niedziela, 4 listopada 2012

"Umieranie jest sztuką, tak jak wszystko inne..."


-napisała w jednym ze swoich wierszy Sylvia Plath i miała rację.
Ja często myślę o śmierci, odkąd nie ma ze mną moich rodziców, a zwłaszcza, odkąd trzy lata temu, odszedł mój tato...
Ale myślę też, że nie będzie tak źle...umierać... Zwłaszcza, iż od lat moim mottem są słowa jednego z trzech największych współczesnych intelektualistów, Richarda Dawkinsa z jego książki pt. Rozplatanie tęczy:

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie. 





ڿڰۣ

  Algorytm


- Jowicie Sylwii

    Nie, kochanie.
    Nie boję się umierać.

    Bać się tego, co nieuniknione,
    to tak, jakby własny strach rozbierać
    na kawałki drobne,  niezliczone.

    Umieranie to jedynie przejście
    w nieco inną bytności odsłonę,
    niewidzialne duszy odejście
    w nieodkrytą wieczności symfonię.

    Tyle istnień pobiegło już w wieczność,
    tyle dusz już się z tym uporało,
    że doprawdy, skoro to konieczność,
    to bez żalu porzucę swe ciało.

    Jeszcze kiedy mnie starość znieczuli,
    zwiędłe ciało słuchać przestanie,
    gdy Alzheimer zbyt mocno przytuli -
    to odejdę z uśmiechem, kochanie.

    A gdy ona przyjdzie po mnie teraz,
    kiedy dumna w moich progach stanie,
    to tym bardziej, powiem to, co nieraz
    już mówiłam:
    życie nie ustanie!

    Będzie trwało, płynęło swym rytmem,
    będzie dzielić śmiercią i miłością,
    a ja będę życia algorytmem,
    cząstką światła,


 odwieczną czułością.


/B-c, 06 VIII 2011, p.n.k., JoAnna Idzikowska-Kęsik/

 ڿڰۣ 



"Et si Tu n'existais pas..."

-mojemu Tacie, z tęsknotą serca...



Płynęła piękną białą łódką pod prąd, niesamowicie błękitną rzeką, w stronę jasnego, przystrojonego cudną, wyrazistą tęczą, wodospadu. Słońce świeciło jej prosto w twarz, którą nawilżały kropelki czystej, orzeźwiająco chłodnej wody… Wokół wodospadu kwitły prześliczne, kolorowe orchidee, nad którymi latały egzotyczne, wielkie, błękitne motyle… Było jej dobrze, czuła się wspaniale zrelaksowana, wolna i szczęśliwa… Dobiła do brzegu, zacumowała łódkę i wyszła na piękną polanę, wzięła w płuca głęboki oddech, rozpostarła ramiona, zaczęła tańczyć i śpiewać swoją ukochaną piosenkę francuskiego Amerykanina, Joe Dassina… „Et si tu n’existais pas, dis-moi, pourquoi j’existaire?”…I gdybyś ty nie istniał, powiedz mi, dlaczego ja miałabym istnieć… Ech, świetna piosenka, taka stara, jedna z najprostszych i najpiękniejszych modlitw, ale przecież piękne utwory bronią się same, ich nie ima się czas… Tańczyła i śpiewała tak długo, aż zakręciło się jej w głowie… Upadła…
         -Skarbie… boli…- usłyszała cichy, zachrypnięty głos…
         Zerwała się na równe nogi, Boże zasnęłam, jak mogłam, jak ja mogłam zasnąć!!! Spojrzała na zegarek… Minęło 10 minut, dziesięć minut, w trakcie których jej zmęczony mózg poprowadził ją na cudowne manowce krainy snu…
         -Już, już, zaraz ci ulżę – powiedział spokojnym, najczulszym tonem.
         Wstała, poprawiła poduszki, nawilżyła w wodzie patyczek z wacikiem i zwilżyła mu usta. Kroplówka się skończyła… Jaka teraz, ach, ta zielona, już zmieniam…
         -Lepiej?
         -Tak, dziękuję. Dziękuję, dziecko… -wyszeptał i zasnął.
         Wzięła książkę, ich ostatnio ulubioną, przy której razem kiedyś płakali i zaczęła czytać swoim teatralnym, ustawionym głosem, wykwalifikowanego animatora teatralnego i logopedy, bardziej dla siebie, żeby nie zasnąć, niż dla niego…
         „Szanowny Panie Boże…” –Oskar śmiertelnie chory chłopczyk, wychowywany przez ateistów, zachęcony przez wolontariuszkę, tak zaczynał swe listy do nieznanego Boga w ich ulubionej książce Erica Emmanuela Schmitta… Czytała, czytała … śmiała się i płakała i nawet nie zauważyła, że nastał świt… Zimny, październikowy, przetykany purpurą świt…
         Spojrzała na kochane ciało leżące bezwładnie w kolorowej, satynowej pościeli… Ciało niegdyś bardzo przystojnego, wysokiego mężczyzny, za którym oglądało się na ulicy większość kobiet… Ciało zmęczone operacjami, naświetleniami, lekami, życiem…
         Przyszedł na świat wraz z historią tragiczną, historią rozpoczynającą najgorszy, najbardziej haniebny rozdział w dziejach ludzkości… Urodził się pierwszego września trzydziestego dziewiątego roku… Babcia opowiadała, że w czasie porodu leciały jej na głowę bomby. Zawsze był twardy i uparty, wpoił jej wiele wartości, nauczył walczyć z przeciwnościami losu, a teraz się poddał… Odkąd trzy lata temu umarła mama, jemu przestało zależeć na życiu, na byciu, istnieniu… „Et si tu n’existais pas…” Wymyślił sobie, że dożyje do siedemdziesiątki, do tego durnego pierwszego września… Dożył, choć nie miał już siły zdmuchnąć świeczek na torcie, który dla niego zamówiła… A teraz leżał… Taki bezbronny, taki słaby… On, mężczyzna, który tyle przetrwał, tyle potrafił, tyle osiągnął... Rzęziło mu w płucach, nic już nie mógł jeść, ale ona doszła do takiej wprawy w zmienianiu kroplówek, że pogotowie przyjeżdżało jedynie zmienić wenflon…
         -Olu… -usłyszała ledwo słyszalny szept…
         -Tak, tato, chcesz coś?
         -Dziecko, ja odchodzę… -zaczęła płakać, wyciągnął dłoń w jej stronę, ale opadła bezwładnie na pościel. Wzięła ją w swe zimne ręce i pocałowała…
         -Wiem, tato. Będę z tobą do końca…
         Uśmiechnął się słabo i znowu odpłynął. Przykleiła mu dwa plastry z opium, tak jej poradził jej kolega lekarz.
         Wstała, zadzwoniła do męża. Zadzwoniła do pracy. Dyrekcja bez wahania zgodziła się na absencję, nawet nie musiała tłumaczyć co, po co, dlaczego… Usłyszała tylko przyjazne: „Jestem z panią, Olu.” I łza spłynęła jej po policzku. Zadzwoniła do brata, obdzwoniła rodzinę. Wiedziała w sercu, że to się dzieje… Wezwała lekarza rodzinnego. Przepisał leki przeciwbólowe, kazał się trzymać… Zrobiła kawę, usiadła i wzięła go za rękę… I tak trwali… Kawa wystygła… Patrzyli sobie w oczy, czasem się uśmiechali, a czasem jednocześnie ronili łzę… Zawsze był jej bliższy niż Erika, zawsze miała z nim więcej wspólnych tematów, niż z mamą, którą bardzo kochała, ale to on jej mówił, jak to będzie, gdy dostanie okres, to on ją wspierał w jej zmaganiach artystycznych, on poprowadził ją do ołtarza, choć nikt jeszcze tego w Polsce nie praktykował, wprawiając w zdumienie gości, księdza i Pawła… bo to była ich tajemnica… To on nie dał jej odpocząć, gdy urodziła upragnione dziecko i przygnał 300 kilometrów, żeby zobaczyć je przez szybę… To on wspierał każdy jej krok, namawiał na kolejne studia, na doktorat… No i w końcu zawsze to jemu mogła się zwierzyć, gdy coś nie szło po jej myśli, na niego mogła liczyć, gdy była w finansowych tarapatach.
         Tracił przytomność, odpływał… Po południu przyszedł Paweł z ich córeczką, Sylwią i Piotr, jej brat. Ale on był już daleko… Widziała to po kroplówce, która, ze względu na jego bardzo już niskie ciśnienie, przestała lecieć…
         - Idź coś zjeść, dziewczyno, zrobiliśmy ci kawę i te twoje bezglutenowe pseudokanapki, my tu posiedzimy…-zagrzmiał nad nią baryton Piotrka i wyrwał ją z zamyślenia.
         -Nie jestem głodna. Idźcie już, pożegnajcie się i idźcie…
         Cisza… Ta kapłanka spokoju, wypełniła pokój… Otworzył oczy, uśmiechął się blado. Stanęła na równe nogi, popadła w jakąś euforię:
         -Tato, jeszcze pojedziemy w góry, zobaczysz! Będziemy robić foty, będziemy się śmiać, jak kiedyś…
         Pokazał, żeby usiadła. Chciał coś powiedzieć, ale nie usłyszała głosu, choć doskonale zrozumiała, co mówi… Te słowa zachowała w sercu na zawsze po to, aby do końca życia dodawały jej sił. Wzięła go za rękę… Minuty dłużyły się w godziny, ciągnęły w nieskończoność… Trzecia siedemnaście… Pocałowała go w czoło, zadzwoniła po męża i brata-oboje przebudzili się parę chwil wcześniej…
         „Kocham cię, córeczko…” – te słowa dodają jej sił, nawet teraz, gdy trzy lata od jego odejścia pisze je, wspominając najpiękniejszą pod słońcem, najszczerszą miłość i nuci razem z Celine Dion:  

Je voudrais décrocher la lune,
 je voudrai même sauver la terre
Mais avant tout
 je voudrais parler à mon père
Parler à mon père...

I gdybyś Ty nie istniał, powiedz mi, dlaczego ja miałabym istnieć?

/B-c, 2011/12, JoAnna Aleksandra Idzikowska-Kęsik/ 



ڿڰۣ PSڿڰۣ

Jest 20:30...

Mam czasem tak, że jak o czymś myślę, to pojawia się przypadkiem myśl, która...potwierdza moje myśli...
Właśnie siedzę i szukam materiałów o Januszu Korczaku, żeby przybliżyć tę piękną postać moim niepełnosprawnym wychowankom i co znajduję? Coś pięknego! 

 
Duch tęskni w ciasnej klatce ciała. Ludzie czują i rozważają śmierć pod kątem końca, a jest ona tylko dalszym ciągiem życia, innym życiem. 

/Janusz Korczak/



ڿڰۣ 



Tato, już mogę napisać o Tobie...


motto:

Wybiła moja godzina...
Nie mam pretensji do Syna,
Uśmiech przesyłam do Córki...
Lecę wysoko...pod chmurki...

/ostatni wiersz mojego Taty, Edwarda/


już nie mam komu siąść na kolana
bo przecież duża ze mnie
 i niegrzeczna dziewczynka
chodząca tylko własnymi ścieżkami

jednak brakuje mi tej bliskości
gdy Cię wspominam wieczorami

gdy „włączam” świeczki zapachowe
abyś miał ciepłe jasne światło
i aby nigdy wspomnień o Tobie
 w sercu i w duszy mi nie brakło

tęskno mi też do rozmów naszych
zabawą słowem dyktowanych
czytania wierszy wzruszeń z książek
myśli o Mamie w rozpacz wpisanych

śmierć swą pieszczotą Cię wchłonęła
a ja zostałam tutaj sama
lecz Ty rozdarty byłeś bardzo
bo tam czekała przecież Mama

teraz jesteście sobie razem
gdzieś na manowcach w siódmym niebie
a ja zostałam z Twym obrazem
i intensywnie czuję Ciebie

kiedy dopadnie mnie listopad
w mrok bez powrotu wejdę z rana
Ty będziesz na mnie czekał z Mamą

i znów Ci siądę na kolana


[Bolesławiec, 8 maja 2011]

JoAnna Idzikowska-Kęsik


5 komentarzy:

  1. JoAnno, jestem wzruszona i to bardzo.
    Bardzo mądry wiersz i niesamowicie piękna opowieść o miłości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dorotko, dziękuję za komentarz! Słabo się tu jeszcze poruszam i dopiero dziś go zobaczyłam, ale jestem wzruszona!
    Ciepło pozdrawiam i cudnego dnia życzę, j.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteś WIELKA Joanno .... Całym sercem Tobie dziękuje i Podziwiam Twoją miłość i siłę .Wzruszające i pełne bólu ..ale ..za to piękne !!!! Szacunek słoneczko .Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Izo, mocno i serdecznie pozdrawiam!!!!

      Usuń
  4. Często myslałam o śmierci, teraz już trochę mniej, ale od pewnego czasu (iluś tam lat) już jej się nie boję. Śmierć bywa wybawieniem od życia, od bólu, od rozpaczy...
    Co innego ci, którzy pozostają żywi. Im jest chyba trudniej. Bardzo młodo poumierali Twoi rodzice, popłakałam się przy tekście o Tacie. Ostatnio myslałam o tym, że mama dobija 69 lat, tato 74... W naszej rodzinie to niewiele, ale jednak i oni nie będą żyli wiecznie. Nie wiem, jak to zniosę...

    OdpowiedzUsuń

Bardzo Ci dziękuję za komentarz i poświęcony mi czas. Jest mi niezmiennie miło, że udało Ci się do mnie zajrzeć, zatrzymać się chwilę nad tym, co napisałam. Serdecznie pozdrawiam, j.