Translate

11 października 2026

Niedzielne narzekanki troszkę smutnej JoAnki

 Witajcie!


Mówią, że starość nie radość, ale ja, buntowniczka z urodzenia i wyboru, wolałabym, żeby było inaczej. I będę się tego trzymać do końca.

Niestety, śmierć mojej ukochanej psinki 1 lipca, na początku długo wyczekiwanych wakacji, po trudnym i intensywnie pracowitym roku szkolnym, przy której byłam do końca, bardzo odbiła się na mojej psychice, mocno mnie przeczołgała. Jednak stało się coś, co pozwala mi powoli to oswoić, ogarnąć się i nie poddawać. Choć nie ukrywam, że wciąż jest mi naprawdę ciężko, że ciągle się zamyślam, zawieszam, płaczę, żałuję, że non stop towarzyszy mi poczucie, że może za mało zrobiłam, że gdybym się bardziej postarała, mój kochany Nikuś, wciąż by ze mną, przy mnie, był... Te myśli powracają jak bumerang, nie dają spokoju.

Jakoś pod koniec maja czy na początku czerwca - dokładnie nie pamiętam, bo te wakacje bez Nikoska mnie przewałkowały - moja koleżanka logopedka poleciła mi lekarza, ponieważ bardzo bolały mnie zatoki, z którymi mam problem od wczesnej młodości. Nie bardzo mi się chciało jej posłuchać, ale po rozmowie z moim młodszym o niecałe dwa lata bratem, też belfrem gadającym chyba jeszcze więcej, niż ja, bo uczącym angielskiego w liceum, wraz z nim udałam się prywatnie do owego lekarza.

Po krótkiej rozmowie, oprócz zatok, Pan Doktor z tytułem doktora nauk medycznych, zaproponował mi badanie krtani, jako wieloletniemu nauczycielowi. Uprzedził, że będzie nieprzyjemne, że jak będzie trzeba to mnie znieczuli, ale zachęcił, że warto to zbadać po wielu latach pracy głosem. No i przetrwałam jakoś to badanie ze znieczuleniem i okazało się, że jestem chora zawodowo, czyli że moje struny głosowe, moja krtań, nadają się jedynie do szybkiej rehabilitacji, bo grozi mi bezgłos. I nie pytając, czy mam ochotę, wystawił mi skierowanie do sanatorium i jeszcze troszkę pokrzyczał, żebym o siebie zadbała, o sobie przede wszystkim myślała i dbała o własny dobrostan, a nie tylko harowała tu i tam i dodatkowo pomagała ludziom...

Myślałam, że to wszystko trochę potrwa, a tymczasem już w sierpniu dostałam zawiadomienie o skierowaniu na rehabilitację głosu do sanatorium w malowniczym Uniejowie w województwie łódzkim, podobno najlepszym tego typu ośrodku rehabilitacyjnym w Polsce (choć jak się dowiedziałam, że podobny jest w Gdańsku, to wolałabym, ze względów wiadomych, Gdańsk, ale w tym przypadku nie ma miejsca na koncert życzeń). 

No i przyjechałam tu, do Instytutu Zdrowia Człowieka, 8 października w czwartek i będę do końca miesiąca się leczyć i tęsknić za moim małym, grubym już psieckiem Maniusiem i kicią i całą rodzinką i za moją nową, bardzo fajną klasą zapewne też. Chłopaków mam w tym roku czterech, bardzo spokojnych i radosnych, polubiliśmy się od pierwszego dnia i cieszę się, że trafiła mi się taka fajna klasa. Jest z kim pracować. 

Tutaj, w uzdrowisku, też są bardzo fajne dziewczny - kuracjuszki i niezwykle kompetentny, przyjazny personel. Mam fajną współlokatorkę, w moim wieku, więc się dogadujemy, jest tu również dziewczyna, którą rok temu poznałam na... Teneryfie i druga, z którą ponad 20 lat temu pracowałam w małej szkółce na wsi pod Bolesławcem, gdzie uczyłam angielskiego. Jest OK, świat jest mały i czasem los splata nas z ludźmi, o którym myśleliśmy, że jeden jedyny raz przeszli przez nasze życie. Jedynie we mnie, w moim wnętrzu, wciąż drga smutek, którego w żaden sposób nie potrafię pokonać. Muszę się więc z nim zaprzyjaźnić, może wtedy sam odejdzie.

Uzdrowisko jest otoczone pięknym, dużym parkiem, po którym biegają wiewiórki. Miasteczko jest maleńkie, ale są duże termy, jest zamek, po prostu jest gdzie wychodzić na spacery, a ja - po tych wakacjach, które przeleżałam patrząc w sufity różnych pokoi hotelowych, potrzebuję ruchu, pływania, ćwiczeń, po prostu chcę endorfin wyciśniętych ze zmęczenia. Bo wtedy resetuję swój przeciążony mózg. Jedzenie jest dobre i moja Pani Doktor prowadząca ( z tytułem naukowym doktora nauk medycznych), bez problemu uwzględniła moją wegetariańską dietę.

Nie mogę więc narzekać. A mimo to, drobiny, okruszki, konfetti smutku, które jednak wciąż noszę w swoim sercu, mocno pokaleczonym przez śmierć Nikusia, nadal dają o sobie znać. To jest taka strata, której nie umiem nawet nazwać, dobrze opisać. A tymczasem Maniek, którego już uwielbiam całym sercem i ukochana Balbina, są u mojej córeczki i jej kociaka Bazyla, we Wrocławiu i mają się dobrze. Moja córeczka Jowita nawet zrobiła Mańkowi antenkę na głowie, pewnie po to, aby łączył się mentalnie ze mną, bo podobno tęskni i szuka mnie po mieszkaniu córki lub leży pod drzwiami i czeka, aż wrócę, a to jeszcze trochę potrwa.

I Wam też życzę, abyście mieli się dobrze tej jesieni, która robi się już złota. Pozdawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają! Wzięłam tu ze sobą laptop (nowy, więc jeszcze troszkę słabo ogarnięty), bo załatwiam pewne sprawy z Babińca Literackiego i z pracy - nie umiem usiedzieć na tyłku, nic nie robić. Więc powoli będę też po zabiegach i spacerach, odwiedzać Wasze blogi. Pozdrowienia i moc serdeczności z Uniejowa!

04 października 2026

UWAGA SPOILERY, czyli trzy nowe ekranizacje klasyki w telegraficznym skrócie

Dwie ekranizacje polskiej, kultowej, klasycznej powieści Lalka, szkolnej lektury autorstwa Bolesława Prusa oraz nowy serial na motywach pięknej powieści Na wschód od Edenu - opus magnum amerykańskiego pisarza Johna Steinbecka. Post pisany "na gorąco", zapewne kiedyś, po przemyśleniu, zmienię zdanie, więc to są spoilery na dziś, na tu i teraz.

 Lalka, reżyseria Maciej Kawalski, Polska 2026

Film miał premierę kinową w Polsce 30 września. Polacy ruszyli do kin i szeroko go komentują. Jaki jest? Jest dobry, solidny, wizualnie wspaniały. Czy ma wady? Owszem, jak prawie wszystko.

 Drewniane role "bez ról" , wybitnych polskich aktorów: nijaka Joanna w wykonaniu Krystyny Jandy, wyjątkowo zbyt leciwy, czyli zdecydowanie za stary o jakieś 30 lat, Rzecki,  zagrany przez wracającego na duży ekran Marka Kondrata, słaby książę  Jana Englerta (który w serialu z 1977 roku wcielił się w jednego z subiektów) i zaledwie poprawny hrabia Łęcki Andrzeja Seweryna. W moim odczuciu, bardzo się starający, jednak w efekcie średni i nijaki w roli starającego się o Bellę, Marcin Dorociński (jako żołnierz, kupiec, przyjaciel wypadł lepiej, ale nie jest to kreacja na miarę jego talentu), świetna, ognista Agata Kulesza, bardzo dobra, temperamentna, nieco tajemnicza Maria Dębska, ciekawy Borys Szyc, wspaniała i wzruszająca Pani Maja Komorowska (po prostu klasa, czapki z głów) i jak zawsze dobra jej imienniczka Mają Ostaszewska w małej, ale zapadającej w pamięć roli. 

Generalnie troszkę szkolna, poprawna i rzekłabym - ładna adaptacja powieści z pominiętymi niektórymi wątkami i homeopatyczną dawką reinterpretacji. Przepiękne kostiumy, wnętrza, plenery, scenografia, muzyka do mnie na razie nie przemówiła, nie zachwyciła mnie (a może to kino i zbyt głośny seans). Czuć ducha epoki, wręcz jej zapach i klimat. Film długi, niemal trzygodzinny, ale bez odrobiny nudy.

Kamili Urzędowskiej w roli Izabeli bronię: enigmatyczna, stonowana, posągowa, subtelna, nieco sztywna, jak na lalkę przystało (chociaż Prusowi raczej o inną lalkę chodziło w powieści, a może o wszystkich bohaterów jako lalki) i bardzo piękna. Dla mnie - najlepsza i najpiękniejsza. I nie będę uzasadniać dlaczego, bo ona jest jak niezwykle osobliwy motyl. I chyba w tej wersji najbardziej rzucała się w oczy różnica wieku między Bellą a Stachem. I dobrze, bo przecież był od niej starszy o jakieś dwadzieścia lat. 

Podobały mi się jeszcze wypowiadane przez bohaterów cytaty z powieści Prusa i aluzje do innych dzieł, reżyser (który jest przystojnym człowiekiem, a z wykształcenia lekarzem) w roli hipnotyzera i jakaś - pięknie oddana - magia dawnych lat. Na pewno obejrzę ten film raz jeszcze, na spokojnie w domu - kiedyś.

Moja ocena filmu: 7/10

 Lalka, reżyseria Paweł Maślona, serial Netflix, Polska 2026

Niezależna i biedna, dość inteligentna feministka i mądry, przedsiębiorczy, zaślepiony jej urodą dorobkiewicz w ferworze końca pewnej epoki. Dwa pierwsze odcinki nieco mnie nudziły, irytowała kosmicznie, podobna bardziej do Marii Konopnickiej, nudna, wpięta w opowieść Eliza Orzeszkowa grana przez Agnieszkę Grochowską. Miałam wrażenie, że nie będzie ciekawie.

Ale potem było znacznie weselej, niekiedy strasznie i z pazurem. Myślę, że scenarzyści wzięli tytuł literackiego pierwowzoru bardzo serio i, jako że lalki to zabawki, zabawili się zarówno konwencją, jak i widzem, chociaż karczemne bluzgi naprawdę mogli sobie darować. Nie irytowało mnie to, ale było niepotrzebne, choć być może pokazywało, jak i w co grają ludzie pod płaszczykiem arystokratycznej cooltury.

Serial zaserwował także bardzo smakowite aktorstwo: Sandry Drzymalskiej, Magdaleny Cieleckiej, Tomasza Schuchardta, Jacka Braciaka, Piotra Adamczyka (tu miłe zaskoczenie) i Mirosława Zbrojewicza. Dodatkowo serial zaprezentował dla mnie,  trzy aktorskie odkrycia roku w postaciach: Julii Wyszyńskiej, Marii Kani i Piotra Packa. Interesujące zwroty akcji. Mocna chemia, iskry między parą głównych aktorów dodawały serialowi uroku. Ciekawe kostiumy, przyjemna muzyka. Poplątanie z pomieszaniem, ale na duży plus. Luźna interpretacja, a właściwie wariacja na temat dzieła epoki pozytywizmu. Lubię takie filmy i śmieszą mnie pełne świętego oburzenia recenzje.

 Moja ocena serialu:7/10

  

 Na wschód od Edenu, reżyseria Zoe Kazan, serial Neflix, USA 2026

Moja słabość do Florence Pugh trwa od lat, bo jest to piękna dziewczyna i jedna z najciekawszych gwiazd współczesnego kina, do tego cholernie zdolna i charyzmatyczna. A słabość do literatury odziedziczyłam w genach. Nie mogłam więc pominąć nowej ekranizacji niesamowitej powieści Johna Steinbecka, mając w pamięci wspaniały serial z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, z wybitną kreacją Jane Seymour (byłam wtedy naprawdę mała, ale to właśnie ten serial sprawił, że sięgnęłam po powieść).

I nie zawiodłam się, a wręcz przeciwnie, bo serial wbił mnie w fotel i siedziałam do trzeciej w nocy, żeby obejrzeć całość. Opowieść inspirowana biblijną przypowieścią w tym serialu jest głęboko psychologiczna i bardziej ludzka niż w surowej i realistycznej powieści, piękna, epicka, poruszająca niezwykle ważne tematy ekranizacja, zrobiona przez wnuczkę Eliasa Kazana, człowieka, który pierwszy sfilmował dzieło amerykańskiego Noblisty już w 1955, trzy lata po ukazaniu się powieści. Świetne aktorstwo nawet w epizodach, cudowne plenery, kostiumy, poruszające dzieło. Niezwykle ludzkie, życiowe, chociaż momentami brutalne. Jednak, co tu dużo gadać, nie unikniemy, bo takie jest życie nawet teraz, a kiedyś było jeszcze surowsze, mniej komfortowe. Kobiety zaś przez stulecia były na straconej pozycji.

Bardzo podobał mi się młody aktor Joseph Zada (muszę zapamiętać to nazwisko, bo widzę w nim duży potencjał) w roli Cala, którego wygląd przepięknie rezonował z urodą Florence Pugh; świetnie zagrali również: Carlan Hinds, Hoon Lee, Mike Faist, Christopher Abbott i zawsze wspaniała aktorzyca Martha Plimpton. Myślę, że to jeden z najlepszych tegorocznych seriali.

Lubię, kiedy kobiety stają za kamerą, reżyserują interesujące filmy i tak jest w tym przypadku.

Moja ocena serialu: 8/10 

Wszystkie filmy szczerze polecam, warto je obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie. 

Życzę Wam wspaniałego weekendu i ciepłego, udanego października.