Witajcie!
Mówią, że starość nie radość, ale ja, buntowniczka z urodzenia i wyboru, wolałabym, żeby było inaczej. I będę się tego trzymać do końca.
Niestety, śmierć mojej ukochanej psinki 1 lipca, na początku długo wyczekiwanych wakacji, po trudnym i intensywnie pracowitym roku szkolnym, przy której byłam do końca, bardzo odbiła się na mojej psychice, mocno mnie przeczołgała. Jednak stało się coś, co pozwala mi powoli to oswoić, ogarnąć się i nie poddawać. Choć nie ukrywam, że wciąż jest mi naprawdę ciężko, że ciągle się zamyślam, zawieszam, płaczę, żałuję, że non stop towarzyszy mi poczucie, że może za mało zrobiłam, że gdybym się bardziej postarała, mój kochany Nikuś, wciąż by ze mną, przy mnie, był... Te myśli powracają jak bumerang, nie dają spokoju.
Jakoś pod koniec maja czy na początku czerwca - dokładnie nie pamiętam, bo te wakacje bez Nikoska mnie przewałkowały - moja koleżanka logopedka poleciła mi lekarza, ponieważ bardzo bolały mnie zatoki, z którymi mam problem od wczesnej młodości. Nie bardzo mi się chciało jej posłuchać, ale po rozmowie z moim młodszym o niecałe dwa lata bratem, też belfrem gadającym chyba jeszcze więcej, niż ja, bo uczącym angielskiego w liceum, wraz z nim udałam się prywatnie do owego lekarza.
Po krótkiej rozmowie, oprócz zatok, Pan Doktor z tytułem doktora nauk medycznych, zaproponował mi badanie krtani, jako wieloletniemu nauczycielowi. Uprzedził, że będzie nieprzyjemne, że jak będzie trzeba to mnie znieczuli, ale zachęcił, że warto to zbadać po wielu latach pracy głosem. No i przetrwałam jakoś to badanie ze znieczuleniem i okazało się, że jestem chora zawodowo, czyli że moje struny głosowe, moja krtań, nadają się jedynie do szybkiej rehabilitacji, bo grozi mi bezgłos. I nie pytając, czy mam ochotę, wystawił mi skierowanie do sanatorium i jeszcze troszkę pokrzyczał, żebym o siebie zadbała, o sobie przede wszystkim myślała i dbała o własny dobrostan, a nie tylko harowała tu i tam i dodatkowo pomagała ludziom...
Myślałam, że to wszystko trochę potrwa, a tymczasem już w sierpniu dostałam zawiadomienie o skierowaniu na rehabilitację głosu do sanatorium w malowniczym Uniejowie w województwie łódzkim, podobno najlepszym tego typu ośrodku rehabilitacyjnym w Polsce (choć jak się dowiedziałam, że podobny jest w Gdańsku, to wolałabym, ze względów wiadomych, Gdańsk, ale w tym przypadku nie ma miejsca na koncert życzeń).
No i przyjechałam tu, do Instytutu Zdrowia Człowieka, 8 października w czwartek i będę do końca miesiąca się leczyć i tęsknić za moim małym, grubym już psieckiem Maniusiem i kicią i całą rodzinką i za moją nową, bardzo fajną klasą zapewne też. Chłopaków mam w tym roku czterech, bardzo spokojnych i radosnych, polubiliśmy się od pierwszego dnia i cieszę się, że trafiła mi się taka fajna klasa. Jest z kim pracować.
Tutaj, w uzdrowisku, też są bardzo fajne dziewczny - kuracjuszki i niezwykle kompetentny, przyjazny personel. Mam fajną współlokatorkę, w moim wieku, więc się dogadujemy, jest tu również dziewczyna, którą rok temu poznałam na... Teneryfie i druga, z którą ponad 20 lat temu pracowałam w małej szkółce na wsi pod Bolesławcem, gdzie uczyłam angielskiego. Jest OK, świat jest mały i czasem los splata nas z ludźmi, o którym myśleliśmy, że jeden jedyny raz przeszli przez nasze życie. Jedynie we mnie, w moim wnętrzu, wciąż drga smutek, którego w żaden sposób nie potrafię pokonać. Muszę się więc z nim zaprzyjaźnić, może wtedy sam odejdzie.
Uzdrowisko jest otoczone pięknym, dużym parkiem, po którym biegają wiewiórki. Miasteczko jest maleńkie, ale są duże termy, jest zamek, po prostu jest gdzie wychodzić na spacery, a ja - po tych wakacjach, które przeleżałam patrząc w sufity różnych pokoi hotelowych, potrzebuję ruchu, pływania, ćwiczeń, po prostu chcę endorfin wyciśniętych ze zmęczenia. Bo wtedy resetuję swój przeciążony mózg. Jedzenie jest dobre i moja Pani Doktor prowadząca ( z tytułem naukowym doktora nauk medycznych), bez problemu uwzględniła moją wegetariańską dietę.
Nie mogę więc narzekać. A mimo to, drobiny, okruszki, konfetti smutku, które jednak wciąż noszę w swoim sercu, mocno pokaleczonym przez śmierć Nikusia, nadal dają o sobie znać. To jest taka strata, której nie umiem nawet nazwać, dobrze opisać. A tymczasem Maniek, którego już uwielbiam całym sercem i ukochana Balbina, są u mojej córeczki i jej kociaka Bazyla, we Wrocławiu i mają się dobrze. Moja córeczka Jowita nawet zrobiła Mańkowi antenkę na głowie, pewnie po to, aby łączył się mentalnie ze mną, bo podobno tęskni i szuka mnie po mieszkaniu córki lub leży pod drzwiami i czeka, aż wrócę, a to jeszcze trochę potrwa.
I Wam też życzę, abyście mieli się dobrze tej jesieni, która robi się już złota. Pozdawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają! Wzięłam tu ze sobą laptop (nowy, więc jeszcze troszkę słabo ogarnięty), bo załatwiam pewne sprawy z Babińca Literackiego i z pracy - nie umiem usiedzieć na tyłku, nic nie robić.
Więc powoli będę też po zabiegach i spacerach, odwiedzać Wasze blogi. Pozdrowienia i moc serdeczności z Uniejowa! Dbajcie o siebie i pamiętajcie, że to właśnie Wy jesteście najważniejszymi osobami w swoim życiu.






















