Ten post będzie spontaniczny, bebechowy i na pewno będzie chaotyczny oraz niezrozumiały, będzie czymś w rodzaju mojego strumienia świadomości, choć do Pani Dalloway mi daleko. Będzie szczery do bólu i bardzo osobisty, więc jeśli Cię nie interesuje, po prostu go nie czytaj.
Jestem dojrzałą kobietą, która pod koniec sierpnia tego roku skończy 49 lat. Nie piszę o swoim wieku dlatego, że chcę się nim pochwalić. Piszę to, aby uświadomić - również samej sobie - że już sporo w życiu widziałam i dużo przeszłam. Piszę, bo nic innego mi nie zostaje, jak tylko pisać o tym, co mnie boli.
Mój blog z założenia miał być blogiem poetyckim, na którym chciałam pisać też o sztuce w szerokim tego słowa znaczeniu. Od dziecka starałam się nie mieszać do tego, co moja literacka idolka z dzieciństwa określiła jako coś, do czego nie powinien się wtrącać żaden porządny człowiek.*
Ale, niestety. Nie mogę pozostać obojętna, bo to, co mnie otacza, za bardzo wpływa na mój feeling, moje samopoczucie, które od dwóch lat jawi się depresją i innymi dolegliwościami psychosomatycznymi. To będzie prawdopodobnie dopiero czwarty tego typu post po sześciu latach tutaj, ale jednocześnie chyba najbardziej dobitny.
Poeta współczesny nie musi cierpieć za miliony. Najczęściej pisze swoje wiersze po godzinach harówki na etacie. Ale poeta, czy nawet grafoman, swoje widzi i swoje wie. I nie chcę powtarzać kolejnych wersów Andrzeja Bursy , tym razem z "Modlitwy dziękczynnej z wymówką".
Od ponad dwóch lat nie oglądam ogólnopolskiej telewizji. Korzystam z telewizora głownie w celu obejrzenia filmu na DVD. Zrezygnowałam z dużej satelitarnej oferty, wzięłam minimum. Ta rezygnacja nie wynika jedynie z braku czasu na oglądanie...
Od ponad dwóch lat bardzo źle się czuję. Najczęściej mam problemy z alergią i tak zwanymi korzonkami, które "ujawniają się" w momentach stresu. Muszę też uważać na serducho osłabione zaleczoną nadczynnością tarczycy i, jak zauważył jeden pan lekarz: nadwrażliwością.
Fakt, że od września ubiegłego roku nie mogę się pozbierać, że dotarło do mnie wszędobylskie przesłanie poety Jana Twardowskiego... Mój bardzo ulubiony, Urodzony Czwartego Lipca kolega odszedł tak nagle, że nawet nie zdążyliśmy o tym porozmawiać, ale on zdążył napisać o cenzurze na blogach, która od dwóch lat dotyczyła również jego wpisów.
Ta nagła, niespodziewana śmierć wstrząsnęła mną na tyle, że przestałam palić, a od jakiegoś czasu, niestety, dość regularnie paliłam cienkie papieroski miętowe czy - zanim wycofali - jagodowe, żeby sobie jakoś załagodzić ból egzystencji. Egzystencji w naszym pięknym kraju...
Tak więc, od września, mimo, że w 2017 roku byłam cztery razy nad morzem, którego klimat zwykle dobrze mi służył (luty, maj, lipiec, sierpień), wciąż czuję się źle. Kiepsko, słabo, a czasem fatalnie. Kręci mi się głowie, mdleję, czuję chroniczne przemęczenie, czasem rozdrażnienie, nie potrafię cieszyć się, jak kiedyś, z małych cudów codzienności. Apogeum miało miejsce tuż po świętach, gdy znowu praktycznie przestałam chodzić z powodu bólu w krzyżu. Do pracy wróciłam dwa dni przed feriami, bo nie chciałam już iść do kontroli, czyli od 22 grudnia do dziś przepracowałam 3 dni (jeden dzień w dodatkowej pracy w GOKiS, gdzie prowadzę z dziećmi zajęcia plastyczno - artystyczne). No i co się zadziało? Ano to, że w zeszły czwartek rano znowu nie mogłam wstać z łóżka, a do łazienki doszłam jak raczkujący bobas, odczuwając tak przeszywający ból, że nie byłam też w stanie mówić. Ot tak sobie, ni stąd ni zowąd.
Przez miniony tydzień (kosztem feryjnego odpoczynku) uruchomiłam wszystkie znajomości, zrobiłam wszystkie wyniki, odwiedziłam czterech lekarzy, nie tylko w moim mieście, także panią lekarkę w Legnicy i pana profesora, u którego już dawno nie byłam, we Wrocławiu. Prywatnie rozmawiałam z kolegą lekarzem internistą, koleżankami psycholog i psychiatrą. Nie były to przelotne, tylko długie, poważne, przyjacielskie rozmowy.
Nota bene w takich, naprawdę bardzo dla mnie smutnych i kryzysowych sytuacjach, poznaję, ba, mam podane czarno na białym, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto okazał się jedynie przelotnym znajomym, bo to, jak ludzie reagują na nasze stany, dużo więcej o nich mówi, o ich intencjach, niż miliony wypowiadanych wcześniej i rzucanych w eter słów. Wielu ludziom brakuje nie tylko klasy, ale przede wszystkim empatii. Skupieni na sobie nie potrafią dostrzec innych.
Wracając do tematu: wyniki mam dobre mimo wegetariańskiej (z coraz większym naciskiem na wegańską) diety, lepsze, niż wskazuje na to mój wiek, dużo lepsze niż kiedyś. Z sercem nie jest źle, ze sprawami kobiecymi bardzo dobrze, żadnych objawów menopauzy, z tarczycą też jest dobrze, Pan Profesor endokrynolog był bardzo zadowolony.
W ciągu tygodnia na wizyty u lekarzy wydałam ponad 600 złotych polskich, na które bardzo ciężko pracuję, głównie w specjalnych warunkach (szkoła specjalna, szpital psychiatryczny), pomijając wydatki na płatne wyniki i benzynę. Wydałam jednak rzecz nabytą, zdrowia nic mi nie zwróci, bo przecież "nic pani nie jest".
No więc... Co mi jest? Skąd ten totalny spadek energii, ataki astmy, opryszczki, alergii, te nawracające zawroty głowy, bóle w kręgosłupie w najmniej spodziewanym momencie, pomimo tego, że spaceruję bardzo dużo, ćwiczę, także jogę i w ogóle jestem ruchliwa, jem mnóstwo witamin i suplementuję dietę? Skąd ten fatalny feeling, ból odśrodkowy taki, że nic, po prostu nic czasem nie jestem w stanie zrobić, oprócz chodzenia jak moje futrzaki (nota bene całkiem ciekawe doświadczenie, szkoda, że bolesne)???
W rzeczy samej, nagła śmierć kogoś, kogo się znało przysłowiowe sto lat i uświadomienie sobie własnej kruchości to jedno, ale sytuacja, matriks, w którym przyszło mi żyć i egzystować, to drugie. I chyba, niestety, najważniejsze, bo moje dolegliwości to nic innego jak ból mojej duszy. I możecie się w tym momencie śmiać, możecie mi nie wierzyć, ale tak jest.
Owszem, z racji zawodu i wykształcenia, wiem, jak rozwiązywać pewne testy, żeby niektóre sprawy ukryć, ale nie mam zaburzeń psychicznych ani kryzysu wieku średniego. Na papierkach jestem okazem zdrowia i tak też wyglądam, chyba, że mam napady astmy i nie mogę złapać oddechu.
Wracając do sedna: nie napiszę zbyt wiele, powiem jedno, bo muszę to powiedzieć, a muszę, bo się uduszę. Bo między innymi dlatego napisałam ile dokładnie mam lat. A mam tyle lat i taką pamięć, że pamiętam wiele. I tak, jak pamiętam wiele, tak NIE PAMIĘTAM nawet z czasów zatęchłej komuny, takiej propagandy, jaka jest teraz. Tak perfidnie zakłamanej, prymitywnej i wszędobylskiej propagandy! Cenzura to ponoć reklama na koszt państwa, ale i ona zaczyna się panoszyć, jak "kalarepa z Wołomina" w piosence ze świetnym tekstem Wojciecha Młynarskiego. To dlatego wcześniej wspomniałam o telewizorni, ale przecież istnieją inne media, jak choćby internet i wszechwiedzący fejs, na którym, po polubieniu odpowiednich stron, można znaleźć wszelkie informacje, nawet te serwowane przez wyglądających jak własne klony świętoszkowatych małżonków czy panią, która mimo używania wachlarza i posiadania tytułów, wcale damą nie jest, a to, jak pisze, to już osobna, dość żałosna historyjka nieobrazkowa i chyba naprawdę powinna "wzią(ś)ć" się w garść, bo już nawet fejs chce blokować udostępniane przez nią hejty.
Nie wchłaniam. Nie chcę na to patrzyć. Nie chcę też milczeć.
Na dowód jakiś tam moich przewidywań, bardzo stary wiersz, który, niestety, okazał się proroczym tekścikiem smutnej, załamanej sytuacją w Ojczyźnie, prostej kobiety, obywatelki gorszego sortu, która dostanie wkrótce, po bodaj ośmiu latach posuchy, taką wspaniałą, propagandową podwyżkę, że może jej starczy na kostkę masła w krainie mlekiem i miodem płynącej.
Resztę przemilczę, bo jestem bliska załamaniu. I nie chcę sobie pogarszać i tak naprawdę kiepskiego samopoczucia...
*
"sławne" JA
nienawiść miewa
puste oblicze
upośledzone samozachwytem
schizofreniczne ego
panoszy się nad tłumem
jak gnane popędami id
kompleksy zaślepiają
wwiercają w mózg
jak czerwie
żrące ciała niekoniecznie
sześć stóp pod ziemią
nienawiść
oszpeca twarze
bardzo
najbardziej na świecie
wbrew wezwaniom
lęka się
boi tego co odkryje
po drugiej stronie
nie tylko lustra
zwierciadła duszy
milczą zakłopotane
skrzywioną małością motywów
wiatr historii
wieje wspak
malutki schizofreniczny prawiczek
rezydujący z kotkiem
i tak nic a nic
nie jest w stanie zrozumieć
zaślepiony nieuzasadnioną
miłością
własną
JoAnna Idzikowska-Kęsik, 2013
*
W swoim życiu kieruję się wieloma zasadami, więc więcej tego typu wynurzeń na tym blogu nie znajdziecie. Takie karteczki rozwieszam nad biurkiem, na lodówce:
I przy okazji bardzo chciałabym podziękować Czarownicy z Bagien za absolutnie wspaniały wiersz, który mi zadedykowała, przez co czuję się dumna i zaszczycona. Piękny, prawdziwy wiersz o życiu:
Smaki życia
Znajdę w sobie moc
Aby przetrwać noc
Nawet najczarniejszą
Chwycę pędzle i
Namaluję sny
Takie najpiękniejsze
Każdy życia kęs
Przecież ma swój sens
Chociaż bywa gorzki
Przeciwnościom wbrew
Szybciej krąży krew
Odpływają troski
Słodycz, gorycz, sól
Radość, smutek, ból -
- Smaki dobrze znane
Nie jest aż tak źle
Noc oddala się
Nadchodzi poranek
Czarownica z Bagien
A ponieważ jeszcze się nie chwaliłam, a każda wiedźma powinna mieć... czarnego kota, przedstawiam Wam Bazylka, który jest u nas od połowy listopada (minął rok od odejścia poprzedniego mojego kociaka i byłam już w stanie wziąć kolejną istotę do kochania).
*Polityka jest to coś takiego, do czego żaden porządny człowiek nie powinien się wtrącać.- cytat z powieści "Wymarzony dom Ani" Lucy Maud Montgomery