Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NPD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NPD. Pokaż wszystkie posty

sobota, marca 14, 2026

"Człowiek naraża się na łzy, gdy raz pozwoli się oswoić".

"To czas, który poświęciłeś swojej róży, czyni ją tak ważną".

Antoine 

 

"Moja róża jest dla mnie ważniejsza niż wszystkie inne, ponieważ to o nią się troszczyłem”.

Antoine 


ڿڰۣ 
 
 Róża i Książę

"Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez".
Antoine de Saint-Exupéry


Nieważne, że ją zostawiłeś na pastwę
szklanego klosza, pod którym
niemal się udusiła,
samotności i zdrad, przez które
prawie odeszła od zmysłów?

Cóż z tego, że spełniłeś siebie:
zajrzałeś w oczy ciał niebieskich,
poznałeś mnóstwo tajemnic, skoro
nie zrozumiałeś, jak wiele trzeba przejść,
aby umieć wrócić o zachodzie słońca.

Nie oswoiłeś jej.
Wtargnąłeś w niespokojną, wrażliwą
duszę i artystyczny umysł.
Ciągle czekała, wyczekiwała
kochając pomimo wszystko,
a świat jej łez na zawsze
pozostał nieodgadniony,
rozedrgany i zbyt emocjonalny.

Smutny, pełen żalu pamiętnik,
skrzętnie ukryła przed światem,
doskonale zdając sobie sprawę,
że dorośli nie patrzą sercem, nie potrafią
dostrzec obłych słoni w płaskich wężach
i rzadko rozumieją coś więcej,
niż tylko banalnie przyziemną mutację cyfr.

Dzieciom zaś, nie wolno serwować
powiastek zbyt wybujałych erotycznie.
 

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 8 III 20

 ڿڰۣ 

Wiersz, który Wam dzisiaj prezentuję, napisany został pod wpływem wspomnień lektury "Pamiętnika Róży" autorstwa żony twórcy "Małego Księcia", Consuelo de Saint‑Exupéry, opisującego ich niezwykle burzliwy, pełen zdrad, rozstań i powrotów, toksyczny związek.

Nie wiem, czy ta książka - pamiętnik, jest dostępna gdzieś poza ewentualnie bibliotekami, ale szczerze ją polecam, bo, chociaż czytałam ją dawno  - jakieś dwadzieścia lat temu - została we mnie na długo i dała zupełnie inny obraz autora jednej z moich ukochanych powiastek filozoficznych. 


Autor tej pięknej, moralizatorskiej bajki, zwany błędnym rycerzem przestworzy, obrońcą najwyższych zasad moralnych, ostatnim romantykiem literatury, poza zasięgiem ciekawskich oczu, był jednocześnie niewiernym, nieco narcystycznym egocentrykiem  i wiecznie nieobecnym, mającym wiele romansów (najważniejszy z arystokratką Nelly de Vogüé), mężem czekającej na niego żony.


Zatem prywatnie był zupełnie inny, niż wielu z nas się wydaje. I dobrze, bo był człowiekiem po prostu. Consuelo też wcale nie należała do świętych (pisarz był jej trzecim mężem, a gdy się poznali, miała 29 lat), uzupełniali się, łączyła ich wielka namiętność.

Jednak, mimo nawiązań do książki, do słów żony pisarza i lotnika, do wiedzy o nim, mój wiersz jest jedynie fikcją, tworem mojej wyobraźni, wariacją na temat, impresją, utworem absolutnie osobnym. 

Jako ciekawostkę dodam, że "Pamiętnik Róży" został odnaleziony ponad 20 lat po śmierci autorki (1901 - 1979) i wydany we Francji w roku 2000, w setną rocznicę urodzin de Saint-Exupery'ego (1900 - 1944) i od razu stał się bestsellerem. Nie jest to jednak wielkie dzieło literackie, bardziej jednostronne i chyba nieco "ukwiecone" wspomnienia. 

  

O ich burzliwym związku opowiada paradokumentalny, poetycki film Ananda Tuckera z 1996 roku "Saint-Ex: The Storyteller” w którym w role małżonków wcielili się Bruno Ganz i świetna angielska aktorka Miranda Richardson. Niestety, nigdzie nie mogę tego filmu znaleźć, a bardzo chciałabym obejrzeć.

W roku 2024 na ekrany wszedł film w reżyserii Pablo Agüero "Saint-Ex. Zanim powstał <Mały Książę>", w którym wystąpili m.in.  Louis Garrel, Vincent Cassel i Diane Kruger. Film jest piękny, szczerze polecam.

Generalnie kocham "Małego Księcia" i nawiązuję do tej postaci w wielu swoich wierszach.  A Wy lubicie tę książkę, tę postać? Ja czytałam ją już kilkadziesiąt razy, w różnych tłumaczeniach i w czterech językach, bo zbieram różne wydania tego dzieła i zawsze chętnie do tej historii wracam. Jest tak prosta i tak urocza w tej swojej prostocie, że zawsze mnie wzrusza.

Koniecznie pielęgnujmy nasze wewnętrzne dziecko, jak robił to Saint-Ex., zanim psychologia nam to objawiła. 

 ,,Tak więc, kiedy będziesz sama, możesz, posługując się tym aparatem, opowiadać swoje wdzięczne historyjki, ja zaś jeśli zechcę cię usłyszeć, przegram jedną z płyt. Bo jesteś poetką Consuelo. I gdybyś zechciała, mogłabyś być pisarzem lepszym od swego męża".

Consuelo 

" - Nie, Tonio, nie chcę, żebyś wziął tę pracę. Twoja droga jest wśród gwiazd.
- Tak, masz rację, Consuelo, wśród gwiazd. Tylko ty rozumiesz wszystko..."

Consuelo 

"Ludzie z Twojej planety hodują pięć tysięcy róż w jednym ogrodzie… i nie znajdują w nich tego, czego szukają… A tymczasem to, czego szukają, może być ukryte w jednej róży".

Antoine 

 
Serdecznie wszystkim Wam dziękuję za wizytę na moim blogu i za pozostawione pod postem komentarze, które zawsze czytam z wielką atencją! Życzę Wam ciepłego, relaksacyjnego, kreatywnego weekendu!
 

Cytat w tytule postu: Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę, obrazy z internetu.

piątek, lutego 20, 2026

"Tęsknota jest dowodem na to, że nasze uczucia są prawdziwe".

Oswajanie przestrzeni

W moim intymnym świecie króluje cisza.
Lubię ją i doceniam, jest mi potrzebna, ale rozpaczliwie
tęsknię za czymś innym, niż jest mi teraz dane.

Chodzę po dojmującym chłodzie, jednak dostrzegam
osobliwy urok młodych drzewek, na gałązkach których
wiszą małe, okrągłe, zamarznięte krople i jak diamentowe,
oszlifowane korale, rozświetlają szarość zimowego poranka.
Zachwycam się nimi, chociaż mam szczerze dość
oschłej surowości przedłużającej się zimy. 

Urodzona w upalne, sierpniowe popołudnie, w czasie
energetycznej pełni Księżyca, jestem emocjonalnie gorąca.
Mam w sobie wrzący ogień, pierwotną wolę życia,
potrzebę jaskrawego światła, zmysłowości i piękna.
Jestem jak młody kwiat słonecznika, podążający za słońcem.
Moja Wenus w Raku sprawia, że chcę być także wodą,
pragnę płynąć pod prąd, zraszać uczucia, czynić dobro.
Jako ascendentalny Wodnik potrzebuję dużo tlenu,
powietrza, wiatru i wichury, czasem tornada doznań.

Dotykam z czułością chłodnych, sopelkowych diamentów
i w myślach wyganiam zimę z mojej dziwnej przestrzeni,
która jeszcze nigdy tak intensywnie, boleśnie i dotkliwie
nie tęskniła za tętniącą życiem wiosenną burzą.

Niech stanie się coś, co sprawi, że poczuję rytmiczny puls ziemi,
wyjdę boso na łąkę a moje zachwycone oczy staną się zielone
jak owad złotook, którego nie widać w wiosennej bujności,

ale na pewno tam jest i jak ja cierpliwie czeka na coś,
co da mu przytulne, ciepłe schronienie.

JoAnna Idzikowska - Kęsik, 20 II 26

 

Moi Drodzy,

znowu przytłoczyło mnie życie i wpadłam w wir roboty mojej ulubionej i znów zabrakło mi czasu na blogowanie, jednak mam zamiar nadrobić zaległości, zwłaszcza, że mam wielki kubek idealny do mojego mańkuta, z wielkim uchem i w cudny, słonecznikowy wzorek. I myślę - pasuje do wiersza, bo tato mi opowiadał, że jak się urodziłam, na polach i w ogrodach kwitło wówczas mnóstwo słoneczników, a ja, jak te młode sunflowersy, cały czas podążam za słońcem i kiedy go brakuje, czuję się kiepsko.

Poza tym, ślepa DżoAna, kombinując przy blogowej grafice, skasowała zupełnie niechcący listę ulubionych blogów i musi ją teraz jakoś sensownie odtworzyć, zrekonstruować, więc prosi znajomych o przychylność i wyrozumiałość. A z drugiej strony myśli, że czasem takie zmiany są potrzebne i może tak miało być?

Dziś pewnie tego nie zrobi, nie z rekonstruuje listy ulubionych blogów, bo zaraz wychodzi do kina na najnowszą wersję "Wichrowych Wzgórz" mając nadzieję, że będzie to dobry film. 

Życzę Wam udanego i ciepłego weekendu, przesyłam moc przedwiosennych pozdrowień i uśmiech! Do wiosny został miesiąc - tylko tyle i aż tyle, ale bez względu na wszystko, wiosna prędzej czy później, nastanie i będzie cieszyć nasze oczy, umysły i ciała.

 

Autorem cytatu w tytule postu jest Fiodor Dostojewski, a dwa pierwsze zdjęcia są z internetu i nie znam ich Autorów. 

UWAGA SPOILER, czyli narcystyczne nawigacje na pograniczu kiczu...

Spoiler bardzo skrótowy, napisany pod wpływem na FB, zaraz po przyjściu z kina, czyli w okolicach północy. Krótko i na temat, ponieważ nie mam czasu na pisanie recenzji w tej chwili, piszę ważny projekt do pracy po angielsku, piszę też inne istotne teksty i rzeczy związane z moim zawodem, ale byłam wczoraj w kinie na wieczornym seansie i chcę zaznaczyć, że film wart jest obejrzenia, bez względu na to, jakie recenzje i zarzuty pojawią się w internecie i jakie bzdety się o nim wypisuje, często nie znając oryginału prozatorskiego. Kto obejrzy, ten na pewno zrozumie "co DżoAna miała na myśli". Generalnie DżoAna jako feministka, bardzo się cieszy, że coraz więcej kobiet staje za kamerą i robi to na swój, często osobliwy i oryginalny, sposób.

No więc:

 No cóż, streszczenie tego filmu, jak na moje oko, jest prawie takie jak...  pieśń Maryli pt. Nie ma jak pompa, z tekstem Agnieszki Osieckiej: "Kurna chata owinięta w dym, "Trędowata" przy łóżeczku mym"... 🤣 Momentami zbyt tkliwe, naiwne, takie... wiktoriańskie, ale...

 Ale Barbie Robbie zawsze i wszędzie most beautiful, nawet w kiczowatych stylówkach i biżucie rodem z kolorowych jarmarków. 😍 A ten dzieciak z "Dojrzewania" (serial na Netflix) - Owen Cooper - grający młodego Heathcliffawyrośnie na rasowego aktora, jestem o tym przekonana. 🙃🙂 

Film rewelacyjnie pokazuje ludzkie wady, przywary, słabości, namiętności; dużą rolę odgrywa także emocjonalna mowa kolorów, mnóstwo ciekawych kontrastów. 🖤♥️ Niesamowite plenery i interesujące, wyszukane, osobliwe wnętrza. Bardzo dobre aktorstwo, świetnie wykreowane postaci, zwłaszcza drugoplanowe: Isabela rewelacyjnie zagrana przez Alison Oliver i ojciec Cathy wykreowany przez Martina Clunesa. 😘

 No i o wiele bardziej wolę, rozumiem i szanuję takie impresje, niż szkolne, poprawne "od - do" nudne, że ho, ho. 😜

Film podobał mi się na 5/10, jednak uważam, że jest to naprawdę ciekawa, oryginalna i odważna interpretacja tej starej, wiktoriańskiej, niedopowiedzianej powieści, opowiedziana z ciekawej perspektywy służącej Nelly. Na pewno wrócę do filmu, gdy pojawi się na jakiejś platformie, ponieważ oglądałam go w piątek między 21 a 23:15 po całym tygodniu pracy. No i oczywiście dlatego, że kocham Margot Robbie.

PS A plakat jak z "Gone with the wind", czyli pasuje jak ulał do tych toksyczno - narcystycznych standardów i relacji ukazanych w filmie z wichrowym rozmachem ... Wiało emocjami! 💨🌀🌪️🌬️🍃

Tytuł filmu ujęty w cudzysłów, moim zdaniem, świadczy o bardzo luźnej interpretacji dzieła. Dlatego uwagi typu, że odbiega od oryginału, uważam za nieuzasadnione. Ma odbiegać. A jeśli sprawi, że młodzi ludzie sięgną po literacki oryginał, to spełni swoją rolę teledyskowego obrazka: intrygującego i zachęcającego do przeczytania powieści.

Podobało mi się też wiele ukrytych odniesień, aluzji, do archetypów, symboli oraz innych dzieł filmowych i literackich, takich, jak np. Czerwony Kapturek, Kopciuszek, 50 facjat Szarego i wielu innych - jak obejrzycie - to się dowiecie, do jakich jeszcze! Dla mnie to film z czerwonym pazurkiem, który ma drugie dno. 


#WichroweWzgórza
#WutheringHeightsMovie
#movie #film #cinema

 

niedziela, stycznia 11, 2026

"Oto on - przeciętny narcyz. Bez względu na to, kim jest i co ma, zawsze dopadnie go jego własna pustka, frustracja i złość".


Witajcie!


Witajcie moi drodzy, trochę mnie nie było, ponieważ się przeziębiłam i dużo, intensywnie oraz bardzo pilnie pracowałam. Wiecie, po dość długiej przerwie świątecznej (21 grudnia - 6 stycznia), ciężko wejść w trybiki i się pozbierać, a tu trzeba pisać oceny opisowe, sprawozdania i kończyć innowacje. Trochę tego jest, a wiersze i książki również czekają na "zmiłuj się DżoAnko".

Dzisiaj wracam do Was ze starym wierszem (wyszukuję te wiersze i układam, czasem trochę poprawiam) i ciekawymi cytatami do przemyślenia (wciąż z wielu względów, także zawodowych, zgłębiam temat zaburzenia osobowości narcystycznej i innych). 

W poście prezentuję Wam także pięć obrazów przedstawiających mitologicznego Narcyza solo - w kolejności - autorstwa René-Antoine'a Houasse'a,  Marka Ashenazi, Caravaggio, Dalego i Tintoretta

Piąty obraz a de facto pierwszy w tym poście, to dzieło Johna Waterhouse'a pt. Echo i Narcyz. Jedno z najpiękniejszych w temacie. Ostatni, również zatytułowany Narcyz i Echo jest dziełem Nicolasa Poussiniego.

Cytat w tytule postu pochodzi z bardzo ciekawej książki Mai Friedrich pt. Moje dwie głowy (o książkach, które już w tym roku przeczytałam, postaram się niebawem napisać).

Życzę Wam dobrego, udanego nowego tygodnia, niech Wam się darzy! Zapraszam do lektury wiersza i cytatów, do kontemplacji obrazów.

Niech Moc będzie z Wami w ten piękny, mroźny, zimowy czas!

nic osobistego - wiersz z piosenkami w tle

chcesz mnie przytłoczyć kradniesz okruchy świętej
pilnie strzeżonej prywatności którą żmudnie
budowałam i strzegę od lat

nie godzę się na to istnieję po to aby spełniać siebie
kreować własną rzeczywistość żyć w zgodzie ze sobą
i swoją wolą nie należę do kategorii blond lalek którym
przyświeca idiotyczne motto

"diamonds are a girl's best friend"

obarczona nadmiarem wrażeń serwowanych przez
nachalnego obcego faceta bezwiednie wciskam delete
intuicyjnie odpływam w ramiona
taktownej samotności

usta zamyka mi kojący miękki dotyk
muśnięcie zbyt czerwonej szminki

nie (z)noszę różowych warg zostawiam ten odcień
bardziej legalnym od siebie feministkom które

w dzień walczą o równouprawnienie
wymyślają nowe ideologie prawa i przywileje
nocą marzą o drinkach z palemką malowaniu paznokci
orgazmach i muskularnych szczodrze obdarowanych
przez naturę macho

dla nich gotowe są nie tylko stać
przy garach i ściągać stringi na każde
kiwnięcie i puszczone oczko ale też
radośnie wyśpiewywać żałobne pieśni w stylu

"my heart belongs to daddy"

nie umiem i nie chcę być hausewife
nie nadaję się do odgrywania roli potulnej
niewyszukanej intelektualnie desperatki
dlatego wolę nucić utwory z dobrym mądrym tekstem

"Babę zesłał Bóg raz mu wyszedł taki cud"

i nieważne który Bóg ponieważ udało mu się
stworzyć dzieło sztuki bez początku końca
i trującego bluszczu którym jesteś ty chory na kontrolę
i brak osobowości udający młodzieniaszka podstarzały
narcyzie co myślisz że wszystko wiesz i możesz
a jesteś jedynie pustą wydmuszką na którą nie warto

kierować choćby minimum cennej uwagi

 
JoAnna Idzikowska - Kęsik, 9 VIII 16

 * 

Ludzie mogą spotkać Cię tylko na takim poziomie, na jakim spotkali samych siebie. Osobom, które są w konflikcie ze sobą, może być trudno dać spokój innym. Osobom, które nie są wobec siebie lojalne, może być trudno pozostać lojalnymi wobec innych.
Jeśli ktoś nie potrafi zmierzyć się ze swoim bólem, będzie mu trudno udźwignąć ból innych osób.
Lekcja polega na tym, żeby nie mylić czyichś możliwości z własną wartością”.
 

*
 
 "Tu nie było żadnej relacji. Może inaczej. Ty miałaś relację z nim. On z Tobą - żadnej, bo to, do czego mu byłaś potrzebna, to nie była więź tylko eksploatacja". 
 
~~~~~~~~~~~~~~
 
 "Z toksycznego związku nie da się WYJŚĆ. Z toksycznego związku się UCIEKA. Cała filozofia polega na tym, żeby UCIEKAĆ DO PRZODU".

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 
 "Niedowierzanie samej sobie, swojemu wewnętrznemu głosowi, to najcięższy ze wszystkich grzechów".
 
Maja Friedrich
 

sobota, listopada 15, 2025

UWAGA SPOILER, czyli toksyczny związek w złym śnie o dobrym domu

 Witajcie moi Drodzy!

Dzisiaj opowiem Wam o filmie, którego obejrzenie kosztowało mnie dużo wewnętrznej siły i mnóstwo skrajnych emocji, który mną wstrząsnął, potelepał jak na elektrowstrząsach, który wbił mnie w fotel, z którego po seansie dosłownie nie mogłam wstać, a potem musiałam się przejść głęboko oddychając (zostawiłam auto na parkingu pod kinem, poszłam do domu po psa, pochodziłam jeszcze z godzinę z psiakiem i dopiero wsiadłam do samochodu, podjechałam pod dom). I chociaż w kinie byłam w środę, ten obraz wciąż we mnie i ze mną jest. Opowiem ze swojej, kobiecej perspektywy o filmie oplutym przez większość krytyków i tak zwanych znawców i moim zdaniem, niezrozumianym przez połowę widzów, w tym także kobiet (komentarze w trakcie wychodzenia z kina: bił, ale jaka chata, w takim domu to może bić; ona to jakieś schizy miała czy co; ważne, że nie pił, siedział w domu, a babie i tak nie dogodził itp., itd.). Filmie już wrzuconym, zaszufladkowanym jako torture porn. A ponieważ nie chcę Was krępować  - ten post pozostanie bez komentarzy, bo dzisiaj akurat bardziej piszę dla siebie niż dla Was. Po prostu muszę wyrzucić z siebie kilka zdań o tym niełatwym w odbiorze, ale absolutnie potrzebnym obrazie.

Oczywiście będzie mi bardzo miło, jeśli nieliczni z Was przeczytają i pochylą się nad tym wpisem, tą recenzją, jednak spokojnie możecie ten post ominąć. Osobiście nie chcę też czytać komentarzy oceniających ad hoc, że jestem negatywna i piszę o negatywnych sprawach, ponieważ - żyję już długo, interesuję się kinem i psychologią od wielu lat i jestem realistką, mam również swoje granice, które od jakiegoś czasu dość wyraźnie zaznaczam dla własnej higieny psychicznej - a życie to nie jest baśń o Kopciuszku czy innej Królewnie Śnieżce i jeśli tylko piszemy o rzeczach dobrych, rozmawiamy o pogodzie i innych oczywistościach,  jeśli tylko sobie nawzajem słodzimy - to jesteśmy jedynie zakłamanymi hipokrytami. 

Na początek kilka informacji o filmie, o którym dzisiaj piszę, kilka konkretów z Internetu:

 "Dom Dobry" (Polska 2025, oficjalna premiera 7 listopada) Wojciecha Smarzowskiego w weekend otwarcia obejrzało ponad 310 tys. widzów! To drugi najlepszy wynik polskiego filmu w tym roku. 
Za scenariusz i reżyserię odpowiada Wojciech Smarzowski, zdjęcia – Paweł Tybora, montaż – Krzysztof Komander, kostiumy Magdalena Rutkiewicz – Luterek. Autorem muzyki jest Mikołaj Trzaska. Producentami są Wojciech Gostomczyk i Janusz Hetman z Lucky Bob, w który to studiu Wojciech Smarzowski pełni funkcję dyrektora kreatywnego. 
Za dystrybucję odpowiada Warner Bros. Entertainment Polska.


A teraz to, co czuję a propos filmu Wojciecha Smarzowskiego, to, czym chcę się podzielić z tymi, którzy zechcą ten post przeczytać i zauważyć. Piszę z poziomu serca, nie intelektu, piszę od siebie, bo uważam, że akurat ten film jest tego wart, ponieważ jego temat jest uniwersalny, ogólnoludzki i może stać się realem dla każdego z nas.

Wojciech Smarzowski (1963) jako reżyser i scenarzysta filmu kinowego debiutował dwadzieścia jeden lat temu popularnym do dzisiaj obrazem "Wesele" (2004) i od tamtej pory konsekwentnie realizuje swoją  wizję kina, wizję polskiego filmu traktującego o ludziach, o Polakach. Koncepcję wg niektórych krytyków określaną jako łopatologiczną, przyziemną, toporną, nieartystyczną, zbyt dosłowną, realną lub nawet przesadzoną. Reżyser (facet spod bardzo ziemskiego Koziorożca) praktycznie we wszystkich dziewięciu zrealizowanych przez siebie kinowych filmach, obnaża nas, Polaków i pokazuje nasze narodowe słabości i przywary, takie jak alkoholizm, kompleksy, chciwość, pseudoreligijność, zakłamanie, przemoc, patologia, wrogość, kolesiostwo, bigoteria, hipokryzja i wiele innych. I co ciekawe, te jego filmy, tak nisko oceniane przez wielu krytyków, trafiają pod tak zwane strzechy i przemawiają do ludzi nawet wtedy, gdy ci ludzie uważają je za kiepskie, wkurzające, przerysowane. Po prostu mało kto pozostaje obojętny na propozycje reżysera, o jego dziełach się mówi, najczęściej średnio lub źle, ale się mówi. I chociaż Smarzowski opowiada głównie o Polakach i - jak często wypomina się reżyserowi - Polakach z prowincji, myślę, że pomimo wszystko, wielu Europejczyków i ludzi z innych kontynentów odnalazłoby w nich siebie. 

Znam wszystkie dzieła Smarzowskiego, nie przebrnęłam jedynie przez cały "Wołyń" (2016), gdyż po prostu moja wrażliwość nie była w stanie dotrwać do końca, potrafię wyć na takich filmach, nie płakać ani szlochać tylko wyć. Lubię i najbardziej cenię "Różę" (2011, choć ten film też bardzo mocno mną wstrząsnął), "Pod Mocnym Aniołem" wg prozy Jerzego Pilcha (2014) i "Kler" (2018). Natomiast najnowszy film reżysera jest mi bardzo bliski, bo - jak już niejednokrotnie pisałam i wspominałam - wspieram kobiety, znam doskonale poruszany w nim temat. Temat ważny, a - jakimś dziwnym trafem - niezwykle rzadko w polskim kinie poruszany.

Główną, wiodącą postacią filmu jest Gosia, młoda, ładna dziewczyna, taka dziewczyna z sąsiedztwa, która stara się ułożyć sobie życie. Udzielając korepetycji z angielskiego oszczędza na studia, które przerwała i na podróże, które ją fascynują i jak wiele innych dziewczyn w okolicach trzydziestki, marzy o miłości i własnym domu zwłaszcza, że mieszka z przemocową, niespełnioną życiowo, toksyczną matką alkoholiczką, która na niej wyładowuje swoje życiowe frustracje, wciąż wypomina jej nieukończenie studiów, choć sama też ich nie skończyła, znęca się nad nią psychicznie, głęboko rani słowami jakby strzelała z kałasza. Gosia jest więc wrażliwym DDA (ojciec wojskowy wiecznie nieobecny) z syndromem sztokholmskim (dialog z matką przy świątecznym stole, cytat z pamięci: Gosia: Są święta, powiedz mi coś miłego. Matka: Boli mnie dzisiaj serce) i to potem skutkuje w relacjach z innymi osobami (nie umie odmówić siostrze pożyczki, choć ciuła na swoje marzenia), zwłaszcza w sferze romantycznej, damsko - męskiej.

Gosia, która jakiś czas temu straciła chłopaka, w Internecie poznaje starszego od siebie Grześka, z którym wymienia SMSy, bawi się w odgadywanie autorów lub źródła cytatów, rozmawia na Skype'ie, a kiedy proponuje spotkanie w kościele, na pasterce, Grzesiek się tam nie pojawia (a może tylko tak jej mówi, że nie był?). Jednak chwilę później, po kolejnej awanturze z matką, która ją poniża również przy siostrze, Gosia nie wytrzymuje i przyjmuje od Grześka zaproszenie na sylwestrową domówkę, po której  u niego zostaje... i szybko, bardzo szybko się to wszystko toczy wg znanego ofiarom przemocy schematu: słodzenie ofierze (Grzesiek śpiewa "Będziesz moją panią" i wmawia jej, że jest kobietą jego życia), love bombing, wypytywanie niby w luźnej rozmowie i mapowanie najczulszych miejsc, słabości i kompleksów ofiary, szybki, bardzo szybki gaslighting tuż po upojnej nocy oraz kontrola pod przykrywką troski, udawana empatia i manipulacja. I mamy typową sytuację życiową: dziewczyna z toksycznego domu ląduje w ładnym domu wzorcowego, książkowego narcyza (który uchodzi za fajnego, zdolnego, dobrego i pomocnego) i tu zaczyna się całe narcystyczne zawłaszczenie ukazane idealnie, po prostu świetnie. Gosia, jak większość z nas, nie dostrzega czerwonych flag, które pojawiają się bardzo szybko, jest wycieczka w piękne miejsca, jest przygarnięcie psa zostawionego na ulicy, dużo seksu, ciąża i jest milutki, słodziutki złego początek; inauguracja długotrwałego życiowego, patologicznie dewastującego ciało, psychikę, relacje, emocje -  koszmaru... Na dodatek często przekazywanego z pokolenia na pokolenie, bo tak to już jest, że jesteśmy ofiarami ofiar. Żyjemy w świecie pełnym schematów i działamy schematycznie tylko po to, aby się nie wyróżniać i dla tak zwanego świętego spokoju na wiele - zwłaszcza trudnych i niewygodnych spraw - przymykamy oczy, poszerzamy ramy własnych granic. 

Muszę tu jednak zaznaczyć z całą stanowczością, że nie jest tak, iż ofiarami przemocy są tylko osoby z toksycznych domów, słabe psychicznie albo te, które miały trudne dzieciństwo lub ze specjalnymi cechami osobowości. Narcyz i inni psychofadzy potrafią zauroczyć, zmanipulować i zniszczyć (3xz) nawet ludzi silnych, solidnie wykształconych, znających psychologię. Nie ma reguły. I każdego może to spotkać.

I tyle zdradzę z fabuły filmu, bo przecież musicie sami ten film obejrzeć, przemyśleć i przetrawić w sobie. Mnie naprawdę powaliło wiele scen, ale też kilka bym wycięła, zwłaszcza tę, w której para bohaterów ogląda wcześniejszy film reżysera "Dom Zły" - nie wiem, czemu ta scena miała służyć, może przypomnieć nam, że tam też było o przemocy, że ten dobry tytułowy dom de facto też jest zły, że zło wokół nas jest faktem, a nie tylko złym snem?

Reżyser opowiadał w którymś z wywiadów, że cały film oparty jest na faktach, opowieściach kobiet, z którymi się spotykał i ja mu wierzę, bo słyszałam gorsze historie, czytałam straszniejsze rzeczy w prasie, Internecie, książkach, bo znam z historii i widziałam w filmach dużo większą przemoc (że wspomnę francuski film sprzed chyba dziesięciu lat pod polskim tytułem "Zabiłam, aby żyć"). Co mnie jednak urzekło? Ano to, że - nie wiem, czy było to zamierzone, czy też wyniknęło z doskonałego montażu tego filmu, ale stany psychiczne Gośki zostały w nim ukazane doskonale, bezbłędnie i zarzucanie mu braku artyzmu jest zwykłym nadużyciem. W całym tym przemocowym bagnie było go naprawdę sporo. Była czułość, zrozumienie i empatia zza kamery.

Pierwszy raz gaslighting pokazany został w amerykańskim filmie pt. Gaslight z 1944 roku (polski tytuł to Gasnący płomień, a sztuka pod tym samym tytułem ukazała się w roku 1938) i opowiadał historię kobiety, której mąż manipuluje jej postrzeganiem rzeczywistości tak długo, aż wydaje się jej, że - zdezorientowana - traci zmysły, że zwariowała, nie wierząc własnej percepcji. Do psychologii termin ten zaczął przenikać w latach 60. i 70. XX wieku, kiedy to psychologowie i terapeuci zaczęli używać go do opisu specyficznej formy manipulacji psychicznej i przemocy emocjonalnej. W filmie Smarzowskiego jednym z cytatów, które wymieniają między sobą na początku znajomości Gosia i Grzesiek są wersy z wiersza E.A. Poego o złym śnie we śnie . I ten film też taki jest. Jest jak feeria manipulacji narcyza w stosunku do ofiary, jak zły sen, jak przenikanie się światów równoległych, snów na jawie i snów zbyt głębokich, aby się obudzić w odpowiednim czasie. I nie raziła mnie przemoc, bo np. w kinie akcji jest jej mnóstwo i czasem jest nieuzasadniona, bo w realu bywa jej dużo więcej, bo historia ludzkości, choćby ta ze Starego Testamentu, to głównie historia przemocy, gdyż krwiożerczy bożek domagający się ofiar lub złośliwie i mściwie zsyłający kataklizmy, był jak narcystyczny manipulator polujący na swoją zdobycz (każdy narcyz to drapieżnik albo myśliwy, co dla mnie na jedno wychodzi). Bo każdy, kto miał do czynienia z przemocą: słowną, ekonomiczną, seksualną, emocjonalną, psychologiczną, fizyczną, narcystyczną czy choćby z zaniedbaniem, dobrze ten film zrozumie, zobaczy w nim siebie lub kogoś znajomego.

Bo moja "przyjaciółka" narcyzka wciąż manipulowała mną jak chciała, udawała dobroć, zainteresowanie, szczerość, wydzwaniała w środku nocy doskonale wiedząc, że wstaję po piątej, rano idę na spacer z psiakiem a potem do pracy i przez dwie godziny nadawała o sobie, a na koniec, gdy z nią zerwałam, aby chronić siebie i swoją intymność, do której właziła w brudnych kaloszach, zrobiła z siebie ofiarę pisząc do mnie po wielu miesiącach elaborat w postaci e-maila, w którym projektowała na mnie wszystkie swoje wady; a mój zacny "przyjaciel" narcyz często ze mnie kpił i lekceważył tekstami filmowego Grześka: "wydaje ci się", "przesadzasz", "oj tam, jest jak jest" , "jesteś przewrażliwiona". Na każdym kroku umniejszał mnie, moje zainteresowania, moją wiedzę i zawodowe osiągnięcia, a na koniec nazwał borderem i schizofreniczką, gdy mu powiedziałam, że dłużej nie zniosę tej tak zwanej relacji i zrobił z siebie poszkodowanego chłopczyka, biedną, poranioną, zdeptaną i zlekceważoną ofiarę złej kobiety. I jeszcze oboje mieli jakiś totalny obłęd, jakąś obsesję na punkcie swojego młodego wyglądu, oboje, choć sporo starsi ode mnie - ona 8, a on 12,5 - starali mi się wmówić, że wyglądają lepiej, młodziej, gasili we mnie słońce, moją wewnętrzną moc i światło, mój naprawdę jasny, zadbany uśmiech i w tym filmie jest to wspaniale pokazane, jak główna bohaterka, skołowana, zrozpaczona, zaszczuta, zdezorientowana, zaniedbana, traci urodę, swój wewnętrzny blask, jak gaśnie przy zadowolonym z siebie mężu, który nią steruje jak marionetką, który jest przemocowy w każdej możliwej dziedzinie, w praktycznie każdej życiowej sytuacji; który momentalnie zasypia i chrapie po seksie nie dając jej nawet odrobimy czułości, a znajomym (tzw. latającym małpom) pokazuje filmik z lekko chrapiącą, zmęczoną po kolejnym jego wybryku Gośką, poniża i upokarza ją na każdym niemal kroku, w każdej sytuacji narzuca swoją wolę, kontroluje wszystko, wybiera jej ubrania, jakby ją ubezwłasnowolnił. I ona, ze ślicznej, wesołej dziewczyny w podartych jeansach I kolorowych swetrach, zamienia się w szarą, zahukaną mysz, a jej psychofag z kpiną mówi o niej per mysza. Generalnie wielu narcyzów z premedytacją i z dużą konsekwencją niszczy w swojej ofierze to, co inni uznawali za jej największy atut.

Dlaczego piszę o również o sobie? Piszę dlatego, że wiem, iż z osobą narcystyczną, która ma też cechy socjopaty, psychopaty, makiawelisty, sadysty, bo to jest szerokie spektrum zaburzenia osobowości, nie trzeba być od razu w relacji romantycznej ani intymnej, wystarczy rzekoma przyjaźń czy koleżeństwo, żeby mieć PTSD czyli zespół stresu pourazowego długo po jej zakończeniu odczuwany w ciele i psychice. Odczuwany boleśnie, wręcz namacalnie. Weźcie to pod uwagę i chrońcie się gdy tylko Wasze ciało, które jako pierwsze wie wszystko najlepiej, zacznie Wam wysyłać sygnały, że to nie dla Was - mówię to z pełną odpowiedzialnością, ponieważ tego doświadczyłam. W obu przypadkach moje ciało i intuicja krzyczały "uciekaj", a ja, durna ratowniczka - empatka zostałam i mam za swoje.

Dziwią mnie wpisy i recenzje skupiające się jedynie na przemocy w filmie "Dom Dobry". Od lat ją przecież oglądamy nie tylko w kinie, ale nawet jeśli patrząc na film, to wielu znawców zafascynowanych jest serią seriali o psychopatach - przestępcach, seryjnych mordercach aktualnie dostępnych na platformie Netflix (żadnego serialu nie obejrzałam, bo wystarczyły mi trailery i wiedza o portretowanych w nich  ludziach), podkreślając potrzebę zrozumienia zła, a kiedy polski reżyser broni kobiety, staje murem za ofiarami domowej i społecznej przemocy, obrzuca się go błotem. Fascynujące!

Ten film wstrząsa i wali nas po głowach swoją realnością, prawdą, także tą psychologiczną. Zawstydza połowę widowni. Bo dawno już nie byłam na seansie, po którym NIKT, absolutnie nikt od razu gdy pojawiły się napisy, nie wstał z fotela. Czułam w powietrzu (lub jego braku przy pełnej sali) napięcie... i dobrze. I bardzo, bardzo dobrze! Bo to świadczy o tym, że ten film, chociaż krytykowany, jednak trafia w serca i umysły i inne zmysły widzów. W moje trafił bardzo wyraziście, mocno i na długo, bo jeszcze go przeżywam. 

Chapeau bas, wielkie brawa i niskie ukłony dla aktorów: wspaniałej, pięknej, świeżej aktorsko, niesamowitej Agaty Turkot w roli Gosi, Tomasza Schuchardta w do bólu realnej, obleśnie prawdziwej i przekonującej roli nastycznego psychopaty, Agaty Kuleszy jako matki głównej bohaterki, Marii Sobocińskiej - przepięknej i podobnej do mamy, Hanny Mikuć (ach, te cudne oczy!) w roli zagubionej siostry Gosi, jak zwykle dobrych, nawet w małych rolach: Julii Kijowskiej w roli żony przemocowego policjanta i Natalii Sikory w roli ofiary przemocy w ośrodku dla kobiet. Przeurocza i niezwykle naturalna była też dziewczynka, która zagrała córeczkę Małgosi. Wszyscy aktorzy, nawet w epizodach byli świetni.

Nie każdy, niestety, tak zwany dobry dom jest nim w rzeczywistości, często w czterech ścianach rozgrywają się niepojęte sceny przemocy wobec kobiet, dzieci, seniorów, zwierzaków ale też wobec mężczyzn (był w tym filmie i taki mężczyzna - ofiara przemocowej kobiety). 

Cieszę się, że ten film zrobił mężczyzna, naprawdę bardzo się cieszę. Byłoby dobrze, gdy inni mężczyźni nie negowali jego postrzegania świata i sztuki tylko zastanowili się nad swoim. Byłoby naprawdę wspaniale, gdyby akurat ten film reżysera sprawił, że mężczyźni, zamiast dawać upust swojej agresji, zaczną wspierać i naprawdę kochać swoje partnerki czy kobiety, jak wielu je nazywa (niejednokrotnie słyszałam: moja kobieta - więc jeśli tak uważasz, to właśnie tak ją traktuj). Byłoby cudownie, gdyby kobiety szybciej odchodziły od narcyzów i byłoby rewelacyjnie, gdyby ludzie, którzy uważają się za dobrych i życzliwych, zaczęli reagować na zło i przemoc, zamiast pomijać je milczeniem lub zamiatać pod dywan. Byłoby rewelacyjnie, gdyby to właśnie dzieło Smarzowskiego trafiło na światowe ekrany, nawet kosztem polakierowanej biografii naszego wielkiego kompozytora, który przez cały seans bardziej przypominał mi Andersena.

Na koniec przytoczę cytat z mojego bardzo, ale to bardzo ulubionego pisarza, który co prawda traktuje o książkach, ale równie dobrze mógłby dotyczyć filmów. Naprawdę tak mogłoby być. Zostawiam Was z tym cytatem i szczerze zachęcam do obejrzenia w kinie filmu Wojciecha Smarzowskiego pt. Dom Dobry (polecam też filmy: "Chopin, Chopin!", "Franz Kafka" i "Ostatni Wiking"; a tak jeszcze a propos cytatu, to wielu krytyków mówi o Smarzowskim, że jego filmy są jak spod siekiery, ciekawe prawda?): 

"Uważam, że powinno się w ogóle czytać tylko takie książki, które człowieka gryzą i dźgają. Gdy książka, którą czytamy, nie budzi nas uderzeniem pięści w łeb, to po cóż ją czytamy? Żeby nas uszczęśliwiła? Mój Boże, szczęśliwi bylibyśmy właśnie, w ogóle nie czytając książek, a takie książki, które nas uszczęśliwiają, moglibyśmy od biedy pisać sami. Potrzebujemy jednak książek działających na nas jak bardzo bolesne nieszczęście, jak śmierć kogoś, kto był nam droższy niż my sami, jak gdybyśmy zostali porzuceni głęboko w lesie, z dala od ludzi, jak samobójstwo. Książka musi być siekierą na zamarznięte morze w naszym wnętrzu".
 
Franz Kafka

Jeśli ktoś z Was przeczyta ten post, tę recenzję i zechce mi o tym napisać, niech to zrobi w dowolnym miejscu na tym blogu - będę wdzięczna także za słowa krytyki, za każdy odzew. Film szczerze polecam i oceniam: 7/10. 

 Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście pochodzą z Internetu, z omawianego dzisiaj filmu. Poniżej reżyser Wojciech Smarzowski na planie filmowym.

Dziękuję za uwagę, za to, że jesteście.