Translate

sobota, lutego 03, 2024

Tydzień Świra

            Tydzień temu, jeszcze w sobotę, bo parę chwil przed północą, wróciłam z ferii zimowych w Gdyni do domu. Podróż do domu, mimo naprawdę sympatycznych współpasażerów bardzo mi się dłużyła, a Niko był niespokojny i dopiero we Wrocławiu, gdy chwilę pospacerowaliśmy przed kolejnym pociągiem, troszkę się uspokoił i dalej jakoś poszło.

            Przyjechałam, prawie całą niedzielę przespałam, bo z powodu zmiany klimatu strasznie zaczęła boleć mnie głowa, a w poniedziałek zaczął się kołowrotek. Czułam się jak jakiś świr, jak Adaś Miauczyński, bohater większości filmów Marka Koterskiego, a w szczególności "Dnia Świra", bo w tej wersji Adaś grany przez Marka Kondrata jest nauczycielem - polonistą, który przeżywa kryzys wielu średniego i wszystko go denerwuje - chodzi nabuzowany i nakręcony jak bomba zegarowa, która za chwilę wybuchnie. 

                Mnie denerwuje niewiele rzeczy, ale czuję się jak bohater tego filmu, bo wpadłam w wir pracy i znowu mam mało czasu dla siebie, swoich wierszy, książek, filmów, piosenek, malowania, języków obcych i innych pasji.

            Podczas mojego pobytu w ukochanej Gdyni, dotarło do mnie świadectwo ukończenia studiów podyplomowych. W grudniu, przed świętami, obroniłam pracę dyplomową i zdałam egzamin dyplomowy. Były to studia ministerialne. I kosmicznie cieszę się, że je skończyłam, ponieważ bez wolnego piątkowego popołudnia, wolnych sobót i niedziel, czułam się naprawdę zmęczona i przytłoczona obowiązkami. Ale chciałam, to mam - kolejny dyplom do kolekcji - to oczywiście żart. Ja naprawdę lubię się uczyć i doskonalić dzięki temu swoją codzienną pracę z uczniem. Bo ja tę swoją pracę naprawdę lubię, ale powrót zaliczyłam trudny, gdyż troszkę się rozbestwiłam na feriach, długo spałam, robiłam co chciałam, a tu trzeba się było zabrać do intensywnej pracy. 

            Zazdrościłam troszkę moim kochanym zwierzakom, że mogą się bezustannie relaksować i spać tyle, ile chcą... Bo mnie w tym tygodniu najbardziej wykończyło wstawanie o 5:30. Do pracy mam bardzo blisko, ale psiaczek wymaga porannego spaceru, a ja chwili dla siebie i wypicia ciepłej wody z cytryną oraz wyprasowania ubrań i makijażu.


                Kupiłam też sobie nową roślinkę, ale dziecko Jowita Sylwia, która ma do roślin świetną rękę, mówi, że jest ona bardzo wymagająca i chyba nie przetrwa ze mną i z moim roztargnieniem... Mam jednak nadzieję, że jak poczytam w necie, jak ją pielęgnować, to uda mi się utrzymać ten cudny kwiat w dobrej kondycji.

            Druga roślinka, którą kupiłam, jest wg mojej córeczki dużo mniej wymagająca i być może ze mną przetrwa. Wszystkie kwiaty z mojego pokoju przesadziłam do nowych, białych tym razem, doniczek z Pepco (uwielbiam ten sklep). W mojej klasie, z chłopakami, również przesadziliśmy kwiatki do czerwonych doniczek, które przyniosłam z domu, ponieważ już czują wiosnę i wypuszczają nowe pędy, zwłaszcza skrzydłokwiaty i difenbachia.

        Mój czarny zamiokulkas to chyba jedyna roślina, która ze mną wytrzymuje już dość długo, bo on nie lubi dużo wody i jakoś udaje mu się przeżyć, więc zmieniłam mu doniczkę, może go to nie zabije? W takiej samej doniczce wylądowało moje szalone anthurium, może da radę i przetrwa ten stresik? Musiałam je przenieść w inne miejsce, bo na oknie miało za jasno i liście zaczęły brązowieć. Grudniówka zaś intensywnie, mocno kwitła już od października do teraz i też dostała większą doniczkę, może da radę? 



      Skrzydłokwiat dostał inną doniczkę, bo to chodliwy teraz towar, zwłaszcza w niedrogim Pepco i nie mogłam skompletować, ale pasuje kolorystycznie, więc jest dobrze. Będę przemalowywać połowę ścian z koloru karminowego na pudrowy róż, reszta będzie biała z tęczowym brokatem, więc jasne doniczki pasują. 

     
      Hedera czyli bluszcz zaczyna się plątać a ja wielbię wszystkie bluszczyki za ich żywotność i skromne piękno.
 

                No i pewnie zostanę zabita, zamordowana, zagadana, zbesztana, zgnieciona - ale moja córka i jej (kiedyś mój, wzięty do adopcji z Bolesławieckich Kotów) kocurek Bazyl, mają o wiele lepszą rękę do kwiatów i dużo większą dżunglę kwiatową, niż ja... Oto moje najukochańsze stworzenie - Jowita Sylwia zwana ... Jotką (bo ma inicjały J.K. = JotKa). Jovi jest bardzo podobna do swojego dadinka i ma z nim ogromne flow, ale mam nadzieję, że swoją zakręconą matkę też troszkę kocha na swój sposób, zwłaszcza, że wie, jak bardzo jest kochana. Tęsknię za nią, gdy nie może przyjechać na weekend do domu, a gdy jest, to sobie gadamy, robimy pyszne jedzonko, śpiewamy i tańczymy, a Bazyl goni kota Balbinie i Nikusiowi i jest ok.


        A jeszcze wracając do Gdyni, za którą już tęsknię, to kupiłam tam sobie w małym sklepiku z ceramiką, kolejny cudny kubeczek, bo jak wiecie, mam na ich punkcie hopla. Bardzo długo trzyma ciepło i jest prawie tak ładny, jak nasza bolesławiecka ceramika. Do kubaska zaś, już w domu dokupiłam łyżeczki (mam fazę na złote sztućce) w postaci serduszek za 20 złotych w Pepco. Bardzo mi się podobają!

            Wczoraj zaś, po tygodniu intensywnej i kreatywnej pracy (w czwartek byłam w szkole od 7:30 do 18:30, bo mieliśmy radę), zaczęłam oglądać serial na Netfliksie. I siedziałam do północy i jeszcze dzisiaj do południa, ale obejrzałam wszystkie sześć odcinków!

            Serial oparty na faktach opowiada o bardzo złej kobiecie. Nazywała się Griselda Blanco (1943-2012) i była jedną z najpotężniejszych postaci biznesu narkotykowego lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Bał się jej nawet Pablo Escobar, król narkotykowej mafii. Nie będę zdradzać fabuły, serial jako film podobał mi się - świetna charakteryzacja, muzyka, kostiumy i aktorka wcielająca się w tytułową bohaterkę - Sofia Vergara. Warto obejrzeć ten serial choćby dla niej i jej wspanialej kreacji, chociaż inni aktorzy też stworzyli ciekawe role. Polecam - dobrze jest wiedzieć, jacy ludzie istnieli na tym świecie, mnie zawsze fascynuje ludzka psychika, choć nie wszystkie złe rzeczy potrafię zrozumieć w moim pacyfistycznym mózgu. 

            Wróciłam też do biografii Marilyn autorstwa zdolnej, ślicznej i wrażliwej Marii Hesse, którą kupiłam półtora roku temu na targach książki na gdyńskim Bulwarze, bo ilustracje w tej książce są cudne a tekst konkretny: krótki, zwięzły i na temat, a za mną od kilku dni chodzi napisanie kolejnego wiersza o tej cudnej istocie, ikonie kina. 

        Z głupot i pochłaniaczy cennego czasu: przyjaciółka ze studiów wysłała mi link do strony - aplikacji przerabiającej zdjęcia. I jak już jestem zmęczona totalnie i nie mam siły nawet przesadzać roślin, bawię się swoimi fotkami w tej aplikacji... Oto parę przykładów, tak dla śmiechu. Apka krąży po Facebooku, na który nie zaglądam od jakiegoś czasu, więc zapewne dobrze ją znacie. Te zdjęcia sprawiają, że mam ochotę wrócić do naturalnego koloru włosów...


Te obrazy sprawiają, że mam ochotę zafarbować włosy na ciemny kolor, jednak nie zrobię tego, bo w realu najlepiej czuję się w jasnych kolorach włosów.


Przede mną i przed Wami pewnie także, kolejny pracowity tydzień. U mnie pewnie jeszcze bardziej intensywny od tego, który właśnie mija, bo mamy dzień otwarty, zebrania z rodzicami i kolejną radę, ale... dam radę, na pewno!

        Uściski dla Was - dobrego, spokojnego i ciepłego nowego tygodnia!   Posyłam serdeczności!

środa, stycznia 31, 2024

"Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jest jej urok i piękno” .***

        Witajcie, dzisiaj zapraszam Was do przeczytania mojego nowego wiersza. Pozdrowienia poetyckie ślę do wszystkich Czytelników tego miejsca w Sieci.


wdzięczność

jeżeli jestem za coś naprawdę wdzięczna
to za to że przy mnie trwasz
cierpliwie znosząc nadmiar wrażeń
i buzujących emocjami myśli
wypowiadanych wypisywanych
i wyśpiewywanych przy każdej okazji

patrzysz na mnie z nieustającą czułością
uśmiechasz się przytulasz mnie i mówisz

jesteś taka piękna gdy wymyślasz te wszystkie
dziwne historie kiedy zbyt intensywnie przeżywasz
życie wieszasz się na nim i szarpiesz je
za koniuszki rozczochranych kosmyków

jestem głęboko wdzięczna za to trwanie ponieważ
przy tobie czuję spokój nawet wtedy
gdy moje wkurzone wiersze
niebezpiecznie warczą

o naszym rychłym rozstaniu

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 31 I 24 

 

***cytat w tytule postu Andrzej Sapkowski

*obrazy z internetu 

piątek, stycznia 26, 2024

Moje Miejsce Mocy


Witajcie!

 
Każdy z nas ma chyba takie miejsce, do którego zawsze lubi wracać...

 
Ze wszystkich zakamarków i wielu wspaniałych, godnych uwagi miejsc w Trójmieście, najbardziej kocham Gdynię Orłowo i sławny Orłowski Klif położony między Kępą Redłowską a Orłowem. 

 
            Choćbym nie wiem, jak źle się czuła, czy choćby pogoda była okropna i beznadziejna, zawsze, gdy jestem w Gdyni, odwiedzam to miejsce, ponieważ jest ono moim Miejscem Mocy. Tutaj czuję wiatr we włosach, czuję dobrą energię. Dzisiaj czułam się fatalnie (kobiece sprawy), ale ruszyłam tyłek i dotarłam tam i od razu zrobiło mi się lepiej na duszy, a zaraz potem na ciele również, bo głęboki oddech i szczery uśmiech zrobiły swoje.
 

            Latem spaceruję po Klifie i pod Klifem zwanym inaczej Cyplem Orłowskim. W tej okolicy latem jest cudnie, mnóstwo jerzyków ma schronienie w skałach i lata ich tam tysiące, zimą zaś można spotkać kaczuszki, łabędzie, mewy, kosy, cały rok jest tam także mnóstwo wróbli i sikorek, które uwielbiam.
 
 
            Dzisiaj było chłodno, a nawet zimno i bardzo wilgotno, szaro, buro i ponuro, a ja spacerowałam brzegiem morza, byłam też na molo, bo tam najbardziej wieje, a wiatr to ja po prostu kocham i uwielbiam. Jak byłam mała, stawałam na moście nad rzeką i wyobrażam sobie, że jestem Królową Wiatru, a on smagał moją twarz, unosił sukienkę i targał włosy- to było coś niesamowitego! 


                Orłowo ukochał także Stefan Żeromski, wielki, wybitny polski pisarz, czterokrotnie nominowany do literackiej Nagrody Nobla. Kilka razy byłam w domku, w którym tworzył i spędzał czas nad morzem od maja do września 1920 roku. 

 
Ta ławeczka jest także magiczna - można przysiąść przy wielkim artyście!

 
     Zimą ludzie "ubierają" pomnik wielkiego artysty malarza Antoniego Suchanka, ucznia Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego, który również tutaj mieszkał i kochał to miejsce.
Tutaj znajduje się także sławne Liceum Plastyczne, którego absolwentką była Magdalena Abakanowicz, a pyszną kawę można wypić w kawiarence prowadzonej przez jego uczniów, przyszłych artystów.

 
       Orłowo to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam, a byłam w wielu miejscach na tej cudnej planecie. Tu naprawdę czuje się moc i piękno tego świata. Tutaj często uśmiecham się do siebie, swoich myśli i do morza.

             Zawsze gdy jestem w Orłowie, wysyłam w przestrzeń życzenie, żeby tu wrócić, żeby mieć okazję pochodzić po Klifie, widzieć bezkres wielkiego błękitu...

              Uwielbiam, kocham to miejsce, polecam przyjechać tutaj i poczuć jego wielką moc!

        Niestety, wszystko, co dobre, stosunkowo szybko się kończy. Kończą się także moje ferie nad morzem. Wypoczęłam, zresetowałam się, zdystansowałam, nabrałam sił. Na pewno będę bardzo tęsknić za moją Gdynią, bo tutaj czuję się radosna i wolna, ale trzeba jutro wyruszyć w długą, kilkugodzinną podróż i wracać do domu. A w domu trzeba zrobić czyli zafarbować odrosty (nie mam siwych włosów, więc te ciemne odrosty bardzo się rzucają w oczy) i odświeżyć kolor włosów, bo wyglądam już jak zaniedbana pańcia i w poniedziałek trzeba będzie wróćić do pracy...

           Jeszcze spojrzenie na cudne morze, wsłuchanie się w mowę fal... I teraz będę już tęsknie czekać na wiosnę, potem na lato i wakacje...

A wszystkim, którzy będą mieć ferie dopiero teraz - życzę cudownie i kreatywnie spędzonego czasu!

A selfie to naprawdę nigdy nie nauczę się robić, stąd kiepska jakość fotek. 🥲