Translate

20 kwietnia 2022

A życie biegnie swoim rytmem...

 
 
No i sobie napisałam w styczniu uroczy, jubileuszowy pościk i mnie wcięło, wywaliło z tego bloga na trzy miesiące. Myślę jednak, że z blogiem, jak ze wszystkim, czasem warto odpuścić, odejść i darować sobie pisanie, żeby potem wrócić z radością i entuzjazmem, jak do czegoś nowego.

Mam wrażenie, że moje życie już nie biegnie, tylko galopuje, że jestem na jakichś wyścigach dalekobieżnych i końca, mety nie widać.  Cierpię na notoryczny, chroniczny brak czasu, a jeśli go trochę wyrwę dla siebie, to głównie po to, żeby chociaż troszeczkę poczytać, nadrobić zaległości w lekturach albo pójść do kina lub obejrzeć coś ciekawego na Netflixie, HBO czy Canal +. Innych programów w TV nie oglądam. 

Od miesięcy nie napisałam wiersza, nie piszę też pamiętnika, notatek, które potem stają się wierszami, nie zapisuję pomysłów na wiersze, jedynie wymyślam je na chwilę w swojej głowie, zwłaszcza przed zaśnięciem i na tym się kończy moja radosna twórczość. De facto, jest to dla mnie przykre, czuję się niepełna, niespełniona, niekreatywna, jałowa, a jednocześnie nie potrafię tego przeskoczyć, bo wszystko wydaje mi się wtórne, bo mam poczucie, że nie warto już pisać, ponieważ wszyscy wszystko napisali, piszą... Przecież mamy od kilkunastu lat zalew poetów, pisarzy, twórców, a tomy poetyckie powstają jak grzyby po naprawdę obfitym deszczu... Czy warto zatem pisać, tworzyć? Publikować swoje, nikomu niepotrzebne wiersze?

Jaka będzie sytuacja globalna, przeczuwałam od dawna i - co prawda bardzo delikatnie, ale jednak pisałam o niej na tym blogu już ponad dwa lata temu. Mimo przeczuć, mimo wiedźmiej intuicji,  niektóre sytuacje mnie - pacyfistkę i zagorzałą, w pełni świadomą wegetariankę, która już jako małe dziecko nie jadała zabitych istot - po prostu przerastają. Bolą, zważywszy na fakt, że należę do grona osób wysoko wrażliwych. Nie chcę też wzmacniać pewnych złych wydarzeń energetycznie, więc je przemilczam, co znaczy, że po prostu i zwyczajnie nie jestem poetką, bo poeci przecież powinni zostawiać dla potomnych ślady, migawki, impresje swojego istnienia i wydarzeń, w których biorą udział... A ja nie chcę wzmacniać zła, czegoś, co uważam za niesprawiedliwe, tragiczne. 

Jedyne, co idzie mi ostatnio dobrze w moim własnym odczuciu, to moja praca. Owszem, bywam zmęczona, nie tylko psychicznie, ale fizycznie również, ale teraz wiem na pewno, po tym okropnym zdalnym nauczaniu, że jestem we właściwym miejscu, że naprawdę jestem wielką szczęściarą, bo bardzo lubię to, co robię, bo jestem szczęśliwa i spełniona na tym polu. Na osobistym zresztą też mam wielkie szczęście, ale tutaj nie chcę o tym pisać, bo, jak wiadomo, netowych hejterów nie brakuje.

Tak więc jestem, żyję, trwam. Staram się robić swoje, myśleć pozytywnie, ale z dużą dozą racjonalizmu, medytować, spacerować, chwytać chwile, żyć w zgodzie z naturą i z samą sobą, chociaż kolejna z rzędu wiosna, wbrew opiewanym teoriom o ociepleniu klimatu, wcale nas nie rozpieszcza. Dzisiaj, pod koniec kwietnia, gdy piszę te słowa, pada deszcz i jest zaledwie 6 stopni, ale temperatura odczuwalna jest znacznie niższa. Jednak na pogodę wpływu nie mam, więc tej dobrej pogody ducha, szukam w sobie. Chociaż bywa niełatwo, a nawet ciężko i depresyjnie. Wujek Google przypomina mi codziennie zdjęcia robione telefonem sprzed lat: tego dnia 8, 6, 5 lat temu i wiem, że bywało dużo cieplej o tej porze roku. I też bywało weselej, dużo bardziej optymistycznie...

A propos klimatu, dychotomia jest spora nawet wśród naukowców, ekologów i innych mądrych głów. Jedni mówią o ociepleniu, inni zapowiadają kolejną, małą epokę lodowcową. Faktem jest, że klimat stał się bardzo emocjonalny, nieprzewidywalny, jakby Matka Ziemia, która jest przecież żywym ciałem, wyczuwała nasze zbiorowe emocje, albo jakby była zmęczona nami, ludźmi i tym, co na niej, z nią wyprawiamy. Z astrologii, która wciąga mnie coraz bardziej, wynika, że raczej będzie chłodnawo.

Cóż jeszcze powiedzieć? Mam materiał na kilka postów, mam wiersze znajomych poetek, więc mam jednocześnie nadzieję, że nie będę już tak bardzo zaniedbywać tego miejsca, tego mojego skrawka w sieci. 

Życzę Wam nadziei i wiary w to, że nie ma tego złego, że po burzy będzie słońce, tęcza i inne piękne zjawiska, nie tylko atmosferyczne. Od dziecka mam w sobie tekst Steda - Edwarda Stachury i bardzo często do niego w myślach wracam i niechaj tak się dzieje, niech tak się stanie dla nas, dla świata, dla wszystkiego, co żyje na tej pięknej planecie:

"Dla wszystkich starczy miejsca
Pod wielkim dachem nieba
Na ziemi której ja i ty
Nie zamienimy w bagno krwi"

Pozdrawiam i ściskam, JoAnna.

*obrazy z internetu, nie znam Autorów

23 stycznia 2022

10 lat minęło czyli post jubileuszowy!


 Dekada pisania na Bloggerze!

Niesamowite, jak szybko to wszystko minęło, naprawdę! Dekada, a jakby to było wczoraj...

Z tej bardzo miłej dla mnie okazji, przedstawię Wam pięć faktów o moim blogu. :)

*

1. 

Blog tutaj założyłam po kilku latach blogowania w innych miejscach, 22 stycznia 2012 - roku, w którym miał nastąpić szumnie zapowiadany koniec świata, ale od tysiącleci było wiadomo, że jest to święto ruchome.

Chciałam mieć swoje miejsce w Sieci i mam je do dzisiaj. Nie zakładam innych blogów, przywiązuję się do miejsc i ludzi i jestem im wierna. 

W moim życiu troszkę się zmieniło przez te lata, ale wszyscy wiemy, że życie to zmiany, więc aby się rozwijać, potrzebujemy ich jak tlenu.

Pierwszym zdjęciem, jakie umieściłam na tym blogu była tęcza. Uwielbiam maki, morze i tęczę i w pierwszym poście pojawił się wierszyk o tęczy i zdjęcie mojego miasta - Grodu Nad Bobrem słynącego z pięknej ceramiki i oplecionego tęczą.

2.

 Jednym z pierwszych ważnych dla mnie i wciąż czytanych postów, był wpis poświęcony mojej ukochanej aktorce, którą do dzisiaj uważam za najpiękniejszą kobietę w historii kina, Joannie Pacule.

Do dzisiaj również wyszukuję zdjęć aktorki w odmętach internetu, czytam o niej i kibicuję jej karierze, a posty stricte o niej znajdziecie u mnie dwa, chociaż pojawiała się i zapewne jeszcze będzie, również w innych wpisach. Dzisiejsze zdjęcie, chociaż z lat osiemdziesiątych, jest premierowe na tym blogu. Od lat uzupełniam posty o Pani Joannie o nowe zdjęcia.

3.

Blog z założenia miał być miejscem w sieci zastępującym mi pamiętnik. 

Pamiętniki piszę od dzieciństwa, ponieważ zmuszono mnie do praworęcznej kaligrafii i był moment, kiedy byłam już bardzo zmęczona stertą zapisanych zeszytów. 

Prawda jest jednak  taka, że na blogu nie da się opisać wszystkiego: kłótni z ukochanym, scysji z dyrektorem, natchnień z obcowania z prywatnym dzieckiem. Nie da się bez metafor i wprost opisać intymności, więc po krótkim czasie znowu zaczęłam pisać odręczny pamiętnik, a tutaj publikowałam swoje wiersze (nie wstydzę się nawet tych, które sama uważam za grafomańskie teksty) i wiersze innych poetów, prozę poetycką, polecałam obejrzane filmy i przeczytane książki, miejsca, które odwiedziłam no i czasem pisałam o ludziach ze świata sztuki i kultury, o sobie i swoich zwierzakach na tyle, na ile wypadało pisać na publicznym blogu.

4.

Udało mi się poznać w Sieci wielu mądrych, interesujących ludzi, do których - jak już niejednokrotnie podkreślałam - mam od zawsze ogromne szczęście i bardzo to sobie cenię. Lubię odwiedzać blogi znajomych na tyle, na ile pozwala mi czas. Lubię poznawać zdanie i poglądy, choćby skrajnie różne od moich - szanuję to. No i lubię się uczyć, a z postów na Waszych blogach naprawdę wiele zyskuję, za co dziękuję!

5.

Tych 10 lat i 553 posty (kilka skasowałam) to na pewno nie koniec mojego pobytu tutaj, wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że będę pisać coraz ciekawsze wiersze i posty, przedstawiać Wam godnych uwagi poetów, filmy, cytaty, książki, piosenki i jak zawsze wspierać Kobiety, bo je uwielbiam i wiem, że czasem wymagają dobrego słowa, pocieszenia, wsparcia.

Pozdrawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają i towarzyszą mi w blogowaniu! Zapraszam na kolejne posty! Wam również życzę owocnego blogowania.

 JoAnna.

06 stycznia 2022

"Bo przecież świat zrobiony został z niezliczonych odcieni szarości". ***

wiersz o nielekkim zabarwieniu erotycznym
 
szarość ogarnia podświadomość
rozlewa się w niej jak styczeń
który zapomniał o lśniącej bieli
rozświetlającej umysły i serca

wchodzę w misterny spokój lasu
mokra ziemia nie chce jeszcze snuć
opowieści o nadchodzącej wiośnie
woli wchłaniać wilgoć w podziemne światy

gile i jemiołuszki zastygły na gałęziach
deszcz beznamiętnie głaszcze śnieguliczki
opadłe liście nie szepczą wesołych kołysanek
gniją przeczuwając nieuchronną śmierć

myślę o naszej miłości silnej energii
która kasuje każdą nudę i monotonię
wtapiam się w erotyczne fantazje
rozgrzewam oczekiwaniem na dotyk

wielka zimna kropla spada mi na kark
prosto w miejsce które uwielbiasz całować i pieścić 
przechodzą mnie dreszcze zwiastujące 
 
ocieplenie klimatu

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 5 I 22
***cytat w tytule postu Olga Tokarczuk
*grafika z internetu, nie znam Autorów

02 stycznia 2022

Tylko dobra, zdrowia i miłości na nowy czas!

 Wszystkim, którzy błądząc w Sieci, zaglądają na mój blog, życzę udanego, zdrowego i wspaniałego nowego czasu! Niechaj nam się darzy w każdej dziedzinie życia i niech ten nowy rok będzie lepszy niż dwa minione lata. 

A poniżej kilka zdjęć z Trójmiasta, w którym spędziłam miniony tydzień, żeby się troszkę zresetować po chorobie i doładować baterie. Byłam niewyspana, ale  szczęśliwa, że znowu tam jestem.

Byłam w Gdyni Głównej, Orłowie, Redłowie, w Mechelinkach, w Gdańsku, było bardzo zimno, a potem przyszła odwilż, ale jak zawsze było wspaniale - kocham morze, kocham tam być.

Wróciłam wczoraj późnym wieczorem. Gdy przejeżdżałam przez Inowrocław, zawsze w myślach pozdrawiałam naszą  blogową Znajomą - Jotkę.

Bądźcie zdrowi, bądźcie szczęśliwi i zaglądajcie w moje skromne progi!

Najserdeczniej pozdrawiam z ciepłego Bolesławca. Miejcie się jak najzdrowiej! Cieszcie się życiem, chwytajcie dzień.

Dodam w ramach ciekawostki, że rok 2022 jest rokiem trzech dwójek pod panowaniem Jowisza w wodnym znaku Ryb, a Jowisz to jest dobroczynna planeta, zaś w astrologii chińskiej, 1 lutego zacznie się Rok Wodnego Tygrysa i możemy się spodziewać wielu newsów z żywiołem wody w  tle - a woda to emocje i energia żeńska. Suma cyfr roku - 6 - sugeruje skupienie się na rodzinie, a nie na tym, co na zewnątrz nas. I myślę, że to jest bardzo dobre - stworzyć sobie własny, mały świat bez propagandy i fałszywych newsów przesyconych teoriami spiskowymi. Bezpieczny świat pełen radości, miłości, szacunku i ciepła czyli tego, czego wszyscy naprawdę chcemy, a co nadszarpują zewnętrzne zdarzenia i informacje.

Poniżej część mojej kolekcji biżuterii z kamieniem wypluwanym przez morską wodę. ;-)

NA PEWNO BĘDZIE CIEKAWIE! DZISIAJ NÓW KSIĘŻYCA W KOZIOROŻCU. Koziorożec to znak kardynalny, ziemski. Warto zapalić świeczkę w dobrej intencji, kariery, pracy, domu...

BĘDZIE DOBRZE. KOCHAJCIE SIĘ I SZANUJCIE. Z SERDECZNOŚCIĄ - JoAnna.

23 grudnia 2021

Przepięknych Świąt!



*
 Nikt nie jest za duży na bajki. A już na pewno nie można być za dużym, by poczuć świąteczną magię! 
 
Joanna Szarańska
 *
 

W ten piękny, magiczny czas, gdzieś między pachnącym migdałami makowcem włożonym do piekarnika a pyszną, jarzynową sałatką, jestem tutaj, aby napisać kilka słów.

Życzę Wam, aby te najpiękniejsze Święta były dobre, abyście nabrali sił na kolejny rok, aby Wam się darzyło.

Aby dobro i zło podały sobie czułki, aby światło zwyciężyło nad ciemnością.

Życzę, żebyście załatwili do końca roku wszystkie zaległe sprawy i nie przenosili ich na kolejny rok.

Życzę Wam, abyście pogodzili się z ludźmi, na których Wam zależy, którzy są Wam bliscy i aby nikt nie był sam.

Niezapomnianych, ciepłych, radosnych, wspaniałych i wzruszających Świąt!

Z serdecznością i pozdrowieniem - JoAnna.
 
.
 *
Matka uczyła ją, że święta są ważne i nie można ich lekceważyć. Trzeba je obchodzić z tymi, których kochasz, bez względu, czy masz ochotę, czy nie. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy pozostaną ci tylko wspomnienia. 
 
Luanne Rice

*
 Coś jest w świętach Bożego Narodzenia,co raz po raz każe zajrzeć nam w głąb siebie,w nasze wspomnienia i pragnienia,w naszą dziecięcą duszę.
Ona wciąż jeszcze otwiera szeroko oczy ze zdumienia,stając przed tajemniczymi drzwiami,za którymi czeka cud. 
 
Nicolas Barreau 
 
*
 Bożonarodzeniowy nastrój panował tutaj już od początku grudnia i wtłaczał człowieka w inną rzeczywistość, w kolorowy bezczas wypełniony śpiewem i zapachem korzennego ciasta. 
 
Magda Knedler
 
 *
 Święta to nie stół i ozdoby, a ludzie z ich uśmiechami i ciepłymi spojrzeniami. Ludzie są w święta najważniejsi. 
 
Sylwia Trojanowska 
 
 *

*
 

18 grudnia 2021

Kilka słów o pięknej kobiecie

Jej jasny, szeroki, uroczy uśmiech towarzyszy mi od wczesnej młodości a film o uśmiechu pewnej tajemniczej piękności, w którym zagrała Keatinga w spódnicy, należy do moich ulubionych w jej dużym artystycznym dorobku.

Wygląda pięknie we wszystkich fryzurach i pasuje jej każdy kolor włosów. Znany polski operator pracujący za granicą mówił w jednym z wywiadów, że to właśnie ją wybrałby na Miss World, na najpiękniejszą kobietę w branży filmowej.

Nie ma niebieskich ani zielonych oczu, ale ma oczy, w których można utonąć. 

Jest leworęczna, jednak nauczyła się pisać prawą ręką do swojej oscarowej roli. 

Jest wysoka i szczupła i bardzo kobieca. 

Dla niej jestem w stanie oglądać komedie romantyczne i tkliwe romanse, których nie cierpię, ale to naprawdę jest Pretty Woman, więc siedzę i się gapię z niemałym zachwytem. 

Lubicie ją? 

Ja uwielbiam, a ponieważ ma być kilka słów, poniżej na zdjęciach przedstawiam 

moich 10 ulubionych filmów z jej udziałem.





11 grudnia 2021

Subiektywnie o dziełach Mistrza czyli moje TOP SZEŚCIU NAJLEPSZYCH FILMÓW PETERA WEIRA

 Peter Weir to dla mnie jeden z najwybitniejszych współczesnych twórców kina, którego filmy towarzyszą mi od wczesnej młodości i jeden z nielicznych twórców, do których dzieł chętnie wracam. 

Urodził się w 1944 roku w stolicy Australii, Sydney i studiował prawo i sztukę na tamtejszym Uniwersytecie. Jako reżyser debiutował w 1971, a w  1975 zyskał międzynarodowy rozgłos. Dzisiaj należy do najbardziej znanych, rozpoznawanych, cenionych i nagradzanych twórców X Muzy. Często gości jako juror na festiwalach filmowych.

Wszystkie filmy Weira, które obejrzałam (a nie widziałam jedynie dwóch jego filmów zrealizowanych w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku), poruszyły mnie i zapadły mi w pamięć, ale jednym tchem wymieniam sześć dzieł reżysera i "Zieloną kartę", komedię romantyczną z francuskim gwiazdorem Gerardem Depardieu i amerykańską modelką oraz aktorką Andy MacDowell.

Zapraszam zatem do poznania mojej prywatnej listy sześciu najlepszych filmów tego wybitnego twórcy.

1. BEZ LĘKU - FEARLESS - USA, 1993

Chyba najbardziej kontrowersyjny i krytykowany film Petera Weira, dla mnie jest jego najlepszym dziełem, zrealizowanym na podstawie powieści Rafaela Yglesiasa, który współpracował również z Romanem Polańskim (o którego filmach też chyba wreszcie napiszę) . 

Żeby przekonać samą siebie o tym wyborze, wróciłam do niego kilka dni temu i spodobał mi się jeszcze bardziej, niż kiedyś i nie dlatego, że bezobjawowo uwielbiam grającego główną rolę Jeffa Bridgesa, nie dlatego, że jestem alergiczką i całe życie staram się siłą swojej woli i umysłu walczyć z demonami, ale dlatego, że jest to film o dojrzewaniu i przyjaźni, o pokonywaniu własnych słabości, a także o tym, że człowiek, chociaż de facto jest samotną wyspą, to najlepiej funkcjonuje w stadzie.

Dużym plusem filmu, mimo, że od jego premiery, minie niebawem trzydzieści lat, jest fakt, że reżyser podjął tak uniwersalny temat, że wciąż - a może nawet bardziej niż wtedy, jest to na czasie.

Dzieło opowiada o bogatym architekcie - biznesmenie, który wraz ze wspólnikiem wraca z biznesowego spotkania, a samolot, którym wracają, rozbija się na polu kukurydzy. Max, bohater grany przez Bridgesa, już w trakcie awarii, w czasie lotu, zaczyna pomagać współpasażerom, siada obok chłopca, który bardzo się boi, wspiera go i jednocześnie widzi śmierć wspólnika. Potem, przed wybuchem maszyny wyprowadza z niej wielu ludzi ocalałych z tragedii. Później - w szoku - długo zachowuje się i działa na zasadzie jestem bogiem: zjada truskawki, na które ma uczulenie, jeździ jak pirat drogowy,  igra momentami z losem i z jednej strony pomaga ludziom, a z drugiej, zaniedbuje rodzinę, żonę i syna wkraczającego w okres dojrzewania - tutaj ukłon w stronę Isabelli Rossellini, aktorki i modelki, córki Ingrid Bergman, w roli żony.

Film świetnie pokazuje też emocje, postawy ludzkie. Bardzo ciekawa jest postać zachłannego i niezbyt uczciwego adwokata ofiar katastrofy, grana przez niezapomnianego Amadeusza z filmu Milosa Formana- świetnego aktora, głównie teatralnego, Toma Hulce'a. Oscara za udział w filmie, za rolę pogrążonej w żałobie mamy, która straciła w katastrofie dwuletniego synka, zasłużenie otrzymała Rosie Perez. Nieźle zagrał też, młody wówczas Benicio del Toro. Rolę Jeffa Bridgesa, który zresztą zastąpił preferowanego przez Petera Weira Mela Gibsona,  oceniam bezkrytycznie, bo to mój bardzo ulubiony aktor od czasów dzieciństwa, odkąd zobaczyłam go w "King Kongu", a zaraz potem w "Gwiezdnym Przybyszu".

Film jest bardzo dobry, bo, jak już wspomniałam, jego temat jest uniwersalny, podobna historia mogła się zdarzyć niemal każdemu z nas. Szok, trauma po wypadku, uczucie osamotnienia, odmienności, różnie się z nami rozprawia. Bywa, że zapadamy się w siebie, w depresję, a czasem stajemy się nieustraszonymi super bohaterami...

Bardzo wymowny cytat z filmu: "Przy tobie miałam być bezpieczna i jestem, bo już umarliśmy".

Najlepsza scena: Kiedy Max kolejny raz sięga po truskawkę i krztusi się, żona robi mu sztuczne oddychanie, a adwokat sprawia wrażenie, jakby czekał na zgon bohatera. Świetnie zagrane!


Moja ocena filmu: 9/10
 

**********

2. PIKNIK POD WISZĄCĄ SKAŁĄ - PICNIK AT HANGING ROCK - AUSTRALIA, 1975


 Film, dzięki któremu australijski reżyser został znany na całym świecie. Dzieło magiczne, artystyczne, które nic nie traci, mimo upływu lat. Film kostiumowy, kameralny, powolny, poetycki i zagadkowy... I chyba w tym właśnie tkwi jego siła i w ścieżce muzycznej również.

Dzieło - a może już nawet arcydzieło - opowiada o wycieczce odbytej przez uczennice prywatnej pensji - college'u w Dzień Świętego Walentego 1900 roku, zrealizowane jest na podstawie powieści Joan Lindsay z 1967 roku i jest jednym z tych filmów, które podobają mi się bardziej, niż powieść, na kanwie której powstały.

Bardzo dobre, dojrzałe aktorstwo, przepiękne plenery, urocze stroje z epoki i muzyka - zarówno klasyczna (Mozart, Beethowen), jak i współczesna, napisana na potrzeby filmu, sprawiają, że film ogląda się z zapartym tchem i do końca czeka się na rozwiązanie zagadki: tajemniczego zniknięcia bardzo racjonalnej nauczycielki i trzech egzaltowanych uczennic.  

Nie będę spamować i opowiadać treści, mam wrażenie, że to film z tych, które każdy powinien znać.

Najlepsza scena: cały film.

Moja ocena filmu: 9/10

**********

3. THE TRUMAN SHOW - USA, 1998

Kolejnym dziełem Weira, o którym sobie kilka dni temu przypomniałam jako o filmie pasującym do dzisiejszej globalnej sytuacji,  jest film o Wielkim Bracie, o sztucznym świecie i o tym, jak łatwo jest manipulować bezrefleksyjną jednostką.

Jest więc sobie wesoły, trzydziestoletni duży chłopczyk z cechami Piotrusia Pana, agent ubezpieczeniowy, członek małej społeczności, który nawet nie marzy o innym miejscu na ziemi i codziennie powtarza te same czynności: w drodze do biura kupuje gazety dla siebie i żony, spotyka się z braćmi bliźniakami, kolegą ze szkoły i wydaje się być szczęśliwy...

Życie jest sceną, świat teatrem, ludzie odgrywają role - to znamy od starożytności, również od Shakespeare'a i wielu innych. Tutaj, w filmie Weira się okazuje, że nawet pogodę można zmienić w jednej chwili, że żona w sekundę może odejść po wielu latach małżeństwa, a mnie przypomina się wtedy "Koneser", późniejsze dzieło świetnego włoskiego reżysera Giuseppe Tornatore, w którym jeden z bohaterów wypowiada znamienne słowa: "Uczucia są jak dzieła sztuki. Można je sfałszować. Będą wyglądały jak oryginał, ale to falsyfikat. Wszystko można podrobić, nawet miłość".

Świat Trumana to sztuczny twór, w którym aktorzy odgrywają swoje role i lokują produkty, żeby uzbierać z reklam na produkcję kolejnych odcinków, a sam Truman od urodzenia gra w mydlanej, całodobowej operze, którą z zapartym tchem podziwia miliony ludzi na całym świecie... Jednak każde kłamstwo w końcu wychodzi na jaw i Truman, pokonując aquafobię spowodowaną rzekomą śmiercią rzekomego ojca, ucieka z tego sztucznego świata. Ucieka, bo odkrywa prawdę, bo chce ją poznać do końca.

Za Jimem Carry'eyem nigdy nie przepadałam, jednak w tym filmie jako Truman Burbank wypadł świetnie. Zafascynowała mnie postać Christofa (nota bene wymowna ksywka) granego przez genialnego jak zawsze Eda Harrisa. Christofa - wszechmocnego reżysera, boga planu i pleneru, który poprzez biuro podróży między innymi głosi wymowne hasła, takie jak na przykład... "ZOSTAŃ W DOMU".

I już. Pewnie wszyscy widzieliście ten film, a jeśli nie - najwyższa pora zapoznać się z tym dziełem.

Najlepsza scena: Wywiad Christofa udzielony telewizji.

Moja ocena filmu: 8/10

*********

4. STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW - DEAD POETS SOCIETY - USA, 1989

 
Czy jest tu ktoś, kto nie zna tego filmu? Tego wspaniałego, klimatycznego filmu o starciu tradycji z nowoczesnością? O spotkaniu młodości z wiekiem średnim i starszym, o konflikcie interesów i pokoleń, o iskrze, jaką dobry nauczyciel może obdarzyć otwarte umysły młodzieży?
Koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i męskie, prestiżowe, płatne liceum z wieloletnią tradycją. Liceum produkujące przyszłych prawników, bankierów, lekarzy w stary, pruski, ławeczkowo - kujonkowy sposób ,(który, niestety, pokutuje do dziś)...
I nieodżałowany, wspaniały Robin Williams w roli ekscentrycznego nauczyciela literatury, stawiającego na samodzielne, niezależne myślenie i "Kapitanie, mój kapitanie". Uwielbiam scenę, w której grany przez Williamsa Keating, każe wyrwać uczniom wstęp z podręcznika! Perełka.
Cudny film (który, mino wad, ogląda się sercem) o sile motywacji, przyjaźni, o szacunku, o duchu poezji, o zrywaniu z konwenansami, o dojrzewaniu do tego, aby mieć własne zdanie, bronić siebie i swojego zdania. Zawsze chętnie do niego wracam, zawsze odkrywam coś nowego.
 Na podstawie scenariusza do tego filmu, amerykańska pisarka Nancy H. Kleinbaum, napisała powieść pod tym samym tytułem, ale ja wolę film.
Chwytajmy dzień, żyjmy chwilą, bo nie wiemy nigdy, ile dni jeszcze przed nami!
 

Najlepsza scena: hołd oddany przez część klasy wyrzuconemu z pracy,  odchodzącemu Keatingowi i tutaj doskonały Ethan Hawke.

Moja ocena filmu: 8/10

*********

5. NIEPOKONANI - THE WAY BACK - USA, POLSKA, 2010

Jeden z najtrudniejszych dla mnie w odbiorze filmów Weira i jednocześnie jeden z najciekawszych, podobno oparty na faktach. Trudny, bo nie mam siły na przemoc w jakiejkolwiek postaci, na wojnę, nawet na ekranie, ale czasem trzeba i warto obejrzeć taki film, żeby sobie uświadomić, jak mamy dobrze i jak bardzo tego nie doceniamy.

Film ważny, warty obejrzenia choćby ze względu na kreacje aktorskie. W kinie płakałam, teraz już nie, ale fascynacja Edem Harrisem jest już we mnie wgrana od lat - to jeden z tych aktorów, który chyba nie ma na swoim koncie złej roli. Zaskakuje Colin Farrell, świetnie gra Jim Sturgess, pięknie i bardzo wiarygodnie prezentuje się  Saoirse Ronan, dobra już wtedy młodziutka aktorka, teraz na światowym poziomie.

Film opowiada o ucieczce grupy ludzi z sowieckiego gułagu, o sile ludzkiego ducha, o przyjaźni. 

Cudowne plenery, piękne zdjęcia to dodatkowe atuty filmu, a także oczytanie australijskiego reżysera, bo czuje się w nim duchy powieści Sołżenicyna, Appleubaum - Sikorskiej i Herlinga - Grudzińskiego.

Najlepsza scena i wzruszająca: śmierć Ireny.

Moja ocena filmu: 7/10

********

6. ŚWIADEK - WITNESS - USA, 1985

Pierwszy amerykański film Petera Weira z ulubieńcem kobiet - i nie ukrywam, że moim również, bo jak Princess Lea wolę niegrzecznych - Harrisonem Fordem. Kryminał z lekką nutką romansu, nieco sztampowa opowieść o dobrym glinie, który ma skorumpowanego, wrednego szefa, ale ciekawie osadzona.

Mały amisz jedzie z matką w odwiedziny do ciotki i staje się świadkiem brutalnego morderstwa w toalecie na dworcu kolejowym. Dobry glina orientuje się dzięki chłopcu, że morderstwa dokonał zły glina i postanawia pomóc rodzinie, której grozi niebezpieczeństwo ze złej strony. 

Zderzenie kilku światów, przenikanie światów, świetne aktorstwo i nieco egzotyczna dla współczesnego widza kultura amiszów sprawiają, że film dobrze się ogląda.

Piękna Kelly McGillis, gwiazda lat osiemdziesiątych, bardzo dobrze wypada w roli młodej wdowy, matki, amiszki (podobno żeby poznać obyczaje amiszów, mieszkała z nimi jakiś czas przed rozpoczęciem zdjęć do filmu). W filmie występuje również młody wtedy, a teraz bardzo znany aktor i poeta, Viggo Morstensen. 

Nie jest to arcydzieło, ale solidny film na zimowy wieczór.

Najlepsza scena: kąpiel Kelly McGillis i skrępowanie pomieszane z podziwem w wykonaniu Forda.


Moja ocena filmu: 7/10

******** 

I  to wszystko na dzisiaj, mam nadzieję, że zachęciłam Was do oglądania filmów Petera Weira, że podzielicie się ze mną swoimi spostrzeżeniami, opowiecie o swoich ulubionych filmach tego wybitnego twórcy.

Moc serdeczności posyłam!