Witajcie! Dzisiaj naprawdę krótko o wspaniałym, nagradzanym filmie, który obejrzałam w piątkowy wieczór i w którym zagrał jeden z moich bardzo ulubionych aktorów - Mads Mikkelsen.
Bękart (Bastarden) - premiera światowa wrzesień 2023, premiera polska marzec 2024, reż. Nikolaj Arcel, scenariusz Nikolaj Arcel i Anders Thomas Jersen na podstawie opartej na historycznych faktach powieści „Kaptajnen og Ann Barbara” ("Kapitan i Ann Barbara") Idy Jessen (urodzonej w 1964 roku duńskiej pisarki i tłumaczki). Film ten w wersji anglojęzycznej ma bardziej adekwatny do treści tytuł: „The Promised Land”, jednak u nas już wielokrotnie nagradzany, nominowany do Oscara film i powieść o tym tytule istnieją i bardzo utrwaliły się w kulturze.
Dramat historyczny to bardzo ciekawy i niestety, trochę zmarginalizowany gatunek filmowy, dzięki któremu dowiadujemy się często wielu ciekawych rzeczy, a spece od scenografii, charakteryzacji i kostiumów, mają wielkie pole do popisu. Jednak film Nikolaja Arcela to coś więcej, niż tylko dramat - to surowa, momentami zimna, bardzo realistyczna epicka opowieść o ludzkiej desperacji, samotności oraz o tym, jakim pyłkiem jesteśmy jako gatunek w ujarzmianiu i walce z naturą, która była, jest i będzie dla nas bogiem, którego nigdy nie uda nam się do końca okiełznać i który często po prostu kpi sobie z naszych marzeń i planów, jednym podmuchem wiatru czy gradobiciem albo mrozem czy ulewą niwecząc wszystko, co udało nam się osiągnąć, wszystko, na co pracowaliśmy w jednej chwili wsiąka jak krew w piach... A piachu w tym filmie jest dużo. Mało jest tu metafor, więc może właśnie ten piach, ta jałowa ziemia jest metaforą wieloletniego stanu psychicznego i emocjonalnego głównego bohatera, który osiadł na smaganych wichrem wrzosowych wzgórzach?
Poszłam na ten film tylko z jednego powodu, który dla wielu czytelników może okazać się banalny, ale był prawdziwy, bo jak wiecie, nic nie czytam o filmach, na które chodzę do kina, żeby mieć własne zdanie o nich. Tym powodem był Mads Mikkelsen - duński aktor urodzony w 1965 roku, którego karierę śledzę od wielu lat. Człowiek, który zachwycił mnie ponad dwadzieścia lat temu swoim występem w rewelacyjnym filmie pt. "Księga Diny" (2002). Potem były równie dobre role m.in. w "Tuż po weselu" (2006), "Kochanku królowej" (2012 również w reżyserii Nikolaja Arcela), pamiętnym "Polowaniu" (2012), czy rewelacyjnym "Na rauszu" (2020). Celowo nie wymieniłam produkcji hollywoodzkich, bo Mikkelsen występuje również w takich i ma w światowym kinie wysoką pozycję, ponieważ uważam, że kino rodzime, skandynawskie, daje aktorowi dużo większe pole do popisu, do pokazania całej gamy jego aktorskich możliwości. Dla mnie to jeden z najlepszych żyjących aktorów i w "Bękarcie" pokazał swój ogromny talent i choć środki wyrazu i dialogi były tu bardzo stonowane, minimalistyczne czy wręcz ograniczone, na twarzy aktora było widać wszystko. Duża zasługa speców od zdjęć, od światła, którego w filmie jest niewiele (jest światło przecudne momentami, ale najczęściej szaro - bure dzienne, dużo pochodni i świec), co jest uzasadnione historycznymi realiami: akcja filmu dzieje się na przestrzeni ośmiu lat od 1755 do 1763 roku. Osiemnasty wiek! Epoka Oświecenia, której echa słychać w dialogach bohaterów. "Życie to chaos, Bóg to chaos, człowiek to chaos, wszystko jest chaosem" - wciąż powtarza jeden z nich - świetnie zagrany przez młodego, zdolnego aktora Simona Bennebjerga sędzia, szlachcic Frederick de Schinkel, główny antagonista i najbliższy sąsiad kapitana, psychopatyczny, bezwzględny, rozpuszczony bachor, któremu bogactwo uderzyło do głowy, ale który mimo dobrobytu, jak to z takimi ludźmi bywa, wciąż chce więcej i więcej.
Tak więc aktorzy to ogromny atut tego filmu. Bardzo podobała mi się postać pastora kreowana przez Gustava Lindha i Jacob Lohmann jako pośrednik, doradca Ludviga - Trappaud. I pokochałam występujące w "Bękarcie" kobiety. Tak, kobiety, ich postaci oraz psychologiczna wiarygodność są wspaniałe: rewelacyjna Amanda Collin w roli Ann Barbary - byłej służącej de Schinkela, która uciekła ze służby od stukniętego w mózg psychola oraz Kristine Kujath Thorp w roli kuzynki zachłannego sędziego, kobiety mądrej, pięknej i ambitnej, która nie poddaje się presji patriarchatu - równie zachłannego ojca i potencjalnego męża, do którego domu wysłał ją ojciec nastawiony jedynie na kasę, na zysk, mający gdzieś szczęście córki. Cudną postacią jest też romska dziewczynka, sierota, Anmai Mus, wspaniale zagrana przez Melinę Harberg, która wnosi świeżość, dziecięcą naiwność i radość i nieco roztapia serce zgorzkniałego Ludviga.
Ten film po prostu trzeba obejrzeć. Ja od dziecka zakochana jestem w kinie i literaturze skandynawskiej, w jej surowym, oszczędnym pięknie. Film, mimo, że trwa ponad dwie godziny, nie daje nam nawet jednej chwili, w której mamy poczucie znużenia czy nudy. Mocno trzyma w napięciu, sprawia, że wchodzimy w jego klimat i bardzo mocno podoba nam się to, co widzimy, nawet jeśli jest to skrajna bieda, ogromna przemoc, smutek, żal, intrygi, zbrodnie, zemsta. Bo tu wszystko ma sens, wszystko jest ludzkie do bólu. A końcowa scena, której byłam pewna i którą przeczuwałam - pokazuje nam, że osiągnięcie celu, poświęcenie wielu lat na jego zdobycie podparte wielką, wręcz nieludzką determinacją i ogromnymi wyrzeczeniami, nie zawsze da nam szczęście i spełnienie, że najważniejszą w życiu rzeczą jest miłość, drugi człowiek obok, że tytuły, bogactwo, chciwość, ambicja - mają się nijak do tego, co daje nam bycie z kimś, kto jest dla nas ważny, że w chaosie życia potrzebujemy czegoś stałego. Potrzeba nam delikatności, ładu, odrobiny czułości i piękna.
Moja ocena filmu - 8/10. Film jest piękny w swojej prostocie - jest to naprawdę dobre, solidne kino skandynawskie ze wszystkimi jego atutami. Sceny przemocy są, owszem, ale takie były realia (często zasłaniałam oczy kapturem kurtki, w kilku scenach byłam bliska płaczu), są jednak również w tym filmie przepiękne krajobrazy, urocze wrzosy, cudowne wilki, piękne, naturalnie oświetlone twarze kobiet, cudowne aktorskie kreacje i coś, co sprawia, że długo po seansie czujemy w sobie ten film, wracamy do niego myślami, wspominamy bohaterów, analizujemy ich postępowanie, wymyślamy koniec czy raczej ciąg dalszy tej historii, którego nie pokazano w filmie, dalsze losy kapitana, którego zdążyliśmy polubić, a jeśli nie, to przynajmniej uszanować. We mnie jego determinacja i pracowitość wzbudziły szczery podziw.
Na pewno przeczytam też powieść, która, z tego, co doczytałam, różni się od filmu, ale jest równie fascynująca.
Mads Mikkelsen, który zanim rozpoczął aktorską karierę, przed osiem lat był zawodowym tancerzem, kolejny raz pokazał i udowodnił, że jest aktorem z klasą, że twarzą i oczami potrafi pokazać każdą emocję, że jest artystą przez naprawdę duże, a nawet wielkie A.








