środa, 21 stycznia 2015

A życie toczy się dalej...


 silne kobiety są jak drzewa

- mojej babci, Adelinie (1906-1998)


zapach pamiętam fiołkowy i oczy mądre zza szkieł
uczoność przypisaną sowie głos miękki kojący emocje
i barszcz pamiętam czerwony tak pyszny że chapeau bas
jednak to tylko androny ta prawda ma drugie dno

lubiłaś mi opowiadać a ja słuchałam uważnie
o tak odległych czasach że tylko w książkach i w kinie
roztłukłaś mi wyobraźnię i rozbudziłaś ciekawość
zrobiłaś to delikatnie bez jakichkolwiek nakazów

do dzisiaj widzę uliczki pełne żydowskich sklepów
gdzie kupowałaś przyprawy i materiały na suknie
i widzę twoją mamusię - prababkę w kolorze sepii
z książką w chudziutkich dłoniach na zdjęciu starym jak świat

wspominam cerkiew do której po mszy szłaś się pomodlić
i gestapowca co tacie ostatnie oddał cukierki
(tatę rodziłaś w wieku chrystusowym lecz bóg chyba strajkował
 w dzień wybuchu tej wojny i mego ojca urodzin!)

 czuję ból rozpamiętując twoje gawędy o dziadku
nie dane mi było poznać człowieka co ponoć znał Witkacego
studiował w Sankt Petersburgu (zawsze mnie kręcił Ermitaż)

 miał ponad dwa metry wzrostu i szczycił się pełnym uśmiechem
po tym go właśnie poznali kiedy po ośmiu miesiącach znaleźli
truchło w jeziorze bo kazał ludziom zakreślać trzy razy NIE
w tej sfałszowanej farsie znając zapędy swołoczy


tobie wszystko zabrali dom majątek i godność
(zostały ci tylko obrączki na znak hojności władzy)
z dziećmi musiałaś uciekać na Ziemie Odzyskane
i słać błagalne listy do szanownego Bieruta
 (którego miałaś za cepa chama i sprzedawczyka)
 ażeby pamięć o dziadku załagodziła amnestia

twardą byłaś kobietą i niebanalnie piękną
zostałaś wierna sobie i swoim ideałom
i wrosłaś we mnie jak drzewo
pod którym mogłam się schronić
bez cienia powściągliwości

brakuje mi ciebie zawsze
zawsze kiedy chcę płakać

Joanna Idzikowska - Kęsik,  21 I 14


PS

W moim gabinecie nad biurkiem, mam m.in. ślubne zdjęcie mojej babci Adeli i dziadka Jana (z października 1924 lub 25 roku, nie pamiętam... muszę zadzwonić do kuzyna).
Dzieckiem byłam myślącym, babcia miała 149 cm, a legendy rodzinne mówiły, że dziadek mierzył 207 cm. Spytałam Adelinę, czemu mnie okłamuje, przecież dziadek nie mógł być taki wysoki, skoro ona, maleńka, sięga mu do ramienia...

Odpowiedziała: "Pomyśl, dlaczego to zdjęcie jest wykadrowane, dlaczego nie widać całych naszych postaci?"
Okazało się, że babcia na tej foci stoi sobie na stołku, bo fotograf się denerwował, że nie dość, że ponad dziesięć lat młodsza od małżonka, to jeszcze taka mała!


Dziadek z opowieści i "wygrzebywania" mojego kuzyna, który postawił sobie za cel, że dowie się prawdy o nim i jego zagadkowej śmierci, jawi mi się, jako prawdziwy ojciec rodziny, dbający o swoją kobietę i szóstkę dzieci.
Gdy realizuję projekty czytelnicze, od razu przypominam sobie opowieści babci o tym, jak u nich w domu, w niedziele (przed wojną i w czasie wojny), dziadek czytał na głos dla połowy miasteczka (Lubelszczyzna, kumulacja wielu kultur), jak ludzie słuchali z zachwytem jego czytania. U mojej cioci w biblioteczce była czytana przez dziadka "Komediantka" Reymonta wydana na początku lat trzydziestych, podpisana jego piękną, leworęczną kaligrafią...


Kiedy się urodziłam, moja babcia miała skończone 63 lata (była spod Lwa). Na zdjęciach z młodości (których po wojennej zawierusze i przebojach z raczkującym nowym ustrojem, zachowało się niewiele)wygląda ślicznie, była zdecydowanie najpiękniejszą z trzech sióstr (podobna do dawnych gwiazd kina, nieco wyniosła), ale ja zapamiętałam ją jako elegancką, wciąż czytającą książki, starszą panią (często również chodziła do kina i teatru), która miała do mnie tyle cierpliwości, jak nikt wcześniej i - chyba - nikt potem. Bo co by o mnie nie powiedzieć, to dzieciakiem byłam krnąbrnym, a młodzieżą szaloną.


Babcia była pierwszą osobą, która zaakceptowała moją leworęczność (bardzo też ubolewała nad tym, że mama mnie przestawiła na pisanie prawą ręką), mój ateizm (choć sama była wierząca), wegetarianizm (ceniła walory mięsa, wspominając zupę z lebiody, którą gotowała dzieciom w czasie okupacji) i kolory włosów oraz fryzury, make - upy i ciuchy (sama słyszałam, jak tłumaczyła ubolewającym nad moim wyglądem rodzicom, że przejdą mi fryzurki na punka i zielone... rzęsy!), wspierała moje zainteresowania (teatr, film, sztuka) i zawsze wkładała do kieszeni cichaczem pieniądze na teatr, kino lub książkę, to dzięki jej "mecenatowi" z dwadzieścia razy obejrzałam "Szewców" Witkacego w Teatrze Polskim we Wrocławiu (tę sztukę swego czasu znałam na pamięć, tak samo, jak ona "Pana Tadeusza").  

U Adeliny nie było słodko i świat nie pachniał szarlotką, bo ona chyba niewiele uwagi skupiała na jedzeniu. Wolała czytać, było dużo książek i sporo z tzw. drugiego obiegu.I mnóstwo biografii gwiazd kina (od niej mam do dziś autobiografię Polańskiego pt. "Roman"), chociaż do swojej ulubionej Rodziewiczówny nigdy mnie nie przekonała ("Straszny dziadunio" wciąż straszy mnie z półki, zainteresowała i zaintrygowała mnie natomiast osobowość pisarki). Co jeszcze pamiętam?

Czułam do niej taki respekt, że nigdy nie ośmieliłam się przy niej przekląć, zapalić papierosa (nie cierpiała tego, a ja na studiach troszkę popalałam)czy powiedzieć źle o kimkolwiek (nie uznawała plotek i krytyki, zawsze mówiła, że naprawianie świata trzeba zacząć od siebie, dlatego w moim wierszu zawarłam domniemanie na temat komunistycznego prezydenta). Umarła, jak chciała: zasnęła nad książką, mając ponad 91 lat, wszystkie zęby (o które zawsze bardzo dbała, opowiadała mi, że w czasie wojny, myła je popiołem z drewna, sodą i mieloną solą), jasny, bystry umysł i pamięć, której można tylko pozazdrościć... 

Co mam po babci? Konsekwencję. Ona nigdy w życiu nie najadła się do syta, do bólu, mawiała, że trzeba sobie zostawić miejsce w żołądku (sic!) na dobre myśli; nie piła, nie paliła, nie klęła i do końca kochała swojego Janka, którego jej tak bestialsko zamordowali (jak znaleźli jego ciało i zidentyfikowali po wzroście i zębach, ponoć kilka tygodni spędziła na cmentarzu, mdlała z głodu, bo nie mogła nic jeść)... Ja mam podobnie, jak się uprę, to na amen (nie w pacierzu). Nie wiem, czy na pewno jest to dobra cecha, ale jest.

Bardzo też lubię unikatowe filiżanki (babcia piła tylko z filiżanek)i pięknie zdobione kubki, kolekcjonuję je od lat, a ponieważ mieszkam w mieście słynącym z ceramiki, troszkę już się tego nazbierało. Dzisiaj kupiłam sobie cukierniczkę (dla gości, bo sama nie słodzę), podgrzewacz pod czajniczek do herbaty i filiżankę (nie mogłam się oprzeć), nie mam silnej woli, żeby nie wchodzić do sklepu firmowego...



 Do odgrywania zacnej roli babci jakoś specjalnie mi się nie śpieszy, liczę na to, że dziecko Jowita weźmie ze mnie przykład i najpierw skończy studia, albo przynajmniej zainwestuje (z moją cichą pomocą)w swoje rozległe zainteresowania (lub najlepiej pogodzi jedno z drugim, choć mnie to nie wyszło na dobre, bo potem musiałam robić jakiś dziwny drugi fuckooltet, z którego walorów raczej nie chciałabym korzystać jeśli chodzi o wykonywany zawód), ale jak już przyjdzie ten moment - zapewne piękny - chciałabym być taka, jak Adelina (szansę mam, bo pewne cechy się dziedziczy, a moje ciocie i tato, to samo mówili o Michalinie - mamie mojej babci), bo ona była Mistrzem: wskazywała, naprowadzała i robiła to tak naturalnie, że nawet nie czułam, jak wiele mnie nauczyła, jak mnóstwo wartości mi przekazała w zwyczajnych, miłych konwersacjach.

Gdy szukam wspomnień, które trwały ślad pozostawiły we mnie, kiedy podsumowuję godziny, które miały dla mnie znaczenie, odnajduję nieomylnie to, czego żadne bogactwo nie zdołałoby mi zapewnić: nie można kupić przyjaźni człowieka związanego z nami na zawsze doświadczeniami życia.

Antoine de Saint - Exupery
Drzewa odbijają się w płynącej wodzie. Twarz odbija się w lustrze. Życie odbija się w baśniach. Ale odbicie jest zawsze odwrócone, dlatego baśnie kończą się na opak, szczęśliwie. Nie tak, jak w życiu. W baśni po smutku przychodzi radość, w życiu nie zawsze. Ja najbardziej lubię baśnie Andersena. Nawet, kiedy człowiek ma w sercu okruch diabelskiego lustra, to serce żyje...

Małgorzata Musierowicz, Kalamburka

*pierwszy obraz: Tree Woman" by Lisete Alcalde, kolejne z netu, zdjęcie zdjęcia moich dziadków i ceramiki - moje

14 komentarzy:

  1. Wiersz wspanialy i opowieść o babci wyśmienita serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, jeszcze muszę nad nim popracować, ale baza jest.
      Babcia była kochana, jak wszystkie!
      Pozdrawiam najmocniej!

      Usuń
  2. Witaj Joasiu.
    Fajna opowieść i wiersz.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Michale, moc słoneczek dla Ciebie w ten szaro - bury dzień. :)

      Usuń
  3. Tak wiele wiesz o babci o dziadkach,
    niestety mi zabrakło czasu...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj,
      nie wszystko pamiętam, z opowieści babci, ale np. pamiętam, jak mówiła, że na Lubelszczyźnie, po mszy szło się do cerkwi, do synagogi, że panował wzajemny szacunek, ludzie żyli w symbiozie, szanowali się...

      Serdeczności!

      Usuń
  4. Ale pięknie opisałaś swoją babcię, az się popłakałam....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ją bardzo kochałam.
      Jak urodziłam córeczkę, nie mogła się doczekać, kiedy ją zobaczy, choć była już bardzo słaba, wychodziła tylko na balkon... :)

      Dobrego dnia, u mnie pada śnieg!!!!

      Usuń
  5. Piękna opowieść o dziadkach...
    Mnie moja babcia zaszczepiła miłość do książek...
    Uwielbiam je...
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mamy podobnie: nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania choćby tylko kilku stron.

      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Będę się powtarzać, ale opowieść jest piękna. Mi potrzebna jest konsekwencja, taka jak u Twojej babci....może ten wpis da mi do myślenia. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Silna wola, konsekwencja to nawyki, a nawyków możemy się nauczyć. :)

      Serdeczności!

      Usuń
  7. Nigdy nie poznałam moich dziadków, którzy zostali w tzw. centralnej Polsce, a moi rodzice przyjechali na zachód i najpierw zamieszkali w Lubaniu, a potem w mojej rodzinnej wsi.
    Tylko raz byłam na grobach dziadków ze strony mamy, bo nigdy nie było mi po drodze do wsi, w której zmarli rodzice taty.
    Niedaleko mojego domu jest sklep z różnościami i między innymi z ceramiką z Twojego miasta, właśnie taką kolorową jak ta, która kupiłaś. Nie mogę się zdecydować, co kupić, bo półki mam zastawione zabytkową (poniemiecką) porcelaną przywiezioną z rodzinnej wsi.
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja babcia piła właśnie z takiej pięknej, niemieckiej porcelany. :)
      Mam jedną filiżankę z fiołkami od niej... tylko na specjalne okazje!!!

      Pozdrawiam!

      Usuń

Bardzo Ci dziękuję za komentarz i poświęcony mi czas. Jest mi niezmiennie miło, że udało Ci się do mnie zajrzeć, zatrzymać się chwilę nad tym, co napisałam. Serdecznie pozdrawiam, j.