niedziela, 28 października 2012

Legalna blondynka była tylko jedna i...ruda...

Kocham kino, czy jak kto woli (ja wolę) X Muzę.










Lubię wielu ludzi kina, jednak jest osoba, której fenomenu wręcz nie pojmuję. Może dlatego przeczytałam o niej tak wiele, że już wiem, iż nie wiem nic naprawdę, jak chyba większość z nas? 



A Marilyn? Byłyśmy w toalecie podczas tej samej oficjalnej gali w Londynie, na której spotkałam królową. Stałam przed lustrem, bo chciałam się trochę "rozczochrać" - nigdy nie lubiłam zbyt uładzonych fryzur. I nagle dotarło do mnie, że kobieta, która obok pudruje sobie nos, to Monroe. Byłyśmy obie trochę speszone. Powiedziałyśmy sobie "dzień dobry" i to wszystko. Bardzo boleśnie przeżyłam potem informację o jej śmierci. Dużo myślałam o jej samotności wśród tłumów wielbicieli i kochanków. Widzę wiele podobieństw między nami. Myślę, że gdybym kontynuowała moje stare życie w roli gwiazdy filmowej, skończyłabym podobnie. 

Brigitte Bardot o MM




"Ona była ruda, ale niezupełnie, pewien połysk we włosach grasował..." - pisał Mistrz K.I. w moim ulubionym wierszu, o innej aktorce, Inge Bartsch.
 ONA też była ruda, zanim została blondynką, najsławniejszą blondynką w historii kina. Była pulchna, niewykształcona, miała krzywe zęby i pyrkaty nos i piegi na całym ciele. Duże, ale słabo wyraziste oczy i ładne usta... Wyglądała, jak dziewczyna z sąsiedztwa. Jej fenomen polegał na przekształceniu się w Marilyn Monroe: filigranową platynową blondynkę o zbyt mocno podkreślonych oczach i ustach, brwiach, jak jaskółki i głosiku słodziutkiej laleczki, odzianej z zbyt obcisłe ciuchy lub, jak sama twierdziła...w Chanel Number 5... Czyżby cierpiała, jak matka, na schizofrenię? Kto wie? Często mówiła o sobie: Na tym zdjęciu to nie jest Marilyn, to Norma Jeane... Biedne, porzucone dziecko, wciąż szukające potwierdzenia swojej wartości., dla mnie: potwierdzenie tego, jak wielki wpływ na nasze życie ma traumatyczne dzieciństwo.






Odeszła na długo przed moim urodzeniem, a jednak wydaje mi się bliska, choć w sierpniu minęło pięćdziesiąt lat od jej rzekomo samobójczej śmierci, dzięki której stała się ikoną popkultury. Śmierci owianej tajemnicą, skandalem, śmierci niezawinionej, nagłej i niewyjaśnionej do dziś... 
Napisano o niej mnóstwo książek, nakręcono wiele filmów. Czytałam i oglądałam sporo, ostatnio "Mój tydzień z Marilyn" z niezłą rolą Michelle Williams, która kiedyś zachwyciła mnie w "Tajemnicy Brokeback Mountain". Jednak żadna, absolutnie żadna aktorka nie miała tego czegoś: tej aury wokół siebie, tego uśmiechu, tej tajemniczej kobiecości. Żadna nie dorównała MM!


Najlepszą, najbardziej poetycką rzeczą, jaką przeczytałam o MM, jest powieść należącej do MENSA intelektualistki, Joyce Carol Oates, pt. Blondynka, wydana kilka lat temu. Powieść o smutnej dziewczynie, rozpaczliwie szukającej miłości, potwierdzenia swoich talentów, ojca, którego nigdy nie poznała...
 Dziewczyna owa powiedziała kiedyś coś bardzo mądrego, bardzo mi bliskiego,  czego, niestety, nie umiała wprowadzić we własne życie, mianowicie, że "Lepiej być nieszczęśliwą samotnie, niż nieszczęśliwą z kimś..." 

Jej problem polegał chyba na tym, że nie kochała ani Normy Jeane, ani, tym bardziej, MM, a jej  liczne związki z mężczyznami i kobietami, nie rekompensowały  nadwątlonych, zaniedbanych relacji z samą sobą... 

"Jej największy problem polegał na tym, że nie była ani idiotką, ani blondynką."-to chyba najważniejsze zdanie z powieści Oates.


W historii kina jest wiele dużo piękniejszych i zgrabniejszych od niej aktorek, a nade wszystko: zdolniejszych, ale cytując Mistrza K.I.: "Było w niej coś: kobiece, nieuchwytne, dalekie, coś, co trzeba chwytać pazurami!"


 Z pasją poszukiwała celu swojego życia. Była do głębi przejęta tym co robiła.
Przebywając z nią nie chciało się umierać. Ona była stuprocentową kobietą,
kobietą najbardziej kobiecą ze wszystkich kobiet na świecie.

Arthur Miller, ex mąż MM




blondynka

seksownym blaskiem
krwistoczerwonej szminki
zasłaniałaś niewinną
kruchą kobiecość

długością sztucznych rzęs
wypatrywałaś tęsknie
szarmanckiego rycerza
wyrozumiałego jak dobry ojciec
którego nigdy nie miałaś

uwodzicielski uśmiech
półprzymkniętych powiek
zdradzał pachnącą nadwrażliwość

jedynie czasem drżał ci głos
a platynowa jasność
twych zakręconych włosów
maskowała ponadprzeciętną
inteligencję
uwikłaną

w najczarniejsze myśli

o śmierci
pochłaniającej
słodką bombonierkę
pożądanego
zmęczonego balansowaniem
na pograniczu obłędu


ciała

 JoAnna Idzikowska-Kęsik
/B-c, 28 II 2012, p.p.r./



    Dlaczego zabiliście Marilyn Monroe

    I różowy kolor miłości

    Teraz jest szara i tragicznie byle jaka

    A blondynki mają rude włosy...

— Wanda Lachowicz
Przeklinam Cię, ciało














2 komentarze:

  1. A teraz znowu "p.p.r."! Zginę w tym gąszczu skrótów jak Mańka w Czechach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. p.p.r. = pisany prawą ręką
      p,l.r. = pisany lewą
      p.n.k. = pisany na klawiaturce

      ;-)))

      Buziole!

      Usuń

Bardzo Ci dziękuję za komentarz i poświęcony mi czas. Jest mi niezmiennie miło, że udało Ci się do mnie zajrzeć, zatrzymać się chwilę nad tym, co napisałam. Serdecznie pozdrawiam, j.