy oddech. Z rozczuleniem wspomina ból matki, gdy oświadczyła rodzicom przy wykwintnym obiedzie, że jest wegetarianką. Z żalem myśli o rodzinnych świętach, pełnych miłości, prezentów i zapachu pierogów z grzybami i barszczu.
Czasem, gdy spogląda na Sylwię, widzi rysy twarzy swojej mamy, jej temperament i uśmiech i tylko modli się, aby ten cholerny, niemiecki doktorek, nie dopadł więcej jej bliskich. Bo w razie, gdyby dopadł ją, spisała już u notariusza, odpowiedni testament.

***

 
Widzisz Mamo, minęło pięć lat,
A ja pisać nie mogłam o Tobie.
Może wtedy zawalił się świat,
Gdy myślałam, że nic już nie zrobię?

Może było mi smutno i źle,
Gdy bezradna trwałam przy Tobie.
Moje serce cierpiało jak cień
Twej istoty, zgubionej w chorobie.

Teraz wiem już, że miłość zwycięża
Śmierć, chorobę i inne zgryzoty.
Tylko powiedz, proszę,
powiedz, Mamo,
Jak mam żyć,
by nie umrzeć z tęsknoty?


/B-c, 5 VIII 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/


 Wszystkie postaci i cała historia są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami i wydarzeniami, każda zbieżność w opowiadaniu jest zupełnie przypadkowa.

pic:

- A little angel -by *Sakuli

 

Do poczytania: 

Sharon Fish, Choroba Alzheimera. Troska o dziś i jutro, 1998;

 Sherwin B. Nuland, Jak umieramy, Warszawa 1996, w książce jest rozdział o chorym na Alzheimera.

  : Trup: od biologii do antropologii - już nie nowa, ale bardzo ciekawa pozycja na temat umierania i obrządków z nim związanych.

 

Do obejrzenia: Iris, film biograficzny o życiu i chorobie filozofki i pisarki, Iris Murdoch, z 2001 w reżyserii Richarda Eyre'a, z rewelacyjną rolą Judi Dench.