Translate

niedziela, lutego 11, 2024

UWAGA KSIĄŻKA, czyli z kobiecością na ty

             Witajcie, właśnie przeczytałam książkę i chcę się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na jej temat. Jeśli macie ochotę, wejdźcie ze mną w świat niesamowitej kobiecości.

        Złe Kobiety (Malas Mujeres), Maria Hesse, z hiszpańskiego przełożyła Katarzyna Sosnowska, Wydawnictwo Debit, Młody Book, Katowice 2023 - to już piąta pozycja w dorobku artystycznym hiszpańskiej ilustratorki, pisarki Marii Hesse, trzecia po biografiach Fridy Kahlo i Marilyn Monroe książka tej autorki, jaką przeczytałam, chociaż w moim odczuciu jej książki są kierowane bardziej do młodzieży, niż do starszego, wyrobionego czytelnika, konesera dobrej, wnikliwej literatury.

            Maria Hesse urodziła się w 1982 roku w i od dziecka rysowała. Ukończyła pedagogikę specjalną i zaczęła profesjonalną karierę ilustratorki książek. Współpracowała z wieloma wydawnictwami, czasopismami i markami komercyjnymi, wystawiając swoje dzieła w wielu miejscach. Jej pierwszy ilustrowanym tom - album pt. Frida Kahlo. Biografia, stał się światowym fenomenem, przetłumaczonym na piętnaście języków i nagrodzonym przez Narodową Fundację Książki Dziecięcej i Młodzieżowej w Brazylii. W 2021 roku Hesse została nagrodzona Cosmopolitan Influencer Award w kategorii Sztuka.

            Złe Kobiety to pozycja przedstawiająca szeroki obraz postrzegania kobiet i kobiecości od mitów i legend, od starożytności i średniowiecza (filozofowie i ojcowie kościoła) i przez kolejne epoki aż po dzień dzisiejszy: pop kulturę, sztukę, literaturę, piosenkę, film. 

Od pradawnych, starożytnych bogiń, biblijnych postaci kobiecych, czasem okrutnych baśni, legend i mitów przez zgilotynowaną Olympe de Gouges walczącą o prawa kobiet, po współczesne bohaterki seksualnych skandali, powieści, komiksów, filmów i seriali.

            Nie chcę się wgłębiać w treść, ponieważ, jak to u tej Autorki, wszystko napisane jest bardzo przystępnym, prostym językiem, mało wysmakowanym można by rzec. Wszystko też jest wymiksowane, miszmaszowe i nieco chaotyczne, zawiera też wątki biograficzne Autorki wtrącane gdzie się da (czyli nie ma jednego rozdziału pt. Moje życie i doświadczenia, ale w poszczególnych rozdziałach Hesse pisze o sobie, gdy jej biografia pasuje do kontekstu). 

Moim zdaniem, Autorka nie uniknęła też błędów (postać Lilith) i spłyceń podejmowanych tematów, jednak jest to pozycja warta przeczytania, zwłaszcza, że przeczytać ją można w jeden wieczór.Temat jest ważny dla nas, kobiet ale też dla naszych mężczyzn i im więcej i im częściej się o tym mówi, tym lepiej!

 Mnie w książkach Hesse zachwycają i urzekają przede wszystkim i nade wszystko ilustracje, a tutaj, w tej książce jest dużo maków, więc zakochałam się w nich od pierwszego, pobieżnego przejrzenia tej pozycji. Uwielbiam posty (zdjęcia i filmy) Marii Hesse na Instagramie, w których pokazuje jak powstają jej piękne ilustracje, jak - krok po kroku je tworzy i maluje - cudo!

        Moja ocena książki 5/10 - przede wszystkim za cudne ilustracje i wspieranie kobiet. W ogóle książka Hesse jest przepięknie wydana, ma twardą oprawę i wyraźną czcionkę, dobre światło między wierszami. 

Myślę, ze jest to jedna z takich książek, którą jedni czytelnicy będą zachwyceni i powaleni na kolana, a inni powiedzą, że to spłycony gniot, jednak mało kto pozostanie obojętny. Mam też nadzieję, że będą ją czytać również panowie.

        Na koniec cytat z książki, który wydaje mi się na tyle ważny, że warto go było przepisać i puścić w świat, żeby dać Wam obraz całości dzieła Marii Hesse:

            "Nasze dzieło nadal nosi ciążące mu określenie "kobiece", ponieważ przez wieki, od czasu pierwszych mitów, to narracja mężczyzn była uniwersalna - ta męska wizja, która mówiła nam, jakie powinnyśmy być.

        Z drugiej strony, nic dziwnego, że gdy otwierałyśmy książkę lub oglądałyśmy film, bardziej utożsamiałyśmy się z bohaterem, nawet jeśli był mężczyzną, niż z tą drugoplanową kobietą, która go wspierała w wysiłkach. Czegoś nam jednak brakowało - ten facet mierzył się przecież ze światem w sposób tak odmienny od tego, który na co dzień same smakowałyśmy. Nie natykał się na te same przeszkody, nie wymagano od niego tego, czego wymaga się od nas, i oczywiście na więcej mu pozwalano.

        Ale jakiś czas temu otworzyła się szczelina, przez którą wciska się światło innej narracji, takiej, która utwierdza nas w przekonaniu, że nie musimy być takie jak oni, nie musimy być takie, jakimi oni nas przedstawiali. Że nie ma jednego sposobu na "bycie kobietą" i z pewnym wysiłkiem, o ile tylko się zbuntujemy, poszerzymy tę szczelinę, zamażemy ten obraz, który stał się naszą karykaturą. Obraz "złych kobiet" zaludniający mity, przybierających postać gorgon, mściwych bogiń i problematycznych Helen. Obraz charakterystyczny dla religii katolickiej, na którym Ewa jest winna wszystkiemu, a my mamy być czyste i dziewicze, posłuszne, niesplamione - albo okażemy się satanistycznymi czarownicami.

         Zmieniamy oblicze tych opowieści o biernych księżniczkach i okrutnych macochach, złych matkach i kobietach fatalnych, zamkniętych na strychu wariatkach i ich idealnych następczyniach.

        Pozwalamy, żeby rzeczywistość kobiecego świata nas ogarnęła. Jest ona znacznie obszerniejsza niż to, do czego chciano nas zredukować. 

        Żądamy różnorodnych bohaterów, chcemy, by nas wysłuchano i pozwolono tworzyć własne historie, nasze życie, żebyśmy mogły uczestniczyć na równych zasadach w świecie, w którym żyjemy. A jeśli te historie łamią stereotypy, jeśli powodują dyskomfort, niech tak będzie, bo nie mamy zamiaru dać się zamknąć w wieży - nadeszła pora słuchania, mówienia i zajmowania przestrzeni, z których nas wyrzucono".

            PS Jak widać na załączonym poniżej obrazku, mojej kici, Balbinie, która jest nie tylko kocią kobietą, ale wręcz damulką i hrabianką, też spodobała się ta książka!

sobota, lutego 10, 2024

UWAGA SPOILER, czyli niezwykle osobliwe trio

             Witajcie!

            Zapraszam Was dzisiaj do przeczytania kilku słów o filmie, który wreszcie wczoraj udało mi się obejrzeć. Filmie, na który czekałam i który - mówię to już teraz - jest naprawdę godny polecenia i obejrzenia.

            Przesilenie zimowe (The Holdovers), reż. Alexander Payne, USA 2023 - na ten moment film zdobył już dwa Złote Globy, ma 27 zdobytych innych nagród filmowych oraz ważnych pięć nominacji do Oscarów i siedem nominacji do brytyjskiego Oscara - Nagrody BAFTA. Zobaczymy, jakie zdobędzie nagrody, czy Paul Giamatti wreszcie dostanie Oscara (chociaż konkurencja jest w tym roku ogromna), a tymczasem chcę powiedzieć co czułam oglądając to dzieło. Moim zdaniem jest to jeden z trzech najlepszych filmów - obok oscarowych "Bezdroży" i "Spadkobierców"- Alexandra Payne'a - reżysera - gawędziarza, często opowiadającego proste historie.

            Otóż przez cały seans czułam się świetnie, czułam, że wreszcie oglądam dzieło w starym, klasycznym, dobrym stylu, że scenarzysta ma ogromny szacunek do widza i nie kpi z jego inteligencji, reżyser pięknie prowadzi świetnie przygotowanych do swoich ról aktorów, spece od scenografii i kostiumów też stanęli na wysokości zadania, muzyka jest piękna a montaż w tym obrazie to bajka z najwyższej półki (ostatnio pisałam o poszatkowanym montażu "Akademii Pana Kleksa" - tutaj jest prima sort). 

        Film opowiada historię dwóch tygodni z życia pewnego zgorzkniałego belfra elitarnej szkoły dla chłopców, który zostaje wkręcony w opiekę nad uczniami z różnych względów zmuszonymi do zostania w kampusie podczas dwutygodniowych ferii świątecznych. Jest rok 1970 i trwa wojna w Wietnamie, ale szkoła ma swoją własną rzeczywistość. Uczniowie pochodzą z bardzo bogatych i wpływowych rodzin, wielu z nich idzie później na elitarne studia, zostaje politykami, zajmuje ważne stanowiska w firmach, co często wypomina im ich nauczyciel. 

            Belfer jest samotny, zafiksowany na swoją pracę, siedzi w "Rozmyślaniach" Marka Aureliusza i medytuje je oraz narzuca ich lekturę otoczeniu, gnębi uczniów historią starożytną i rzucanymi jak z rękawa łacińskimi sentencjami. Kolega, którego kolej wypada w tym roku do opieki, wykręca się chorobą mamusi i tak oto Paul zostaje w nieogrzanej szkole z grupą pięciu osamotnionych dzieciaków i kucharką i na początku zachowuje się tak, jakby nie było żadnych ferii: nadal gnębi dzieciaki wykładami, nauką własną, sprzątaniem biblioteki i ćwiczeniami na mrozie (choć sam unika ćwiczeń i dbania o ciało) - po prostu nie wychodzi z roli wrednego, upierdliwego, nudnego i nielubianego nauczyciela zafiksowanego na swój - we własnym mniemaniu - najważniejszy przedmiot nauczania.

            Sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy czwórka uczniów tuż przed świętami, zostaje jednak zabrana do domów, a w szkole zostaje jeden zbuntowany chłopak, który wcześniej był wyrzucany z innych placówek, który jest niepokorny, bezczelnie dyskutuje z Paulem i trochę mu się stawia. Uczeń nazywa się Angus Tully, jego matka w lipcu wyszła drugi raz za mąż i właśnie pojechała w podróż poślubną. Zawiedziony i rozżalony chłopak zostaje więc z Paulem, kucharką (i sporadycznie także z woźnym) na święta, co wcale mu się nie podoba, bo komu by się podobała taka sytuacja?

        I w tym momencie skończę spoilerować. Opowiem tylko zwięzłą, krótką historię postaci. Bo tak naprawdę jest to przełomowy moment całego filmu, opowiadana od tej chwili historia - choć wydaje się czy raczej staje bardziej stateczna - tak naprawdę rozkręca się, głównie za sprawą rewelacyjnej gry aktorów, którzy tworzą naprawdę udane, osobliwe trio aktorskiego majstersztyku. Trio samotnych ludzi, których życie zatrzymuje się po to, aby się oczyścić, odmienić, zresetować.

            W roli Paula - nauczyciela wystąpił świetny charakterystyczny aktor, którego karierę śledzę od lat, bo jak wiecie mam oko do takich aktorskich zwierzaków, a Giamatti niewątpliwie do nich należy. Facet jest naprawdę mało wyględny, ale jak pojawia się na ekranie, to nawet w epizodach daje z siebie wszystko i zawsze ma się jego role w pamięci. Ten urodzony w 1967 roku artysta, zagrał już u Payne'a w oscarowych "Bezdrożach" (2004), stworzył wiele ciekawych kreacji m.in. w "Iluzjoniście" (2006), "Idach Marcowych" (2011) czy "Życiu prywatnym" (2018), tutaj jednak daje popis gry na najwyższym poziomie. Jest tak zaniedbany, brzydki, że aż piękny, żongluje emocjami, ale nie przesadza, jest prawdziwy i szczery i świetnie ukazuje przemianę z bezwzględnego, bezdusznego gościa w średnim wieku, w empatycznego, wyczulonego na potrzeby dzieciaka, w którym widzi wielki potencjał, doświadczonego, mądrego nauczyciela (jak również bardzo doświadczonego przez niełatwe, samotne życie człowieka), który finalnie postępuje zgodnie ze stoickimi "Rozmyślaniami" swojego starożytnego idola. Genialna rola!

            Nie wiem, czy Giamatti zdobędzie Oscara (na którego niewątpliwie zasługuje), czy dostanie go Cillian Murphy za równie wielką rolę w "Oppenheimerze", ale niewątpliwie ta rola umocni jego pozycję jako niezwykle utalentowanego aktora. Bo Giamatti jest takim właśnie aktorem (przywołuje mi czasem na myśl swojego rówieśnika, niestety, nieżyjącego już Philipa Seymoura Hoffmana, który miał podobne warunki i równie wielki talent): empatycznym, charakterystycznym, intuicyjnym i świetnym po prostu.


        Kolejną dobrą rolę w tym filmie wykreowała Da'Vine Joy Randolph, urodzona w 1986 roku aktorka amerykańska, mająca już swoim koncie kilka nagród aktorskich i nominowana za swoją rolę do Oscara. 

        Randolph gra tutaj kobietę o imieniu Mary - szkolną kucharkę, siostrę ciężarnej kobiety, zamkniętą w sobie samotną kobietę i matkę, która przeżyła wielką traumę, tracąc jedynego syna - absolwenta szkoły, w której pracuje, na wojnie w Wietnamie. Gra subtelnie, z klasą i wyczuciem chwili. Jest prawdziwa, współczujemy jej, utożsamiamy się z jej bólem. I mimo tego bólu, to ona robi tu za "dobrego ducha świąt".  Jest też w moim odczuciu niezwykle piękna i bardzo kobieca.

           Gdyby miała powstać nowa wersja klasycznego "Przeminęło z Wiatrem" - widzę ją w roli energicznej niani Scarlett - Mammy. A w "Przesileniu zimowym" stworzyła naprawdę dobrą kreację i nie ustępowała aktorsko Giamattiemu w wielu scenach pokazując niezły, aktorski pazur i temperament.

        Największym odkryciem filmu okazał się charyzmatyczny debiutant, urodzony w 2002 roku amerykański aktor, Dominic Sessa,  luareat nagrody Critics' Choice za kreację stworzoną w filmie Payne'a. Niesamowity debiut, niesamowity chłopak, choć może ciut za stary na rolę, którą odgrywa, ale my jako widzowie naprawdę mu wierzymy. Po prostu świetna, oscarowa rola na dzień dobry mimo, że nominacji nie dostał.  Scena z ojcem, którego odwiedza Angus, kreowany przez Sessę bohater, po prostu wbiła mnie w fotel (i skojarzyła się mimowolnie z klasycznym "Lotem nad Kukułczym Gniazdem" Formana). Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję niejeden raz zobaczyć go na ekranie i że będą to równie świetne role.

            Film oceniam na 8/10 - warto go zobaczyć w kinie, choć zapewne przed świętami lub nawet wcześniej, zagości na jakiejś filmowej platformie. Kino ma jednak swoją moc, a to jeden z tych filmów, które nie tylko nawiązują do starego stylu, ale są zrobione w jego konwencji, co nadaje temu filmowi klimat starych, dobrych dzieł, sprawia, że przenosimy się w czasy odległe, ale piękne, bo jak mówi Paul - profesor: "Historii uczy się po to, aby zrozumieć dzisiejszą rzeczywistość" i ten film można obejrzeć również po to, aby zobaczyć w nim siebie i ludzi, którzy nas otaczają, mają swoje historie, są, jacy są - właśnie przez te przeżyte kiedyś zdarzenia, w zwłaszcza przez dzieciństwo mające na nas ogromny wpływ.

            Dobre, naprawdę ciekawe i przykuwające uwagę role w tym filmie stworzyli również: Carrie Preston w roli sekretarki szkoły w przerwie świątecznej dorabiającej jako kelnerka i Naheem Garcia jako sympatyczny woźny.

             W tym filmie jest wszystko: świetny scenariusz, dobrze przedstawione postaci, ich profil psychologiczny, historie i przemiana, jaka w nich zachodzi pod wpływem wydarzeń. Są też odczarowane tudzież magiczne w nieco inny sposób, oryginalne święta. To bardzo ciepły obraz opowiadający dość gorzką historię, który skłania do refleksji, zadumy i uśmiechu, wzrusza, inspiruje. Jest tu coś osobliwie oryginalnego i bardzo ludzkiego, coś, co sprawia, że nie chce się nam wychodzić z kina mimo, że film trwa ponad dwie godziny i jest dość przewidywalny, ale cudnie zagrany. 

        Dla mnie jest to jeden z lepszych filmów z belframi w roli wiodącej (obok kultowego "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", "Buntownika z wyboru", "Dzieci Gorszego Boga", "Uśmiechu Mona Lisy" i paru innych) i pięknie opowiedziana historia samotności w tłumie oraz stopniowego otwierania się na potrzeby drugiego człowieka, oswajania zarówno ich, jak i własnych demonów. Naprawdę szczerze Wam go polecam!


Do miłego, następnego postu, wszelkiego dobra dla wszystkich, którzy do mnie zaglądają! Wybaczcie, że mało mnie teraz w internecie, ale naprawdę mam dużo pracy i mało czasu. Uściski! JoAnna.

sobota, lutego 03, 2024

Tydzień Świra

            Tydzień temu, jeszcze w sobotę, bo parę chwil przed północą, wróciłam z ferii zimowych w Gdyni do domu. Podróż do domu, mimo naprawdę sympatycznych współpasażerów bardzo mi się dłużyła, a Niko był niespokojny i dopiero we Wrocławiu, gdy chwilę pospacerowaliśmy przed kolejnym pociągiem, troszkę się uspokoił i dalej jakoś poszło.

            Przyjechałam, prawie całą niedzielę przespałam, bo z powodu zmiany klimatu strasznie zaczęła boleć mnie głowa, a w poniedziałek zaczął się kołowrotek. Czułam się jak jakiś świr, jak Adaś Miauczyński, bohater większości filmów Marka Koterskiego, a w szczególności "Dnia Świra", bo w tej wersji Adaś grany przez Marka Kondrata jest nauczycielem - polonistą, który przeżywa kryzys wielu średniego i wszystko go denerwuje - chodzi nabuzowany i nakręcony jak bomba zegarowa, która za chwilę wybuchnie. 

                Mnie denerwuje niewiele rzeczy, ale czuję się jak bohater tego filmu, bo wpadłam w wir pracy i znowu mam mało czasu dla siebie, swoich wierszy, książek, filmów, piosenek, malowania, języków obcych i innych pasji.

            Podczas mojego pobytu w ukochanej Gdyni, dotarło do mnie świadectwo ukończenia studiów podyplomowych. W grudniu, przed świętami, obroniłam pracę dyplomową i zdałam egzamin dyplomowy. Były to studia ministerialne. I kosmicznie cieszę się, że je skończyłam, ponieważ bez wolnego piątkowego popołudnia, wolnych sobót i niedziel, czułam się naprawdę zmęczona i przytłoczona obowiązkami. Ale chciałam, to mam - kolejny dyplom do kolekcji - to oczywiście żart. Ja naprawdę lubię się uczyć i doskonalić dzięki temu swoją codzienną pracę z uczniem. Bo ja tę swoją pracę naprawdę lubię, ale powrót zaliczyłam trudny, gdyż troszkę się rozbestwiłam na feriach, długo spałam, robiłam co chciałam, a tu trzeba się było zabrać do intensywnej pracy. 

            Zazdrościłam troszkę moim kochanym zwierzakom, że mogą się bezustannie relaksować i spać tyle, ile chcą... Bo mnie w tym tygodniu najbardziej wykończyło wstawanie o 5:30. Do pracy mam bardzo blisko, ale psiaczek wymaga porannego spaceru, a ja chwili dla siebie i wypicia ciepłej wody z cytryną oraz wyprasowania ubrań i makijażu.


                Kupiłam też sobie nową roślinkę, ale dziecko Jowita Sylwia, która ma do roślin świetną rękę, mówi, że jest ona bardzo wymagająca i chyba nie przetrwa ze mną i z moim roztargnieniem... Mam jednak nadzieję, że jak poczytam w necie, jak ją pielęgnować, to uda mi się utrzymać ten cudny kwiat w dobrej kondycji.

            Druga roślinka, którą kupiłam, jest wg mojej córeczki dużo mniej wymagająca i być może ze mną przetrwa. Wszystkie kwiaty z mojego pokoju przesadziłam do nowych, białych tym razem, doniczek z Pepco (uwielbiam ten sklep). W mojej klasie, z chłopakami, również przesadziliśmy kwiatki do czerwonych doniczek, które przyniosłam z domu, ponieważ już czują wiosnę i wypuszczają nowe pędy, zwłaszcza skrzydłokwiaty i difenbachia.

        Mój czarny zamiokulkas to chyba jedyna roślina, która ze mną wytrzymuje już dość długo, bo on nie lubi dużo wody i jakoś udaje mu się przeżyć, więc zmieniłam mu doniczkę, może go to nie zabije? W takiej samej doniczce wylądowało moje szalone anthurium, może da radę i przetrwa ten stresik? Musiałam je przenieść w inne miejsce, bo na oknie miało za jasno i liście zaczęły brązowieć. Grudniówka zaś intensywnie, mocno kwitła już od października do teraz i też dostała większą doniczkę, może da radę? 



      Skrzydłokwiat dostał inną doniczkę, bo to chodliwy teraz towar, zwłaszcza w niedrogim Pepco i nie mogłam skompletować, ale pasuje kolorystycznie, więc jest dobrze. Będę przemalowywać połowę ścian z koloru karminowego na pudrowy róż, reszta będzie biała z tęczowym brokatem, więc jasne doniczki pasują. 

     
      Hedera czyli bluszcz zaczyna się plątać a ja wielbię wszystkie bluszczyki za ich żywotność i skromne piękno.
 

                No i pewnie zostanę zabita, zamordowana, zagadana, zbesztana, zgnieciona - ale moja córka i jej (kiedyś mój, wzięty do adopcji z Bolesławieckich Kotów) kocurek Bazyl, mają o wiele lepszą rękę do kwiatów i dużo większą dżunglę kwiatową, niż ja... Oto moje najukochańsze stworzenie - Jowita Sylwia zwana ... Jotką (bo ma inicjały J.K. = JotKa). Jovi jest bardzo podobna do swojego dadinka i ma z nim ogromne flow, ale mam nadzieję, że swoją zakręconą matkę też troszkę kocha na swój sposób, zwłaszcza, że wie, jak bardzo jest kochana. Tęsknię za nią, gdy nie może przyjechać na weekend do domu, a gdy jest, to sobie gadamy, robimy pyszne jedzonko, śpiewamy i tańczymy, a Bazyl goni kota Balbinie i Nikusiowi i jest ok.


        A jeszcze wracając do Gdyni, za którą już tęsknię, to kupiłam tam sobie w małym sklepiku z ceramiką, kolejny cudny kubeczek, bo jak wiecie, mam na ich punkcie hopla. Bardzo długo trzyma ciepło i jest prawie tak ładny, jak nasza bolesławiecka ceramika. Do kubaska zaś, już w domu dokupiłam łyżeczki (mam fazę na złote sztućce) w postaci serduszek za 20 złotych w Pepco. Bardzo mi się podobają!

            Wczoraj zaś, po tygodniu intensywnej i kreatywnej pracy (w czwartek byłam w szkole od 7:30 do 18:30, bo mieliśmy radę), zaczęłam oglądać serial na Netfliksie. I siedziałam do północy i jeszcze dzisiaj do południa, ale obejrzałam wszystkie sześć odcinków!

            Serial oparty na faktach opowiada o bardzo złej kobiecie. Nazywała się Griselda Blanco (1943-2012) i była jedną z najpotężniejszych postaci biznesu narkotykowego lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Bał się jej nawet Pablo Escobar, król narkotykowej mafii. Nie będę zdradzać fabuły, serial jako film podobał mi się - świetna charakteryzacja, muzyka, kostiumy i aktorka wcielająca się w tytułową bohaterkę - Sofia Vergara. Warto obejrzeć ten serial choćby dla niej i jej wspanialej kreacji, chociaż inni aktorzy też stworzyli ciekawe role. Polecam - dobrze jest wiedzieć, jacy ludzie istnieli na tym świecie, mnie zawsze fascynuje ludzka psychika, choć nie wszystkie złe rzeczy potrafię zrozumieć w moim pacyfistycznym mózgu. 

            Wróciłam też do biografii Marilyn autorstwa zdolnej, ślicznej i wrażliwej Marii Hesse, którą kupiłam półtora roku temu na targach książki na gdyńskim Bulwarze, bo ilustracje w tej książce są cudne a tekst konkretny: krótki, zwięzły i na temat, a za mną od kilku dni chodzi napisanie kolejnego wiersza o tej cudnej istocie, ikonie kina. 

        Z głupot i pochłaniaczy cennego czasu: przyjaciółka ze studiów wysłała mi link do strony - aplikacji przerabiającej zdjęcia. I jak już jestem zmęczona totalnie i nie mam siły nawet przesadzać roślin, bawię się swoimi fotkami w tej aplikacji... Oto parę przykładów, tak dla śmiechu. Apka krąży po Facebooku, na który nie zaglądam od jakiegoś czasu, więc zapewne dobrze ją znacie. Te zdjęcia sprawiają, że mam ochotę wrócić do naturalnego koloru włosów...


Te obrazy sprawiają, że mam ochotę zafarbować włosy na ciemny kolor, jednak nie zrobię tego, bo w realu najlepiej czuję się w jasnych kolorach włosów.


Przede mną i przed Wami pewnie także, kolejny pracowity tydzień. U mnie pewnie jeszcze bardziej intensywny od tego, który właśnie mija, bo mamy dzień otwarty, zebrania z rodzicami i kolejną radę, ale... dam radę, na pewno!

        Uściski dla Was - dobrego, spokojnego i ciepłego nowego tygodnia!   Posyłam serdeczności!