Translate

24 października 2026

Zbliża się listopadowa nostalgia

Hello!


Witajcie drodzy Czytelnicy, 

dzisiaj udostępniam Wam mój - napisany rok temu - wiersz o nadchodzącym listopadzie, miesiącu, którego od dzieciństwa nie lubię i od lat wiem, że skoro zostałam w listopadzie poczęta, to będzie to miesiąc w którym odejdę z tego świata. I już - tak będzie.

*

 Odejście

Listopad przyjdzie,
obejmie mnie jak czuły
morderca, uśpi...

jik, haiku o śmierci 

* 

W tym roku jednak jakoś dziwnie dla mnie samej - czekam na listopad, jak na wybawienie. Zapewne dlatego, że jestem w sanatorium, a już naprawdę bardziej, niż bardzo, chciałabym być w domu. Chyba po prostu nie mieszczę się w schematach, w spożywaniu posiłków o wyznaczonych godzinach, w miejscach, gdzie ludzi jest za dużo, jak na moją wrażliwość i w interakcjach z ludźmi, z którymi nie mam nawet najmniejszej ochoty się integrować lub po prostu nie rozonuję energetycznie. Turnus trwa do 31 października, ale mam wielką nadzieję, że uda mi się stąd wyjechać dzień wcześniej i szczęśliwie dotrzeć do mojego cieplutkiego domku, w którym będę się cieszyć bliskimi,  zwierzaczkami oraz własnym, wygodnym łóżkiem z kolorową, pachnącą pościelą, ponieważ tutaj notorycznie chodzę niewyspana z różnych powodów, o których nawet nie chce mi się pisać. Brakuje mi też zapachu mojej kuchni, jedzenia, które przygotowuję z miłością, bez obcych, dla mnie dziwnych, woni. A już przede wszystkim i nade wszystko, brakuje mi wolności i swobody. Serio, może komuś wyda się to dziwne, ale gdyby tu był  spacerniak, czułabym się jak w więzieniu. Może byłoby trochę inaczej, gdybym miała mały pokój tylko dla siebie i sama siedziała przy stoliku podczas posiłków i nie musiałabym wysłuchiwać tych wszystkich zachwytów nad talerzykiem pełnym "mięska". Wierzcie mi lub nie, ale robię tak dobre posiłki, że te tutaj wydają mi się banalne, no, ale chyba na tym polega tzw. żywienie zbiorowe. W piątki dostaję rybę na obiad i nic nie dała rozmowa z p. dietetyk, że nie jadam niczego, co ma oczy, gdyż wg niej ryba jest wege. Nie wiem, może jestem durna - ale przynajmniej wierna sobie i swoim zasadom. I już mnie to w sumie nie obchodzi, co tu robię, bo odbębnię swoje - wyjadę, zapomnę - never again!

Aha, dzisiaj i generalnie co piątek, jest tu potupaja tudzież jakieś tańce do muzy rodem z disco polo - "dziś Bayer Full, dla uszu ból", a ja - chciał/nie chciał, muszę tego słuchać siedząc w pokoju. Jest to smutne, ponieważ jest to rocznica śmierci mojego taty, którą wolałabym spędzić w zadumie i spokoju, samą ze sobą i własnymi myślami. 

 

Liczę więc na to, że tegoroczny listopad będzie inny, łagodniejszy i lepszy, niż poprzednie, z tego prostego względu, że będę już w domu i w pracy, którą bardzo lubię i której mi po prostu brakuje. Brakuje mi również moich koleżanek i kolegów, bo im lepiej poznaję innych ludzi, tym mocniej doceniam moich współpracowników - są po prostu wspaniali. Za moimi klasowymi chłopcami też już po prostu tęsknię. I wiem jedno na pewno: nigdy więcej z własnej, nieprzymuszonej woli, nie pojadę do żadnego sanatorium. Nikt mnie na to nie namówi i żaden lekarz nie zmusi mnie, żebym przez 21 dni integrowała się że swoimi demonami. Koniec, kropka. Ktoś powie, że jestem niewdzięczna, że nie wyciągam z życia tego, co dobre, ale wierzcie mi, odkąd tu jestem mam nieodparte wrażenie, że cały czas jakiś Saturn lub Pluton, rzucają mi kłody pod nogi.

OK, dosyć tego!  Pora na wiersz!

To nie tak Panie Poeto

"Poezja to przemiana krwi w atrament". - T.S. Eliot

Jest poza porami roku,
poza miesiącami, ponad czasem.
Osobny, inny, trudny, jakby nie z tego świata.
Stoi z boku i przygląda się obojętnie
wszystkiemu, co się wydarza.

Sprawia wrażenie autystycznego,
nie znosi hałasu, ucisza zwierzęta,
ptaki, szepty i szelesty natury.
Kocha ciemność, wilgoć, mgły i
gęsty mrok, który nosi w sobie.
Serwuje dni podobne do nocy
narodzin diabła i noce szpilek
wbijanych w moje niespokojne,
dziwne, czasem metafizyczne sny.

Narcystyczny, zaburzony, zimny socjopata
z cechami makiawelistycznego psychofaga,
zmienia krew w lepką, kleistą substancję,
rozkoszuje się umieraniem wszystkiego,
co piękne, delektuje się odorem
gnijących, zapleśniałych liści.

Mam z nim osobliwą więź traumatyczną:
karze mnie milczeniem, gdy potrzebuję
wielu dobrych, czułych słów,
bombarduje toksyczną, udawaną miłością,
kiedy chcę być sama ze sobą,
gasi moje wewnętrzne światło, mój jasny uśmiech
i zawsze odchodzi bez słowa w momencie,
w którym zaczynam go nie tyle lubić,
co akceptować, a potem wraca - wciąż
i wciąż mnie zasysa, hooveringuje*,
chociaż nie chcę go więcej widzieć.

Wyzwala we mnie najgorsze emocje,
zawsze gdy obiecuję sobie, że będę silna
i nigdy więcej mu na to nie pozwolę.

Wciąga w swoje nieuczciwe gierki,
a ja nie dostrzegam flag czerwonych
jak jesienne liście, które obficie ściele
pod moje stopy, zamiast perskich
albo lepiej: hollywoodzkich dywanów.

Rani mnie, obraża moje ateistyczne
uczucia i projektując na mnie swoje wady,
robi z siebie ofiarę, chociaż doskonale wie,
że to ja umrę w jego nieczułych objęciach
z zespołem stresu pourazowego,
jak po związku z demonicznym,
pozbawionym skrupułów
antyczłowiekiem.

Doprawdy niezły z niego popapraniec.

I to nie kwiecień jest okrutny
drogi Panie Eliot, to listopad
rok w rok przelatuje przeze mnie
z siłą huraganu, oczarowuje,
manipuluje i zostawia samą
z jałowym krajobrazem po wierszach,
czekającą na wiosnę
jak na wybawienie, jak na wyjście
z ciemnego kina, w którym grają
posępny, kiepski thriller
z mnóstwem tanich, ogranych,
banalnych efektów specjalnych typu:

zabił ją - odżyła
i pobiegła w stronę słońca.


*hoovering - technika manipulacji psychologicznej polegająca na ponownym wciąganiu (odkurzaniu) byłego partnera do gry, stosowana głównie przez osoby o narcystycznym stylu funkcjonowania. Narcyzi potrafią odezwać się po wielu latach, jakby nic się nigdy nie stało.

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 25 X 25

Cytat w wierszu: T.S. Eliot, właśc. Thomas Stearns Eliot – amerykańsko-brytyjski poeta, przedstawiciel modernizmu, dramaturg i eseista, który od 1914 mieszkał i pracował w Anglii; laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, autor rewelacyjnego, często cytowanego poematu "Ziemia jałowa" (1922), do którego odnosiło się wielu poetów m.in. Czesław Miłosz, który też przełożył dzieło Eliota na polski i Tadeusz Różewicz. W poemacie tym, napisanym po apokalipsie I wojny światowej, poeta opisał kwiecień jako okrutny miesiąc, który - chociaż jest miesiącem odradzającej się przyrody - przypomina o niespełnieniu, utraconych marzeniach i depresji. 


Podobno Eliot zwykł mawiać też bardziej dobitnie, mianowicie, że kwiecień to skur****n (mother f***er). Poniżej fragment poematu, jego początek:

*

 "Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
pamięć i pożądanie, podnieca
gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz".


(Oryginalnie: "April is the cruellest month, breeding / Lilacs out of the dead land, mixing / Memory and desire, stirring / Dull roots with spring rain".)

* 

W moim odczuciu listopad to największy narcyz wśród miesięcy, chociaż narcyzy, prześliczne kwiaty, w Polsce kwitną głównie właśnie w opisywanym przez Eliota kwietniu. A ja kwiecień bardzo lubię, ponieważ jest zapowiedzią wiosny i lata - moich ukochanych pór roku.

Pozdrawiam Was ciepło i serdecznie, życzę dobrego, słonecznego weekendu i spokojnego nowego tygodnia. W poniedziałek, 26 października, mamy pełnię Księżyca w Byku, a potem pewnie dopadnie nas jesienna zaduma z przyczyn wiadomych: zmiana czasu, ciemne, krótkie dni, dużo mgły, deszczu i innych zjawisk atmosferycznych. Mimo wszystko jednak, bawcie się dobrze! Dobrego! Poniżej kiepskie selfie - chyba nigdy już się nie nauczę robić samej sobie fotek. Wyglądam, jak wyglądam, ostecznie od 1 lipca prawie nie przestaję płakać, a miejsce, gdzie niby miałam odpocząc, okazało się nietrafione i tyle.


PS

Tutejsza bazylika jest naprawdę piękna, a mnie zawsze wzruszają figurki Marii Dziewicy w niebieskich szatach, uwielbiam je! Z tą ze zdjęcia poniżej sobie porozmawiałam! 

PS 2

Napiszcie mi, proszę, czy lubicie listopad, czy go nie lubie, czy może jest Wam obojętny? Mój stosunek do tego miesiąca jest nieco paradoksalny, bo - chociaż go nie lubię - to właśnie o listopadzie napisałam najwięcej wierszy.