Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba Alzheimera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba Alzheimera. Pokaż wszystkie posty

piątek, października 31, 2025

"Myślę, że nawet jeśli któregoś dnia nie będziesz wiedziała, kim jestem, nadal będziesz wiedziała, że cię kocham".


Zapisane w ciele

Twoje odchodzenie trwało tak długo, że zaczęłam je oswajać, przyzwyczaiłam się.
Gasłaś latami, a ja w żaden sposób nie mogłam tego powstrzymać.

A przecież zaczęło się niewinnie:
drobne przejęzyczenia, mylenie nazw lub brak precyzyjnych słów.
Potem panika, agresja, obłęd, depresja, zagubienie.

I nagle scena, która tkwi we mnie od lat i nie znika:

Wchodzisz do mojego pokoju.
Czytam teksty naukowe, piszę notatki, redaguję pracę dyplomową,
staram się maksymalnie skupić, bo mało mam momentów spokoju.
Mówisz: Pani ja chcę to i moczysz siebie, podłogę, moje myśli.
Przytulamy się mocno chyba pierwszy raz w życiu.
Płaczemy - obie zawstydzone, przerażone, bezradne. Szepczesz: 
Pani jesteś taka ładna. Szlocham. Nigdy wcześniej mi tego nie mówiłaś.
Zaczynam rozumieć, że to początek końca naszej bardzo trudnej historii.

Historii matki, której wmówiono, że syn jest jej lepszą częścią,
że córka to darmowa służba domowa lub przedmiot do jak najszybszego
oddania obcemu facetowi pod przykrywką transakcji zwanej małżeństwem.

Historii córki, dziecka gorszego sortu, która miała być chłopcem
i którą przyjście na świat brata momentalnie odsunęło w głęboki cień,
która uwiązana w toksyczną relację, kochała do końca,
pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu, czasem wbrew sobie.

Mam nadzieję, że odchodząc, pozbawiona wielu funkcji życiowych,
złapałaś przynajmniej mały promyk czułości wysłanej
przez tę złą, brzydką, głupią córkę blondynkę, która powinna 
być przystojnym brunetem na każdą porę dnia i roku, 
a cały jej problem tkwił w niepotrzebnej, niczym nieuzasadnionej,
naiwnej miłości do kobiety, która nie potrafiła jej nawet
 
zaakceptować.

Joanna Idzikowska - Kęsik, 31 X 25  
 
*
Cytat na najbliższe dni, którego autorem jest jeden z moich bardzo ulubionych pisarzy polskich Wiesław Myśliwski z książki pt. Ostatnie rozdanie:
 
 
"Bo na cmentarzu świat wydaje się jakby tylko odbiciem cmentarza. A nawet gdy się tak wędruje między grobami niepewność człowieka nachodzi, czy sam gdzieś tutaj nie leży, tylko musiałby się poszukać".
 
Cytat w tytule postu Lisa Genova, Motyl Still Alice
 
*
Życzę Wam spokojnego, dobrego, refleksyjnego czasu, wyciszenia, czułości i dobra. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy do mnie zaglądają, posyłam spokojne myśli i pozytywną energię. 
 

 Obrazy wykorzystane  w poście pochodzą z Internetu, nie znam ich Autorów. 

środa, października 15, 2025

"Nie miała dzisiaj czasu chorować na Alzheimera." ***


Witajcie moi Drodzy!

Na początek mój stary wiersz podyktowany doświadczeniami strasznej i bezwzględnej choroby mojej mamy.

tylko nie to


zniosę wszystko

wezmę na siebie całe zło tego padołu
przygryzę zęby i w pokorze uśmiechnę się
do swojego cierpienia

przyjmę wszelkie kłody rzucane
pod moje zbyt małe stopy

ale nie pozwól mi którykolwiek boże

stracić siebie

nie funduj toksycznego romansu
z tym chichoczącym niemieckie kołysanki
wrednym bezwzględnym afazyjnym doktorkiem

nie odbieraj pamięci zdziwionym oczom
wścibskim dłoniom spragnionym ustom
rozszalałym zmysłom

konsekwentnie stosuj się
do własnych przykazań

nie kradnij

nie zabieraj mi
mnie


JoAnna Idzikowska - Kęsik, 16 II 15
 
*
Cytat na dziś - może komuś się wydać wyrwany z kontekstu, ale jak się wczyta, zrozumie:
 
 
"Mieliśmy już za sobą wszelkie powroty i wiedzieliśmy, że się nie wraca ani do tych samych miejsc, ani do tych samych planów. Chyba od tego momentu w człowieku zaczyna się dorosłe życie. Długo nie mogliśmy w to uwierzyć. Nieodwracalność zdarzeń i uczuć jest równie absurdalna jak śmierć, trudno ją zaakceptować. Na szczęście ta wiedza przychodzi na samym końcu: kiedy umiera nam ktoś bliski albo kiedy kończy się miłość.
Ale zanim przyjdzie, człowiek próbuje i próbuje, próbuje o wiele dłużej niż to ma sens".
 
Grażyna Jagielska
 
 
Ostatnio wszystko robię z jakimś poślizgiem, opóźnieniem, spowodowanym nadmiarem wrażeń w realnym świecie. Posty, które mam w głowie od dawna, czekają na publikację, na "ubranie w słowa" miesiącami, a niektóre nawet latami. Coś wymyślę, wydaje mi się ciekawe, a potem nie mam czasu, żeby to zmaterializować, opisać, napisać o tym.
 
Temat, który dzisiaj poruszę jest mi bliski od wielu lat, odkąd w 1997 roku okazało się, że moja bardzo inteligentna mama, żywa, rozmowna, z wielką wyobraźnią, kreatywna kobieta, nagle zaczęła się dziwnie zachowywać po to, aby przez dziewięć  długich lat, z dnia na dzień powoli, ale konsekwentnie gasnąć i w maju 2006 roku, w wieku 63 lat, odejść jako ktoś, kto od lat nie mówi, nie rozpoznaje bliskich, nie potrafi się ubrać, umyć, najeść, samodzielnie załatwić, nie chodzi, niknie w oczach i od dwóch lat tylko leży w pampersie na elektrycznym, przeciwoleżynowym materacu, wpatrzony pustym wzrokiem poza zasięg tego świata.
 
 Wrzesień od 2001 roku jest Światowym Miesiącem Choroby Alzheimera (Alzheimer's Disease - AD), a 21 września to Światowy Dzień Choroby Alzheimera, po raz pierwszy obchodzony w 1994 roku.

10 Października obchodzimy zaś Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego, a choroba Alzheimera atakuje mózg. 
 
Chorobę tę (AD) jako pierwszy opisał niemiecki naukowiec związany z Uniwersytetem Wrocławskim, dr Alois Alzheimer (1864 - 1915)  – lekarz psychiatra i neuropatolog, profesor psychiatrii Uniwersytetu Wrocławskiego. Zauważył dziwne zachowanie swojej gosposi i wnikliwie badał i opisał przypadek jej demencji, która dopadła ją - jak moją mamę - w stosunkowo młodym jeszcze wieku. I tu moja refleksja - w im młodszym wieku pojawia się ta straszna choroba, tym trwa dłużej i gorzej się ją przechodzi, przeciętnie chory po diagnozie żyje (o ile można to nazwać życiem) ok. 7 lat. 
Jest to choroba neurodegradacyjna, nieodwracalna i na razie jeszcze - nieuleczalna. Może dotknąć każdego, nawet najbardziej inteligentnego. I jest straszna nie tylko dla chorego, dotyka też bardzo dotkliwie jego bliskich. Alzheimer nie tylko zabiera tożsamość, zabiera wszystko i w efekcie człowiek kończy w stanie wegetatywnym, wyniszczony strasznie (moja mam ważyła może 35 kg w chwili śmierci). Niestety, w skali globalnej, co roku notuje się większą ilość zachorowań, nie tylko dlatego, że społeczeństwo generalnie się starzeje, ale też dlatego, że mamy medycynę na coraz wyższym poziomie i dostęp do opieki medycznej. I nawet nie wiem, co polecić, aby tej choroby uniknąć, bo akurat moja mama bardzo dużo czytała (czytała na głos mnie i bratu klasykę rosyjską zamiast bajek), rozwiązywała krzyżówki, projektowała swetry na drutach (liczyła oczka, w ogóle dobrze liczyła w pamięci), była też bardzo dobrą polonistką, uczyła nas recytacji, ortografii, a choroba dopadła ją w wieku ok. 55 lat...
 
*
 
Z filmów, które wryły mi się w pamięć na zawsze i które polecam z całego serca, wymienię trzy, wszystkie zrealizowane na podstawie książek i trzy inne, które nie mają swojego pierwowzoru w literaturze, chociaż jeden z nich powstał na kanwie sztuki teatralnej:
 

 Iris – brytyjsko-amerykański dramat biograficzny z 2001 roku w reżyserii Richarda Eyre’a, zrealizowany na podstawie wspomnień Johna Bayleya "Elegy for Iris", opisujący zmaganie się z chorobą wybitnej brytyjskiej pisarki, Iris Murdoch, wspaniale zagranej przez Dame Judith Dench. 
 
 
Pamiętnik – amerykański melodramat z 2004 roku w reżyserii Nicka Cassavetesa, na podstawie scenariusza Jana Sardiego, oparty na powieści Nicholasa Sparksa o tym samym tytule. Była to jedna z pierwszych powieści z chorobą Alzheimera w tle, którą przeczytałam w trakcie choroby mamy, chociaż generalnie nie lubię romansów, melodramatów. Film mnie powalił, bo uwielbiam Ryana Goslinga. 
 
 
Poezja (kor. 시 / Shi) – południowokoreański dramat filmowy z 2010 roku w reżyserii Lee Chang-donga, zrealizowany w ramach koprodukcji międzynarodowej. Piękna opowieść o nieco ekscentrycznej kobiecie zmagającej się z początkami choroby Alzheimera, samotnie wychowującej sprawiającego trudności wychowawcze wnuka, która po usłyszanej diagnozie zapisuje się na kurs poetycki, z niebanalną rolą byłej koreańskiej Miss Piękności Yoon Jeong-hee, która odeszła w 2023 będąc chorą na Alzheimera - rola w tym filmie była ostatnim występem aktorki.
 
 
Motyl Still Alice – amerykańsko-francuski niezależny dramat filmowy z 2014 roku w reżyserii i według scenariusza Richarda Glatzera i Washa Westmorelanda. Adaptacja powieści Motyl autorstwa Lisy Genovy z przejmującą, rewelacyjną oscarową rolą Julianne Moore. Jest w tym filmie scena, gdy bohaterka w łazience używa kubka z bolesławieckiej ceramiki, która rozdarła mi serce na strzępy - mama kiedyś zbiła mi pięć ukochanych kubeczków, a mnie pozostało ją jedynie przytulić.
 
 
Ojciec – brytyjsko-francuski dramat filmowy z 2020 roku w reżyserii Floriana Zellera. Zdjęcia kręcono w Londynie. Zeller napisał Ojca w języku francuskim dziesięć lat przed powstaniem filmu jako sztukę teatralną, która miała premierę w 2012 roku, w Paryżu. Świetna, koncertowa kreacja Anthony'ego Hopkinsa i równie świetna Olivii Colman w roli jego córki.
 

Strzępy – polski film, dramat z 2023 roku w reżyserii Beaty Dzianowicz, to poruszająca opowieść o tym, jak ważna jest rodzina i jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla bliskich. To również smutny obraz choroby Alzheimera, która dotyka coraz więcej osób na świecie. I naprawdę dobry, godny uwagi film ze wspaniałymi rolami Michała Żurawskiego w roli syna i Grzegorza Przybyła w roli byłego wykładowcy, ojca dotkniętego chorobą. A najdziwniejsze dla mnie jest to, że prawie nikt nie mówi o tak dobrym filmie, ale lansuje się gnioty.
 
 
Cytat w tytule postu pochodzi z powieści Lisy Genowy pt. Still Alice, wybrałam go, bo myślę, że moja mama tak naprawdę nie miała czasu chorować na Alzheimera, że była do samego końca kochana przez mojego tatę, brata i przeze mnie i czuła to. Myślę, że chociaż bywa bardzo trudno, gdy się opiekuje osobą tak bardzo chorą, to fakt, iż czuje się ona naprawdę kochana, bardzo ją wzmacnia.
 
Temat AD (choroby Alzheimera) jest bardzo obszerny, wydawało mi się, że napiszę dużo więcej, ale widocznie wciąż nie jestem na to gotowa. W maju minie już 20 lat od śmierci mojej mamy, a we mnie wciąż żyje strach, codziennie czytam, uczę się na pamięć krótkiego wiersza albo wierszyka logopedycznego lub piosenki, rozwiązuję sudoku, piszę lub przepisuję raz lewą raz prawą ręką jakiś cytat po angielsku/francusku i ciągle nie potrafię o tym sensownie napisać, nadal brakuje mi słów... Myślę, że nadal czuję w sobie ten dziwny rodzaj beznadziejnej bezsilności, która towarzyszyła mi przez lata patrzenia na nią, gdy po prostu znikała i prób pomocy, powstrzymania nieuniknionego.
 
Trzymajcie się zdrowo w te chłodne dni, pozdrawiam serdecznie.
 
 
Obrazy wykorzystane w poście pochodzą z Internetu, nie znam Autorów.

środa, grudnia 25, 2024

"Alzheimer jest niestety bezwzględny, zabiera bezpowrotnie wszystko".***

 Witajcie moi Drodzy!

    Dzisiaj, zamiast wiersza, proponuję moje stare opowiadanie. Rzadko piszę opowiadania, ale czasem zdarza mi się coś takiego popełnić. Zwłaszcza, gdy temat jest ważny, kiedy dotyka coraz większej części społeczeństwa. I mimo, że nie jest łatwy, a dla mnie jest wciąż bardzo bolesny (zwłaszcza w święta), to na pewno jest wart nagłośnienia. Wiem, że może to nie jest odpowiedni temat na święta, ale teraz mam na tyle czasu, żeby zrobić ten właśnie post...

    Nie będę zatem przedłużać wstępu, zapraszam do przeczytania postu. Tak po ludzku i po prostu...


*********************

Utracona tożsamość

 

    Biegła do domu, spóźniona, zmęczona i zdenerwowana, po jałowej dyskusji ze swoim pokręconym promotorem. Kurczę! W dziennym studium i na dziennych studiach magisterskich nie miała tak "przyczepnego" promotora, jak teraz, na podyplomowych! Myślała o dziecku, które tak bardzo jej potrzebowało, bo było chore, a ona, zła kobieta, nie miała czasu na swoją kobiecą powinność. Tłumaczyła sobie jednak, że to, co robi, robi nie tylko dla siebie, ale też dla swojej rodziny.
    Zdyszana wbiegła na klatkę i zobaczyła, że coś jest w skrzynce na listy. Zdenerwowała się jeszcze bardziej, zanim w torebce pełnej różnych przedziwnych rzeczy, znalazła klucze. Otworzyła skrzynkę, wyjęła kartkę i, zdziwiona, zobaczyła pismo mamy, z którą, nie dalej, niż wczoraj, rozmawiała przecież przez telefon. Dziwna zresztą to była rozmowa, nie kleiła się. Objęła wzrokiem tekst i poczuła się dziwnie: „Skarbie napisz do mnie bo ja mam w skrzynce listy” . Nielogiczny tekst bez znaków interpunkcyjnych, tak niepodobny do jej mamy - polonistki? Ale to jej pismo. Troszkę inne, bardziej wysilone, ale jej! Czytała, czytała i nie miała pojęcia, co się stało. Wbiegła do mieszkania. Na stole w kuchni znalazła kartkę od męża z informacją, że mała lepiej się poczuła i wyszli na spacer, ale słowa mamy nie dawały jej spokoju. Usiadła przy kuchennym stole i zeszło z niej powietrze. Nic jej się nie chciało, tak koszmarnie była zmęczona trzygodzinną jazdą pociągiem z Wrocławia do Jeleniej Góry, a kartka od mamy, zamiast ucieszyć, tylko ją zmartwiła.
    Siedziała bez ruchu ponad pół godziny. Wykończona była pracą w policealnym studium w innym, odległym mieście, pisaniem pseudonaukowej pracy dyplomowej, brakiem snu. Wstała i leniwym krokiem przeszła do łazienki. Kąpiel zawsze stawiała ją na nogi, moczyła się więc kolejne pół godziny w zbyt gorącej wodzie z pachnącymi lawendą olejkami. Słuchała w kółko, jak Toni Braxton śpiewa prosto z trzewi swój genialny przebój „Unbreak my heart”, uwielbiała tę piosenkę, choć pod tekstem, ze swoją niezależnością, nigdy by się nie podpisała. Kochać trzeba, owszem, ale najważniejszy jest związek z samym sobą, a uzależnienie od drugiej osoby tylko umniejsza naszą osobowość. Ona kochała wiele razy, nawet do zatracenia, ale wiedziała, że pewnych granic się nie przekracza, że należy jakąś cząstkę siebie, zostawić tylko dla siebie.


- Skarbie, jesteś już w domu? – usłyszała głos męża.
- Jestem w łazience – i ledwo zdążyła odpowiedzieć, mała już siedziała przy wannie.
- Cześć, mamuniu, byliśmy z tatulkiem nad rzeką i narwaliśmy kwiatków dla ciebie.
- Dawaj buziaka, bo strasznie się stęskniłam – powiedziała i przyciągnęła małą do siebie.
- Fuuu – powiedziała dziewczynka. – Mokra jesteś, mami, wychodź już z tej wody, to ci bajeczkę opowiem z przedszkola!
    Sylwia miała nieco ponad dwa latka, ale była na tyle samodzielna i tak świetnie mówiła, że nie było żadnego problemu z przyjęciem jej do maluchów. Skazana też była na to, że będzie jedynaczką, więc tym bardziej zależało im na tym, aby była wśród dzieci. Kochała to swoje dziecko, jak każda matka, nad życie, bo jego stworzenie wiele ją kosztowało. Z bardzo inwazyjną nadczynnością tarczycy, z którą się borykała od czasów liceum, każdy lekarz odradzał jej zajście w ciążę. Ale pragnienie było silniejsze i zaryzykowała. I choć większość z tych dziewięciu miesięcy spędziła pod kroplówką w różnych szpitalach, to jeszcze dwa dni przed porodem, oczarowała lekarza, wyszła na przepustkę i pomalowała nowiutkie, drewniane łóżeczko w kolory tęczy, bo wyczytała, że dzieci powinny być otaczane kolorami. Sylwia czuła, jak bardzo jest kochana i świetnie się rozwijała, nie było też problemów z pójściem do przedszkola, bo lubiła dzieci.
    Teraz siedzieli we trójkę i jedli przygotowaną przez Adama kolację, śmiejąc się i rozmawiając o tym, jak minął dzień. Lubiła te ich wieczorne spotkania przy posiłkach, uwielbiała patrzyć na podobieństwo swej córeczki do jej tatusia, którego kochała od wielu lat, od czasów szkoły średniej.
Poznała go na pielgrzymce pieszej z Wrocławia do Częstochowy, bo w rodzinie była akcja pt. wyprowadzamy Zuzę z jej złej ścieżki prowadzącej w ateizm i cioteczny brat, Mariusz, starszy od niej o dwanaście lat, artysta plastyk, namiętnie co roku zabierał ją na pielgrzymki, a ona chodziła, bo ostatecznie były to wakacje i mogła sobie pograć na gitarze, czym w domu, wprawiała mamę we wściekłość. Podszedł raz do niej w czasie kolacji wysoki,niebieskooki blondyn i od tej pory szli sobie razem, dwa lata z rzędu, a gdy na koniec, poprosił ją o adres, bezczelnie, jak na głupią i butną gówniarę przystało, stwierdziła, że nie zadaje się z ludźmi z zawodówek i że może do niej napisać, jak się dokształci. No i dostała we wrześniu miły list, w którym napisał, że rozpoczął naukę w technikum, a że zapewne, z zaocznymi nie chciałaby mieć do czynienia, poszedł do dziennej szkoły z internatem, a potem pójdzie na anglistykę. I od tej pory byli już właściwie nierozłączni, najpierw jako świetni przyjaciele, potem jako para, aż wreszcie, już w trakcie studiów, jako małżeństwo.
    Po kolacji Adam wykąpał małą i usiedli razem w pokoju z kubeczkami gorącej, pachnącej herbaty.
- Zuza, widzę, że coś cie gnębi, co się dzieje? Coś nie tak na uczelni?
- Nie, na uczelni i w pracy w porządku, choć mam dość tych dojazdów pociągiem, niech mi naprawią to auto, bo zwariuję.
- To co jest? – zapytał i przytulił ją mocno.
Wstała, poszła do swojego pokoju i wróciła po chwili z kartką od mamy w dłoni:
- Przeczytaj.
Cisza. I jego wzrok biegnący po kartce kilkanaście razy w tę i z powrotem.
- Chyba ma depresję. Zawsze przecież poprawiała mnie, jak jej się coś nie podobało w moich wypowiedziach – powiedział. – Dzwoniłaś do nich?
- Nie, nie ma sensu. Przecież w sobotę mamy tam pojechać. Może wyprowadzka Tomka, ten jego nagły ślub, tak ją wyprowadziły z równowagi? Ona zawsze kochała go bardziej, a może inaczej? Napiszę jej kartkę z Wrocławia, może chce sobie posprawdzać, może brakuje jej pracy? Może to rzeczywiście jakaś ciężka depresja?
- Ja bym zadzwonił do ojca, Zuzka, a ty rób, jak uważasz. Masz jednak rację, pojedziemy, zobaczymy, może trzeba będzie też pójść do lekarza. A teraz chodźmy już spać, bo ty jutro wstajesz o świcie.

    „Mamutko, pozdrawiam Cię najmocniej i najserdeczniej z Wrocławia. Kocham, przytulam i uśmiech przesyłam, ZuzAnka.” – napisała i wysłała kartkę. Nie wytrzymała jednak i zadzwoniła do ojca. Usłyszała, że nie chciał jej martwić, ale z mamą dzieje się coś złego, pewnie ma depresję po przejściu na wcześniejszą emeryturę, przepracowała tyle lat, a teraz, od września, nie może sobie znaleźć miejsca, chyba jest jeszcze za młoda na siedzenie w domu, ma dopiero 55 lat. Nie poszła do liceum, w którym uczyła, nawet w Dzień Nauczyciela, choć była zaproszona i przez uczniów i przez dyrektora. 

    Zuzanna nie wiedziała, co powiedzieć, ale po chwili wahania, umówiła się z ojcem, że zadzwoni do znajomej psycholożki, może ona coś poradzi. Pomyślała, że chyba powinna pomóc im obojgu. Zadzwoniła do koleżanki, która jednak odesłała ją do swego znajomego psychiatry. Zapisała numer i adres. Zaczęła płakać.

    Weszli do domu. Tato siedział w dużym pokoju ze spuszczoną głową, ale na ich widok wstał i bardzo się ucieszył. Tulił małą długo, a córkę wycałował po rękach. Należał do tego gatunku dżentelmenów, którzy własne córki traktują, jak damy, bo na damę starał się ją wychować.
- Gdzie mama, tatusiu? – spytała Zuza.
- Gdzie babi, gdzie? – wrzeszczała Sylwia.
- Nie wiem. Zwyzywała mnie takimi słowami, jakich przez 35 lat u niej nie słyszałem, trzasnęła drzwiami i wyszła. Może poszła do Tomka, ale jak do niego dzwoniłem, to mówił, że jeszcze jej tam nie ma.
Zuza spojrzała na Adama, nie musieli nic mówić, wyszedł, jak tylko się ubrał.
- Jadłeś coś, tato?
- Nie, ona wciąż przypala obiady, już kilka czajników spaliła, nastawia wodę, wychodzi, do zamrażarki wkłada koper i natkę pietruszki, bez woreczka, to potem się kruszy i leci na wszystko, co jest w zamrażarce, mówię, tłumaczę, proszę i nic. I tak zaczęła kląć, że uszy puchną. I ciągle kupuje nowe papierosy, bo nie wie, gdzie je schowała. I nie bierze w sklepach reszty, jeden sprzedawca na rynku mi oddał, bo kupiła jogurt i dała stówę, co robi z resztą kasy, nie wiem, ale chyba będę musiał przejąć kontrolę nad naszymi finansami. Zbierałem tobie, dziecko, na nowy samochód – mówił i prawie płakał.
- Tatuś, spokojnie. Zaraz zrobię obiad, ty się pobaw z Sylwią, tylko się troszkę uspokój.
- A wczoraj złapałem ją na tym, że zamiast czesać, wyrywała Wacusiowi sierść i przeklinała nad kociakiem, jak szewc. Do sąsiadki wczoraj powiedziała: won suko, wyobrażasz to sobie?
Usiadła ojcu na kolanach i przytuliła go, ich cichym zwyczajem, głaszcząc go po łysince i całując w czoło.
- Pójdę z nią w poniedziałek do psychiatry, wzięłam wolne, poleciła mi go Kaśka, pamiętasz, ta z równoległej klasy z ogólniaka, z którą byłam w Paryżu, studiowała psychologię na KUL-u.
- Tak, pamiętam Kasię – powiedział i uśmiechnął się. – Ładna czarnulka!
Uśmiechnęła się w duchu do taty i jego ulubionego typu urody, długowłosej czarnulki, takiej, jak mama.
- Tato, nie zapominaj, że jestem blondynką – uśmiechnęła się. – Idę, zrobię obiad, mam nadzieję, że Adam zaraz wróci z mamą.
Pocałowała jego i Sylwię i poszła do kuchni, gdzie na kątniku siedział biedny, głodny, wystraszony Wacuś, ich wielki, perski, szary, a właściwie niebiesko - dymny kocurek z wielkimi, żółtymi oczami.
- Cześć, bestia, chodź, mordeczko kochana.
Wacek był tak niedopieszczony, że łasił się do niej chyba z pół godziny. Nie chciał nawet jeść, chciał się pieścić. Zobaczyła ze smutkiem, że ma wyrwaną sierść na grzbiecie do krwi. Zaczęła podejrzewać najgorsze, ale odgoniła od siebie złe myśli, przemyła ranę, dała kotu jeść i skupiła się na obiedzie.

    Po wizycie u psychiatry świat wywrócił się do góry nogami. Potem jeszcze kilku psychologów, psychiatrów, neurologów, pobyt mamy w klinice na obserwacji i ta cholerna, najgorsza z możliwych diagnoza! I ten zagubiony, jeszcze bardziej, niż mama, biedny ojciec. Później trzeba było wziąć do siebie kota i zatrudnić panią do pomocy, ale większość z nich nie była zbyt uczciwa, albo, przestraszone same odchodziły po paru dniach. Tomek się odsunął, chciał żyć, pracować, więc ona oddała duże, służbowe mieszkanie, jakie Adam dostał od pracodawcy, kupiła dużą kawalerkę w swym rodzinnym mieście i właściwie tylko w niej czasem nocowała, bo choroba mamy postępowała w zastraszającym wręcz tempie. Doszły problemy z dojazdami Adama do pracy w Jeleniej Górze, zasnął za kierownicą, roztrzaskał dwa samochody, a jej momentami odechciewało się studiować, pracować w obcym mieście i pisać pracę o autystykach i jednocześnie biegać za mamą, jeszcze mniej komunikatywną, niż ci wszyscy autystycy razem wzięci, która wychodziła z domu w nocy z bochenkiem chleba pod pachą, w listopadzie, w kapciach i krótkiej koszuli nocnej. Jednak oddanie jej do ośrodka lub hospicjum nie wchodziło w grę. Ojciec by tego nie przeżył. Byli zgodnym, kochającym się małżeństwem, na spacery i zakupy chodzili za rączki, wspierali się zawsze i bardzo kochali, tylko teraz problem polegał na tym, że ojciec nadal ją kochał, a ona skasowała go w swej ulotnej pamięci.
    Ona, kobieta, która uchodziła za chodzącą encyklopedię, która wychowała dwoje dzieci tak dbając o nie i ich edukację, że w czasach zatęchłej komuny, prywatnie, nauczyli się angielskiego do tego stopnia, że Tomek zdał na filologię angielską, a Zuza zdała bez problemu egzamin FCE. Ona, ich mama, która w Pewexie kupowała im pastę do zębów, bo w sklepach była tylko ta ohydna Nivea, podpaski Zuzie, żeby nie bała się swej kobiecości. Ona, która biegała do lasu na jagody, żeby Tomkowi poprawił się wzrok, nauczyła się szyć i robić na drutach, żeby mieli ładne, kolorowe ubrania w tej nudnej, komunistycznej rzeczywistości, czytała im „Ulissesa”, gdy mieli po pięć lat, uczyła gramatyki metodami, które teraz uchodzą za aktywizujące, uczyła dykcji i recytacji, wyganiała na teatralne spektakle, do kina, na koncerty! Ona, ich najukochańsza mama, ginęła teraz w oczach, jej cudowną, ekspresyjną osobowość pochłonął niemiecki doktor, na którego do tej pory nie wynaleziono lekarstwa.

    Któregoś dnia, widząc, jak bardzo ojciec chudnie i cierpi, Zuza ustaliła z Adamem, że w wakacje zamieszka z
mamą, a ojca wyślą do sanatorium. Pojechał niechętnie, ale namówiła psycholożkę Kaśkę, żeby mu wytłumaczyła, jak bardzo potrzebny jest mu odpoczynek do dalszej opieki nad żoną. Mama już wtedy prawie nie jadła, bo zapominała o jedzeniu, ale chodziła jeszcze i czasem nawet mówiła, choć i mowę choroba zaczynała już zabierać. Adam zawiózł ojca do sanatorium i pojechał z Sylwią nad morze, bo też był zmęczony zaistniałą sytuacją, ostatecznie to byli tylko jego teściowie. Zuzanna siedziała w domu rodziców, czytała książki i robiła notatki do pracy dyplomowej. Miała tego już bardzo dużo, w komputerze dwa rozdziały, ale lubiła ręcznie pisać, bo wtedy więcej zapamiętywała i jak już się naczytała i porobiła notatki, siadała do komputera i dostawała słowotoku.
    Czytała akurat dla relaksu o swoim ukochanym Witkacym, jako o pisarzu jedną nogą tkwiącym jeszcze w pięknej epoce okresu Młodej Polski, drugą już w bardziej dynamicznym dwudziestoleciu, gdy do pokoju weszła mama, która spała sobie słodko jeszcze dziesięć minut temu.
- Pani, ja chce to – powiedziała cicho.
- Co chcesz, kochanie? Pić, jeść? Co byś chciała, dziewczynko?
- To – powiedziała i zesikała się na podłogę, stojąc w ubraniu.
Umyła ją, przebrała, posprzątała i poszła do apteki po pampersy, a kiedy wróciła, zastała ją w pokoju, w którym się uczyła. Matka siedziała na dywanie z segregatorem, a wokół leżały jej ważne notatki… podarte na strzępy. Chciało jej się wyć, miała ochotę uderzyć matkę, krzyczeć. Przygryzła wargi do krwi, z trudem pohamowała łzy, ale wzięła mamę za rękę i zaprowadziła do kuchni, żeby ją nakarmić obiadkiem dla dzieci Gerber, bo ona nie umiała już gryźć. Mama opluła ją kilka razy, marudziła, jak dziecko, ale coś tam udało jej się w nią wrzucić. Potem cyrk z kąpielą, jeszcze większy z pampersem, którego nie pozwoliła sobie założyć, szarpanie, gryzienie, wyzwiska i cała noc czuwania, żeby nie uciekła z domu.

    I tak to sobie trwało i trwało i było coraz gorzej i gorzej. Dziewięć długich lat patrzenia, jak najukochańsza osoba odchodzi w niebyt. Czytania książek na temat choroby, oglądania filmów, w hollywoodzkim stylu upiększonych i przereklamowanych. Zgłębiania na różne sposoby zrozumienia choroby, która niszczyła życie nie tylko jej matce, ale chyba jeszcze bardziej jej i ojcu, czyli tym, którzy świadomie w tym uczestniczyli. Cztery lata stanu leżącego, oklepywania, zmieniania pampersów, zapobiegania odleżynom, kremowania, karmienia przez strzykawkę, potem zmieniania kroplówek. Nie wie już teraz, jak udało jej się skończyć studia podyplomowe, a potem jeszcze drugi fakultet, pracować na dwóch etatach w dwóch miastach i na wolontariacie z autystykami i dziećmi z niepełnosprawnością intelektualną i opiekować się mamą. Nie wie, jak przeżyła dzień jej śmierci: dzień po jej imieninach, dzień przed Dniem Matki. Nie wie, jak zorganizowała pogrzeb, stypę, nie pamięta, jak zemdlała prowadząc zajęcia i jak prowadziła grupę wsparcia dla rodzin dotkniętych chorobą Alzheimera. Nie wie, jak udało jej się nie zwariować, gdy trzy dni po pogrzebie mamy, Wacuś, który ją kochał i uwielbiał do końca, który ciągle gdzieś przy niej siedział, położył się na tapczan, przestał przyjmować pożywienie, zwinął się w kłębek i umarł. Nie pomogły witaminy, trzech wzywanych weterynarzy, kocurek miał chyba taką wolę, żeby odejść z tego świata.

    Nie pamięta nic złego. Pamięta tylko swą bezgraniczną miłość do istoty, która była jej mamą przez dwadzieścia osiem lat i dla której ona była mamą przez kolejnych dziewięć. Pamięta tłum byłych uczniów mamy na jej pogrzebie. Pamięta ból na twarzy ojca, gdy stali nad świeżo usypanym grobem, jego łzy i pełne bólu wiersze, w które uciekł po jej śmierci.
    Nigdy nie zapomni uśmiechu, ślicznego, bardzo kobiecego uśmiechu swojej mamy, jej powiedzonek, pasji czytania książek, uporu w dążeniu do celu. Jej piwnych oczu, w których do samego końca tliła się chęć i wola życia, walka o każdy oddech. Z rozczuleniem wspomina ból matki, gdy oświadczyła rodzicom przy wykwintnym obiedzie, że jest wegetarianką. Z żalem myśli o rodzinnych świętach, pełnych miłości, prezentów i zapachu pierogów z grzybami i barszczu.
    Czasem, gdy spogląda na Sylwię, widzi rysy twarzy swojej mamy, jej temperament i uśmiech i tylko modli się, aby ten cholerny, niemiecki doktorek, nie dopadł więcej jej bliskich. Bo w razie, gdyby dopadł ją, spisała już u notariusza, odpowiedni testament.

***
Widzisz Mamo, minęło pięć lat,
A ja pisać nie mogłam o Tobie.
Może wtedy zawalił się świat,
Gdy myślałam, że nic już nie zrobię?

Może było mi smutno i źle,
Gdy bezradna trwałam przy Tobie.
Moje serce cierpiało jak cień
Twej istoty, zgubionej w chorobie.

Teraz wiem już, że miłość zwycięża
Śmierć, chorobę i inne zgryzoty.
Tylko powiedz, proszę,
powiedz, Mamo,
Jak mam żyć,
by nie umrzeć z tęsknoty?

*

     Wszystkie postaci i cała historia są absolutnie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi osobami i wydarzeniami, każda zbieżność w opowiadaniu jest zupełnie przypadkowa. 

JoAnna Idzikowska-KęsikB-c, 5 VIII 2011, p.n.k. 

*********************

Wybrane cytaty:

 Alzheimer jest niestety bezwzględny, zabiera bezpowrotnie wszystko. 

Nie sposób poradzić sobie z tą świadomością samemu, a nawet jeśli komuś się tak wydaje, zapłaci bardzo wysoką cenę. Na pewno nie warto czekać do ostatniego momentu z proszeniem o pomoc, tak jak ja. Gdy to zrobiłam, byłam już pod ścianą, rozsypywałam się na kawałki. 

+

Ta choroba się nie zatrzymuje. Coś odda, coś zabierze, na koniec i tak wszystko zmiata. 

Paulina Wójtowicz - cytat w tytule tego postu

~~

 Tak jest z wieloma starszymi osobami z alzheimerem. Ci, którzy niczego nie ukrywali ani nikogo nie udawali, zachowują się jak dawniej, a inni, którzy całe życie się powstrzymywali, nadrabiają, kiedy postradają zmysły. 

Nam - Joo Cho

~~

 Jest taki stary dowcip o alzheimerze: jego plusem jest to, że co dzień poznaje się nowych ludzi. 

Stephen King

~~ 

Na koniec, patrząc na to zamieranie, zaczęłam rozumieć, że człowiek istnieje, dopóki pamięta. Pozostaje sobą, dopóki potrafi kochać i wie, do kogo kieruje swoje uczucia. Nie ma nic gorszego niż to, że śmierć człowieka następuje dużo wcześniej, zanim umrze jego ciało. 

Paulina Jóźwik

*********************

Książki i filmy w temacie opowiadania:

    Wanda Żółcińska, Najdroższa - bardzo dobra, współczesna opowieść o kobiecie, której matka choruje na Alzheimera, powieść o życiowych decyzjach, wyborach, relacjach międzyludzkich.


    William Wharton, Tato - klasyk
sfilmowany w 1989 roku, wzruszająca opowieść o rodzinie, chorobie i sile miłości. Zarówno powieść Whartona, jak i film, są godne polecenia i uwagi. W filmie w tytułowej roli wystąpił wybitny aktor Jack Lemmon. Uwielbiam i książkę i film.

    Nie zapomnij mnie -amerykański film z 1999 roku o kobiecie tracącej pamięć, w którą bardzo pięknie wcieliła się Mia Farrow.

    Niestety, nie oglądałam, bo nigdzie nie mogę znaleźć, południowokoreańskiego filmu pt. Poezja z 2010, bardzo chciałabym obejrzeć ten film o kobiecie, która zapisuje się na kurs poetycki po tym, jak usłyszała diagnozę, dowiedziała się, że choruje na Alzheimera.


    Pozdrawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają i nieustannie dziękuję za komentarze oraz obecność w moich skromnych progach!