To mój pierwszy, nieco spóźniony z braku czasu, grudniowy post! Dziękuję, że jesteście, zaglądacie i komentujecie! Na początek mój stary, ale niestety, wciąż bardzo aktualny wiersz...
*
Jej Wysokość Szwaczka
Zmęczona wstaje w środku nocy, gdy dzieci śnią o bananowych
wyspach, a bezrobotny konkubin przewraca się na drugą stronę
erotycznych fantazji o haremie chętnych, roznegliżowanych księżniczek.
Robi stos kanapek z pasztetową: dla dzieci, dla gacha, dla siebie.
Wychodzi z zimnego mieszkania na chłód obojętnego świata.
Oszczędza, nie jeździ autobusem do pracy, choć kręgosłup stęka,
a nogi puchną. Zasłuchana w szum maszyn, marzy o nowej
czerwonej, zwiewnej sukience z wystawy H&M, takiej z cienkiej
tkaniny, co gładzi spracowane ciało, spragnione delikatności
i sponiewierane przez faceta, który uważa je za swoją własność.
Fantazjuje o urlopie w egzotycznych krajach, które zna tylko z reklam
biura podróży. Dobija ją spłacanie kredytu za pralkę, wysokich rat
za tanie meble i rowery dla dzieci, harówka w fabryce i w domu.
Tak trudno jej panować nad tym wszystkim: planować,
cerować i łatać dziury w codzienności podszytej ubóstwem.
Ale nie narzeka. Nawet wtedy, gdy sfrustrowany konkubent pieczętuje
jej poszarzałą twarz w szale zbyt agresywnych uniesień.
Dumna królowa wynajętego kąta, dla której purpurowa
kiecka z niedrogiej sieciówki, to zbyteczny luksus.
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 28 IV 16
*
Ponieważ wciąż trwamiędzynarodowa kampania przeciwko przemocy wobec kobiet i dziewcząt, przywitałam Was moim kolejnym wierszem w tym temacie. Zresztą, gdy ostatnio przeglądałam blog, żeby skopiować wiersze w razie kolejnej blokady jakiegoś mojego postu, zorientowałam się, że wierszy przeciwko przemocy w każdej postaci mam sporo, gdyż często rozmawiam z kobietami, wspieram je i jestem na ich krzywdę bardzo wyczulona. Jednak nie tylko na krzywdę kobiet, dzieci, zwierząt - na każdą, bo przemoc naprawdę jest chora, bezsensowna, straszna.
Ale dzisiaj nie o tym już chcę się rozpisywać. Dzisiaj chcę Wam z całego serducha podziękować za wsparcie, za ten feedback, który od Was dostałam po poprzednim poście i który mnie bardzo podbudował. Sprawił, że postanowiłam nie kasować tego skrawka w Sieci, który od wielu już lat prowadzę i w styczniu będą kolejne urodziny mojej tu pisaniny... Będę teraz - tak jak mi radziliście - robić częściej kopie zapasowe, żeby moje posty nie znikały.
Kolejna sprawa jest prozaiczna - jestem zmęczona, tak po ludzku i naprawdę brakuje mi energii. Naprawdę trudno mi funkcjonować w tych ciemnościach, tej szarudze i słocie, w tym notorycznym chłodzie i zimnym deszczu (bo ciepły, letni deszcz po prostu uwielbiam)... Czuję się chwilami stara, wypalona i nie mam siły na nic... Pracy też mam tyle, że nie wiem w co włożyć ręce. Nawet nie byłam w tym tygodniu w kinie, bo nie miałam siły ani czasu.
Jak mój psiaczek trochę wyzdrowiał (jeszcze co dwa dni daję mu leki do jedzenia), to zachorowała kociczka Balbina i to tak, że jeszcze w środę miałam wrażenie, że umrze, czułam się strasznie bezsilna, a to jest chyba najgorsze z możliwych uczuć. W nocy ze środy na czwartek prawie nie spałam, bo czuwałam nad nią i płakałam... Chowała się pod łóżka, w jakieś kąty, z których trudno było ją wyciągnąć. U weta okazało się, że ma wirusowe zapalenie jelit... Dostała kroplówkę i zastrzyki, teraz daję jej sama tabletki, co w przypadku kota wcale nie jest takie proste - ugryzła mnie i podrapała parę razy, choć generalnie jest bardzo łagodnym kotem, ale dla mnie ważne jest, że ona lepiej się czuje, że już chodzi po domu i troszkę je. Ludzie w pracy od razu zauważyli po moim wyglądzie, że coś się dzieje, bo wyglądałam jak z krzyża zdjęta. Jak chorują moi bliscy - jest mi po prostu bardzo źle na duszy, sercu i na ciele i ciężko mi to ukryć.
I tak to się wszystko kręci. I z tego wszystkiego zaczęłam marzyć o Paryżu, ale na razie nie mam jak tam polecieć, choć bardzo bym chciała, bo dawno nie byłam... Miałam lecieć z bratem na święta do Lizbony, ale też nie mogę z powodów rodzinnych. Wiem jednak, że "co się odwlecze, to nie uciecze".
W pracy też miałam kołowrotek (pisanie ocen wielospecjalistycznych, zespoły wychowawcze, imprezy szkolne, które organizowałam), dwa kolejne tygodnie do świąt, wcale nie będą lżejsze, wręcz przeciwnie... A ponieważ moja córeczka leci na święta w ciepłe kraje, żeby zasłużenie odpocząć, ja nie mogę nawet pojechać do Gdańska, bo oprócz swoich zwierzaczków, będę mieć jeszcze jej kota Bazyla, wielkiego, puszystego i żarłocznego, który tupie jak jeż, a nie jak kot, wciąż domaga się pieszczot i czesania i wciąż chce się bawić z Nikusiem i Balbiną, bo jeszcze jest młody, a moje staruszki chcą już tylko leżeć, spać i chrapać sobie na podusiach.
Tak więc: zostaję na Bloggerze, czekam na święta jak na zbawienie, czekam na wolne chwile, czekam na jakieś natchnienie, na nowy wiersz, bo czuję się przepracowana i przytłoczona i czekam na... zimę, na white winter, która rozjaśni te mroki, ten brak słońca i światła, który mnie dobija i zabiera moc.
Posłuchajcie proszę piosenki - nowej wersji "Wielkiej wody" - mojego ulubionego, jednego z najukochańszych tekstów Agnieszki Osieckiej z muzyką równie wspaniałej kompozytorki Katarzyny Gärtner. Piosenkę tę odkryłam kilka dni temu, wersja jest super! Brawa dla Artystów! Dawid Kwiatkowski, który niebawem, bo 1 stycznia, skończy 29 lat - czapki z głów za tę wersję! Zawsze kochałam tę piosenkę ze względu na tekst, ale ten duet wielkiej artystki z młodym, zdolnym chłopakiem - prima sort! Niektóre teksty są uniwersalne, wciąż aktualne, cudowne!
Pani Maryla Rodowicz kończy dzisiaj 79 lat!!! Wszystkiego najpiękniej spełnionego dla tej Wielkiej Artystki! Kolejnych kreatywnych, twórczych, ciekawych lat bez jarzma tzw. życiowej mądrości z wielką wodą w tle, Pani Marylo!
*
Wielka Woda
Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej,
na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej,
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów,
na wszystkie moje złe bogi
niebogi z moich snów.
Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
piachów siebie niepewnych
i opowieści rzewnych,
drogi biało-srebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
czarnych głębin niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych.
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra,
nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa, póki życie trwa.
Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej,
na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej -
trzeba mi wielkiej psoty,
trzeba mi psoty, hej!
na wszystkie moje tęsknoty,
ochoty duszy mej,
wielkich wypraw pod Kraków,
nocnych rozmów rodaków,
wysokonogich lasów
i bardzo dużo czasu.
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra,
nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa, póki życie trwa.
Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej,
na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej,
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów,
na wszystkie moje złe bogi
niebogi z moich snów.
Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
piachów siebie niepewnych
i opowieści rzewnych,
drogi biało-srebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
czarnych głębin niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych.
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra,
nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa, póki życie trwa.
Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej,
na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej -
trzeba mi wielkiej psoty,
trzeba mi psoty, hej!
na wszystkie moje tęsknoty,
ochoty duszy mej,
wielkich wypraw pod Kraków,
nocnych rozmów rodaków,
wysokonogich lasów
i bardzo dużo czasu.
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra,
nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa, póki życie trwa.
Trzeba mi wielkiej wody, tej dobrej i tej złej, na wszystkie moje pogody, niepogody duszy mej, trzeba mi wielkiej drogi wśród wiecznie młodych bzów, na wszystkie moje złe bogi niebogi z moich snów.
Oceanów mrukliwych i strumieni życzliwych, piachów siebie niepewnych i opowieści rzewnych, drogi biało-srebrzystej, dróżki nieuroczystej, czarnych głębin niepewnych i ptasich rozmów śpiewnych.
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź, gdzie śmieją się śmiechy w ciemności i gdzie muzyka gra, muzyka gra, nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa.
Trzeba mi wielkiej wody, tej dobrej i tej złej, na wszystkie moje pogody, niepogody duszy mej - trzeba mi wielkiej psoty, trzeba mi psoty, hej! na wszystkie moje tęsknoty, ochoty duszy mej, wielkich wypraw pod Kraków, nocnych rozmów rodaków, wysokonogich lasów i bardzo dużo czasu.
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź, gdzie śmieją się śmiechy w ciemności i gdzie muzyka gra, muzyka gra, nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa.
Agnieszka Osiecka
*
Do miłego kolejnego postu, trzymajcie się zdrowo i ciepło! Życzę Wam wspaniałego, udanego nowego tygodnia, niech Wam się pięknie układa i darzy. Zostawiam Wam również cytat na nadchodzący tydzień, myślę, że mądry i ważny:
"Nauczyłam się ważnej rzeczy. Jeśli nie masz nic życzliwego do powiedzenia, to lepiej nie mów wcale. Jeśli nie potrafisz kogoś wesprzeć, przynajmniej nie podcinaj mu skrzydeł".
Dziękuję, że jesteście, zaglądacie i komentujecie!
Jest piękna sobota, świeci słonko i temperatura na plusie oscyluje w okolicach 5 stopni. Nie jest źle, bo po szarych, zimnych dniach, to słonko jest jak dar od Matki Natury. Ja mam tak, że od razu lepiej się czuję.
W dzisiejszym poście opowiem Wam o pięknym polskim filmie, w którym zagrał jeden z moich przeulubionych aktorów, Marcin Dorociński. Ponarzekamy sobie także na temat kulinarny, ponieważ jakiś czas temu znalazłam w Internecie przepis, który pamiętam z dzieciństwa - a smaki z dzieciństwa, jak pewnie doskonale wiecie, zostają w nas na długo - i po zmodernizowaniu go - bo przecież nie byłabym sobą, gdybym zrobiła coś z przepisu od A do Zet - powstał przepis na pyszne ciasto z owocami, które smakuje wszystkim i jest prawie identyczne jak to, które piekła moja mama, dlatego chcę się nim z Wami podzielić, dziś zrobię to ciasto już któryś raz, gdyż jest naprawdę pyszne. Na koniec opowiem Wam o moim smutku spowodowanym sytuacją w Internecie.
Ale wracając do filmu. Długo już nie spoilerowałam z braku czasu, chociaż regularnie chodzę do kina. Tak też było wczoraj. Mimo sporego zmęczenia po tygodniu intensywnej pracy, poszłam na seans o 21:30 po to, aby zobaczyć film, na który długo czekałam i o którym już zdążyłam sporo przeczytać.
Minghun, Polska 2024, reżyseria Jan P. Matuszyński, scenariusz Grzegorz Łoszewski, zdjęcia Kacper Fertacz, w rolach głównych: Marcin Dorociński (Jerzy), Natalia Bui (Meixiu, Misia, Marysia), Daxing Zghang (Ben), Ewelina Starejki (Anna), Wiktoria Gorodeckaja (Olga).
Film opowiada historię profesora Jerzego, który w trakcie studenckiego stypendium w Londynie poznaje swoją żonę Lan, z pochodzenia Chinkę. Po kilku szczęśliwych, wspólnych latach dziewczyna umiera na raka i Jerzy opuszcza Szkocję: wraz z małą córeczką Misią, wraca do Polski, zamieszkuje w Gdańsku; na Wyspach zostaje jego teść Ben, którego Marysia bardzo kocha i z którym utrzymuje stały kontakt. Poznajemy bohaterów w szczęśliwy dzień Chińskiego Nowego Roku. Marysia jest bardzo uzdolniona muzycznie, jest piękna i kocha ojca, który ją wychował, ma jednak oddane grono przyjaciół z Akademii Muzycznej, którzy razem z nią i jej ojcem świętują ten nowy rok. Misia kultywuje tradycje chińskie, jej pokój i cały dom, jest urządzony zgodnie z zasadami feng shui. Dziewczyna często powtarza ojcu: Pamiętaj, abyś nigdy nie był sam!
Jednak zdarza się tragedia i Misia ginie w wypadku samochodowym. Ojciec Jerzy zawiadamia dziadka Bena, który naciska, aby - zgodnie z bardzo starą i nieco już zapomnianą chińską tradycją - urządzić ceremonię zaślubin po śmierci po to, aby młoda dziewczyna nie była sama w zaświatach...
Reszta akcji tego dramatu z elementami czarnej komedii, skupia się na tym, aby znaleźć dziewczynie martwego chłopaka i poślubić ich w ceremonii - rytuale minghun.
Film jest piękną opowieścią o stracie, rozpaczy, żałobie, egzystencjalnym bólu, a także o trudnych relacjach międzyludzkich i o tym, że jednak jakaś duchowość, jakaś metafizyka istnieje. Jest to również film o nadziei. Nie będę Wam więcej spoilerować, powiem jeszcze, że ukochana córka Jerzego miała swoje tajemnice, a naukowiec - agnostyk musiał jakoś dogadać się z dość apodyktycznym teściem (świetna rola znanego m.in. z kinowych Aniołków Charliego Daxinga Zghanga). Braki i defekty scenariusza, momentami bardzo naciąganego, ratują - jak to często bywa - wspaniali aktorzy, zwłaszcza Marcin Dorociński w roli Jerzego i wspaniała Ewelina Starejki w roli Anny, która dla mnie jest aktorskim odkryciem tego roku i jak zawsze cudna i piękna Gorodeckaja, którą zaczynam uwielbiać (z Dortocińskim stworzyła też piękny duet w serialu Erynie)!
Ogromnym atutem tego obrazu są również bezbłędne, przepiękne, osobliwe, artystyczne zdjęcia Kacpra Fertacza kręcone w Trójmieście i na Klifie w moich ukochanych Mechelinkach, który od razu rozpoznałam! Jak będziecie kiedyś w Trójmieście, koniecznie pojedźcie do Mechelinek, jest tam fajne molo, urocza knajpka Tawerna i cudny Klif równie piękny, jak ten w Orłowie, a zdecydowanie dużo mniej ludzi!
Moja ocena filmu: 6,5/10. Zabrakło mi w nim głębi, jakiegoś wejścia w świat wierzeń, metafor, niedomówień, lepszej akcji i nade wszystko ciekawszych dialogów... Nie wiem, jak to określić. Były czerwone lampiony, kimona, dzwonki, ale trochę za mało jednak tego przenikania kultur, światopoglądów, choć Jerzy uświadamia sobie, że: "Przecież na końcu drogi trudno nie wierzyć w nic".
Myślę jednak, że naprawdę warto obejrzeć ten film, jest to osobiste kino autorskie, zupełnie inne od tego, z czego do tej pory znany był urodzony w 1984 roku reżyser (Ostatnia rodzina, Wataha, Żeby nie było śladów), któremu życzę kolejnych świetnych filmów i dalszych sukcesów, bo potencjał jest.
Warto też zapamiętać nazwiska młodych, zdolnych aktorów: Natalii Bui, która wcieliła się w Misię pięknie i subtelnie oraz wnuka poczytnej pisarki Katarzyny Grocholi, Antoniego Sztaby kreującego postać Borysa, chorego i zakochanego w Misi chłopaka.
Co mnie jeszcze zachwyciło tak totalnie prywatnie? Filmowa Misia czytała jedną z moich ukochanych powieści: Człowieka z Wysokiego Zamku ulubionego autora s/f Philipa Kindreda Dicka.
Teraz czas na przepis. Myślę, że warto go poznać i wypróbować! Ciasto jest mokre, pyszne, mięciutkie i długo świeże, a jeśli smakuje mnie i mojej córce, które nie przepadamy za ciastami typu biszkoptowego, to znaczy, że jest pyszne i już!
Potrzebne produkty:
* 3 pełne szklanki mąki
* szklanka mleka
* szklanka oleju
* olejek do ciasta: cytrynowy, pomarańczowy lub waniliowy, albo każdego po trochę
*kilka kropel octu (pół łyżeczki)
* proszek do pieczenia
* trzy kisiele truskawkowe
* 0,5 kilograma umytych, obranych, wysuszonych i pokrojonych owoców : śliwek, jabłek, jagód, truskawek - do wyboru, można również te owoce wymieszać, generalnie moja mama robiła to ciasto ze śliwkami, ja robię je z czym mam, nawet raz dałam brzoskwinie z puszki
* 6 jajek
* dwa cukry wanilinowe
* 1,5 szklanki cukru białego lub trzcinowego
* 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
* cukier puder do oprószenia ciasta
Sposób wykonania:
Jajka umyć i oddzielić białka od żółtek, żółtka roztrzepać z octem i połową łyżeczki proszku do pieczenia, stopniowo dodawać do ubijanych białek razem z cukrem i cukrem wanilinowym. Gdy zrobi się dość sztywna masa jajeczna, powoli wlewać olej, olejki zapachowe i mleko, ubijając ciasto na niskich obrotach. Następnie, wciąż ubijając masę, dodać do niej mąkę z proszkiem do pieczenia. Kisiele wsypać do masy i delikatnie wszystko wymieszać, jak w masie są pęcherzyki powietrza, to znaczy, że jest ok. Wylać pół masy do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i ułożyć część owoców, wylać resztę masy i drugą część owoców ułożyć na wierzchu ciasta. Jeśli owoce są mrożone, lepiej je troszkę odsączyć na papierowym ręczniku. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170’C i piec najpierw na dolnej grzałce, potem na górnej przez około godzinę, do suchego patyczka. Po wyjęciu i przestudzeniu, posypać placek cukrem pudrem.
Mój dzisiejszy placek jest ze śliwkami oraz mrożonymi wiśniami i truskawkami.
Smacznego!
I to już prawie wszystko w dzisiejszym poście. Prawie, bo chcę jeszcze o czymś dla mnie ważnym powiedzieć...
Otóż
spotkało mnie kilka dni temu tutaj w blogosferze coś bardzo, ale to
bardzo przykrego. Coś, co do dzisiaj mnie "trzyma" do tego stopnia, że
mam ochotę krzyczeć, warczeć, skasować ten blog i nigdy tu nie wrócić...
A przecież łzy to tylko woda, jak mawiała Anna Karenina do męża...
Mianowicie.
24 listopada dostałam od zespołu zarządzającego Bloggerem e-mail pouczający i informujący, że moja publikacja z lutego 2019 (która do tej pory nikomu nie
przeszkadzała przez ponad 5 lat) narusza blogowe standardy i została
przez kogoś zgłoszona do weryfikacji, że to niezgodny z zasadami obowiązującymi w blogosferze post ze spamem i treściami dla dorosłych i mogę się skontaktować
w moim prawnikiem... Nic w poście nie zmieniając, poprosiłam o kolejną weryfikację, ale trzęsłam się
jak galareta i było mi strasznie przykro, bo akurat w ten post włożyłam
całe swoje serce i mnóstwo czasu...
Zgłoszony post dotyczył mojej ukochanej aktorki i modelki, Joanny Pacuły, którą uwielbiam od dzieciństwa i o której pisałam po raz pierwszy na portalu Filmweb w roku 2006 - była to poszerzona biografia aktorki z Filmwebu i mnóstwo jej zdjęć, które wyszukiwałam całymi latami na różnych, głównie zagranicznych portalach, które skanowałam z czasopism i które potem kradli mi wszyscy, podobnie jak opis: na nim opierało się wielu tak zwanych (sic!) dziennikarzy, którzy dosłownie go kopiowali, przypisując sobie autorstwo tego tekstu, bo przecież jakaś Vena Poetica z Filmwebu to nikt, to tylko jakiś nick z avatarem a nie żywa osoba, autorka! A że jest na tym portalu mój blog, opisy filmów, wiele ciekawostek, których jestem autorką, to pikuś.
Jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem dostałam od zespołu Bloggera kolejny e-mail, że mój post został zweryfikowany i przywrócony, że jest zgodny z wytycznymi itp. Ale już zwątpiłam i skasowałam oba moje latami pielęgnowane (jeden z 2012, drugi z 2019) posty o Joannie Pacule, tysiące unikalnych zdjęć aktorki i mój opis jej kariery oraz moich odczuć z nią związanych, zniknęły. Oba te posty miały ponad 14 tysięcy wyświetleń, były jednymi z najpopularniejszych postów na moim blogu. Zdjęcia zostały na portalach, które mi je ukradły bez pytania. I teraz: może i ja powinnam to zgłosić? Poznaję swoje kadry doskonale, wiem, co publikuję, a jako mgr bibliotekoznawca z któregoś tam wykształcenia, wiem, co to są prawa autorskie i nie naruszam ich!
Jest we mnie jakiś żal, jakiś smutek przenikający duszę i nie tylko dlatego, że jestem osobą wysoko wrażliwą (WWO - HSP – Highly Sensitive Person), ale też dlatego, że każda niesprawiedliwość wywołuje we mnie bunt... Jeśli sobie z tym nie poradzę, skasuję ten blog, jak tylko skopiuję swoje wiersze, bo tylko tu mam większość z nich... Skasuję też, jak znajdę hasło, konto na Filmwebie, które mam od 2006 roku. Jak można tak robić? Jak można zgłaszać solidny post z bibliografią? Co się dzieje z ludźmi, skąd taka zawiść? Nie potrafię tego pojąć w swoim Kubusiowo - Puchatkowym małym rozumku!
Oto zdjęcie skradzione z mojego postu o Joannie Pacule, znalezione w Internecie, jedno z wielu, ale to akurat podpisałam, niestety, innych nie:
W tym miejscu chcę podziękować wszystkim, którzy przez tych trzynaście lat odwiedzili mój blog, zostawili komentarz, byli tutaj, w tym miejscu ze mną. Dziękuję tym, którzy są do dzisiaj, piszą komentarze, wspierają mnie, czytają moje posty i wiersze... Tym, co odchodzą - tym bardziej dziękuję, nie każdy lubi poezję, choć przykra jest dla mnie sytuacja, gdy ktoś, kto przez dłuższy czas regularnie mnie odwiedza i komentuje moje posty, potem odchodzi bez słowa. Jednak każdy ma wolną wolę i postępuje jak uważa za stosowne. Rozumiem i szanuję. Podobnie z obserwatorami - nie chcecie, nie obserwujcie. Nic na siłę. Natomiast uważam, że zwykłym brakiem kultury jest lekceważenie komentarzy na swoim blogu i brak reakcji na nie w sensie rewizyty. Ilość komentarzy, które piszę ma się nijak do tego, co otrzymuję, więc już nie będę taka wyrywna. Teraz będę odwiedzać tylko tych, którzy przyjdą do mnie na zasadzie: komentarz za komentarz, akcja - reakcja. Amen. Istnieje też coś takiego jak szacunek - nie musimy się ze sobą zgadzać, ale wypada się szanować, akceptować inne zdanie komentującego. Nudny byłby świat, w którym wszyscy myśleliby tak samo. Zdaję też sobie sprawę, że czasem moje odpisywanie wydłuża się w czasie, ale ja naprawdę pracuję na półtora etatu i więcej i mam mnóstwo zainteresowań oraz udane życie prywatne, które kultywuję i pielęgnuję,więc nie zawsze mam czas, siłę i możliwości.
Ogromną radość sprawia mi kontakt z Blogerami spoza mojego kraju. Uwielbiam się uczyć nowych słów, języków od dzieciństwa i wielką frajdę daje mi czytanie postów i komentarzy w nowych językach. Poznaję też światopoglądy, które są inne od mojego, ale to mnie właśnie wzbogaca, daje do myślenia. Dziękuję, że jesteście! Do niedawna mówiłam po angielsku, rosyjsku i francusku, teraz potrafię już bez tłumacza napisać zdanie złożone po hiszpańsku i portugalsku!
Dziękuję też personie, która zgłosiła mój post! Miałam już paru "życzliwych" na różnych portalach, niech im się darzy. Na tym blogu też bywało, że pojawiały się wredne, zgryźliwe komentarze, których nie modyfikowałam. Komentarze poniżej jakiekolwiek poziomu, wyszydzające moje teksty, wykształcenie, wygląd, więc jeśli go nie skasuję (chodzi o blog) - będę to robić już zawsze. Będę publikować tylko te komentarze, które uznam za stosowne. Zdjęcia będę podopisywać, ot, taka nauczka dzięki złośliwcom, którzy nie mając swojego życia i muszą je anonimowo uprzykrzać innym - żal.pl
Wybaczcie, jeśli kogokolwiek, kiedykolwiek uraziłam, bo zrobiłam to nieświadomie. Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam wszelkiego dobra!
gdy byłam z Małym Księciem namiętnie podlewałam kaktusy które pieczołowicie hodował żeby wreszcie zgniły
matka radziła odpuść sobie tego fagasa a ja pyszczyłam fakju stara
później na planecie Pijaka zamieniłam się w Różę polującą na tygrysy które mi Księciunia wnosiły na piąte piętro jak przystało na Bractwo z Meliny Pod Ciemną Latarnią
kolcami sprowadzałam jełopa na ziemię a jak mnie wkurwił na maxa zmieniałam się w kobrę która bywa niedobra i wzywa izbę wytrzeźwień
dzieciaki płakały wrzeszczały mamo mamusiu nie oddawaj taty zobaczymy czy umie jarać fajki nosem albo włożymy mu do buzi kapsle po żywcu i sprawdzimy czy się udławi
nie uległam gówniarzom byłam twarda za to że mnie zdradzał fiutek z bandą pospolitych banalnych wulgarnych dzikich róż w ramach chęci zapomnienia o zobowiązaniach
na asteroidzie Bankiera zdychałam z dzieciakami z głodu jak przepieprzył całą wypłatę na spirytusowe mózgojeby a ja musiałam się puszczać żeby spłacić jego długi i kredyt
Lis mnie namawiał abym oswoiła frajera ale nie miałam już weny na podróże z nim po psychiatrach i innych terapeutach na spotkania AA grupy wsparcia dla rodzin zaistniałych w wyniku pijackiego amoku i odloty w kosmiczne orgazmy również
z dzieciństwa pozostało mi zamiłowanie do bajek jednak po imprezce pt. toksyczny konkubinat szukam już tylko oazy spokoju na pustyni
gdzie prawdziwe damy noszą kapelusze
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 2016
The Global 16 Days Campaign – międzynarodowa kampania przeciwko przemocy wobec kobiet i dziewcząt.
Zaczyna się co roku 25 listopada (Dzień przeciw przemocy wobec Kobiet) a kończy 10 grudnia (Dzień Praw Człowieka).
Dbajmy o siebie, wspierajmy się, bądźmy dla siebie i dla innych DOBRZY, bo jak mawiała pisarka Margit Sandemo:
"Przemoc to upadek rozumu".
*Swoją drogą, to interesujące, że tabloidy na całym świecie są
identycznie ksenofobiczne. Wiedzą, że ich zapijaczony i tłukący żonę
czytelnik niczego tak nie potrzebuje jak wskazania wroga, którego może
obarczać winą za swoje niepowodzenia.
Zygmunt Miłoszewski
*
"To irracjonalne pragnienie kontroli, dominacji i władzy nad drugą osobą jest główną siłą, która napędza przemoc domową między partnerami”.
Luis Rojas Marcos
*
W polskiej przestrzeni publicznej przyzwolenie na przemoc wobec kobiet i
przemoc w rodzinie przybiera często formę rozrywki, żarcików, a czasami
otwarcie głoszonych poglądów. W tle przemocowego festynu toczy się
polityczno-ideologiczna wojna o kobiety. Polki mają być milczące i
posłuszne. Matkom Polkom w typie ofiar nie przysługują żadne prawa.
Taka jest polska uświęcona tradycja.
Violetta Rymszewicz
*
"Przemoc fizyczna i psychiczna w rodzinie jest jakąś formą kapitulacji przed własną niedojrzałością".
Jacek Dziedzina
*
"Przemoc to strach przed cudzymi pomysłami i mała wiara we własne idee”.
Antonio „Forges” Fraguas
*
"Przemoc jest duchowym fast foodem, a nuda jest duchową anoreksją”.
Podobno niewinny się nie tłumaczy, ale powiem Wam, że mam ostatnio trudny czas - zachorował mój piesek. Komuś wyda się to głupie - chory pies, a mnie nie ma. Ale ten piesek, którego adoptowałam ponad dziesięć lat temu, jest moim wielkim przyjacielem i pełnoprawnym członkiem mojej rodziny, a gdy on jest chory, podobnie jak w przypadku innych bliskich mi ludzi i zwierzaczków - tracę energię.
Z psiakiem byłam u kilku weterynarzy, nie tylko w Bolesławcu, również w Legnicy i we Wrocławiu... Piesek się starzeje - 1 kwietnia skończy czternaście lat, serduszko ma zdrowe i jest zadbany, ale ma teraz zapalenie tchawicy i krtani, krztusi się i ma problemy z oddychaniem, tak mają te małe pieski shih tzu, one w ogóle często chrapią i mają tendencję do przeziębień... No i Niczko zachorował, mimo, że mam dla niego sporo ubranek: sweterków i kurteczek, żeby był zdrowy i biegał ze mną po lesie... Teraz wychodzimy na dwór tylko na chwilę, Niko dużo śpi, a ja podaję mu w jedzeniu tabletki, od lekarza dostał dwa zastrzyki... Mam nadzieję, że niebawem będzie już zdrowy, a ja trochę odżyję i będę mogła go wykąpać i ostrzyc, bo jest już niezbyt czyściutki i zarośnięty, ponieważ lekarz kazał go zostawić w spokoju, dać mu czas na regenerację. Póki co Balbina wciąż przy nim ze mną czuwa. Kochane istoty!
Przedstawiam Wam dzisiaj mój bardzo stary, krótki tekst o słowach, wierszach i wenie, której wciąż nie mam... Posyłam moc uścisków. Trzymajcie kciuki za mojego pieska, bo ja nie wiem, co zrobię, gdy mi zabraknie tej cudnej istoty...
Krótka impresja o słowach
Motto: Ważnym czynnikiem jest właściwe słowo. Ilekroć napotykamy jedno z tych naprawdę właściwych słów... osiągamy rezultaty fizycznie i duchowo - i to z prędkością błyskawicy.
Mark Twain
Najpiękniejsze wiersze latają po przestworzach, biegają po czasoprzestrzeni, szukając odpowiednich wibracji, aby realnie zaistnieć.
Słowa bawią się nami, uciekają, przychodzą, odchodzą, znów wracają, śnią się, wzbierają pod palcami, wnikają w atrament lub w klawiaturę. Słowna ciuciubabka czasem bywa męcząca, ale fascynacja nią, bierze górę nad trudnościami.
Cudowne wiersze najczęściej przychodzą tuż przed snem, gdy nie mamy już siły ich zapisać. Powtarzamy więc w myślach ten wiersz, tę perełkę, to dziełko po to, aby rankiem szybciutko przelać myśli na papier… Ale słowa bywają ulotne i najczęściej o poranku nie pamiętamy już nawet zarysu wiersza, który wydawał się nam dziełem naszego życia.
Czasami śnimy wiersze. Są wówczas piękne, słowa same się malują kolorami tęczy, feerią niesamowicie kontrastowych barw. Te śnione wiersze dotykane są skrzydłami twórczych aniołów, czuwających nad naszą kreatywnością, nad weną, która jest w każdym z nas, bo przez tworzenie wyrażamy siebie, a słowa mają w tym swój największy udział, swą magiczną, czarodziejską moc.
Niekiedy wiersze robią nam psikusa i przychodzą w najmniej spodziewanym momencie. Wlatują nam w myśli i od razu są dobre, nie wymagają żadnej poprawki. Na gwałt szukamy choćby kawałka papieru, okruszka ołówka lub przynajmniej konturówki do ust czy kredki do oczu… Takie wiersze są darem od Najwyższej Inteligencji, której cząsteczką jest każdy z nas.
Bywa, że piszemy potokiem wypływającym prosto z serca. Nie jest wówczas ważny intelekt, bo serce ma swoje prawa, dyktuje nam słowa nie wymagające komentarzy i poprawek. Takie poematy są dla nas ważne, istotne, są nam po prostu bliskie i nie ma sensu ocenianie, czy są dobre, czy złe, bo są nasze.
Jeszcze piękniejsze słowa dyktuje nam dusza... Podobnie jak piosenki śpiewane prosto z trzewi, tak i słowa wypełzające z duszy, mają największą, najbardziej sprawczą moc. Wzruszają, przyprawiają o dreszcze, zachwycają swą ulotnością...
Warto więc pisać, tworzyć, śnić, bawić się i przyjaźnić ze słowami. Warto wyrzucać na papier swoje emocje. To ma też ogromną moc terapeutyczną. Ważne też jest, aby ograniczać słowa brzydkie, raniące, nieładne, wulgarne, aby zastępować je pozytywnymi, dobrymi... Warto, choćby dlatego, żeby nie powtarzać rankiem słów wielkiego poety, mojego Mistrza, Tadeusza Różewicza:
Próbowałem sobie przypomnieć
ten piękny
nie napisany
wiersz
ukształtowany w nocy
prawie dojrzały
zanurzał się
roztapiał w świetle dnia
nie istniał
Słowa, które istnieją, które się zmaterializowały, są nasze… Po prostu nasze… To one tworzą nas i naszą rzeczywistość...
Szanujmy zatem i słowa i ich znaczenie, nie pozwólmy, aby, jak w piosence Niemena, "ktoś słowem złym, zabijał tak jak nożem"... Bawmy się słowami, jak w innej piosence: "na odwrót i wspak", ale też pamiętajmy, że w Biblii, największym bestsellerze w dziejach naszego gatunku napisano, iż: "Na początku było Słowo"...
JoAnna Idzikowska-Kęsik, 2011
***Cytat w tytule postu Juan Luis Vives, obrazy z Internetu - nie znam Autorów, zdjęcie zwierzaków moje, sprzed chwili.
Dzisiaj wiersze, które lubię od szkoły podstawowej, wiersze poetów, których cenię bardzo! Drugi w sumie jest o miłości, ale takiej listopadowej... Na koniec mój wiersz, bo - jak pisałam - ten miesiąc króluje w moje poezji. Poczytajcie! Zawsze warto czytać poezję, zapraszam!
Leopold Staff
List
Pytasz mnie, jak się czuję. Tak, jak czuć się może
Człowiek dość pełnoletni w końcu listopada,
Gdy w niebie zmierzch pochmurny i błoto na dworze,
A za oknem bez przerwy deszcz ze śniegiem pada.
Lecz zbyt o dnia i roku nie troszcząc się porę,
Bo po słocie pogoda idzie wieczną zmianą,
Więc też o wschodzie słońca wiersz piszę wieczorem,
A nokturny w słoneczne grywam tylko rano.
I jestem zawsze ufny i pełen pewności
Czekając niezachwianie tej chwili jedynej,
Gdy ujrzę, że na świecie są same radości,
I zegar na raz wszystkie wskazuje godziny.
*
Leopold Staff (1878 - 1957) – urodzony 14 listopada polski poeta, tłumacz i eseista. Jeden z najwybitniejszych
twórców literatury polskiej XX wieku, kojarzony głównie jako
przedstawiciel współczesnego klasycyzmu; prekursor poezji codzienności,
związany także z franciszkanizmem i parnasizmem.
*
Władysław Broniewski
Ze złości
Kochałbym cię (psiakrew, cholera),
gdyby nie ta niepewność,
gdyby nie to, że serce zżera
złość, tęsknota i rzewność.
Byłbym wierny jak ten pies Burek,
chętnie sypiałbym na słomiance,
ale ty masz taką naturę,
że nie życzę żadnej kochance.
Kochałbym cię (sto tysięcy diabłów!),
kochałbym (niech nagła krew zaleje!)
ale na mnie coś takiego spadło,
że już nie wiem co się ze mną dzieje:
z fotografią, jak kto głupi, się witam,
z fotografią (psiakrew) się liczę,
pójdę spać i nie zasnę przed świtem,
póki z grzechów się jej nie wyliczę,
a te grzechy (psiakrew) malutkie,
więc (cholera) złości się grzesznik:
że na przykład wczoraj piłem wódkę,
lub że pani Iks - niekoniecznie.
Cóż mi z tego (psiakrew), żem wierny,
taki, co to "ślady po stopach" ?...
Moja miła, minął październik,
moja miła (psiakrew), mija listopad.
Moja miła, całe życie mija...
Miła ! miła ! - powtarzam ze szlochem...
To mi życie daje, to zabija,
że ja ciągle (psiakrew) ciebie kocham.
*
Władysław Broniewski (1897 - 1962) –
polski poeta i tłumacz literacki, autor liryki rewolucyjnej,
patriotycznej, żołnierskiej i autobiograficznej; żołnierz, patriota, alkoholik, ostatni romantyk poezji polskiej. Częsty bywalec na moim blogu, ponieważ uwielbiam jego wiersze.
*
Joanna Idzikowska - Kęsik
calando
czy słyszysz drżenie drzew i liści rankiem w późnopaździernikowym zasnutym gęstą mgłą lesie to jedna z tych magicznych chwil kiedy czas styka się z bezczasem kiedy zaciera się granica między ciszą a wiecznością
drzewa i las nie boją się rychłego końca reinkarnują każdej wiosny czemu więc truchleją tak dobitnie dlaczego ich drżenie miażdży spokój i majestat lasu
wyczuwają moment gdy jak złodziej w świat żywych wkrada się listopad i starają się przekazać że śmierć jest tylko wielkim chłodem i że skradzionym iskrom doda energii nadejście wiosennej odnowy biologicznej
a miłość zawsze utuli życie do snu
30 X 19
*
Joanna Idzikowska - Kęsik (1969, umrze w listopadzie i wie to od dziecka) – poetka, redaktorka Babińca Literackiego, uwielbiająca swoją pracę nauczycielka w szkole specjalnej, zakochana w życiu wegetarianka. Kobieta, która wie, czego chce, a chce wspierać inne kobiety, nawet w listopadzie, w którym czuje się jak zwiędły, jesienny liść.
I na koniec przypomniała mi się piosenka ludowa z pięknym tekstem o listopadzie, którą śpiewaliśmy na lekcjach muzyki w szkole podstawowej i niestety nie znam, nie pamiętam autora słów, chociaż zwykle piosenki ludowe były pisane przez anonimowych i często też zbiorowych autorów:
*
W listopadzie w polu, w sadzie Cicho, szaro, mgliście. A po lesie wicher niesie Szeleszczące liście. Milkną drzewa, ptak nie śpiewa, Gdzieś z daleka pies zaszczeka, Po dolinie cicho płynie Szara mgła jesienna...
Mam nadzieję, że wiersze przypadły Wam do gustu, a zdjęcia wykorzystane w poście są z Internetu i nie znam ich Autorów. Na koniec dwa małe - wielkie bonusiki:
Życzę Wam i sobie kreatywnego, udanego i słonecznego nowego tygodnia! Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy do mnie zaglądają!