sobota, 10 czerwca 2017

Wiersze bardzo, bardzo!



Wiem, dawno mnie tutaj nie było i pewnie nadal bym milczała, ale stało się coś, co kazało mi napisać nowy post.
Jest na Facebooku piękna strona poetycka, redagowana przez dwie wspaniałe poetki, których nazwisk na razie nie wymienię, ponieważ nie wiem, czy sobie tego życzą.
Strona nazywa się Babiniec Literacki i przybliża Czytelnikom sylwetki piszących kobiet, głównie poetek (zapraszam do polubienia).
Można się z niej dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, poznać ciekawe autorki, o których istnieniu nie miało się wcześniej pojęcia.

Dzisiaj chciałabym zaprezentować teksty Kati Fado - Katarzyny Kowalewskiej, laureatki wielu prestiżowych konkursów poetyckich. Wiersze, które mnie bardzo poruszyły. 
Nie będę się rozpisywać, po prostu przeczytajcie.
A więcej o tej pięknej i dzielnej Kobiecie dowiedzie się klikając TUTAJ.

Wzruszającej lektury.
Z pozdrowieniem, j.





po tamtej stronie nie wschodzi słońce



salowa ma ładnie upięte włosy, pośpiech na twarzy.
czy to się nigdy nie skończy?  puszcza pod nosem. jest maj,
właśnie zaczął się sezon na nieświadomych dawców życia -
organów z recyclingu. mówili, przejechał pociąg - między żebrami,
trze o druty w kościach, w mojej kończynie tor znalazł odnogę,
ślepy zaułek?  trudno o większą precyzję - cięcia,
gdy gasną światła, wciąż lecą iskry, ale ciemność zwycięża.
łapie nas w garść jak wróble, siadające na liniach wysokiego napięcia.
na śniadanie zaledwie jedno jajko, nie wykluję zbawienia, będzie rosło
w ustach, bo ból przekłuwa się w okrągłe dźwięki, przykrywa
poplamionym prześcieradłem. przewijana jak niemowlę - modlę się,
o następną kroplę – błogosławiony, dobry brat Kain - killer of pain,
choć limitowany, jak nikotyna w windzie, między noszami, kliszami
a zmianą wyciągu, bynajmniej nie narciarskiego, pożegnałam tamtych,
wciąż ślą esemesy, kolejne stacje wracają z brzękiem narzędzi,
wtedy budzę się jak zombi, ściskając w dłoniach kraty udaję,
że to dalej sen – krąg ostrych oczu wokół mojego łóżka,
wieczność wyżej wyją otwarte okna





***



że noc - której ubywa - z sączków. tak

się rozprzestrzenia w cząstkach - gnijących owoców, macicznych

resztkach – ma się do mnie jak owad do nieba. w opadaniu

z sił, w letargu – bronię się od jej ukąszeń, muzyki żałobnej.

szybciej od cienia znikam w korytarzach. w pochodach

inne kobiety bez twarzy rozdmuchują proch. bawię się tą zaćmą:

w ciuciubabce cucę – po tamtej stronie oczy. pełne

tej strony, nie wyrwanej - nocy – jej ostry kaszel,

to migotanie w płucach, tupot w przedsionkach:

wszystko jest echem minionych. przebytych prób

ratowania siebie na pustej scenie. nagrań ciągłości,

bez wsparcia z okienka reżyserki, z dyżurki,

odbija się na prześwietlonych kliszach, dręczy

spadający liść.



w białych rękawiczkach



znów od początku, jak lunatyk
wynoszę rozdarte wnętrza.
zbyt dużo zerwanych linii,
by udźwignąć podręczny bagaż,
z naparem ziół i kondolencjami,
jak odbicie w błocie - życiorys.

miejsce po stracie chowam w szafie
z naftaliną. Nie wiem, gdzie ją postawię,
może koło tej figurki Matki Bolejącej,
osiwiałej przed powrotem.

spójrz: mamo, jak ładnie układam zabawki,
buty i szklane kule w porządku M-kwadrat.
tu w kąciku ust będzie uśmiech dla much,
dla psychoterapeutki - dno oczu
i soda. kończę prace wewnętrzne,
budząc się w stanie deweloperskim,
bez białego osadu.

teraz łykam inne proszki,
w coraz większych ilościach.
ze spacją w pamięci,
tłumaczę nieobecność zmarłych.
ich ślepy pies ciągle za mną biega
i pada pod oknem jak cień
co jest wcieleniem kobiety.

a ty patrzysz na mnie córko i dziwisz się:
dlaczego jestem taka pracowita?
po co przestawiam wiosny na zimy?
dla dezynfekcji kochana, bo lód ścina
całe plugastwo krwi.

a w mojej głowie, mojej głowie?!
jest za tłoczno,
brakuje miejsca na otwór,
którym mogłabym wsypać truciznę.

kto mi odstąpi połowę zatrutego jabłka?
kilka miejscówek w sanatorium,
z miękką odprawą i gumowymi klamkami?
tam czeka na mnie prezent,
opakowany w błękitne światło:
trud czuwania ze spadaniem w tle.

budzę się, to dzieje się naprawdę.
związana pustymi rękami tworzę.
oto ulica o wielu twarzach i imionach:   
wiję się, pełznę, sapię, spieszę się, dopadam,
odgryzam, odpłacam, rosnę, owocuję, gniję.
tu teraz, wreszcie mogę zasnąć
w łóżku, które przeniosłam jak sen w śnie

pod szklaną podłogą
szczurzy pęd.



 egzystencjalny erotyk

księżycowy pył i stygnąca magma niczym kokaina w rozchylonych wargach. smak ciała
jest przenośnią – w orszaku majaków – góra, dół - rwana w półtonach półprawda, szaleje
sztorm, na koncercie wariatów - wiolonczela i smyczek, języczek uwagi. tyle mi ciebie –

ile przeminie. a środku wrze esencja w dekompozycji - unosimy się jak napar z głodu.
głośno i duszno rozprzestrzeniamy się wilgotni, półżywi, ciągniemy szczątki ku morzu
w ciemności naszych ciał. ikra, nagły flesz opalizuje głębokości. na fali wyładowań

przyciągamy się: elektrostatycznie, psychomotorycznie, wplątani. mnożymy niewiadome. nieświadomie spięci pękamy - tektoniczne płyty, laminaty na powierzchni straconego czasu, płowieją krajobrazy pod oknami - z łoskotem prześcieradeł ekstatycznie wije się sen niespełniony.

w układzie odbić, otarć, rozbłysków - w białą noc – czarny brzeg zrzuca skórę. i o tym
w muszlach, w uszach: szum - to już.



kolejna zmiana



w miejscu przeznaczonym. odgłos odchodzącego i nałóg życia.

układają się warstwami. wsiadam do wagonika z pierwszeństwem

drgającej linii. przyczepność do podłoża mnoży się w wartościach

względnych. jaśnieję

w nawrotach. bez rozgłosu. rosną wskaźniki i opad. wypełniona

znikam w tunelach, które mogą stać się przedsionkami świątyń.

wznowienie akcji – to nie wiara, to pamięć. szybkie wyjście z ram.

podziemnym szybem powracam, zakorzeniona głębiej.

musisz to ze mnie wyrwać. czas jak ptak z papieru dogasa,

ledwie widoczny w tłuczonym szkle. w elektrodach

bezwzględne wstrząsy rozsiewają lęk - w skrócie

przez zastrzyk - tkanki płaczą. zasypiam w deszczu zastygłych,

spóźnionych - wyłaniając się z trakcji i ciemniejąc w miejscu

opuszczonym.

   






zapach gorzkich migdałów


palony zapach gorzkich migdałów przywołuje toksyczną bliskość. już w progu
tonącego w ciemnościach domu - przeczuwamy nieuniknione – męczarnie w sieci,
w oparach cyjanku, w fałszywym blasku złota – duszne, zagracone pomieszczenie,
sprofanowane sanktuarium służące za sypialnię, z którego co noc wyzwala nas świt,
ta odrobina światła, wpadająca przez otwarte okno, by od razu rozpoznać śmierć.

każda najmniejsza szpara została w nas - pozatykana szmatami, zabita gwoździami,
a niebo zasłonięte zgniłą tekturą. obtłuczony, cynowy księżyc przewraca się na stole,
przy którym konsumujemy tajemnicę ubóstwa - porażkę czynu i słowa, szeleszcząc
jak stare gazety, stos negatywów na szklanych płytkach - dziwnie zabezpieczonych
przed czasem czyjąś troskliwą ręką, aby nie można było rozpoznać wygasłego żaru.

z uroczystą powagą, z ceremonialną opieszałością, jak łodyżkę kwiatu odsłaniamy
truchło - bo to uczucie ma sine ciało i ślepo otwarte oczy, sztywny kark, stare blizny
- niczym sieroty – w jałowej walce o godność – najgorsze minęło, bardzo starannie
zatrzymane, odzwierciedlając obraz zrujnowanego wnętrza, wyrwanych framug.

teraz gorzej słyszymy, chodzimy podpierając się laską, ukrywając chwiejność kroków
w smutku tej samej barwy, dzieląc los flakoników, zużytych narzędzi gwałtu - w czeluściach,
pękającej w szwach, torby lekarskiej, którą upuściło przed nami życie - szybkie i jasne.




głodne łabędzie



ślepe - wyrastają z jeziora ze świtem, na który czeka
nikt. o pięknym imieniu jak Gilard albo Aleksander,
albo to przejście przez sen - kończący się wielką, czarną plamą,
pulsującą we wnętrzu lilii.
śmierć to tylko więdnące liście.
i one znają ten rytuał - poranny śpiew.
tworzymy lepszy świat – powtarzają z refrenem,
wierząc w halucynacje.
niedokręcony kurek, na przykład, w ślepej kuchni,
przypomina kroki, one kojarzą bieg – niewidomego do morza.

ale naprawdę umierają w ograniczonej przestrzeni,
pod stołem, gdzie brakuje korzeni i źródeł,
ulegają rozkładom
roli, do której zostały poczęte
przez pikujący deszcz.

zapominają o ukąszeniach
z miłości. choć błogo-sławią
rój fanaberii, karoten, esy-floresy much
na jasnych barwach śmierci,
wszystkie te nowoczesne postanowienia
jak wolne rodniki, eliksiry młodości,
czy lakier - nagle zabrudzony w zgliszczach,
nadrealnie wydłużający ich szyje.

to moje ręce, moje - jak krzywa nijakiego Hilberta,
jednoczące wszystkie punkty światła.
także przed mrozem
podejrzane - uciekają w bezpieczne,
jedwabne miejsce, gdzie majaczą
w pewnym gatunku tańca lub mgły.

pytają o ciebie -  na krawędzi każdej strony
z pamiętnika nawiedzonej suszy - w płaczu kociąt,
i z różańcem łaszących się dziewic,
modlą się wlepione w wosk samotnej świecy,
gdy na kolację podają - starodrzew.


płonąca studnia


wymiatam popiół z ust,
nadgryzione ogniem brzegi
są wejściem do studni,
gdzie pogrzebano kobietę.


II
była w ciąży.
wierzyła. malowała ptaki na oknach.
chciała uczyć je błękitu - z mocą dobrych słów.
ktoś powiedział: szalona. pokaż jak otwiera się niebo.
tu, w tobie. trzymaj nóż.
kamienie przywiążemy później.
myślała, że śniła, a to była potworna prawda.
śmierć. korzenie i mokre zagłębienia.
ślepym alfabetem zapisywała kolejne dni w księdze wyrzeczeń.
pewnej nocy studnia wypełniła się krzykiem.


III
dziś nie ma już tych chłopców, tylko jesienne drzewa
szeleszcząc złowieszczo, rzucają w nią płomienie.


21 komentarzy:

  1. Wybacz, JoAnno, takiej poezji nie dam rady czytać. To nie dla mnie.
    Pozdrawiam w dość sympatyczną niedzielę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu,
      ja to doskonale rozumiem.
      Tylko chyba dzisiaj sobota jest. :)))

      Pozdrawiam najcieplej!
      Dziękuję, że zajrzałaś do mnie.

      Usuń
  2. Ciężka sprawa.
    A myśli wirują poruszone.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak.Teraz nagradza się wiersze w reprezentowanym tutaj stylu,ponieważ niby w poezji już wszystko było,zdarzyło się i szuka się nowych poetów,ale czy to jest poezja to ja nie wiem.To jest bardziej proza.Prawdziwi poeci siedzą ukryci w swoich norach i boją się z nich wyjść.Pozdrawiam.Bezpańska poetka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest taki jeden nierymowany wiersz Księżycowego Poety,
      taki inny od innych jego wierszy,
      o pewnej niemieckiej aktorce.

      Poezja nie zna granic, podobnie, jak życie.
      Proszę się nie bać.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Piękne... Życzę cudownego dnia i kolejnych poetyckich wzruszeń :)

    http://przystanek-klodzko.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Codziennie mam jakieś poetyckie wzruszenia, Aniu,
      dużo czytam.
      Pozdrawiam najcieplej!

      Usuń
  5. Witaj Joasiu.
    Dawno, dawno temu była Joasia na blogu i... psyt iskierka zgasła.
    Teraz wróciła za sprawą wierszy, czyli poezji, cokolwiek przez nią rozumiemy.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Michale,
      czasem lepiej jest milczeć, niż
      pieprzyć od rzeczy.

      Czasem lepiej jest czytać,
      niż pisać.

      Pozdrowionka serdeczne!

      Usuń
  6. A ja nie mam Facebooka.

    Co do zacytowanych przez Ciebie tekstów, jakoś nie rzuciły mnie na kolana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nie masz
      i to jest tragiczne,
      bo bym miała z Tobą lepszy kontakt!

      Teksty dla jednego super, dla innych nie.
      C'est la vie.

      Dobrego, Be!

      Usuń
    2. Odbiór poezji, sztuki w ogóle, to sprawa bardzo indywidualna. Ciebie te teksty zachwyciły - dla mnie są, prawdę mówiąc, niestrawne. O wiele bardziej wolę czytać Ciebie :)

      Usuń
    3. No widzisz... A ja czytając wiersze Kasi czy Darii, której tomik dzisiaj do mnie przybył i o której jeszcze napiszę, jak się wyrobię z papierologią, cały czas myślałam i myślę, że chciałabym umieć pisać tak, jak one.

      W ogóle mam tfu!rczego doła jak stąd do wieczności i ręce mi opadają na wszystko.

      Kryzys wieku średniego. :(

      Usuń
    4. E tam.
      Śmiem powiedzieć, że jeśli nie umiesz TAK pisać, to całe szczęście :)))

      Usuń
  7. Przeczytałem i już pędzę na stronę poetek doczytać resztę poezji. Pozdrawiam miło, Joasiu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Poruszające i przeszywające... robią wrażenie. Dziękuję, że się z nami podzieliłaś.

    OdpowiedzUsuń
  9. Be, Karo, Zbyszek - coś się dzieje,
    nie mogę odpowiedzieć każdemu z osobna,
    więc dziękuję za komentarze i serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj JoAsiu. Przeczytałam do końca wiersze i poczułam ogromne zmęczenie. Wiersze, a właściwie podciągnęłabym teksty pod prozę,są bardzo ciężkie, dołujące. Początkowo chciałam napisać , że są trudne, ale nie było to właściwie słowo/określenie. One są niesamowicie "ciężkie".Tak, jak lubię sięgać po kolejne wiersze poetek, z ciekawością i zainteresowaniem, tym razem zostanę przy tym, co tutaj podałaś. Nie zatrzymały mnie i nie spowodowały, że chcę więcej i więcej. Oczywiście to moje odczucie i odbiór.
    Wspomniałaś o Darii, której wiersze czytałam i znam. Cieszę się, że na swoim blogu wstawisz Jej wiersze. Daria pisze znakomicie, ma swój bardzo indywidualny styl. Obok Jej wierszy nie można przejść obojętnie ani "przelecieć' szybko. To tyle co mam do napisania. Może jeszcze tylko to, że życzę Ci dobrych dni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Jagodo,
      przede wszystkim dziękuję, że znowu do mnie zajrzałaś,
      że poczytałaś wiersze Kasi.
      Każdy odbiera indywidualnie, każdy inaczej,
      więc Twoja opinia jest tak samo ważna, jak moja,
      a ja lubię takie wiersze, jakie pisze Kasia.

      Od Darii mam błogosławieństwo i zgodę.
      Czekam na właściwy moment, muszę trochę odpocząć,
      wygasić emocje związane z odejściem mojej klasy,
      wyciszyć się.
      Mam tomik jej wierszy i postaram się napisać o tym,
      jak je odbieram.

      Pozdrawiam Cię serdecznie, senna i zmęczona,
      ale z perspektywą na wyśmienity wypoczynek.

      Serdeczności, j.

      Usuń
  11. Przepraszam panią bardzo, ale te akurat wiersze wcale nie są bardzo, bardzo!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo Ci dziękuję za komentarz i poświęcony mi czas. Jest mi niezmiennie miło, że udało Ci się do mnie zajrzeć, zatrzymać się chwilę nad tym, co napisałam. Serdecznie pozdrawiam, j.