Senny, deszczowy poranek. Szary, bury i ponury. Miałam misterny plan spania do południa, ale moje zwierzaki chodzą po mnie, jak im pasuje, absolutnie nie zważając na mój komfort czy raczej dyskomfort. Zasnęłam w swoim pokoju na wersalce, bo oglądałam wczoraj wieczorem film dokumentalny na Netflixie pt. Jesteś tym, co jesz o bliźniętach poddanych diecie i już nie chciało mi się pielgrzymować do sypialni.
Jurek, który jest rannym ptaszkiem i chodzi na spacery w środku nocy, wysyła mi MMS-y z ukochanej, ale zaśnieżonej Gdyni, po której biegają dziki, a tymczasem w Bolesławcu pada deszcz, chociaż zrobiło się troszkę chłodniej, po ostatnich wiosennych temperaturach. Może jest szansa na prawdziwą, białą zimę? Taką z mrozem i diamencikami śniegu? Byłoby super!
Obudziłam się z piękną myślą, z zarysem jakiegoś wiersza o zimie i miłości i oczywiście nic nie zapamiętałam. Często mam tak, że moje wiersze najpiękniejsze są wtedy, gdy nie mogę ich zapisać; pojawiają się w nocy, przed zaśnięciem albo tuż przed pobudką lub gdy już się obudzę, ale jeszcze leżę w łóżku i nie chce mi się szukać długopisu, pisać.
Druga kawa... Człapię do kuchni, psiak za mną, bo musi wymusić przysmaczek na dzień dobry... W soboty mam dzień bez porannej wody i od razu rzucam się na kawę!
Dzisiaj mam też wolne od pracy. Jutro już nie. Jutro będę pisać oceny opisowe i sprawozdania, jednak dziś jest dzień DżoAny, która robi co chce. Na pewno trochę ogarnę dom, zrobię jakiś dobry obiadek i będę czytać, pisać pamiętnik swoim starym Parkerem, może coś obejrzę. Zapewne też zadbam o urodę - wątpliwą już w moim wieku, ale maseczka na włosy i twarz, szyję, dekolt na pewno dzisiaj poleci. Może też uda mi się podciąć psiakowi kudełki na brzuszku.
Póki co milionowy raz wracam do wierszy Pani Szymborskiej, do mojego bilingwalnego wydania jej tekstów z 1989 roku, które znam na pamięć, jednak do tej książki mam szczególny sentyment, kupiłam ją na moich pierwszych studiach... Kosztowała 2500 złotych - takie były wtedy ceny i choć nie widać tego na zdjęciach z mojego wyrka, druk w tej książce jest w kolorze butelkowej zieleni i dobrze się czyta litery inne niż czarne. Czerń męczy moje oczy. Na drugim zdjęciu macie jeden z moich najukochańszych wierszy poetki, czytajcie!
Przed świętami upadła mi w trakcie mycia, a raczej wypadła z rąk prosto do zlewozmywaka, ulubiona maselniczka i pękła (moja wina, bo trzeba ją było włożyć grzecznie do zmywarki), więc przejechałam się po sklepach z ceramiką, których w Bolesławcu jest dużo, żeby kupić nową. I kupiłam w kształcie i wzorku, którego jeszcze nie mam w kolekcji.
Przy okazji okazało się, że kochane Panie Ekspedientki zostawiły dla mnie kubeczek, na który polowałam chyba półtora roku, bo jeśli był kształt (boski, królewski rzekłabym), to zdobienie było nie w moim stylu. Zostawiły mi takie oto cudeńko, dziękuję!!!
A
że dawno z braku czasu nie kupowałam wiele ceramiki, skusiłam się też na dwa inne kubeczki, miseczki
dla moich rozpuszczonych i rozpieszczonych "dzieci" i fikuśną miseczkę,
w której mam cuksy dla gości (no dobra, jak mam trufle albo śliwki w czekoladzie, to też czasem skubnę). Z takich miseczek wcinają moje zwierzaki swoje pokarmy mokre i suche chrupki, chociaż psinka jest zwykle karmiona przeze mnie z małego, deserowego widelczyka i dostaje jedzenie prosto do pysia.
Nie mogłam się też oprzeć nowemu wzorkowi, bo bardzo lubię nasz bolesławiecki, słynny kobalt i kupiłam nowy mlecznik (kawę piję z mlekiem roślinnym, ale je podgrzewam w mikrofali, żeby była ciepła - nie znoszę zimnej kawy). Cały czas, gdy piszę ten post, który zresztą za wcześnie opublikowałam bez zdjęć - taka jestem bujająca w obłoczkach, towarzyszą mi moje kochane "dzieci" czyli zwierzaki (dziecko prywatne śpi jak zabite w pokoju obok). Bez nich życie byłoby mniej czułe chyba... Balbina, którą mam od malucha, bo miała niecałe 5 tygodni, gdy ją dostałam na Walentynki, domaga się pieszczot po mojej prawej stronie, Niko po lewej - chrapie i mruczy. Są cudne i kochane. Uwielbiam Nikusia zimą, bo nie strzygę go tak krótko jak wiosną i latem i robią mu się loczki, a że jest zadbany, jest też milutki w dotyku i mięciutki.
Balbina, która skończy za parę dni 13 lat, jest wciąż młoda i piękna i ciągle mnie zaczepia, a jej łapki są delikatne i miękkie, bo prawie całe życie spędziła w domu... Kocham to białe mruczydełko, lubię bardzo, jak mnie swoimi łapkami głaszcze po to, abym ja głaskała ją. Mruczy przy tym jak mały traktor.
Niko zaś zawsze wie, a nie wiem skąd wie, jednak WIE, że jest wolny dzień, święto, weekend - chrapie sobie do jedenastej albo nawet dłużej. Niko - moje adoptowane ad hoc szczęście, też skończy 13 lat pierwszego kwietnia, jednak śmiga jak młody bóg. Chrumka jak mała świnka i uwielbiam całować jego nosek.
W takie szare dni, senne i niemrawe, potrzebuję biżuterii z bursztynem i trochę złota dla rozjaśnienia, ożywienia tej szarości... Uwielbiam stare, starsze ode mnie pierścionki nieistniejącej już firmy Warmet. A bursztyn to chyba mój kamień mocy. Mam wiele innych pierścionków, jednak te z bursztynem wciąż coś do mnie mówią. ;-) Moja psinka też dobrze się czuje odkąd nosi bursztynową obrożę. 😍
I to chyba tyle sobotnich wynurzeń i prywaty prosto z pościeli.Szary świat za oknem wcale nie oznacza, że w duszy i w domu też jest równie szaro czy smutno. Jest naprawdę dobrze. Pozdrawiam wraz z Balbiną i Nikusiem. Dobrego dla Was!

























